To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
niedziela, 04 września 2016
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Już II klasa :)

Z klasy Wiertki dwoje dzieci odeszło (zostało w I klasie), ale doszło dwoje nowych. Przy okazji popatrzyłam na listę klas 0 i I. Zerówek jest trzy, a klas pierwszy raptem dwie. W dodatku jedna z nich ma... 14 uczniów. Wiertka miała pecha z tym swoim rocznikiem. Trudno. Decyzja jedna, druga zostały podjęte i teraz trzeba z tym iść przez życie szkolne. Na szczęście, przez cały prawie tydzień ma na pierwszą zmianę, na 8:00. Tylko w poniedziałek na 10:30. Martwiłam się o to, bo dziecko zaprowadzone na 7:30 na świetlicę, bawiące się tam trzy, cztery godziny, nie będzie już później mogło w pełni uczestniczyć intelektualnie w lekcjach.

Zabawa będzie z szatnią. W szkole szatnie są dwie - jedna dla klas 0-3 w skrzydle dla tych klas i druga dla klas 4-6 (teraz zapewne 4-8) w skrzydle dla tych klas. Pierwsza jest mniejsza i nie zmieściły się tam wszystkie oddziały. Dlatego wszystkie klasy III i dwie z klas II (akurat ta Wiertki) mają boksy w "dużej szatni". Razem ze starszymi. Ja zaprowadzam dziecko przed 7:30, a o tak bestialskiej porze żaden czwarto-, czy sześcioklasista się w szkole nie pojawi :) W szatni pustki. Gorzej, że do tej szatni prowadzą schodki, a część matek przychodzi z młodszymi dziećmi w wózkach, czy spacerówkach. I dalej jest jeszcze śmieszniej. Duża szatnia ma połączenie ze skrzydłem dla klas 4-6. By dostać się do świetlicy trzeba albo - wejść na I piętro, przejść korytarzami, zejść na parter i przejść przez korytarze, albo - przejść parterem przez dwie sale gimnastyczne. W piątek były otwarte, więc tak zrobiłyśmy. Już jednak widzę nerwowe tiki u pań woźnych. Jaką by trasę nie wybrać, moje - jesienią i zimą - uwalone buty przejdą przez sporą część szkoły. Wiem, że wyjściem jest wysłanie dziecka do szatni samego i olanie sprawy. Tyle, że Wiertka jeszcze chce bym obok niej była. I boję się, że łażąc pomiędzy klasami 4-6 dotrze na świetlicę już po lekcjach - bo sobie coś obejrzy, coś zobaczy, tu się zamyśli. Docelowo, za kilka miesięcy chcę by sobie już radziła sama. A co zrobią matki z dziećmi w wózkach? Wersja ostateczna - ja przejdę dziecińcem pod świetlicę i będę czekać, aż dziecko dotrze korytarzami.

Jedynie chyba sokramka wie o co mi chodzi, bo zna rozkład tej szkoły :)

Zaraz zacznie się zabawa pod tytułem: "Czy było coś zadane"? "Nie pamiętam" :)

11:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
czwartek, 03 września 2015
Szkolnie

- Szkoła jest trochę jak przedszkole - to podsumowanie mojej córki pierwszych dwóch dni w szkole :)

Wczoraj był dzień wywiadówek. Wróciłam do domu padnięta o 20:00. Ta klasowa była jeszcze ciekawa, bo bliska dziecku. Okazało się, że Wiertka jako jedyna nie będzie chodzić na religię. Na etykę chyba też będzie chodzić jako jedyna. Mieszczańska Praga ;) Drugi Kraków ;)

Z anegdotek - jednak poszła do kościoła. Podobno chciała, ale podejrzewam, że jak zobaczyła, że dzieci z jej grupy się zbierają, to dołączyła, bo nie chciała zostać sama. Nie wiedziała, w jakim celu się zbierają. Generalnie powiedziała, że w kościele było zabawnie. Dziś była pierwsza religia, jako ostatnia lekcja. Już zapisałam w dzienniczku, żeby dziecko zaprowadzić na świetlicę. Dopytałam się malej - odrzekła, że ok. Obawiałam się, że procedura, gdy wchodzi katechetka i wychowawczyni wyprowadza z sali jedno dziecko, będzie dla tego dziecka trudna do przejścia, ale Wiertka na razie nic nie mówi. Ona jest mało refleksyjna i melancholiczna, to w takich sytuacjach procentuje. Jest plus - cztery lekcje wf-u, dwie religii.

Dzieci podręczniki dostały od szkoły. W dodatku i podręczniki, i ćwiczenia będą trzymać w sali, w szafce. Histeria o ciężkim plecaku pierwszaka upada. Rano widziałam koleżankę Wiertki w szatni - miała na sobie super, usztywniany plecak za 150-170 zł. Uginała się pod samym jego ciężarem, bo to wielkie i sztywne. Sokramka wie o co mi chodzi, bo opowiadałam jej o dyskusji na pewnym forum, gdzie tłumaczono mi, że jeśli nie kupię pierwszakowi tornistra za 170 zł, markowego, to zabije jego kręgosłup. Spytałam się, co kupią czwartoklasistom - plecaki dla marines? Nie wykluczam, że lepszy plecak kupię, ale jak zobaczę, że na prawdę jest taka potrzeba. To przeczytałam, że wtedy wykupią wszystkie lepsze. I pisała to osoba z internetu, więc chyba zdająca sobie sprawę o zakupach w sieci. Notabene, wzrusza mnie gdy konsument mówi językiem marketingowca, święcie wierząc, że wypowiada własną prawdę.

Potem była wywiadówka na świetlicy. Z pozoru prosta, krótka. Zanim nie doszli do sprawozdań finansowych i dobrowolnych opłat. Podtrzymano kwotę sprzed  roku - 10 złotych miesięcznie. Uważam, że ok, czytałam, że w innych dzielnicach jest sporo drożej. A potem wybuchła dyskusja. Bo ze sprawozdania wyszło, że na 330 dzieci zapisanych na świetlicę, opłaty czynił może co piąty rodzic... Panie świetliczanki czasem zakładały z własnych pieniędzy. Najtragiczniej było w czerwcu, w upały, gdy zabrakło wody z galona, a na świetlicy było kilkadziesiąt spragnionych dzieci. Nie było już pieniędzy na nową dostawę.

Z wodą też jest - jej koszty pochłaniają 50% tego, co wpłacają rodzice. Na inne potrzeby zostają złotówki. To jakiś absurd. Z kranu pić nie dadzą, bo niemodne jeszcze. Co do kranówki, to będzie mój oddzielny wpis. Podobno gmina ma instalować źródełka. Oby. Dystrybutor wody w butli był, ale wolno było pić tylko z kubeczka. Kubeczki kończyły się błyskawicznie. Na nowe brakowało pieniędzy. Dzieciom nie wolno było nalewać wody do butelek, bo niektóre... zabierały zapasy do domu. Obłęd. Słuchając tej dyskusji, razem z sąsiadką uświadomiłyśmy sobie, że... my nic nie piłyśmy w szkole. Po prostu wtedy nie było takiego zwyczaju i nikt się taką pierdołą nie przejmował. Nie wiem, jak mogłam egzystować. Za to już wiem, dlaczego bolał mnie żołądek.

Dyskusja jak zmusić rodziców do płacenia za świetlicę była długa, gorąca i jałowa. Pomysł rachunku bankowego, skarbonki, dyżuru do opłacania - nie ma sensu nad tym dyskutować. Rozwiązanie byłoby jedno - bilety w drzwiach. Wtedy ludzie by się opamiętali. Tylko, że to nielegalne. A tak, podobno, potrafili powiedzieć coś do słuchu, na zwrócenie uwagi, że nie płacą.

I nic sensownego nie ustalili. Zostało, jak było.

21:24, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi