To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

czwartek, 17 maja 2018
O szkole

Wczoraj miałam spotkanie z wychowawczynią i panią dyrektor. Obawiałam się tego. Nie wiedziałam, czy mam oczekiwać wysłuchiwania żalów, czy wsparcia. Okazało się, że to drugie. Wychowawczyni Wiertki odpuściła i sama uznała, że to zaburzenie rozwoju, a nie brak dobrego wychowania i bezczelność. Skupiła się na reszcie klasy, nie tkwi nad moją córką, a ona też zrobiła się przez to spokojniejsza. Pani dyrektor wysłuchała, jak widzi zachowanie mojej córki nauczycielka, jak ja. Stwierdziła, że to może być coś w kierunku Zespołu Aspergera. Najważniejsze, że zwróciła uwagę na to, że od IV klas będzie wiele przetasowań i zmian w klasach. W roczniku są dwie klasy integracyjne i prawdopodobnie od jednej z nich odejdzie dziecko, a wtedy Wiertka mogłaby się tam przenieść. Jeśli zdobędziemy orzeczenie, to będzie miała nauczyciela wspomagającego. Pani dyrektor ma o tym pamiętać i czekać na papier  z poradni. Obie zdecydowanie uznały, że nie ma sensu by mała powtarzała klasę, bo jest inteligentna, bystra, już się czasami nudzi i rozniesie lekcje.

Tylko jak wspomniała Wiertce o przenosinach, to się rozpłakała. Nie chce się rozstawać z koleżankami.

Dziś miałyśmy wizytę w poradni zdrowia psychicznego dzieci (okropnie to brzmi) u doktor zajmującej się diagnostyką zaburzeń rozwoju. Jest szansa, że na początku czerwca będzie diagnoza. Choć słyszałam, że tę i tak trzeba będzie zawieźć do innej poradni szkolnej i dopiero tam wydają oficjalny papier. To jakiś obłęd.

Nie wiem, czy Wiertka ma jakieś zaburzenia, czy nie, ale jeśli orzeczenie ma sprawić, że spokojniej przejdzie czas szkolny (nie oznacza, że leniwiej), ze wsparcie, to już wolę uznać, że ma dziecko zaburzone. I myślę też o innych czasach, innych rodzinach, gdzie takich diagnoz jeszcze nie znano, nie było terapii i dochodziło do rodzinnych tragedii. 

15:40, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
Szkolnie

Zaliczyłam dziś wywiadówkę szkolną. Udanie, bo na osobiste grillowanie przez wychowawczynię umówiłam się w innym terminie.

Ale zauważyłam pewną zabawną rzecz. Dziś dzieci pisały pewien test, którego nawet nazwy nie zapamiętałam. Wiertka oczywiście też o nim zapomniała, dzięki czemu nie była zestresowana przez cały weekend. A dzięki temu, że jestem matką w porywach, to nie miała przez weekend ćwiczeń tego testu. Bo okazało się, że inne dzieci przerabiały ten test na egzemplarzach z poprzednich lat. Pewnie nie wszystkie, ale były takie. Weekend, piękna pogoda, czas odpoczynku, ale nie - trzeba tłuc test by, jak zacytuję "sprawdzić, w czym dziecko jest słabe". Test zrobiony na samej lekcji, dzisiaj, już by tego, w czym jest słabe nie pokazał. Jedna z matek skarżyła się, że inne szkoły będą go pisać w czwartek, a nasza szkoła robiła test sprzed dwóch lat. A przecież niektóre dzieci mają go przećwiczone. Straszne. Ja uważam, że dzieci go pisały, by się same sprawdzić przed sobą,  a nie by osiągać szczyty w rankingu.  Mama przyznała mi rację i nadal nie mogła odżałować, że nie było testu z tego roku.

Po wywiadówce, zapytałam Wiertkę, jak poszedł jej ten test. Odrzekła, że był prosty, jak dla pierwszej klasy. Zobaczymy. Optymizm mojej córki jest legendarny.

Dziś był też dzień otwarty w pobliskim liceum społecznym. Sama jestem jego absolwentką. Jakiś czas temu, liceum utworzyło też gimnazjum, a teraz - w obliczu zmian - uruchomiają podstawówkę. Teraz będzie tworzona nowa klasa IV. Zastanawiałam się, czy nie przejść się tam z córką. Zobaczyłybyśmy, pogadały, oceniły. Jednak, spojrzałam na wpisowe, opłatę za świetlicę, czesne wreszcie. Nie są to duże kwoty - dla wielu ludzi. Niestety, nie mam możliwości zablokowania takiej kwoty co miesiąc. Byłabym na granicy płynności finansowej. Gdybym miała pełną rodzinę, z drugą pensją, to bym zaczęła zastanawiać się dalej. I jeszcze, taka szkoła, to zobowiązanie finansowe na osiem lat - cztery szkoły podstawowej, cztery liceum. Moje życie jest przewidywalne tylko na najbliższy kwartał. Jak poślę dziecko do szkoły społecznej, to nie mogę jego przecież potem przenosić. Dlatego, tylko na rozważaniach się skończyło. Nie zabierałam tam nawet Wiertki, bo bałabym się, że jej się bardzo spodoba i będzie smutna.

Jedna z koleżanek, podpowiadała mi kiedyś, że przecież są stypendia, można wydeptywać, dyskutować o obniżkach. Moje dziecko nie jest na tyle dobrym, wybitnym uczniem, by tego od jakiejkolwiek szkoły oczekiwać. A za urok osobisty rabatów nie dają.

19:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2018
Dziwna mama

Dziś krótka anegdotka z rejonów rodzicielstwa.

Odbierałam wczoraj Wiertkę ze świetlicy i usłyszałam od niej:

- A X (koleżanka z klasy) powiedziała, że jesteś dziwna.

Cóż, podejrzewałam, że taki dzień może nadejść i trochę się obawiałam. Nie czuję się taka zupełnie normalna jako rodzic, mamy nietypową rodzinę. Mogło się w końcu zdarzyć, że dzieci będą nas oceniać. Albo zrobią to rodzice, a dzieci słuchając, powtórzą. Nie jest to miłe, ale trzeba się na to przygotować. 

A moja córka dokończyła:

- Bo ona mówi, że ty jesteś taka miła i się uśmiechasz.

Teraz to całkowicie zrobiło mi się dziwnie :) Pomyślałam, że jakich dorosłych spotyka to dziecko :) Skomentowałam tylko, że szkoda, że tak odbiera wyraz bycia uprzejmym i dobrze wychowanym :)

18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018
O niepożytkach ze szczerości

W poniedziałek zaliczyłam wizytę w poradni pedagogiczno-psychologicznej i wywiadówkę szkolną. Ścieżki wydeptuję wielotorowo. Diagnoza w maju w innej poradni, pod kątem zaburzeń rozwoju i diagnoza w tej pod kątem szkolnym.

Rozmawiałam też z wychowawczynią, która miała jakoś tym razem lepszy humor. Według niej Wiertka jest bardzo inteligentna. Istnieje ryzyko - tu już sobie sama dopowiadam i jedna z koleżanek też tak twierdzi - że jeśli będzie powtarzać III klasę, ten sam materiał, te same książki, te same wierszyki, to będzie się śmiertelnie nudzić i jeszcze bardziej da popalić nauczycielowi.

Wychowawczyni podała mi kilka przykładów nagannego zachowania Wiertki i już sama nie wiedziałam, czy kiwać głową, czy się śmiać. Bo rzecz w jej przerywaniu na lekcji, komentarzach, które wzbudzają rzekomo emocje w klasie. W domu omawiałam je z dzieckiem, mam więc pogląd na dwie strony:

- powiedziała, że co czwartek tata kupuje jej frytki, mamie się to nie podoba, ale to ich taka czwartkowa tradycja - chodzi o to, że to była lekcja o zdrowym żywieniu i tak moje dziecko komentowało pojawienie się soli na liście

- mama chodzi z koleżankami na zabawy (tu pani dodała, że nie wnika w moje prywatne życie :D ) - w klasie omawiali wierszyk opowiadający o tym, że dzieci się uśmiechają, a dorośli są poważni, to moje dziecko zaprotestowało, bo mama się bawi,

- robili listę rzeczy smutnych i Wiertka spytała się pani dlaczego przy "choroba" stawia znak smutku, bo powinna być uśmiechnięta buźka - bo jak się jest chorym, nie trzeba chodzić na lekcje

- tego, na szczęście pani, już nie skomentowała, ale moje dziecko pamięta - omawiali na lekcji "Murzynka Bambo" i moja córka powiedziała, że nie należy mówić "murzyn", bo to obraźliwe; sama jej to kilka miesięcy temu tłumaczyłam - chodziła na Lato w Mieście z czarnoskórym chłopcem i przyniosła ze szkoły określenie "murzyn", tłumaczyłam jej dlaczego nie powinna tak o nim mówić;

Zapewne kiedyś łatwość w przyswojeniu sobie rozumienia sarkazmu, używania go samodzielnie, oraz mówienia, co mózg na szybko wyprodukuje, przyniesie mojej córce profity. Na razie się na to nie zapowiada :)

A ja znowu jestem rozdarta - zostawić w III klasie, czy puścić do IV.

19:36, bezcielesna
Link Komentarze (14) »
niedziela, 28 stycznia 2018
Przed szkolnie

Jutro zaczyna się drugi semestr, koniec ferii. Paradoksalnie, w naszym domu to ja jestem napięta i zestresowana. Od piątku nie mogę się uwolnić od myśli o tym, że dziecko pójdzie do szkoły i zacznie się nowa fala zarzutów, wyrzutów, obwiniania mnie, sytuacji w domu, gadania, narzekania, połajania, ustawiania do porządku. Niedobrze się, kurwa, robi.

Dobrze, że tylko ja tak mam, a dziecko jest w dobrym nastroju.

18:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Nie świadectwo, lecz chęć szczera

W piątek odbywały się w szkołach zakończenia roku szkolnego, rozdania świadectw. I zaraz, w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo wpisów rodziców, którzy pokazywali świadectwa swoich dzieci. Oczywiście, te z czerwonym paskiem, super ocenami. Z tego co mi wiadomo, dzieci nie podjęły tej akcji :)

Jednocześnie z falą radości z sukcesów własnego dziecka, poszła druga fala wpisów pod hasłem "nie świadectwo, lecz chęć szczera". Generalny wydźwięk był taki, że te czerwone paski, wyróżnienia dla najlepszych uczniów, to niesprawiedliwe, to chwalenie się, to jakieś takie nieładne. Bo przecież wszyscy uczniowie ciężko cały rok szkolny pracowali, bo trzeba doceniać każdego. Dziecko kocha się za to, że doczołgało się do rozdania świadectw bez rozstroju nerwowego i bólu tyłka rodzica. A tak w ogóle, to ludzie sukces w życiu osiągnęli i bez "czerwonych pasków".

Ja patrzyłam na to inaczej. Czy to takie złe i straszne, że rodzic, członek rodziny jest dumny z osiągnięć własnego dziecka? Kto ma je chwalić, doceniać, szczycić się owocami jego pracy jak nie rodzina? To ludzkie, ta radość. Mam wrażenie, że to trochę takie polskie - osiągnąłeś sukces, włożyłeś w coś sporo pracy, nakręcało cię, by zrobić coś lepiej. A gdy wreszcie dostajesz dowód uznania, masz to schować za plecami i powiedzieć, że tak naprawdę to nic się nie stało, to przypadek był. Bo innym, którzy po prostu się prześlizgnęli, może być przykro.

Nikt nie napisze kobiecie, która chwali się powrotem do dawnej figury - kosztem diet, ćwiczeń, treningów - że nie powinna się tym szczycić, bo przecież są koleżanki z rozstrojoną gospodarką hormonalną i one nigdy tego wyniku nie osiągną. Nagrodę Nobla przekazuje się uroczyście, z rąk króla, z fetą i kolacją, a nie w baraku, ukradkiem. Bo inni uczeni będą sfrustrowani.

I piszę to z pozycji matki dziecka, które szkolnego dyplomu i medalu nie dostało. I pewnie nie dostanie nigdy.

Bo to nie cała idea "czerwonych pasków" jest zła, nie jest niczym złym wyróżnianie wybijających się uczniów. Mówić trzeba o ważnej roli rodzica, który tak potrafi przygotować dziecko na atmosferę szkolną, że będzie się czuło bezpieczne, kochane i bez takich wyróżnień. Czerwonego paska nie dostanie może, ale za to otrzyma gdzieś indziej medal - w sporcie, konkursach, warsztatach. Będzie wyjątkowe.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, mając dziecko, dla którego z natury stopnie i ocena z zachowania nie jest aż tak istotna. Ostatnio natknęłam się na wpis o dziewczynce, która rozpłakała się, gdy nie dostała wzorowego świadectwa. A w domu rodzinnym nigdy nie kładziono nacisk na takie osiągnięcia, doceniano ją za to jaka jest.

Mimo to - dajcie rodziców, dziadkom, ciotkom, przyszywanym przyjaciołom rodziny publicznie cieszyć się z osiągnięć dzieci.

A o moich świadectwach i szkolnych refleksjach napisze w innym wpisie.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi