To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

piątek, 21 września 2018
Matematyczny bieg przez płotki

Jak można się było domyśleć – IV klasa, całkiem inne podejście nauczycieli do kwestii prac domowych. Większość na razie, nie szaleje. Wyjątkiem jest pani od matematyki. Po każdej lekcji do zrobienia jest od czterech do ośmiu zadań. Z pozoru są nawet łatwe, szybkie do zrobienia. Pierwszą przeszkodą jest ogarnięcie mojego dziecka. Z zasady niczego nie zadali, według niej. Może raz coś zapamiętała. Robię więc obdzwonkę po innych matkach.

 

Drugą przeszkodą są moje godziny pracy. Gdy kończę o 18:00, dojeżdżam do domu koło 19:00 i nawet jak natychmiast siadam z dzieckiem do lekcji, to dla Wiertki jest już za późno. Może na inne przedmioty jest jeszcze w miarę, to na matematykę jest stanowczo nie ta pora. I jest nerwowo, czasami głośno. Ja chciałabym, żeby zrobiła choć ze trzy przykłady, tak dla załapania, o co chodzi. Idzie z trudem.

Wczoraj już w ogóle było ciężko, bo dowiedziałam się, że z matematyki nie ma nic zadane i pozwoliłam się długo bawić dziecku na placu zabaw. A przed 19:00 dostałam alert (ktoś tam do kogoś jeszcze zadzwonił), że jednak są trzy zadania. To była masakra, bo dziecko było tak zmęczone, że nie potrafiło mi podać ile jest 5 x 10, czy 10-1. A już wynik działania 42:7=?, czyli przez ile możemy pomnożyć 7, to już był kosmos.

Przyznam, że nie byłam oazą spokoju i cierpliwości. Szczególnie, że miałam dziecko rozpłakane, leżące na łóżku, uciekające do łazienki i wracające z niej na czworakach. Obawiam się, że ta moja złość wynikała też z bezsilności, bo wiedziałam, że tej pracy domowej nie da się odrobić i nie mam totalnie wpływu na to, by moje dziecko zatrybiło. Muszę odrobić lekcję za nią. A to ślepa uliczka.

A co lekcja zadawane są nowe rzeczy. Czyli z dnia na dzień robi się nowa warstwa zaległości. Bo mogę podać dziecku prawidłowe wyniki do wpisania. Tylko na sprawdzianie, czy klasówce, ona nic nie napisze sama. Mam żal do nauczycielki, że tak goni do przodu. Moim zdaniem, powinna na każde zagadnienie poświęcić 3-4 lekcje. Może to program nauczania jest tak przeładowany. A może to materiał z III klasy, tylko my tego nie zauważamy.

Dziś rano, przed wyjściem do pracy, przepytałam trochę Wiertkę z tabliczki mnożenia – wyspana i wypoczęta podawała dobre wyniki. Czyli nie jest głupia, tylko popołudniami bardzo zmęczona.

Na razie muszę to wszystko jakoś ogarnąć. Chyba jednak zrobić dziecko codzienne odpytywanki z tabliczki mnożenia i w weekend powtórkę przykładów, by zrozumiała schemat rozwiązywania równania. Będzie zabawniej. Ostatnio koleżanka z pracy opowiadała, że zanim usiadła z synem do odrobienia pracy domowej z matematyki (VII klasa), to zamknęła się z podręcznikiem w łazience i sama ponownie się go nauczyła :) Głupio jej było pokazać dziecku, że zapomniała.

Inna anegdotka. Rozmawiam na placu zabaw z jedną z matek, która była zaskoczona zadaniem domowym dziecka – działania w typie 7 x 25, czy 5 x 44. Bo skąd jej dziecko ma umieć mnożyć przez tak wielkie sumy. Kazała dziecku użyć kalkulatora. Następnego dnia sama spojrzałam w to zadanie – na początku ćwiczenia był wzór, według którego można rozwiązać takie równanie: 7 x (20+5) = 7 x 20 + 7 x 5 = 140 + 35 = 175 :) Nie jest z nami tak źle.

A tak po cichu to zastanawiam się, czy te dzieciaki, które odrabiają w domu same, w pokoju, bez nadzoru rodzica, nie używają po prostu kalkulatora. Ja ciągle o to walczę z Wiertką. Bo po co uczyć się matematyki, gdy są kalkulatory :(  Ja sama przecież głównie korzystam z kalkulatora, ale gdy odrabiam z dzieckiem, ambitnie obliczam wszystko w pamięci lub na kartce. Ciekawe, czy kolejne pokolenia totalnie pozbawią się umiejętności samodzielnego liczenia, zdając wszystko na maszyny.

 

17:47, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 14 września 2018
Szkolny raporcik

Zaliczyłam pierwszą wywiadówkę w IV klasie. Trochę się stresowałam, ale na razie zostało mi darowane. Panie wychowawczynie powiedziały mi na boku, że chcą się ze mną spotkać niedługo, żeby usiąść i ustalić kilka rzeczy. Na razie są miłe i pomocne. Mam drobną nadzieję, że to orzeczenie, które dostała Młoda, sprawi, że nauczyciele będą na jej reakcje pozytywnie uwrażliwieni.

 

Na razie mamy za sobą pierwsze dni w nowym porządku szkolnym. Bo IV klasa to już wyższy pułap. I piszę w liczbie mnogiej, bo na tym etapie edukacji rodzica też to jeszcze mocno dotyka. Widzę, że dziecko jest lekko przytłumione zmianami nauczycieli co lekcja. Dużo bodźców. Generalny remont budynku szkoły, sprawia, że jeszcze przez ten rok szkolny wszyscy będą w budynku zastępczym. Jest tam za mało sal, dyrekcja szuka pomieszczeń poza szkołą, w sąsiednich instytucjach, nauczyciele z dnia na dzień zwalniają się, bo znajdują pracę w szkołach o lepszym priorytecie (np. w liceum). Dzieci dostają plan lekcji z dnia na dzień. Nie jest on obowiązujący w następnym tygodniu. Jeszcze chwilę to potrwa. Lekcje są jednego dnia w różnych salach, więc dzieci wędrują na przerwie. Mam nadzieję, że jeszcze tydzień maksymalnie, ale sytuacja się unormuje.

Pierwsza praca domowa  z matematyki już była. Odrobiona wśród jęku i płaczu. Jednak koleżanka Młodej, według mnie wzorowe dziecko, powiedziała, że w trakcie tej pracy płakała trzy razy, więc może nie jest tragicznie. A wczoraj miała nawet niezapowiedzianą kartkówkę z matematyki i jest dobrej myśli, co do wyniku.

Wydarzyły się wczoraj także inne rzeczy, które mnie zestresowały, doprowadziły do szlochu moje dziecko. Takie na płaszczyźnie relacji pomiędzy dziećmi, przemocy szkolnej, co pociągnęło za sobą konfrontacje matek. Jesteśmy z Młodą w kiepskiej sytuacji, bo ze względu na jej temperament, zachowanie jest ona z automatu definiowana jako winna. Na szczęście mam świadectwo innych dzieci, innej matki oraz nauczyciela, mówiące, że moja córka miała prawo zachować się tak, jak się zachowała. Boję się jednak trochę, co będzie dalej – czy nie będzie wojny podgryzającej pomiędzy dziewczynkami, dzieci bywają okrutne. I czy nie będą się teraz tworzyć koalicje matek nastawionych antagonistycznie.

Gdy wróciłam do domu, moje dziecko było cichutkie i patrzyło się na mnie smutnymi oczami. Powiedziałam, że jej wierzę i broniłam ją przed koleżanką i jej matką, stoję po jej stronie.

Kiedy chciałam mieć dziecko moja wyobraźnia nie wychodziła poza etap pachnącego niemowlaczka. Może doczołgała się do etapu dwulatka. Kwestie wojen dziewczynek, wojen które nie są już w tych czasach tylko werbalne (a zaraz zaczną dojrzewać!), to już kompletnie nie ogarniałam.

 

17:19, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 03 września 2018
Kolejny schodek w górę gdzieś tam

Od pewnego czasu, 1-go września, nie było dla mnie wejściem w jakiś kolejny nowy etap, który mogłabym z rodzicielskim pianiem ogłosić. Jednak start w IV klasie, to jest coś.

Z dzieciństwa pamiętam, że ja byłam tym podekscytowana. Było to dla mnie wejście na wyższy poziom. Nawet dosłownie, bo klasy I-III były na parterze, a IV-VIII na 1 piętrze. Czułam, że jestem kimś starszym, poważniejszym. Na biologię mówiłam biola, na geografię gegra, a na matematykę matma, co wzbudzało śmiech u mojej jedenaście lat starszej cioci.

U Wiertki tego nie widzę, rok szkolny, jak rok szkolny. Cieszyła się, że zobaczy koleżanki, nie mogła się tego doczekać. To ja jestem bardziej zestresowana. Boję się, jak będzie się zachowywać. Boję się, że zamiast z jednym nauczycielem, pójdzie na wojnę z kilkoma. Jej wychowawczynią jest nauczycielka, z którą miała zajęcia już w poprzednich latach. Co powinno rodziców cieszyć. I słusznie. Tyle, że z nią moja córka też miała swoje spięcia. Nie zaczyna z czystą kartą. Klasa ma też drugiego wychowawcę, panią od plastyki. 

Okazuje się, że plan lekcji będzie jeszcze ciągle ulegał zmianie, więc na razie będzie podawany z dnia na dzień. Z tego co widzę jutro każda lekcja będzie w innej sali. Ciężki drugi rok remontu budynku szkoły.

Po spotkaniu z wychowawcami, na korytarzu zaskoczenie, bo kierowniczka świetlicy chciała się u mnie upewnić, że Wiertka ma nauczanie indywidualne. Ależ nie. Zaczynały się kolejne rozpoczęcia roku, dla innych klas i nie mogłam skonsultować tego z panią dyrektor. Wkrótce sama do mnie zadzwoniła. Przeprosiła, że coś im umknęło, źle odczytali orzeczenie i wpisali moją córkę do nauczania indywidualnego, już zmieniają grafiki nauczycieli. Ale mają dla mnie propozycję, by Wiertka przeszła do klasy integracyjnej. Z klasy 23 uczniów do takiej z 15 dzieci, nauczycielem wspomagającym stale przebywającym w sali. Tylko, że to tak z dnia a dzień. Gdy rozmawiałam o tym z Wiertką, wybuchnęła szlochem. Już w czerwcu poruszałam z nią ten temat. Ona jednak jest tak zżyta z tymi trzema koleżankami, że ryczała na myśl o zmianie. I ja miałabym ją jutro ciągnąć do obcej klasy. Wiem, że są rodzice, dla których dobro dziecka stoi wyżej niż jego dobrostan psychiczny. Może to też moje projekcje, dla mnie separacja od osoby, z którą jestem związana przyjaźnią też byłaby doświadczeniem rozdzierającym. Może gdyby te pomysł padł dwa miesiące temu. Niestety, nie jestem osobą spontaniczną. Wszystko muszę przetrawiać, adaptować się. Gdyby dziecko był na tak, to bym w to weszła. A tu dziecko rozpacza.

Jednak miałam uczucie, że być może zaprzepaszczam szansę dziecka na dobry rozwój :(

Potem część dnia spędzona na placu zabaw, ale towarzyszyłam dziecku tylko przez część czasu. To inny plac, tam przychodzą jej koleżanki z klasy, które mieszkają tuż obok. Żaden z ich rodziców już ławki nie wygrzewa. Wiertka już raz dzisiaj tam sama poszła i raz wróciła (spotkałyśmy się w połowie drogi). Z tego, co słyszałam, to większość dzieci będzie teraz po lekcjach wracać już sama do domu. Dziewczyny umawiają się już, że jutro wyjdą ze szkoły razem i od razu pójdą całą grupką na plac zabaw. Dorastają :)

19:47, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 17 maja 2018
O szkole

Wczoraj miałam spotkanie z wychowawczynią i panią dyrektor. Obawiałam się tego. Nie wiedziałam, czy mam oczekiwać wysłuchiwania żalów, czy wsparcia. Okazało się, że to drugie. Wychowawczyni Wiertki odpuściła i sama uznała, że to zaburzenie rozwoju, a nie brak dobrego wychowania i bezczelność. Skupiła się na reszcie klasy, nie tkwi nad moją córką, a ona też zrobiła się przez to spokojniejsza. Pani dyrektor wysłuchała, jak widzi zachowanie mojej córki nauczycielka, jak ja. Stwierdziła, że to może być coś w kierunku Zespołu Aspergera. Najważniejsze, że zwróciła uwagę na to, że od IV klas będzie wiele przetasowań i zmian w klasach. W roczniku są dwie klasy integracyjne i prawdopodobnie od jednej z nich odejdzie dziecko, a wtedy Wiertka mogłaby się tam przenieść. Jeśli zdobędziemy orzeczenie, to będzie miała nauczyciela wspomagającego. Pani dyrektor ma o tym pamiętać i czekać na papier  z poradni. Obie zdecydowanie uznały, że nie ma sensu by mała powtarzała klasę, bo jest inteligentna, bystra, już się czasami nudzi i rozniesie lekcje.

Tylko jak wspomniała Wiertce o przenosinach, to się rozpłakała. Nie chce się rozstawać z koleżankami.

Dziś miałyśmy wizytę w poradni zdrowia psychicznego dzieci (okropnie to brzmi) u doktor zajmującej się diagnostyką zaburzeń rozwoju. Jest szansa, że na początku czerwca będzie diagnoza. Choć słyszałam, że tę i tak trzeba będzie zawieźć do innej poradni szkolnej i dopiero tam wydają oficjalny papier. To jakiś obłęd.

Nie wiem, czy Wiertka ma jakieś zaburzenia, czy nie, ale jeśli orzeczenie ma sprawić, że spokojniej przejdzie czas szkolny (nie oznacza, że leniwiej), ze wsparcie, to już wolę uznać, że ma dziecko zaburzone. I myślę też o innych czasach, innych rodzinach, gdzie takich diagnoz jeszcze nie znano, nie było terapii i dochodziło do rodzinnych tragedii. 

15:40, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 23 kwietnia 2018
Szkolnie

Zaliczyłam dziś wywiadówkę szkolną. Udanie, bo na osobiste grillowanie przez wychowawczynię umówiłam się w innym terminie.

Ale zauważyłam pewną zabawną rzecz. Dziś dzieci pisały pewien test, którego nawet nazwy nie zapamiętałam. Wiertka oczywiście też o nim zapomniała, dzięki czemu nie była zestresowana przez cały weekend. A dzięki temu, że jestem matką w porywach, to nie miała przez weekend ćwiczeń tego testu. Bo okazało się, że inne dzieci przerabiały ten test na egzemplarzach z poprzednich lat. Pewnie nie wszystkie, ale były takie. Weekend, piękna pogoda, czas odpoczynku, ale nie - trzeba tłuc test by, jak zacytuję "sprawdzić, w czym dziecko jest słabe". Test zrobiony na samej lekcji, dzisiaj, już by tego, w czym jest słabe nie pokazał. Jedna z matek skarżyła się, że inne szkoły będą go pisać w czwartek, a nasza szkoła robiła test sprzed dwóch lat. A przecież niektóre dzieci mają go przećwiczone. Straszne. Ja uważam, że dzieci go pisały, by się same sprawdzić przed sobą,  a nie by osiągać szczyty w rankingu.  Mama przyznała mi rację i nadal nie mogła odżałować, że nie było testu z tego roku.

Po wywiadówce, zapytałam Wiertkę, jak poszedł jej ten test. Odrzekła, że był prosty, jak dla pierwszej klasy. Zobaczymy. Optymizm mojej córki jest legendarny.

Dziś był też dzień otwarty w pobliskim liceum społecznym. Sama jestem jego absolwentką. Jakiś czas temu, liceum utworzyło też gimnazjum, a teraz - w obliczu zmian - uruchomiają podstawówkę. Teraz będzie tworzona nowa klasa IV. Zastanawiałam się, czy nie przejść się tam z córką. Zobaczyłybyśmy, pogadały, oceniły. Jednak, spojrzałam na wpisowe, opłatę za świetlicę, czesne wreszcie. Nie są to duże kwoty - dla wielu ludzi. Niestety, nie mam możliwości zablokowania takiej kwoty co miesiąc. Byłabym na granicy płynności finansowej. Gdybym miała pełną rodzinę, z drugą pensją, to bym zaczęła zastanawiać się dalej. I jeszcze, taka szkoła, to zobowiązanie finansowe na osiem lat - cztery szkoły podstawowej, cztery liceum. Moje życie jest przewidywalne tylko na najbliższy kwartał. Jak poślę dziecko do szkoły społecznej, to nie mogę jego przecież potem przenosić. Dlatego, tylko na rozważaniach się skończyło. Nie zabierałam tam nawet Wiertki, bo bałabym się, że jej się bardzo spodoba i będzie smutna.

Jedna z koleżanek, podpowiadała mi kiedyś, że przecież są stypendia, można wydeptywać, dyskutować o obniżkach. Moje dziecko nie jest na tyle dobrym, wybitnym uczniem, by tego od jakiejkolwiek szkoły oczekiwać. A za urok osobisty rabatów nie dają.

19:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 29 marca 2018
Dziwna mama

Dziś krótka anegdotka z rejonów rodzicielstwa.

Odbierałam wczoraj Wiertkę ze świetlicy i usłyszałam od niej:

- A X (koleżanka z klasy) powiedziała, że jesteś dziwna.

Cóż, podejrzewałam, że taki dzień może nadejść i trochę się obawiałam. Nie czuję się taka zupełnie normalna jako rodzic, mamy nietypową rodzinę. Mogło się w końcu zdarzyć, że dzieci będą nas oceniać. Albo zrobią to rodzice, a dzieci słuchając, powtórzą. Nie jest to miłe, ale trzeba się na to przygotować. 

A moja córka dokończyła:

- Bo ona mówi, że ty jesteś taka miła i się uśmiechasz.

Teraz to całkowicie zrobiło mi się dziwnie :) Pomyślałam, że jakich dorosłych spotyka to dziecko :) Skomentowałam tylko, że szkoda, że tak odbiera wyraz bycia uprzejmym i dobrze wychowanym :)

18:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 marca 2018
O niepożytkach ze szczerości

W poniedziałek zaliczyłam wizytę w poradni pedagogiczno-psychologicznej i wywiadówkę szkolną. Ścieżki wydeptuję wielotorowo. Diagnoza w maju w innej poradni, pod kątem zaburzeń rozwoju i diagnoza w tej pod kątem szkolnym.

Rozmawiałam też z wychowawczynią, która miała jakoś tym razem lepszy humor. Według niej Wiertka jest bardzo inteligentna. Istnieje ryzyko - tu już sobie sama dopowiadam i jedna z koleżanek też tak twierdzi - że jeśli będzie powtarzać III klasę, ten sam materiał, te same książki, te same wierszyki, to będzie się śmiertelnie nudzić i jeszcze bardziej da popalić nauczycielowi.

Wychowawczyni podała mi kilka przykładów nagannego zachowania Wiertki i już sama nie wiedziałam, czy kiwać głową, czy się śmiać. Bo rzecz w jej przerywaniu na lekcji, komentarzach, które wzbudzają rzekomo emocje w klasie. W domu omawiałam je z dzieckiem, mam więc pogląd na dwie strony:

- powiedziała, że co czwartek tata kupuje jej frytki, mamie się to nie podoba, ale to ich taka czwartkowa tradycja - chodzi o to, że to była lekcja o zdrowym żywieniu i tak moje dziecko komentowało pojawienie się soli na liście

- mama chodzi z koleżankami na zabawy (tu pani dodała, że nie wnika w moje prywatne życie :D ) - w klasie omawiali wierszyk opowiadający o tym, że dzieci się uśmiechają, a dorośli są poważni, to moje dziecko zaprotestowało, bo mama się bawi,

- robili listę rzeczy smutnych i Wiertka spytała się pani dlaczego przy "choroba" stawia znak smutku, bo powinna być uśmiechnięta buźka - bo jak się jest chorym, nie trzeba chodzić na lekcje

- tego, na szczęście pani, już nie skomentowała, ale moje dziecko pamięta - omawiali na lekcji "Murzynka Bambo" i moja córka powiedziała, że nie należy mówić "murzyn", bo to obraźliwe; sama jej to kilka miesięcy temu tłumaczyłam - chodziła na Lato w Mieście z czarnoskórym chłopcem i przyniosła ze szkoły określenie "murzyn", tłumaczyłam jej dlaczego nie powinna tak o nim mówić;

Zapewne kiedyś łatwość w przyswojeniu sobie rozumienia sarkazmu, używania go samodzielnie, oraz mówienia, co mózg na szybko wyprodukuje, przyniesie mojej córce profity. Na razie się na to nie zapowiada :)

A ja znowu jestem rozdarta - zostawić w III klasie, czy puścić do IV.

19:36, bezcielesna
Link Komentarze (14) »
niedziela, 28 stycznia 2018
Przed szkolnie

Jutro zaczyna się drugi semestr, koniec ferii. Paradoksalnie, w naszym domu to ja jestem napięta i zestresowana. Od piątku nie mogę się uwolnić od myśli o tym, że dziecko pójdzie do szkoły i zacznie się nowa fala zarzutów, wyrzutów, obwiniania mnie, sytuacji w domu, gadania, narzekania, połajania, ustawiania do porządku. Niedobrze się, kurwa, robi.

Dobrze, że tylko ja tak mam, a dziecko jest w dobrym nastroju.

18:57, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi