To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

środa, 22 marca 2017
O dziecku

Nadzieje, że zamknęłam rozdział z kłopotami wychowawczymi z dzieckiem były dość płonne. Mniej więcej wtedy, gdy dostawałam wypowiedzenie w pracy, zaczęła się też fala uwag w dzienniczku, prośby od wychowawczyni o kontakt, informacje, że chce też ze mną rozmawiać pani od angielskiego, pani od religii, pedagog szkolny. W skrócie, po ponad pół roku bycia karnym, szkolnym dzieckiem, Wiertka ponownie się znarowiła.

Sytuacje bywały różne. Część niestety, także z mojej winy, bo to ja - zaganiana i zawalona pracą - myślałam, że podręczniki od angielskiego, religii dziecko ma w szkolnej szafce, a one leżały przywalone rzeczami w domu. Efekt był taki, że Mała, nie mając co robić na angielskim stawała za plecami nauczycielki i mówiła do niej w swoim "angielskim". Moje dziecko, niestety, czy stety, zamiast uczyć się języka obcego, wymyśliło własny i to jej wystarcza.

Innego dnia, zachowywała się dziwnie na lekcji, aż w końcu wybiegła z klasy. Mnie nie chciała nic powiedzieć, więc delikatnie poprosiłam mamę jej koleżanki z klasy, by wypytała córkę, co się działo. Wiertka ukrywała się pod ławkami, a potem wybiegła z klasy, gdy pani zwróciła jej uwagę, biegała po korytarzu. Zaczęłam o tym rozmawiać z dzieckiem. Okazało się, że chciało jej się bardzo siku, a uznała, że pani na pewno nie pozwoli jej wyjść z lekcji. Dlatego spróbowała się wymknąć... pod ławkami, a potem pobiegła do ubikacji... Z boku wyglądało to, jakby zwariowała.

Bardziej zaniepokoiła mnie uwaga od pani, że Wiertka uderzyła bez powodu dziewczynkę. Ponownie, moje dziecko nie wiedziało, o jaką sytuację chodzi. Dopytałam się, która to była dziewczynka. I wtedy, Wiertka, powiedziała, że uderzyła A, bo ta patrzyła się na nią jak mądrala. I tu mi się dzwonek włączył. Dziewczynki są dobrymi koleżankami, tamta pewnie patrzyła się zwyczajnie, a to w mojej córce zrodziło się wrażenie, że ktoś się nad nią wywyższa. Czyli sama poczuła się gorsza. Porozmawiałam z nią na ten temat.

Padła nawet, ze strony wychowawczyni rada, że może powinna dawać dziecku jakieś leki :(

W domu jest w miarę ok, o wiele lepiej niż kiedyś. Tylko dobija mnie impulsywność i łatwopalność emocjonalna mojego dziecka. Nigdy nie wiem, czy drobny problem nie skończy się histerią.

W tym wszystkim, Wiertka jest lubiana przez dzieci z klasy, sprawdziany pisze na dobre stopnie, brała (sama chciała) udział w konkursie matematycznym i przyrodniczo-logicznym.

Na razie chodzimy, ja i Mała, na spotkania do pedagoga szkolnego. Jesteśmy zapisane na wizytę w poradni psychologicznej. Pedagog zabiera ją czasem z lekcji, czasem przyprowadza ją wychowawczyni. Widać, że moje dziecko ma trudności z koncentracją i skupieniem. Ostatnio przyszła na piątej lekcji układać puzzle do pedagog, bo była już przeciążona i tam się wyciszyła. Prawdopodobnie ma dysleksję i dostałam poradę, by powoli już teraz wyrobić jej papiery, by zaczęła IV klasę z ich wsparciem.

Wychowawczyni przyznaje, że ona sobie z Wiertką daje radę, ma na nią sposoby. Jednak, prawdziwe kłopoty zaczną się od IV klasy, gdzie będzie inny nauczyciel, od każdego przedmiotu i nikt nie będzie się pochylał z cierpliwością nad moim dzieckiem. Już teraz trzeba wyrabiać ścieżki u psychologa.

Jedyna dobra rzecz, w tym bezrobociu, jest taka, że teraz później zaprowadzam dziecko na lekcje, wcześniej ją odbieram, mam głowę do jej spraw.

10:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
Bo ja taka jestem

W poniedziałek był Dzień Otwarty w szkole i przeszłam się porozmawiać z wychowawczynią. Szczególnie po wpisach w zeszycie i dzienniczku. Okazało się, że mojej córce znowu charakter się popsuł. Płacze i szlochy w sytuacjach kryzysowych. Trudności z koncentracją, rozpraszanie klasy. Zajmowanie się na lekcji pisaniem i rysowaniem, w żadnym razie nauką. Wychowawczyni dopytywała się, czy wcześniej Wiertka brała jakieś leki, bo teraz zmiana jest widoczna.

Widziałam te jej zapiski - pisze kontynuację książki dla dzieci, którą jej czytano, albo bajki, a nawet emocjonujący list do koleżanki z klasy, która zraniła jej uczucia. Uważam, że jeśli dzięki temu ma kiedyś dostać Nike albo literackiego Nobla, to może to dodawanie do dwudziestu sobie odpuścić ;) Rysunki też są niezłe, bo o tym, jak kocha mamę :)

Żartuję.

Porozmawiałam z małą w domu. Wywróciła oczami i stwierdziła:

- Bo ja taka jestem. Ja już się nie zmienię.

Jakbym jej tatusia słyszała ;)

Pomyślałam jednak, że jeśli rodzina to system połączony, to być może odbiła się też na niej stresująca jesień, moja choroba. Starałam się nie okazywać po sobie napięcia, stresu, smutku, ale może są dzieci, które to wyczuwają. Teraz powinnam więcej uwagi poświęcić dziecku. Ograniczyć tablet. Wyciszyć.

19:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 września 2016
Trójka klasowa

Tydzień temu było zebranie rodziców w szkole. Czterdzieści minut podpisywania różnych zgód, opowiadanie o programie drugiej klasy i wreszcie na koniec najtrudniejszy punkt. Wybór trójki klasowej rodziców. Niestety, najbardziej energetycznych rodziców już nie ma. Garstka zebranych zbyła ten punkt milczeniem. Wychowawczyni wracała jeszcze trzy razy. Już wcześniej zastanawiałam się nad tym, żeby się jakoś uaktywnić. Nie mam natury przewodnika stada, ale w pierwszym szeregu lubię być.

W ramach dygresji. Prawie całą podstawówkę byłam przewodniczącą klasy, skarbnikiem, albo kimś w tym stylu - wymiennie z innymi osobami. Od pewnego czasu było to na zasadzie wybierania przez głosowanie, a zgłaszałam się sama. A zgłaszałam się, bo zapewne kiedyś, na początku byłam wybrana przez panią wychowawczynię. Nie posądzam się o taki lans w pierwszym klasach. Z tego, że byłam przez nauczycieli faworyzowana od początku, zdaję sobie sprawę. Natura poskąpiła mi wielu rzeczy, ale wpływu na grono pedagogiczne dała nadmiar. W ostatnich klasach udzielałam się nawet chyba w jakiś samorządach szkolnych. Ganianie po korytarzu w czasie lekcji, w ramach bardzo ważnych spraw, było fajne. Mikro szkolne "House of cards" także ;)

Życie niewiele mnie nauczyło, więc postanowiłam teraz kontynuować tę tradycję. Choć nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Zgłosiła się też inna mama i ona ma swoje pomysły, więc jakoś to pójdzie.

Dziś za to było zebranie trójek klasowych, na które poszłam jako jedyny przedstawiciel naszej klasy. Frekwencja nie powalała, bo na 27 klas rodziców było kilkanaście. Dodam tylko,że nie jestem rodzicem, który odstawia dziecko do szkoły i odbiera z poczuciem, że zostało nauczone, wychowane i zrobione. Rodzic też coś tam powinien z siebie dać. W drugą stronę - praca nie pozwala być matką szkolną w stylu "Gotowych na wszystko". To zebranie to taki kompromis.

Nie miałam z kim jej zostawić, więc Wiertka była ze mną.

niedziela, 04 września 2016
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Już II klasa :)

Z klasy Wiertki dwoje dzieci odeszło (zostało w I klasie), ale doszło dwoje nowych. Przy okazji popatrzyłam na listę klas 0 i I. Zerówek jest trzy, a klas pierwszy raptem dwie. W dodatku jedna z nich ma... 14 uczniów. Wiertka miała pecha z tym swoim rocznikiem. Trudno. Decyzja jedna, druga zostały podjęte i teraz trzeba z tym iść przez życie szkolne. Na szczęście, przez cały prawie tydzień ma na pierwszą zmianę, na 8:00. Tylko w poniedziałek na 10:30. Martwiłam się o to, bo dziecko zaprowadzone na 7:30 na świetlicę, bawiące się tam trzy, cztery godziny, nie będzie już później mogło w pełni uczestniczyć intelektualnie w lekcjach.

Zabawa będzie z szatnią. W szkole szatnie są dwie - jedna dla klas 0-3 w skrzydle dla tych klas i druga dla klas 4-6 (teraz zapewne 4-8) w skrzydle dla tych klas. Pierwsza jest mniejsza i nie zmieściły się tam wszystkie oddziały. Dlatego wszystkie klasy III i dwie z klas II (akurat ta Wiertki) mają boksy w "dużej szatni". Razem ze starszymi. Ja zaprowadzam dziecko przed 7:30, a o tak bestialskiej porze żaden czwarto-, czy sześcioklasista się w szkole nie pojawi :) W szatni pustki. Gorzej, że do tej szatni prowadzą schodki, a część matek przychodzi z młodszymi dziećmi w wózkach, czy spacerówkach. I dalej jest jeszcze śmieszniej. Duża szatnia ma połączenie ze skrzydłem dla klas 4-6. By dostać się do świetlicy trzeba albo - wejść na I piętro, przejść korytarzami, zejść na parter i przejść przez korytarze, albo - przejść parterem przez dwie sale gimnastyczne. W piątek były otwarte, więc tak zrobiłyśmy. Już jednak widzę nerwowe tiki u pań woźnych. Jaką by trasę nie wybrać, moje - jesienią i zimą - uwalone buty przejdą przez sporą część szkoły. Wiem, że wyjściem jest wysłanie dziecka do szatni samego i olanie sprawy. Tyle, że Wiertka jeszcze chce bym obok niej była. I boję się, że łażąc pomiędzy klasami 4-6 dotrze na świetlicę już po lekcjach - bo sobie coś obejrzy, coś zobaczy, tu się zamyśli. Docelowo, za kilka miesięcy chcę by sobie już radziła sama. A co zrobią matki z dziećmi w wózkach? Wersja ostateczna - ja przejdę dziecińcem pod świetlicę i będę czekać, aż dziecko dotrze korytarzami.

Jedynie chyba sokramka wie o co mi chodzi, bo zna rozkład tej szkoły :)

Zaraz zacznie się zabawa pod tytułem: "Czy było coś zadane"? "Nie pamiętam" :)

11:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Zamknięcie roku

Miałam ostatnio dylemat i nie czułam się z tym do końca fajnie.

U jednego z moich klientów przygotowywałam pewien egzamin, który odbywa się dwa razy do roku. Trzeba zgrać logistycznie, dopracować materiały, potem napisać podsumowanie (to przede mną). I dopiero po fakcie zorientowałam się, że data pierwszej tury nakłada się na... zakończenie roku szkolnego Wiertki. Tylko matka taka jak ja może przypomnieć sobie o dacie zakończenia roku szkolnego na dwa tygodnie przed. A tym razem moja osobista pomoc była niezbędna. Mogłam kogoś znaleźć na zastępstwo. Wzrosłyby trochę koszta. W ostatniej chwili próbowałam trochę przesunąć godziny, ale już się nie dało.

Mogłam się uprzeć i wszyscy by zrozumieli, ale fakt jest też taki, że chciałam mieć w tym swój udział. Poszerzyć trochę doświadczenie. Tata Wiertki zgodził się iść z nią na zakończenie roku szkolnego. W końcu, u licha, ojciec to taki sam rodzic.

Potem okazało się jeszcze, że jak się zepnę czasowo, to na pół godziny uroczystości mogę być.

Wiertka pojechała do taty dzień wcześniej, w czwartek. Dostałam od jednej z mam sms-a, że przez cały dzień była marudna, płakała, jęczała. Być może jest już mocno zmęczona szkołą. Zadzwoniłam do Byłego, by wybadać, czy coś opowiadała, ale dowiedziałam się tylko, że dużo spała. Potem dostałam wiadomość, że wymiotowała. A potem, że ma 38,7 stopni. Wyjaśniła się przyczyna jej zachowania. Uznałam, że nie ma co przesadzać - to ważny dzień, pierwsze zakończenie roku szkolnego w życiu, ale ważniejsze jest by wypoczęła. I nie wiadomo, czy nie zaraża wirusem.

To ja wpadłam na chwilę do szkoły i odebrałam jej świadectwo oraz książkę. Z książką była związana inna krótka dyskusja wcześniej. Bo padł pomysł, by dzieci wyróżnione, te "czerwonopaskowe" miały swoje nagrody, ale oprócz tego wszystkie dzieci dostały po książce. Byłam za, choć ciśnienia nie miałam. Rozumiem, że jednak otrzymanie nagrody za wyniki w nauce, to coś wyjątkowego dla dziecka. A tak wyjątkowość się rozmywa. Sama dostawałam "czerwony pasek" i nagrody do siódmej klasy ;)

Pojechałam, egzamin nadzorowałam, choć przede mną siedzieli dorośli i nawet nie ściągali :) Choć negocjować próbowali :) Upał mi straszliwy, ale w tamtejszej klimie udało mi się przemarznąć.

Sama też nie czułam się za dobrze. Już trzeci dzień z rzędu byłam lekko osłabiona, z obolałym, spuchniętym brzuchem. Chyba też wirus mnie nadgryzał. Nie jedyną - w pracy byłam chyba trzecia. Inna z matek na FB też się żaliła, że jej dziecko ma któryś dzień z rzędu prawie 40 stopni.

Wiertce zdążyły wrócić siły witalne. Jeśli mierzyć to ilością słów wyrzucanych z siebie w minutę :) Pojechałyśmy do kina na "Gdzie jest Dory?". Mnie udało się odlecieć na kilka minut w drzemkę, ale większość historii obejrzałam. I jak to ja, pod koniec miałam ochotę sobie popłakać :)

środa, 25 maja 2016
Sałatka macierzyńska

W poniedziałek była ostatnia już wywiadówka w tym roku. Wychowawczyni poprosiła, bym chwilę została po spotkaniu. Cały czas zastanawiałam się, co moje dziecko znowu nawywijało, jaka litania mnie czeka? A okazało się, że wychowawczyni chciała Wiertkę pochwalić. Na przełomie zimy i wiosny dokonała się ogromna poprawa. Lepiej się zachowuje, jest stabilna emocjonalnie, uczy się, ma lepsze wyniki w nauce. O tym co ja zauważyłam będzie jeszcze wpis, bo sama widzę, że moje dziecko miało największy skok rozwojowy w swoim życiu. A potrafi te skoki przechodzić malowniczo i zawsze jest to poprzedzone trzęsieniem ziemi w zachowaniu. Bo po co robić coś na pół gwizdka? :)

Dziś też wychowawczyni powtórzyła, że musieliśmy wykonać w domu ogromną pracę nad dzieckiem. Głupio mi powiedzieć, że jedyne co zrobiłam to nie udusiłam ani dziecka, ani siebie. Sama z siebie się poprawiła.

Bo dziś byłam z klasą córki na wycieczce. Wiertka od dawna prosiła mnie, bym wzięła wolne, jak inne mamy i poszła jako pomoc do dzieci na jednym z wyjść klasowych. To się zgłosiłam i okazało się, że najbliższa okazja jest już dziś. Dzieci były na warsztatach teatralnych w domu kultury, w centrum. Nie powiem, żebym się odprężyła. Była wychowawczyni, nas razem cztery matki, a i tak oczy były dookoła głowy. Nie ma to jak dziewiętnaścioro siedmiolatków. Niby nie robiły nic groźnego, ale wystarczyła chwila i już jakieś np. próbowało łazić po tramwaju. Do pracy, na 12:00, dotarłam zmęczona bardziej niż gdybym pracowała za biurkiem. Moje dziecko było zachwycone, że jestem.

Podobne wyjście czeka mnie jeszcze za tydzień, 1-go czerwca.

22:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 marca 2016
Żebyś się w 2009 urodził, cz. 3

Skomasowałam wszystko w jeden wpis, bo nawet najbardziej zaciekły fan tematu by nie wytrzymał. W tamten czwartek odbyło się zebranie rodziców z dyrekcją, wczoraj byłam u psychologa w poradni pedagogicznej, dziś na rozmowie z wychowawczynią.

Zebranie z dyrekcją było dziwne. Polegało głównie na przekonywaniu rodziców, że nie powinni zostawiać dzieci w I klasie. Bo to przeżycie emocjonalne, jak to wytłumaczyć dziecku, działanie na szkodę dziecka. Plus kwestie techniczne - taki maluch nie zostanie zaklasyfikowany (nie "nie zda"), czyli nie dostanie świadectwa ukończenia pierwszej klasy, jak to odczuje na zakończeniu roku szkolnego. Jak wpisać w dokumentach, że wzorowy uczeń, nie został zakwalifikowany (decyzją rodzica). Dzieci będą w następnym roku przerabiać dokładnie ten sam elementarz i ćwiczenia. Padła propozycja ze strony rodziców, że wyłożą własne pieniądze na książki. Nie da się, bo książki kupuje się w cyklach trzyletnich, więc trzeba by zakupić od razu komplet I-III klasa. Tak teraz wydawnictwa układają plany nauczania - cykle I-III i IV-VI, gwarantując do razu sobie większy, pewniejszy zarobek. Materiał jest rozłożony na semestry, ale w każdym wydawnictwie inaczej. A tak w ogóle, to system nie pozwala, by rodzice kupowali podręczniki.

Dyrekcji strasznie zależało, by wszyscy puścili dzieci dalej i aż zaczęło to wyglądać podejrzanie. Tłumaczyli, że im nawet na rękę, byśmy dzieci zostawili, bo szykuje się "pusty rocznik", kłopoty w obsadzie nauczycielskiej, ale tu chodzi o dobro dzieci. A może gorsze od "pustego rocznika" będą dwa roczniki pozlepiane niczym Frankestein?

A po spotkaniach z psycholog i wychowawczynią. Obie Panie, niezależnie od siebie (psycholog z testem) powiedziały, że Wiertka ma inteligencję powyżej średniej i podzielność uwagi. I w tym kłopot - nie chce uznawać zasad dorosłych i chce ustalać własne. Gdyby była odrobinę głupsza, to uczyłaby się świetnie - moja refleksja. Trzeba z nią pracować, nadganiać i konsekwentnie wymagać. Zamiast rodzicielstwa bliskości muszę być w sprawach szkolnych Führerem. Dyskusja i tłumaczenie powodują z jej strony lawinę kontrargumentów, które ją tylko utwierdzają, że to ona ma rację.

Dodatkowo ma kłopoty z analizatorem słuchu w mózgu - słyszenie sylab, głosek. Plus krzyżowa lateryzacja. Prawa ręka, lewe oko.

Nie ma przeszkód, by poszła do II klasy, ale wymaga to pracy w domu i konsekwencji. Ma w domu utrwalać to, co robiła na lekcjach.

Wczoraj, rzuciłam, że jak przeczyta trzy zdania pod rząd, to kupię jej wielkie wielkanocne Kinder Jajko. Nie wierzyłam, że potrafi, to zaryzykowałam. Dotąd ledwo składała wyrazy. "P" i "a" czyta jako "pya", "nie słyszy" w wyrazach samogłosek, niczym oddany Żyd pisze tylko spółgłoski w wyrazach. Czytając jej bajki, proszę czasami by dane słowo sama przeczytała. Potrafi je zgadnąć z kontekstu, albo po pierwszych trzech literach.

Przeczytała te trzy zdania... Dukając, potykając się, ale pierwszy raz przeczytała tyle tekstu. Okazuje się, że za nagrody jest w stanie zrobić tyle, że za rok przeniosą ją do klasy wyżej. Jestem przeciwnikiem nagradzania dziecka rzeczowo za wyniki w nauce. Tłumaczę o motywacji wewnętrznej, choć - nie bądźmy hipokrytami - motywacja wewnętrzna była ostatnią, którą ja sama się kierowałam w szkole. Kary nie działają, bo Wiertka potrafi się zaciąć i wiele przetrzymać, byle nie zrobić tego, do czego czuje się zmuszana. Ale nagrody ją bardzo nęcą.

Jeszcze na koniec. To zauważyła i ja, i wychowawczyni (na szczęście). Od kilku tygodni u Wiertki widać sporą zmianę. Pamięta, co jest zadane, w domu - bez entuzjazmu, ale jednak - siada i odrabia lekcje. W klasie już nie ma ataków histerii, nie chodzi po klasie, choć nadal się wierci i czasami olewa temat lekcji. Jest na tym etapie, na którym rówieśnicy jesienią. Tak jakby coś kliknęło i miała skok rozwojowy. Albo pomagają, polecane przez psycholog, kwasy Omega 3.

Nadal lubi skupiać na sobie uwagę klasy. Niestety, nawet w mediach wymagana jest umiejętność pisania i czytania :) Jeszcze :)

 







10:54, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 08 marca 2016
Żebyś się w 2009 urodził, cz. 2

Tydzień temu odbyło się tajne zebranie rodziców. Tajne - to na wyrost. Bardziej nieformalne. Spotkali się rodzice z klasy Wiertki, którzy chcą zostawić dziecko na drugi rok w pierwszej klasie lub zastanawiają się nad tym. Napisałam rodzice - a jak zwykle były to matki. Chodziło o wybadanie, jak duża to grupa dzieci, stworzenie frontu by mogły się dalej uczyć razem. Trafili się też rodzice, którzy idą dalej reformą sprzed reformy sprzed reformy. Ci chyba badali, jaka jest atmosfera w klasie.

Spotkanie było w kawiarni, przy herbacie. Rozmowy były gorące, bo w końcu skończyło się na tym, że jedni przekonywali drugich - zostawiać / a po co. Sytuacja wygląda tak, że w klasie Wiertki zostanie kilkoro dzieci. Żaden tłum. W porywach do 6-8 sztuk. Może mniej. Jednak w klasie równoległej, drugi raz powtarzać rok będzie podobno niemal całość klasy. Tam przechodzi dalej kilka sztuk. Gorzej, że tam wychowawcą jest nauczycielka, z którą nasza klasa ma już złe wspomnienia i jeśli zostanie z większością dzieci w I klasie, to nasze mogą zostać tam dołączone. Inna sprawa, że może dlatego tyle dzieci tam będzie repetować - by jej uniknąć.

Na razie została stworzona lista orientacyjna.

Informacja o zebraniu dotarła do wychowawczyni, która była podobno zasmucona okazanym brakiem zaufania i nie zaproszeniem jej. Pojutrze jest zebranie rodziców już z nią.

Nauczycielom nie zazdroszczę - być może klasy im się porozpadają, zostaną pozlepiane nowe. Który nauczyciel pójdzie dalej, który straci pracę?

Zadzwoniłam też do znajomej, która w sąsiednim przedszkolu ma dziecko w ostatnim oddziale. Tam większość rodziców posyła sześciolatki do zerówki, nie do pierwszej klasy. Kolejny rocznik I klas może okazać się bardzo mały. To jest argument - ten rocznik to po kilkanaście klas absolwentów, którzy rzucą się na gimnazja, szkoły średnie, uczelnie. Sama jestem z wyżu, więc co to "walka o ogień". Jak zostawię dziecko, będzie w tym roczniku chudziutkim.

Ja się jeszcze waham, ale jestem już prawie za tym by Wiertkę zostawić. Rozmawiałam niedawno ze znajomą, która ma syna w IV klasie. Poszedł do szkoły jako siedmiolatek. O ile materiał klas I-III został dopasowany do reformy, to IV klasa to ogromny przeskok dla niektórych dzieci. Ona uznaje, że jej syn rok wcześniej nie dałby sobie rady z nawałem rzeczy, które czwartoklasista musi zapamiętać (i nie zawsze chodzi o program, ale np. o lekcje, rzeczy do przyniesienia). Wiem, są dzieci ogarnięte, które nawet w pieluchę robiły według metody. Moja córka do nich nie należy.

Tak patrzę i zastanawiam się. Jak walka o reformę edukacyjną, sześciolatki wyglądałaby, gdyby kobiety sobie to olały i wszystko trafiło w ręce ojców? Chyba panowałaby wielka cisza :)

19:50, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 22 lutego 2016
Żebyś się w 2009 urodził

Wpis będzie pogmatwany, bo i sytuacja jest pogmatwana. Dzięki temu, że ekipy rządzące zrobiły z dzieci piłeczkę ping pongową. Cholerny rocznik 2009. Do końca życia będzie się to za nimi wlokło.

W tamtym tygodniu było zebranie rodziców. Opóźnione, bo przed feriami nauczycielka była chora. Padło oczywiście na forum pytanie, który rodzic zastanawia się na zostawieniem dziecka jeszcze raz w I klasie. Zgłosiło się 4-5 rodziców. Całkiem niewiele, jak na 25-osobową klasę. Zaraz padły kolejne pytania. W szkole jest jeden oddział 0, jedna przyszła klasa I. Jest duże prawdopodobieństwo, że dużo rodziców nie pośle sześciolatków wcześniej do szkoły. Nowych klas złoży się niewiele. Nie będzie to rocznik jak ten, bijący rekordy. Dojdą drugoroczne pierwszaki. Co się stanie z przetrzebioną, już, II klasą, jeśli zostanie w niej mniej niż 20 dzieci? Czy klasy będą łączone? Jak tworzyć się będzie nowe I klasy - świeże sześciolatki, siedmiolatki z przedszkoli + drugoroczne siedmiolatki? W szkole nikt jeszcze nic nie wie, bo czekają na zakończenie składania wniosków. Wniosków od rodziców z rocznika 2010 i rodziców z rocznika 2009, którzy dzieci zostawią na drugi rok.

Jako rodzice dostaliśmy, do wglądu prace semestralne dzieci - z matematyki i polskiego. O ile ta pierwsza poszła Wiertce ok (okolice dostatecznej), tak druga nie została oceniona. Była napisana tak fatalnie, że nie było aż tak niskiej skali :( Wiertka musi ją napisać jeszcze raz. Miałam też coś w rodzaju raportu semestralnego. I ok - nie a ocen, są literki, ale nawet głupi połączy literki z oceną. U mojego dziecka czwórki i piątki. Tylko z zachowania, współdziałania w grupie, wychowania fizycznego pikują w okolice dwójek i jedynek. Wychowanie fizyczne nie w sensie ćwiczeń, ale też działania w grupie, na zajęciach.

Rzucałam ukradkiem okiem na raporty i sprawdziany innych dzieci, w rękach rodziców i było mi przykro. Przecież moje dziecko nie jest gorsze od tamtych.

Jestem rozdarta. Wiertka jest po drugiej serii testów psychologicznych. Będzie jeszcze obserwowana w klasie, w czasie lekcji, psycholog porozmawia z wychowawczynią. I dopiero w marcu będzie trzecie spotkanie - tylko ja i psycholog, by omówić wyniki i coś ustalić.

Będę pewnie jeszcze więcej pisać. Na razie wiem, na szybko, że moje dziecko inteligencję ma powyżej średniej. Jest nadpobudliwa, nadruchliwa i impulsywna. To nie złe wychowanie :) Ma krzyżową lateralizację - prawa ręka, lewe oko i dlatego nie trafia w liniaturę, pisze krzywo, zjeżdża pismem, nie trzyma się brzegów kartki, pisze lustrzanie, myli jej się b z d, itp. Daje to też ryzyko dysleksji. Czeka nas sporo pracy.

I czy teraz przy tym wszystkim pchać dziecko do II klasy, gdy ledwo daje radę z obowiązkami z klasy I? Gdy pisanie i czytanie to silny stres?

A w piątek na chwilę rozmawiałam z wychowawczynią i ona dla odmiany uważa, że Wiertka powinna iść dalej. Jest inteligentna. ADHD się nie cofnie, więc kłopoty na lekcjach będą te same. A - czego i ja się obawiam - gdy będzie jeszcze raz przerabiać ten sam materiał, zanudzi się. I będzie rozrabiać z nudów. A jak się dowie, że ma kłopoty z ADHD, czy dysleksją - to przy jej sprycie życiowym - zrobi sobie z tego sposób na życie, by się nie przemęczać.

Nie wiem, nie wiem, nie wiem.

Czeka mnie jeszcze marzec rozmów i zastanawiania się.

18:51, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
Tagi