To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Nie świadectwo, lecz chęć szczera

W piątek odbywały się w szkołach zakończenia roku szkolnego, rozdania świadectw. I zaraz, w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo wpisów rodziców, którzy pokazywali świadectwa swoich dzieci. Oczywiście, te z czerwonym paskiem, super ocenami. Z tego co mi wiadomo, dzieci nie podjęły tej akcji :)

Jednocześnie z falą radości z sukcesów własnego dziecka, poszła druga fala wpisów pod hasłem "nie świadectwo, lecz chęć szczera". Generalny wydźwięk był taki, że te czerwone paski, wyróżnienia dla najlepszych uczniów, to niesprawiedliwe, to chwalenie się, to jakieś takie nieładne. Bo przecież wszyscy uczniowie ciężko cały rok szkolny pracowali, bo trzeba doceniać każdego. Dziecko kocha się za to, że doczołgało się do rozdania świadectw bez rozstroju nerwowego i bólu tyłka rodzica. A tak w ogóle, to ludzie sukces w życiu osiągnęli i bez "czerwonych pasków".

Ja patrzyłam na to inaczej. Czy to takie złe i straszne, że rodzic, członek rodziny jest dumny z osiągnięć własnego dziecka? Kto ma je chwalić, doceniać, szczycić się owocami jego pracy jak nie rodzina? To ludzkie, ta radość. Mam wrażenie, że to trochę takie polskie - osiągnąłeś sukces, włożyłeś w coś sporo pracy, nakręcało cię, by zrobić coś lepiej. A gdy wreszcie dostajesz dowód uznania, masz to schować za plecami i powiedzieć, że tak naprawdę to nic się nie stało, to przypadek był. Bo innym, którzy po prostu się prześlizgnęli, może być przykro.

Nikt nie napisze kobiecie, która chwali się powrotem do dawnej figury - kosztem diet, ćwiczeń, treningów - że nie powinna się tym szczycić, bo przecież są koleżanki z rozstrojoną gospodarką hormonalną i one nigdy tego wyniku nie osiągną. Nagrodę Nobla przekazuje się uroczyście, z rąk króla, z fetą i kolacją, a nie w baraku, ukradkiem. Bo inni uczeni będą sfrustrowani.

I piszę to z pozycji matki dziecka, które szkolnego dyplomu i medalu nie dostało. I pewnie nie dostanie nigdy.

Bo to nie cała idea "czerwonych pasków" jest zła, nie jest niczym złym wyróżnianie wybijających się uczniów. Mówić trzeba o ważnej roli rodzica, który tak potrafi przygotować dziecko na atmosferę szkolną, że będzie się czuło bezpieczne, kochane i bez takich wyróżnień. Czerwonego paska nie dostanie może, ale za to otrzyma gdzieś indziej medal - w sporcie, konkursach, warsztatach. Będzie wyjątkowe.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, mając dziecko, dla którego z natury stopnie i ocena z zachowania nie jest aż tak istotna. Ostatnio natknęłam się na wpis o dziewczynce, która rozpłakała się, gdy nie dostała wzorowego świadectwa. A w domu rodzinnym nigdy nie kładziono nacisk na takie osiągnięcia, doceniano ją za to jaka jest.

Mimo to - dajcie rodziców, dziadkom, ciotkom, przyszywanym przyjaciołom rodziny publicznie cieszyć się z osiągnięć dzieci.

A o moich świadectwach i szkolnych refleksjach napisze w innym wpisie.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

środa, 22 marca 2017
O dziecku

Nadzieje, że zamknęłam rozdział z kłopotami wychowawczymi z dzieckiem były dość płonne. Mniej więcej wtedy, gdy dostawałam wypowiedzenie w pracy, zaczęła się też fala uwag w dzienniczku, prośby od wychowawczyni o kontakt, informacje, że chce też ze mną rozmawiać pani od angielskiego, pani od religii, pedagog szkolny. W skrócie, po ponad pół roku bycia karnym, szkolnym dzieckiem, Wiertka ponownie się znarowiła.

Sytuacje bywały różne. Część niestety, także z mojej winy, bo to ja - zaganiana i zawalona pracą - myślałam, że podręczniki od angielskiego, religii dziecko ma w szkolnej szafce, a one leżały przywalone rzeczami w domu. Efekt był taki, że Mała, nie mając co robić na angielskim stawała za plecami nauczycielki i mówiła do niej w swoim "angielskim". Moje dziecko, niestety, czy stety, zamiast uczyć się języka obcego, wymyśliło własny i to jej wystarcza.

Innego dnia, zachowywała się dziwnie na lekcji, aż w końcu wybiegła z klasy. Mnie nie chciała nic powiedzieć, więc delikatnie poprosiłam mamę jej koleżanki z klasy, by wypytała córkę, co się działo. Wiertka ukrywała się pod ławkami, a potem wybiegła z klasy, gdy pani zwróciła jej uwagę, biegała po korytarzu. Zaczęłam o tym rozmawiać z dzieckiem. Okazało się, że chciało jej się bardzo siku, a uznała, że pani na pewno nie pozwoli jej wyjść z lekcji. Dlatego spróbowała się wymknąć... pod ławkami, a potem pobiegła do ubikacji... Z boku wyglądało to, jakby zwariowała.

Bardziej zaniepokoiła mnie uwaga od pani, że Wiertka uderzyła bez powodu dziewczynkę. Ponownie, moje dziecko nie wiedziało, o jaką sytuację chodzi. Dopytałam się, która to była dziewczynka. I wtedy, Wiertka, powiedziała, że uderzyła A, bo ta patrzyła się na nią jak mądrala. I tu mi się dzwonek włączył. Dziewczynki są dobrymi koleżankami, tamta pewnie patrzyła się zwyczajnie, a to w mojej córce zrodziło się wrażenie, że ktoś się nad nią wywyższa. Czyli sama poczuła się gorsza. Porozmawiałam z nią na ten temat.

Padła nawet, ze strony wychowawczyni rada, że może powinna dawać dziecku jakieś leki :(

W domu jest w miarę ok, o wiele lepiej niż kiedyś. Tylko dobija mnie impulsywność i łatwopalność emocjonalna mojego dziecka. Nigdy nie wiem, czy drobny problem nie skończy się histerią.

W tym wszystkim, Wiertka jest lubiana przez dzieci z klasy, sprawdziany pisze na dobre stopnie, brała (sama chciała) udział w konkursie matematycznym i przyrodniczo-logicznym.

Na razie chodzimy, ja i Mała, na spotkania do pedagoga szkolnego. Jesteśmy zapisane na wizytę w poradni psychologicznej. Pedagog zabiera ją czasem z lekcji, czasem przyprowadza ją wychowawczyni. Widać, że moje dziecko ma trudności z koncentracją i skupieniem. Ostatnio przyszła na piątej lekcji układać puzzle do pedagog, bo była już przeciążona i tam się wyciszyła. Prawdopodobnie ma dysleksję i dostałam poradę, by powoli już teraz wyrobić jej papiery, by zaczęła IV klasę z ich wsparciem.

Wychowawczyni przyznaje, że ona sobie z Wiertką daje radę, ma na nią sposoby. Jednak, prawdziwe kłopoty zaczną się od IV klasy, gdzie będzie inny nauczyciel, od każdego przedmiotu i nikt nie będzie się pochylał z cierpliwością nad moim dzieckiem. Już teraz trzeba wyrabiać ścieżki u psychologa.

Jedyna dobra rzecz, w tym bezrobociu, jest taka, że teraz później zaprowadzam dziecko na lekcje, wcześniej ją odbieram, mam głowę do jej spraw.

10:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
Bo ja taka jestem

W poniedziałek był Dzień Otwarty w szkole i przeszłam się porozmawiać z wychowawczynią. Szczególnie po wpisach w zeszycie i dzienniczku. Okazało się, że mojej córce znowu charakter się popsuł. Płacze i szlochy w sytuacjach kryzysowych. Trudności z koncentracją, rozpraszanie klasy. Zajmowanie się na lekcji pisaniem i rysowaniem, w żadnym razie nauką. Wychowawczyni dopytywała się, czy wcześniej Wiertka brała jakieś leki, bo teraz zmiana jest widoczna.

Widziałam te jej zapiski - pisze kontynuację książki dla dzieci, którą jej czytano, albo bajki, a nawet emocjonujący list do koleżanki z klasy, która zraniła jej uczucia. Uważam, że jeśli dzięki temu ma kiedyś dostać Nike albo literackiego Nobla, to może to dodawanie do dwudziestu sobie odpuścić ;) Rysunki też są niezłe, bo o tym, jak kocha mamę :)

Żartuję.

Porozmawiałam z małą w domu. Wywróciła oczami i stwierdziła:

- Bo ja taka jestem. Ja już się nie zmienię.

Jakbym jej tatusia słyszała ;)

Pomyślałam jednak, że jeśli rodzina to system połączony, to być może odbiła się też na niej stresująca jesień, moja choroba. Starałam się nie okazywać po sobie napięcia, stresu, smutku, ale może są dzieci, które to wyczuwają. Teraz powinnam więcej uwagi poświęcić dziecku. Ograniczyć tablet. Wyciszyć.

19:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 września 2016
Trójka klasowa

Tydzień temu było zebranie rodziców w szkole. Czterdzieści minut podpisywania różnych zgód, opowiadanie o programie drugiej klasy i wreszcie na koniec najtrudniejszy punkt. Wybór trójki klasowej rodziców. Niestety, najbardziej energetycznych rodziców już nie ma. Garstka zebranych zbyła ten punkt milczeniem. Wychowawczyni wracała jeszcze trzy razy. Już wcześniej zastanawiałam się nad tym, żeby się jakoś uaktywnić. Nie mam natury przewodnika stada, ale w pierwszym szeregu lubię być.

W ramach dygresji. Prawie całą podstawówkę byłam przewodniczącą klasy, skarbnikiem, albo kimś w tym stylu - wymiennie z innymi osobami. Od pewnego czasu było to na zasadzie wybierania przez głosowanie, a zgłaszałam się sama. A zgłaszałam się, bo zapewne kiedyś, na początku byłam wybrana przez panią wychowawczynię. Nie posądzam się o taki lans w pierwszym klasach. Z tego, że byłam przez nauczycieli faworyzowana od początku, zdaję sobie sprawę. Natura poskąpiła mi wielu rzeczy, ale wpływu na grono pedagogiczne dała nadmiar. W ostatnich klasach udzielałam się nawet chyba w jakiś samorządach szkolnych. Ganianie po korytarzu w czasie lekcji, w ramach bardzo ważnych spraw, było fajne. Mikro szkolne "House of cards" także ;)

Życie niewiele mnie nauczyło, więc postanowiłam teraz kontynuować tę tradycję. Choć nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Zgłosiła się też inna mama i ona ma swoje pomysły, więc jakoś to pójdzie.

Dziś za to było zebranie trójek klasowych, na które poszłam jako jedyny przedstawiciel naszej klasy. Frekwencja nie powalała, bo na 27 klas rodziców było kilkanaście. Dodam tylko,że nie jestem rodzicem, który odstawia dziecko do szkoły i odbiera z poczuciem, że zostało nauczone, wychowane i zrobione. Rodzic też coś tam powinien z siebie dać. W drugą stronę - praca nie pozwala być matką szkolną w stylu "Gotowych na wszystko". To zebranie to taki kompromis.

Nie miałam z kim jej zostawić, więc Wiertka była ze mną.

niedziela, 04 września 2016
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Już II klasa :)

Z klasy Wiertki dwoje dzieci odeszło (zostało w I klasie), ale doszło dwoje nowych. Przy okazji popatrzyłam na listę klas 0 i I. Zerówek jest trzy, a klas pierwszy raptem dwie. W dodatku jedna z nich ma... 14 uczniów. Wiertka miała pecha z tym swoim rocznikiem. Trudno. Decyzja jedna, druga zostały podjęte i teraz trzeba z tym iść przez życie szkolne. Na szczęście, przez cały prawie tydzień ma na pierwszą zmianę, na 8:00. Tylko w poniedziałek na 10:30. Martwiłam się o to, bo dziecko zaprowadzone na 7:30 na świetlicę, bawiące się tam trzy, cztery godziny, nie będzie już później mogło w pełni uczestniczyć intelektualnie w lekcjach.

Zabawa będzie z szatnią. W szkole szatnie są dwie - jedna dla klas 0-3 w skrzydle dla tych klas i druga dla klas 4-6 (teraz zapewne 4-8) w skrzydle dla tych klas. Pierwsza jest mniejsza i nie zmieściły się tam wszystkie oddziały. Dlatego wszystkie klasy III i dwie z klas II (akurat ta Wiertki) mają boksy w "dużej szatni". Razem ze starszymi. Ja zaprowadzam dziecko przed 7:30, a o tak bestialskiej porze żaden czwarto-, czy sześcioklasista się w szkole nie pojawi :) W szatni pustki. Gorzej, że do tej szatni prowadzą schodki, a część matek przychodzi z młodszymi dziećmi w wózkach, czy spacerówkach. I dalej jest jeszcze śmieszniej. Duża szatnia ma połączenie ze skrzydłem dla klas 4-6. By dostać się do świetlicy trzeba albo - wejść na I piętro, przejść korytarzami, zejść na parter i przejść przez korytarze, albo - przejść parterem przez dwie sale gimnastyczne. W piątek były otwarte, więc tak zrobiłyśmy. Już jednak widzę nerwowe tiki u pań woźnych. Jaką by trasę nie wybrać, moje - jesienią i zimą - uwalone buty przejdą przez sporą część szkoły. Wiem, że wyjściem jest wysłanie dziecka do szatni samego i olanie sprawy. Tyle, że Wiertka jeszcze chce bym obok niej była. I boję się, że łażąc pomiędzy klasami 4-6 dotrze na świetlicę już po lekcjach - bo sobie coś obejrzy, coś zobaczy, tu się zamyśli. Docelowo, za kilka miesięcy chcę by sobie już radziła sama. A co zrobią matki z dziećmi w wózkach? Wersja ostateczna - ja przejdę dziecińcem pod świetlicę i będę czekać, aż dziecko dotrze korytarzami.

Jedynie chyba sokramka wie o co mi chodzi, bo zna rozkład tej szkoły :)

Zaraz zacznie się zabawa pod tytułem: "Czy było coś zadane"? "Nie pamiętam" :)

11:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 26 czerwca 2016
Zamknięcie roku

Miałam ostatnio dylemat i nie czułam się z tym do końca fajnie.

U jednego z moich klientów przygotowywałam pewien egzamin, który odbywa się dwa razy do roku. Trzeba zgrać logistycznie, dopracować materiały, potem napisać podsumowanie (to przede mną). I dopiero po fakcie zorientowałam się, że data pierwszej tury nakłada się na... zakończenie roku szkolnego Wiertki. Tylko matka taka jak ja może przypomnieć sobie o dacie zakończenia roku szkolnego na dwa tygodnie przed. A tym razem moja osobista pomoc była niezbędna. Mogłam kogoś znaleźć na zastępstwo. Wzrosłyby trochę koszta. W ostatniej chwili próbowałam trochę przesunąć godziny, ale już się nie dało.

Mogłam się uprzeć i wszyscy by zrozumieli, ale fakt jest też taki, że chciałam mieć w tym swój udział. Poszerzyć trochę doświadczenie. Tata Wiertki zgodził się iść z nią na zakończenie roku szkolnego. W końcu, u licha, ojciec to taki sam rodzic.

Potem okazało się jeszcze, że jak się zepnę czasowo, to na pół godziny uroczystości mogę być.

Wiertka pojechała do taty dzień wcześniej, w czwartek. Dostałam od jednej z mam sms-a, że przez cały dzień była marudna, płakała, jęczała. Być może jest już mocno zmęczona szkołą. Zadzwoniłam do Byłego, by wybadać, czy coś opowiadała, ale dowiedziałam się tylko, że dużo spała. Potem dostałam wiadomość, że wymiotowała. A potem, że ma 38,7 stopni. Wyjaśniła się przyczyna jej zachowania. Uznałam, że nie ma co przesadzać - to ważny dzień, pierwsze zakończenie roku szkolnego w życiu, ale ważniejsze jest by wypoczęła. I nie wiadomo, czy nie zaraża wirusem.

To ja wpadłam na chwilę do szkoły i odebrałam jej świadectwo oraz książkę. Z książką była związana inna krótka dyskusja wcześniej. Bo padł pomysł, by dzieci wyróżnione, te "czerwonopaskowe" miały swoje nagrody, ale oprócz tego wszystkie dzieci dostały po książce. Byłam za, choć ciśnienia nie miałam. Rozumiem, że jednak otrzymanie nagrody za wyniki w nauce, to coś wyjątkowego dla dziecka. A tak wyjątkowość się rozmywa. Sama dostawałam "czerwony pasek" i nagrody do siódmej klasy ;)

Pojechałam, egzamin nadzorowałam, choć przede mną siedzieli dorośli i nawet nie ściągali :) Choć negocjować próbowali :) Upał mi straszliwy, ale w tamtejszej klimie udało mi się przemarznąć.

Sama też nie czułam się za dobrze. Już trzeci dzień z rzędu byłam lekko osłabiona, z obolałym, spuchniętym brzuchem. Chyba też wirus mnie nadgryzał. Nie jedyną - w pracy byłam chyba trzecia. Inna z matek na FB też się żaliła, że jej dziecko ma któryś dzień z rzędu prawie 40 stopni.

Wiertce zdążyły wrócić siły witalne. Jeśli mierzyć to ilością słów wyrzucanych z siebie w minutę :) Pojechałyśmy do kina na "Gdzie jest Dory?". Mnie udało się odlecieć na kilka minut w drzemkę, ale większość historii obejrzałam. I jak to ja, pod koniec miałam ochotę sobie popłakać :)

środa, 25 maja 2016
Sałatka macierzyńska

W poniedziałek była ostatnia już wywiadówka w tym roku. Wychowawczyni poprosiła, bym chwilę została po spotkaniu. Cały czas zastanawiałam się, co moje dziecko znowu nawywijało, jaka litania mnie czeka? A okazało się, że wychowawczyni chciała Wiertkę pochwalić. Na przełomie zimy i wiosny dokonała się ogromna poprawa. Lepiej się zachowuje, jest stabilna emocjonalnie, uczy się, ma lepsze wyniki w nauce. O tym co ja zauważyłam będzie jeszcze wpis, bo sama widzę, że moje dziecko miało największy skok rozwojowy w swoim życiu. A potrafi te skoki przechodzić malowniczo i zawsze jest to poprzedzone trzęsieniem ziemi w zachowaniu. Bo po co robić coś na pół gwizdka? :)

Dziś też wychowawczyni powtórzyła, że musieliśmy wykonać w domu ogromną pracę nad dzieckiem. Głupio mi powiedzieć, że jedyne co zrobiłam to nie udusiłam ani dziecka, ani siebie. Sama z siebie się poprawiła.

Bo dziś byłam z klasą córki na wycieczce. Wiertka od dawna prosiła mnie, bym wzięła wolne, jak inne mamy i poszła jako pomoc do dzieci na jednym z wyjść klasowych. To się zgłosiłam i okazało się, że najbliższa okazja jest już dziś. Dzieci były na warsztatach teatralnych w domu kultury, w centrum. Nie powiem, żebym się odprężyła. Była wychowawczyni, nas razem cztery matki, a i tak oczy były dookoła głowy. Nie ma to jak dziewiętnaścioro siedmiolatków. Niby nie robiły nic groźnego, ale wystarczyła chwila i już jakieś np. próbowało łazić po tramwaju. Do pracy, na 12:00, dotarłam zmęczona bardziej niż gdybym pracowała za biurkiem. Moje dziecko było zachwycone, że jestem.

Podobne wyjście czeka mnie jeszcze za tydzień, 1-go czerwca.

22:17, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi