To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: szkoła

piątek, 12 stycznia 2018
Szkolna męka

Żeby było idealnie musiałabym nie wychodzić z domu, ale staram się tym nie przejmować.

Byłam wczoraj na wywiadówce u Wiertki. Nie miałam ochoty, chciałam wysłać tam jej ojca, niech on teraz wysłuchuje żali. Niestety, wybrałam się sama. I oczywiście, wychowawczyni wylała na mnie kubeł zarzutów i to dość podniesionym głosem. Wkurza mnie to, że jestem taką współpracującą matką, co to wysłucha, pokiwa i powie, że racja. A może powinnam zaprotestować? Niestety, jest we mnie głębokie przekonanie, że pedagog wie, co robi, wie co mówi i ma zawsze rację. A jak bronisz dziecka, to jesteś mamuśką, co to wychowuje przyszłego Januszka z "Ballady".

Wczoraj i ja dotarłam do ściany. Bo nie wiem, co mam robić. Wiertka komentuje na każdej lekcji zachowanie pani nauczycielki. A ona jest tym oburzona. Rzuciła przykład - pisze na tablicy zdanie, a moja córka:

- A dlaczego pani tak te litery podkreśla? Pani je podkreśla już tak od pierwszej klasy.

Jak widać, autorytet nauczyciela w ruinie. Podobno, tak jest co chwila.

Trudniejsze są reakcje emocjonalne Wiertki. Mieli sprawdzian z mnożenia i dzielenia. Nie zdążyła wszystkiego obliczyć, bo idzie jej to jeszcze wolno. Nie chciała oddać kartki, zrobiła awanturę, rozpłakała się, nie uspokoiła do końca dnia szkolnego. Piszą test semestralny - nie zrozumiała zadania. Pani próbowała jej jeszcze wytłumaczyć, ale ona już się zdenerwowała, w nerwach zamazała kartkę liniami i znowu nie mogła się uspokoić. Za to, w tym samym teście, zrobiła jakieś ostatnie zadanie, najtrudniejsze.

Te sprawdziany i klasówki są w ramach przygotowywania dzieci na czwarta klasę. I tak sobie pomyślałam, że zapewnienia jak to fajnie będzie puścić sześciolatki do szkoły, program nauczania się dopasuje, poszły się pieprzyć. W rzeczywistości, to dzieci dociosuje się by wbić je w wymagania programu.

Pani może być oburzona, może tłumaczyć, że to utrudnia pracę na lekcji, rodzice zaczynają być zaniepokojeni. Fajnie, tak pojeździć na poczuciu winy. Bo ile bym z dzieckiem nie rozmawiała, nie tłumaczyła, to ona następnego dnia zapomina i robi to samo. Rybka Dory. W czasie odrabiania lekcji też miewa wybuchy złości i płaczu, ale wtedy usadzam ją ostrym słowem i każę się ogarnąć. 

Nie wiem, jak można byłoby poprawić jej reakcje emocjonalne. Mam ją, u licha, karać za wybuchy płaczu? Żeby nauczyła się je tłumić i dostała jakiejś choroby psychosomatycznej?

I wszystkie te wyrzuty z podtekstem, że to ja jestem temu wina, dlaczego nic nie robię i co się takiego złego dzieje w domu, że dziecko tak się zachowuje.

Nie wiem, dlaczego ona ma osiem lat, ale reakcje emocjonalne pięciolatka? Jej rozwój nerwowy od trzech lat stanął w miejscu. Ja widzę poprawę w relacjach rodzic-dziecko, w domu, ale na gruncie szkolnym, ona ciągle zachowuje się jak zerówkowicz wciśnięty za szybko do pierwszej klasy.

Ja podejrzewam, że to wszystko było dla niej za wcześnie. Nie powinna była iść do pierwszej klasy jako sześciolatek (a naprawdę jako 5 i 3/4 latek). Nie wiem, czy nie powinna była być odroczona nawet biorąc pod uwagę jej rocznik. W każdym roczniku są dzieci dobrze rozwinięte, które można posłać do szkoły wcześniej, większość, która uczy się tradycyjnym trybem i ostatnia garstka, która nie ma dojrzałości szkolnej rówieśników i musi jeszcze poczekać.

Ale tamten pierdolony rok (przepraszam za wyrażenie, ale jestem wkurwiona) był czasem, gdy przedszkola wypychały na siłę dzieci, gdy dookoła trąbiono, że szkoły są przygotowane na młodsze dzieci, będzie super. I w przypadku 90% dzieci to się sprawdziło. Nikt nie powiedział mi prawdy, jaki jest autentyczny stan mojego dziecka. Niestety, ja też o tym nie myślałam. Naiwnie sądziłam, że reforma dopasuje nauczanie do dzieci. Chyba wstydziłam się, że mogę mieć dziecko "gorsze" od rówieśników. I teraz moje dziecko płaci za moją ambicję. 

Pisałam chyba już kiedyś o tym. Moja siostra cioteczna jest dzieckiem z końca listopada. Poszła do zerówki, ale ciężko to przeżywała. Codziennie wracała do domu z płaczem. Pod koniec roku szkolnego, w szkole zasugerowano części rodziców, że ich pociechy nie mają gotowości szkolnej. Moja ciotka była jedynym, który zgodził się z diagnozą i zdecydowała, że córka powtórzy zerówkę. Tyle, że zmieniła jej szkołę. Pamiętam, że byłam tym trochę zniesmaczona. Uważałam, że trzeba się było wykłócać, bo przyznała, że jej dziecko jest gorsze. Siostra pokochała nową szkołę i skończyły się trudności z nauką. Dziś, po latach widzę, jak mądra to była decyzja. I nie mogę sobie wybaczyć, że nie zrobiłam tego samego.

Oczywiście, gdy kiedyś napomknęłam o tym, wychowawczyni odrzekła, że to nonsens, bo inne dzieci sobie radzą. Tylko moja jest niewychowana.

Chcę by Wiertka powtórzyła trzecią klasę, już w innej szkole. Nie naprawi to wszystkiego, ale może coś pomoże. Z tym wiążą się inne dylematy i strachy. Też napędzane przez wychowawczynię. Ale ten wpis już jest zbyt długi.

Teraz ja musiałam z siebie wylać, bo w nocy ze stresu spać nie mogłam.

Ale 2018 jeszcze mi nie zepsuło :)

10:34, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 28 września 2017
Wychowawczo, cz. 2

Nie chciałam robić poprzedniego wpisu zbyt rozwlekłego. A teraz mogę napisać, co konkretnie czasami wydarza się w szkole i co moje dziecko ma do wyjaśnienia na dany temat. Zdarza się, że Wiertka mówi po prostu „nie wiem”. Dlaczego to zrobiła, dlaczego tak się zachowała? Nie wiem. Po prostu to zrobiła.

 

Chodziła pod ławkami – bo koleżanka ją zawołała, więc poszła do niej. Czy koleżanka dostała uwagę? Jasne, że nie. Tłumaczę, że to pani decyduje, co się na lekcji robi, nie koleżanka.

Rozbiera się na lekcji – bo było jej gorąco. Znowu tłumaczę, że takie rzeczy robi się w łazience, na przerwie. Dla niej przerwa będzie za wieki czasów.

Dzieci miały narysować deszczową pogodę, a ona narysowała kolorowy obrazek. To była deszczowa pogoda, tyle że kolorowa. Jej deszcz był kolorowy. Przypominam sobie, że wychodząc tego dnia do szkoły, wiedząc, że będą mieli plastykę, Wiertka powiedziała, że chce malować kolorowe obrazy.

Na lekcji, robi z ćwiczeń zadania do przodu, tak że potem nie można się połapać, co było na lekcji, co jest zadane. A czasem nie robi nic. Bo chce mieć ćwiczenia z głowy i móc zająć się rysowaniem komiksu. Albo gazetki. Albo kroniki szkolnej. Pokazywała mi swoje prace w domu.

Rozśmiesza dzieci, popisuje się, skupia na sobie uwagę. Na przykład ma przenieść coś ze stoliczka pod oknem do swojej ławki i niesie to w zębach. Pani tłumaczy coś dzieciom, stojąc przy drugiej ławce, a siedząca za nią Wiertka też wstaje i imituje jej ruchy, słowa. Bo ona lubi rozśmieszać ludzi, chciałaby być klaunem, jak dorośnie. A pani nie przedrzeźniała, tylko chciała być taka jak ona.

I tak bez końca. Wygląda to tak, jakby – jeśli chodzi o zachowanie i dobre maniery – moje dziecko było pozbawione pamięci długotrwałej. Niczym rybka Dori. Jest pomysł – jest natychmiastowe wykonanie. Wychowawczyni oczekuje, że po dwóch latach szkolnej socjalizacji, dziecku wreszcie te normy utrwali. A tu nic.

15:45, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 27 września 2017
Wychowawczo

Wrócę wreszcie do spraw szkolnych. Mam za sobą wywiadówkę szkolną dwa tygodnie temu i krótką rozmowę z wychowawczynią tydzień temu, i rozmowę telefoniczną z pedagogiem szkolnym, i kilka rozmów z dziećmi z klasy. Z dzieciakami to stąd, że gdy przychodzę po Wiertkę, zazwyczaj jakieś dziecko podchodzi do mnie i opowiada, co moja córka dziś nawywijała.

 

Od wychowawczyni usłyszałam cała listę skarg. To już trzecia klasa, a zachowanie się nie poprawia, a nawet pogarsza. Już nawet nie mam ochoty rozpisywać się. Chodzenie po klasie, rozbieranie, gadanie, śmianie, skupianie na sobie uwagi dzieci, rozśmieszanie ich, popisywanie się, nie wykonywanie poleceń, okazywanie złych humorów wobec nauczyciela (zmuszona do czegoś, zamiast położyć na stoliku pani swój zeszyt, prawie go rzuciła). Trzeba dawać dziecku leki na wyciszenie. Pedagog tłumaczyła mi, że Wiertka jest cała rozedrgana w większej grupce dzieci, rozkręcona, nabuzowana od nadmiaru bodźców.

Starałam się być rozumiejąca, współpracująca ze szkołą, ale w którymś momencie poczułam się gdzieś przy ścianie. I, że jakaś granica się przesuwa, bo już nie tylko dziecko jest łajane, ale także ja. Bo to ja dopuszczam do takiego zachowania dziecka. Słyszę, że mam stawiać granice, zabraniać, nie pozwalać na wszystko. Słyszę po raz tysięczny. A przecież stawiam granice i nie pozwalam na wszystko. W dodatku, wychowawczyni, zarzuciła mi, że mam zbyt partnerskie relacje z dzieckiem. Może rzeczywiście nie jestem typową Matką. Często zdarza mi się być przy dziecku żartobliwą i sarkastyczną. Może nie powinnam? Bo dziecko strzeli sarkazmem w szkole i nauczyciele nie wyczują. I Wiertka sama z siebie jest typem dziecka, które nie wyczuwa granic pomiędzy sobą, a dorosłym. Dorosły może uznać, że nie jest odpowiednio poważnie przez moje dziecko traktowany. Inny może stwierdzić, że to bardzo śmiała i kontaktowa dziewczynka.

Cały wpis byłby zbyt obszerny, więc może jutro podam kilka przykładów zachowań mojego dziecka i tego, jak sama Wiertka wytłumaczyła mi swoje zachowanie.

Pomyślałam też jedno. Starsza siostra Wiertki też miała ADHD. Tyle, że policzyłam szybko. Gdy jej brakowało trzech miesięcy do ósmych urodzin (dziecko majowe), kończyła dopiero pierwszy semestr I klasy. Nauczycielka dopiero sygnalizowała, że dziecko jest nadpobudliwe i dopiero zaczynały się wizyty u psychologa. A moja córka, na tym samym etapie, zaczyna III klasę, ma za sobą cztery semestry bycia krytykowaną przez wychowawczynię. I oczekuje się od niej, że wreszcie będzie grzeczna. Przecież gdyby Wiertka urodziła się trzy tygodnie później (w styczniu 2010), teraz zaczynałaby dopiero I klasę! Czy oni tego nie widzą?!

Efekt jest taki, że jestem zła na szkołę. Na dziecko też, ale na szkołę trochę bardziej. Potrafią tylko robić listy zarzutów. Każde spotkanie kończy się wysłuchiwaniem,  jaka to moja córka jest zła i wzbudzaniem we mnie poczucia winy. Oraz komentarzem, że za kilka lat nie poradzę sobie z dzieckiem. Autentycznie nie mam ochoty pojawiać się już na wywiadówkach. Niech chodzi na nie jej ojciec i robi mi notatki. Zaczęłam rozważać zmianę szkoły po III klasie. Nie dlatego, że w nowej moje dziecko magicznie zrobi się grzeczne. Do tego miejsca straciłam serce. Wiem, że za Wiertką będzie się ciągnęła opinia dziecka trudnego, krnąbrnego, z problemami. Na starcie będzie tak odbierana. Sama pamiętam to z dzieciństwa. Byłam małym kujonem i gdy koło VI klasy przestałam się uczyć, nadal dostawałam dobre stopnie. Moje koleżanki, ciężej pracujące ode mnie, wiedzące równie wiele, dostawały stopnie gorsze, bo na wcześniejszym etapie nauki miały słabsze oceny. Już wtedy, jako nastolatka, widziałam tę zależność i z premedytacją czerpałam z tego korzyść.

A najsmutniejsze, że wie to też już moje dziecko. Z naszej rozmowy w tym tygodniu:

- I dostaniesz wtedy uwagę od pani. – coś skomentowałam.

- Przecież i tak dostanę uwagę. – odpowiedziała Wiertka.

Moja córka wie, że cokolwiek w szkole nie zrobi i tak zostanie to negatywnie odebrane.

 

15:33, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 26 czerwca 2017
Nie świadectwo, lecz chęć szczera

W piątek odbywały się w szkołach zakończenia roku szkolnego, rozdania świadectw. I zaraz, w mediach społecznościowych pojawiło się mnóstwo wpisów rodziców, którzy pokazywali świadectwa swoich dzieci. Oczywiście, te z czerwonym paskiem, super ocenami. Z tego co mi wiadomo, dzieci nie podjęły tej akcji :)

Jednocześnie z falą radości z sukcesów własnego dziecka, poszła druga fala wpisów pod hasłem "nie świadectwo, lecz chęć szczera". Generalny wydźwięk był taki, że te czerwone paski, wyróżnienia dla najlepszych uczniów, to niesprawiedliwe, to chwalenie się, to jakieś takie nieładne. Bo przecież wszyscy uczniowie ciężko cały rok szkolny pracowali, bo trzeba doceniać każdego. Dziecko kocha się za to, że doczołgało się do rozdania świadectw bez rozstroju nerwowego i bólu tyłka rodzica. A tak w ogóle, to ludzie sukces w życiu osiągnęli i bez "czerwonych pasków".

Ja patrzyłam na to inaczej. Czy to takie złe i straszne, że rodzic, członek rodziny jest dumny z osiągnięć własnego dziecka? Kto ma je chwalić, doceniać, szczycić się owocami jego pracy jak nie rodzina? To ludzkie, ta radość. Mam wrażenie, że to trochę takie polskie - osiągnąłeś sukces, włożyłeś w coś sporo pracy, nakręcało cię, by zrobić coś lepiej. A gdy wreszcie dostajesz dowód uznania, masz to schować za plecami i powiedzieć, że tak naprawdę to nic się nie stało, to przypadek był. Bo innym, którzy po prostu się prześlizgnęli, może być przykro.

Nikt nie napisze kobiecie, która chwali się powrotem do dawnej figury - kosztem diet, ćwiczeń, treningów - że nie powinna się tym szczycić, bo przecież są koleżanki z rozstrojoną gospodarką hormonalną i one nigdy tego wyniku nie osiągną. Nagrodę Nobla przekazuje się uroczyście, z rąk króla, z fetą i kolacją, a nie w baraku, ukradkiem. Bo inni uczeni będą sfrustrowani.

I piszę to z pozycji matki dziecka, które szkolnego dyplomu i medalu nie dostało. I pewnie nie dostanie nigdy.

Bo to nie cała idea "czerwonych pasków" jest zła, nie jest niczym złym wyróżnianie wybijających się uczniów. Mówić trzeba o ważnej roli rodzica, który tak potrafi przygotować dziecko na atmosferę szkolną, że będzie się czuło bezpieczne, kochane i bez takich wyróżnień. Czerwonego paska nie dostanie może, ale za to otrzyma gdzieś indziej medal - w sporcie, konkursach, warsztatach. Będzie wyjątkowe.

Wiem, że łatwo mi tak pisać, mając dziecko, dla którego z natury stopnie i ocena z zachowania nie jest aż tak istotna. Ostatnio natknęłam się na wpis o dziewczynce, która rozpłakała się, gdy nie dostała wzorowego świadectwa. A w domu rodzinnym nigdy nie kładziono nacisk na takie osiągnięcia, doceniano ją za to jaka jest.

Mimo to - dajcie rodziców, dziadkom, ciotkom, przyszywanym przyjaciołom rodziny publicznie cieszyć się z osiągnięć dzieci.

A o moich świadectwach i szkolnych refleksjach napisze w innym wpisie.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

środa, 22 marca 2017
O dziecku

Nadzieje, że zamknęłam rozdział z kłopotami wychowawczymi z dzieckiem były dość płonne. Mniej więcej wtedy, gdy dostawałam wypowiedzenie w pracy, zaczęła się też fala uwag w dzienniczku, prośby od wychowawczyni o kontakt, informacje, że chce też ze mną rozmawiać pani od angielskiego, pani od religii, pedagog szkolny. W skrócie, po ponad pół roku bycia karnym, szkolnym dzieckiem, Wiertka ponownie się znarowiła.

Sytuacje bywały różne. Część niestety, także z mojej winy, bo to ja - zaganiana i zawalona pracą - myślałam, że podręczniki od angielskiego, religii dziecko ma w szkolnej szafce, a one leżały przywalone rzeczami w domu. Efekt był taki, że Mała, nie mając co robić na angielskim stawała za plecami nauczycielki i mówiła do niej w swoim "angielskim". Moje dziecko, niestety, czy stety, zamiast uczyć się języka obcego, wymyśliło własny i to jej wystarcza.

Innego dnia, zachowywała się dziwnie na lekcji, aż w końcu wybiegła z klasy. Mnie nie chciała nic powiedzieć, więc delikatnie poprosiłam mamę jej koleżanki z klasy, by wypytała córkę, co się działo. Wiertka ukrywała się pod ławkami, a potem wybiegła z klasy, gdy pani zwróciła jej uwagę, biegała po korytarzu. Zaczęłam o tym rozmawiać z dzieckiem. Okazało się, że chciało jej się bardzo siku, a uznała, że pani na pewno nie pozwoli jej wyjść z lekcji. Dlatego spróbowała się wymknąć... pod ławkami, a potem pobiegła do ubikacji... Z boku wyglądało to, jakby zwariowała.

Bardziej zaniepokoiła mnie uwaga od pani, że Wiertka uderzyła bez powodu dziewczynkę. Ponownie, moje dziecko nie wiedziało, o jaką sytuację chodzi. Dopytałam się, która to była dziewczynka. I wtedy, Wiertka, powiedziała, że uderzyła A, bo ta patrzyła się na nią jak mądrala. I tu mi się dzwonek włączył. Dziewczynki są dobrymi koleżankami, tamta pewnie patrzyła się zwyczajnie, a to w mojej córce zrodziło się wrażenie, że ktoś się nad nią wywyższa. Czyli sama poczuła się gorsza. Porozmawiałam z nią na ten temat.

Padła nawet, ze strony wychowawczyni rada, że może powinna dawać dziecku jakieś leki :(

W domu jest w miarę ok, o wiele lepiej niż kiedyś. Tylko dobija mnie impulsywność i łatwopalność emocjonalna mojego dziecka. Nigdy nie wiem, czy drobny problem nie skończy się histerią.

W tym wszystkim, Wiertka jest lubiana przez dzieci z klasy, sprawdziany pisze na dobre stopnie, brała (sama chciała) udział w konkursie matematycznym i przyrodniczo-logicznym.

Na razie chodzimy, ja i Mała, na spotkania do pedagoga szkolnego. Jesteśmy zapisane na wizytę w poradni psychologicznej. Pedagog zabiera ją czasem z lekcji, czasem przyprowadza ją wychowawczyni. Widać, że moje dziecko ma trudności z koncentracją i skupieniem. Ostatnio przyszła na piątej lekcji układać puzzle do pedagog, bo była już przeciążona i tam się wyciszyła. Prawdopodobnie ma dysleksję i dostałam poradę, by powoli już teraz wyrobić jej papiery, by zaczęła IV klasę z ich wsparciem.

Wychowawczyni przyznaje, że ona sobie z Wiertką daje radę, ma na nią sposoby. Jednak, prawdziwe kłopoty zaczną się od IV klasy, gdzie będzie inny nauczyciel, od każdego przedmiotu i nikt nie będzie się pochylał z cierpliwością nad moim dzieckiem. Już teraz trzeba wyrabiać ścieżki u psychologa.

Jedyna dobra rzecz, w tym bezrobociu, jest taka, że teraz później zaprowadzam dziecko na lekcje, wcześniej ją odbieram, mam głowę do jej spraw.

10:57, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 23 listopada 2016
Bo ja taka jestem

W poniedziałek był Dzień Otwarty w szkole i przeszłam się porozmawiać z wychowawczynią. Szczególnie po wpisach w zeszycie i dzienniczku. Okazało się, że mojej córce znowu charakter się popsuł. Płacze i szlochy w sytuacjach kryzysowych. Trudności z koncentracją, rozpraszanie klasy. Zajmowanie się na lekcji pisaniem i rysowaniem, w żadnym razie nauką. Wychowawczyni dopytywała się, czy wcześniej Wiertka brała jakieś leki, bo teraz zmiana jest widoczna.

Widziałam te jej zapiski - pisze kontynuację książki dla dzieci, którą jej czytano, albo bajki, a nawet emocjonujący list do koleżanki z klasy, która zraniła jej uczucia. Uważam, że jeśli dzięki temu ma kiedyś dostać Nike albo literackiego Nobla, to może to dodawanie do dwudziestu sobie odpuścić ;) Rysunki też są niezłe, bo o tym, jak kocha mamę :)

Żartuję.

Porozmawiałam z małą w domu. Wywróciła oczami i stwierdziła:

- Bo ja taka jestem. Ja już się nie zmienię.

Jakbym jej tatusia słyszała ;)

Pomyślałam jednak, że jeśli rodzina to system połączony, to być może odbiła się też na niej stresująca jesień, moja choroba. Starałam się nie okazywać po sobie napięcia, stresu, smutku, ale może są dzieci, które to wyczuwają. Teraz powinnam więcej uwagi poświęcić dziecku. Ograniczyć tablet. Wyciszyć.

19:20, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 26 września 2016
Trójka klasowa

Tydzień temu było zebranie rodziców w szkole. Czterdzieści minut podpisywania różnych zgód, opowiadanie o programie drugiej klasy i wreszcie na koniec najtrudniejszy punkt. Wybór trójki klasowej rodziców. Niestety, najbardziej energetycznych rodziców już nie ma. Garstka zebranych zbyła ten punkt milczeniem. Wychowawczyni wracała jeszcze trzy razy. Już wcześniej zastanawiałam się nad tym, żeby się jakoś uaktywnić. Nie mam natury przewodnika stada, ale w pierwszym szeregu lubię być.

W ramach dygresji. Prawie całą podstawówkę byłam przewodniczącą klasy, skarbnikiem, albo kimś w tym stylu - wymiennie z innymi osobami. Od pewnego czasu było to na zasadzie wybierania przez głosowanie, a zgłaszałam się sama. A zgłaszałam się, bo zapewne kiedyś, na początku byłam wybrana przez panią wychowawczynię. Nie posądzam się o taki lans w pierwszym klasach. Z tego, że byłam przez nauczycieli faworyzowana od początku, zdaję sobie sprawę. Natura poskąpiła mi wielu rzeczy, ale wpływu na grono pedagogiczne dała nadmiar. W ostatnich klasach udzielałam się nawet chyba w jakiś samorządach szkolnych. Ganianie po korytarzu w czasie lekcji, w ramach bardzo ważnych spraw, było fajne. Mikro szkolne "House of cards" także ;)

Życie niewiele mnie nauczyło, więc postanowiłam teraz kontynuować tę tradycję. Choć nie mam pojęcia, jak się za to zabrać. Zgłosiła się też inna mama i ona ma swoje pomysły, więc jakoś to pójdzie.

Dziś za to było zebranie trójek klasowych, na które poszłam jako jedyny przedstawiciel naszej klasy. Frekwencja nie powalała, bo na 27 klas rodziców było kilkanaście. Dodam tylko,że nie jestem rodzicem, który odstawia dziecko do szkoły i odbiera z poczuciem, że zostało nauczone, wychowane i zrobione. Rodzic też coś tam powinien z siebie dać. W drugą stronę - praca nie pozwala być matką szkolną w stylu "Gotowych na wszystko". To zebranie to taki kompromis.

Nie miałam z kim jej zostawić, więc Wiertka była ze mną.

niedziela, 04 września 2016
Szkolnie

Rozpoczął się nowy rok szkolny. Już II klasa :)

Z klasy Wiertki dwoje dzieci odeszło (zostało w I klasie), ale doszło dwoje nowych. Przy okazji popatrzyłam na listę klas 0 i I. Zerówek jest trzy, a klas pierwszy raptem dwie. W dodatku jedna z nich ma... 14 uczniów. Wiertka miała pecha z tym swoim rocznikiem. Trudno. Decyzja jedna, druga zostały podjęte i teraz trzeba z tym iść przez życie szkolne. Na szczęście, przez cały prawie tydzień ma na pierwszą zmianę, na 8:00. Tylko w poniedziałek na 10:30. Martwiłam się o to, bo dziecko zaprowadzone na 7:30 na świetlicę, bawiące się tam trzy, cztery godziny, nie będzie już później mogło w pełni uczestniczyć intelektualnie w lekcjach.

Zabawa będzie z szatnią. W szkole szatnie są dwie - jedna dla klas 0-3 w skrzydle dla tych klas i druga dla klas 4-6 (teraz zapewne 4-8) w skrzydle dla tych klas. Pierwsza jest mniejsza i nie zmieściły się tam wszystkie oddziały. Dlatego wszystkie klasy III i dwie z klas II (akurat ta Wiertki) mają boksy w "dużej szatni". Razem ze starszymi. Ja zaprowadzam dziecko przed 7:30, a o tak bestialskiej porze żaden czwarto-, czy sześcioklasista się w szkole nie pojawi :) W szatni pustki. Gorzej, że do tej szatni prowadzą schodki, a część matek przychodzi z młodszymi dziećmi w wózkach, czy spacerówkach. I dalej jest jeszcze śmieszniej. Duża szatnia ma połączenie ze skrzydłem dla klas 4-6. By dostać się do świetlicy trzeba albo - wejść na I piętro, przejść korytarzami, zejść na parter i przejść przez korytarze, albo - przejść parterem przez dwie sale gimnastyczne. W piątek były otwarte, więc tak zrobiłyśmy. Już jednak widzę nerwowe tiki u pań woźnych. Jaką by trasę nie wybrać, moje - jesienią i zimą - uwalone buty przejdą przez sporą część szkoły. Wiem, że wyjściem jest wysłanie dziecka do szatni samego i olanie sprawy. Tyle, że Wiertka jeszcze chce bym obok niej była. I boję się, że łażąc pomiędzy klasami 4-6 dotrze na świetlicę już po lekcjach - bo sobie coś obejrzy, coś zobaczy, tu się zamyśli. Docelowo, za kilka miesięcy chcę by sobie już radziła sama. A co zrobią matki z dziećmi w wózkach? Wersja ostateczna - ja przejdę dziecińcem pod świetlicę i będę czekać, aż dziecko dotrze korytarzami.

Jedynie chyba sokramka wie o co mi chodzi, bo zna rozkład tej szkoły :)

Zaraz zacznie się zabawa pod tytułem: "Czy było coś zadane"? "Nie pamiętam" :)

11:46, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi