To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: muzeum etnograficzne

wtorek, 27 lutego 2018
Chiński weekend

Za mną i Wiertką dość intensywne dni.

W piątkowe popołudnie byłam umówiona z kilkoma koleżankami. Jedna właśnie przyjechała z dziećmi na ferie z Francji. To była okazja, byśmy wszystkie mogły się spotkać. Zazwyczaj gadamy w sieci, nawet codziennie. Jako, że obecne miały być dzieciaki, które w restauracjach się nudzą, wybór padł na salę zabaw w kącikiem dla rodzica. Dzieciaki szalały, a my gadałyśmy przy kawie i herbacie. Dzieci były spocone od biegania, ja niekoniecznie. Siedziałam bez butów i uchylone było okno.

Zaś sobota to Chiński Targ Noworoczny w Muzeum Etnograficznym. Cały dzień wydarzeń dla dorosłych i dzieci. Zaczęłyśmy od warsztatów kulinarnych - pieczenia chińskich ciasteczek z wróżbą. Zobaczyłam, że jestem trochę kwokowata. Ręce mi się rwały by pomóc dziecku, wyręczyć je w czymś. A Wiertka warczała na mnie, bym siedziała i nic nie robiła, bo ona chce zrobić wszystko sama. Zwinęłam jej tylko karteczki z wróżbami. Tak by nie zobaczyć tekstu, to miała być niespodzianka. Ciasteczek wyszło osiem.

Dla dzieci było jeszcze malowanie buziek, chińskie karaoke (wspólne śpiewanie piosenek), malowanie lampionów, kaligrafia, ubrania dziecięce do przymierzenia. Dorośli mogli przejść się po targu, wystawionym na zadaszonym patio - stoiska z medycyną chińską, książkami, upominkami, grami (można było zagrać w chińskie gry z animatorami), jedzeniem. Wiertka na jednym ze stoisk zobaczyła śliczną bransoletkę w zaporowej cenie 20 złotych. Pani zobaczyła w jej ręce torebkę, usłyszała, że mała piekła ciasteczka z wróżbą i dokonała się wymiana - bransoletka za ciasteczko. Chyba tylko moje dziecko tak działa na ludzi. Przy okazji, w ramach obiadu, Wiertka dostała naleśniki w muzealnej kafejce, a ja kupiłam sobie na targu sajgonki.

W oddzielnej sali odbywały się różne wykłady i pokazy. Udało mi się przejść na jeden - w godzinę, w wielkiej pigułce przedstawione pięć tysięcy lat historii Chin :) Wiertka w tym czasie śpiewała piosenki. Potem znalazła sobie do zabawy dwóch chińskich chłopców (na targu było mnóstwo osób pochodzących z Azji) i miałam ją z głowy przez resztę dnia. Mogłam usiąść i pogadać sobie z moim kolegą, który do nas dołączył.

- Ja chłopcy mają na imię. - spytałam ją w przelocie.

- Nie wiem. Po co? Przecież i tak widzę ich pierwszy i ostatni raz.

Pierwszą zasadę jednorazowej przygody ma już opanowaną.

Późnym popołudniem było jeszcze spotkanie z mopsami i opowieść o ich historii na dworze cesarskim, pokaz Tańca Lwa oraz pokazy ćwiczeń Tai Chi. Wiertka zgłodniała, więc kupiłam jej chińskiego makaronu z sałatką. Sama też podjadłam, bo połowę zostawiła.

Od tego chodzenia z sali do sali, przez korytarz przed wejściem, trochę mnie przewiało. Wiertka szalała, skakała, więc temperatury nie odczuwała.

Byłyśmy tam od 12:00 do 19:00. Do domu wróciłyśmy padnięte. Nie mówiąc o powrocie w tym nieznośnym mrozie. Ubrana jestem jak tułub, byle było ciepło. Niby człowiekowi jest ciepło, ale nie jest ciepło, bo mróz wdziera się w nos, oko, usta, myśli. Nie założę sobie hełmu na głowę. 

Resztę zostawiam na kolejny wpis, bo ten się już zrobił za rozwlekły. Bo dalsza część weekendu spokojna nie była.

Tagi