To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: noc muzeów

niedziela, 21 maja 2017
Noc Muzeów 2017

W tym roku Noc Muzeum nałożyła się na mój Weekend NieMatki. Jednak tak się jakoś złożyło, że chodziłam wszędzie sama. Albo miejsca, które chciałam zobaczyć nie nakładały się na miejsca innych osób, albo coś innego się wydarzało. Moja pierwsza Noc Muzeów solo.

Gdy patrzy się się na ogromną listę wydarzeń, ciężko czasami coś wybrać. Kierowałam się jednym kluczem - iść w miejsca zazwyczaj w inne dni roku niedostępne lub na wydarzenia stworzone specjalnie na Noc Muzeów. Do warszawskich muzeów mogę zawsze wejść.

W tym roku, rozpoczęłam wcześnie, bo już od 15:30. Na mojej Pradze były trzy miejskie wycieczki. Czasowo udało mi się wejść na dwie, choć z perspektywy czasu widzę, że udałoby się zmieścić wszystkie. Najpierw było oprowadzania po klatkach schodowych dwóch kamienic - Wileńska 19 i 21. To w tych budynkach, na suficie - dokąd szło się schodami przez trzy wysokie piętra - można zobaczyć secesyjne freski. Jeden z nich jest całkiem dobrze zachowany, z drugim już gorzej. I chodzą pogłoski, że zostaną zamalowane, więc może to ostatnia szansa. Wartość artystyczna malowideł jest mocno wątpliwa, bo są dość kiczowate. Jednak mają jakąś wartość historyczną. Przy okazji tej wycieczki, dowiedziałam się, że po drugiej wojnie światowej, a nawet już przed jej wybuchem, secesja nie była cenioną epoką. Już wtedy uznawano ją za kicz. Budynki były stosunkowo nowe i bez oporów pozbawiano je sztukaterii na zewnątrz, czasem w środku. Co dziś wydaje nam się bolesne, bo te kamienice wykastrowano. Cała ta dyskusja przypomina mi to, co dzieje się dziś z powojennym modernizmem. W publicznym dyskursie bardzo częstym argumentem jest, że to żadne budynki historyczne, są młode, brzydkie. I tak tracimy Kino Moskwa, kino Skarpa, pawilon Emilia, supersam na Placu Unii, teraz Rotundę. A za sześćdziesiąt lat, ktoś będzie się łapał za głowę, pytając jak można było do tego dopuścić.

Potem podjechałam kawałek do Instytutu Badawczego Dróg i Mostów, na którego terenie znajduje się Pontiseum, czyli muzeów mostów. Spacerując pomiędzy budynkami można było zobaczyć kilka fragmentów stalowych konstrukcji mostów wyciągniętych z dna Wisły.

Pogoda była przepiękna, słońce przygrzewało, ale przy takich spacerach mogło też wykończyć. Do Domu Spotkań z Historią podjechałam kawałek tramwajem, a potem poszłam spacerem przez Krakowskie Przedmieście. Tłumy ludzi, muzyka, gwar, stoiska, powoli rozpoczynające się wydarzenia. W DSH rozpoczynała się Mad Night - motywem przewodnim była kultura amerykańska lat 50tych i 60tych, a sponsorem Ambasada Amerykańska. Byłam trochę wcześniej, więc na spokojnie obejrzałam sobie wystawę zdjęć poświęconych JFK i wystawę "Inside Poland. Marian Schmidt. Fotografie". Posłuchałam fajnego wykładu Hirka Wrony na temat nurtów muzycznych w tamtych okresie. Ciekawe było też, bo trochę mówił, ale także puszczał sporo utworów muzycznych - swing (wcześniejszy, ale jako wprowadzenie) cool jazz, free jazz, blues, R&B, itp. Bardzo klimatyczna muzyka. Słuchałam i rzucałam okiem na ścianę obok, na której rotacyjnie wyświetlane były (bez dźwięku) reklamy z tamtej epoki (telewizyjne i prasowe). Zostałam jeszcze na krótkiej opowieści o telewizji i modzie w tamtych czasach. Spróbowałam darmowego popcornu i piwa pszenicznego.

Zaczynając noc o 15:30, do tego w upale, zdawałam sobie sprawę, że długo nie pociągnę. Koło 22:00 zebrałam się do domu. W DSH miały być jeszcze inne wykłady, pokazy tańców, sety DJ'a. Ja widocznie już się starzeję i szanuję granice wytrzymałości ciała.

niedziela, 15 maja 2016
Noc Muzeów 2016

Tak zaczyna się wiek średni. Taki pierwszy stopień ku starości, który zaraz okaże się zjeżdżalnią. Razem z Wiertką byłyśmy umówione ze znajomymi na wspólne łażenie w ramach Nocy Muzeów. Wiedzieliśmy, że nie będą to znane placówki, popularne miejsca, bo stanie w kilkugodzinnej kolejce to może była frajda w czasie pierwszy trzech edycji. Teraz jakoś nie. W planach miały być długie spacery.

Jaka była wczoraj pogoda, każdy widział. Kropiło, trochę padało, zachmurzenie, raczej chłodno. Dziecko odebrałam z pierwszych urodzin z trzydniowego maratonu. Może jeszcze o tym będzie. I po 17:00 pogoda mnie dopadła. Patrzyłam na to, co się dzieje przez okno i miałam ochotę zakopać się pod koc, z herbatą i książką. Albo zdrzemnąć. Wychodzić? Litości. Zaczęłam rozumieć osoby, którym nie chce wychodzić z domu, albo rezygnują w ostatniej chwili. Podzieliłam się moją refleksją z Wiertką, co zostało odebrane z płaczem. Ona nastawiła się już na spotkanie z koleżankami.

Cóż było robić. Wzięłam parasolkę, która ma ponad metr długości, połamane dwa druty, otwiera się sama znienacka i taszczenie tego klamota gwarantowało, że padać nie będzie. Za to podkurwiało. Na miejscu zbiórki pojawiło się w sumie sześcioro dorosłych z dziesięciorgiem dzieci :) W większości samotne matki i ojcowie :) Statystyka przeważyła szalę i wybraliśmy coś, co spodoba się dzieciakom. Najpierw poszliśmy do Muzeum Etnograficznego - dzieciaki malowały na szkle, dorośli zwiedzali ekspozycje. Na koniec, młodzi też zainteresowali się wystawą na parterze - ubranka ludowe dla malutkich laleczek i super, interaktywna wystawa starych ludowych instrumentów muzycznych. Za szybą instrument, a w słuchawce obok można było posłuchać nagrania z jego udziałem. Każdego z nas zachwyciło. 

Potem spacerkiem na teren Akademii Sztuk Pięknych, gdzie były instalacje, które przestraszyły moją córkę i koncert punk rockowy, który ją zachwycił. Ona tańczyła, a i ja miałam ochotę poskakać, bo mi się młodość przypomniała.

Stamtąd przeszyliśmy na teren Uniwersytetu Warszawskiego. Fajna długa, podświetlana brama, podświetlane obrazami budynki, dj'skie sety. Sektor dla dzieci, gdzie można było układać ogromne, podświetlane od środka klocki i puzzle. Mokra trawa tak świetnie pachniała. Szkoda, że niebo nie było rozgwieżdżone.

Połaziliśmy po Krakowskim Przedmieściu. Miałam wrażenie, że tłumów nie było. Chyba część ludzi odstraszyła pogoda. Zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek w knajpce. Jedzenie. Wreszcie wyszliśmy i w planach było jeszcze łażenie, ale po kilkunastu metrach wiatr i temperatura pokonał dorosłych. Choć dzieci były chętne na kontynuację wieczoru. 

Pożegnaliśmy się w okolicach Kolumny Zygmunta, gdzie my dwie miałyśmy fajne połączenie w stronę domu. Autobusów i tramwajów było mnóstwo, a było grubo po 23:00. W autobusie okazało się, że Wiertka jednak jest już zmęczona. Ledwo doszła do domu. Zbliżała się północ :)

Dziś raczej dzień odpoczynku :)

poniedziałek, 21 maja 2012
Weekend Matki

Dałam dziecku mocną dawkę wrażeń.

Weekend rozpoczęłyśmy już w piątek. Po południu pojechałyśmy do wesołego miasteczka. Koleżanka twierdziła, że dla 2,5 latki nic tam nie ma, więc liczyłam tylko na spacer. Nic nie ma. Akurat. A to ciuchcia jeżdżąca po torach, a to karuzela krzesełkowa, a to ponownie ciuchcia i tak dalej. Wykupiłam Wiertce czas w "małpim gaju", ale początkowo nie widziała jak się tam bawić, bo była jedynym dzieckiem. Piłeczkę sobie podrzucała, a licznik bił ;) Potem weszło inne dziecko i wreszcie zaczęła wykorzystywać możliwości. Nie miałam serca ją wyciągać, więc płaciłam po raz drugi, trzeci. Wreszcie wyszła, ale co miałam powiedzieć - "Dziecko, wracaj, bo jeszcze opłacone" :D

Chciała pojeździć na gokarcie, więc mama, by sprawić dziecku radość zgodziła się. A potem, czekając, na wolny samochodzik, pomyślała, na co się zdecydowała. Od dziecka moja inteligencja kinestetyczna jest bliska zeru, gorsza od logiczno-matematycznej (egzamin ze statystyki zdałam za drugim podejściem, z wf-u za setnym bym nie zdała). Nigdy nie wsiadałam w takie pojazdy, bo się po prostu boję. Czego się nie robi dla dziecka. Z sercem w tyłku, wsiadłam, małą wzięłam na kolana i pojechałyśmy :D

I tak minęła nam godzina i 48 złotych. Obserwując rodzinę obok wynoszącą płaczące dziecko na rękach, podejrzewałam jak to się skończy. I też wynosiłam płaczącą Wiertkę siłą :) Obiecałam jej lody, co mi przypominała przez wszystkie cztery przystanki autobusem. A rano kolejnego dnia napomykała już o ciuchci.

Sobotni wieczór to Noc Muzeów. Wiertka bywa na NM już od fazy embrionu, co rok. Dotąd zazwyczaj chodziła do różnych miejsc z tatą i rodzeństwem. W teatrze lalkowym była okazja obejrzeć kulisy. Umówiłam się z dwoma innymi mamami. Nie udało mi się przeforsować mojej propozycji by czekać pod teatrem trochę przed otwarciem. Gdy dotarłyśmy, kolejka była już spora. Jedna z mam zrezygnowała. Druga okazała się złotem. A jej córki jeszcze większym. Młodsza, 3,5 miesiąca starsza od mojej, siedziała grzecznie w wózku, starsza 11letnia zajmowała się siostrą. Koleżanka mogła stać z dwoma wózkami. Ja zaś podążałam za moim dzieckiem, będącym w ciągłym ruchu. Dla pocieszenia, nie była jedynym takim, ale najmłodszym pędziwiatrem. Nieustannie mam wrażenie, że Wiertka zachowuje się tak, jakby wychowywały ją dzikie zwierzęta.

Miałam buty na obcasach, bo chciałam ładnie wyglądać. Pod koniec to chciałam już tylko zemdleć. Półtorej godziny minęło tak szybko jak ruchy mojego dziecka. Najtrudniejszy był ostatni odcinek, tuz przed wpuszczeniem naszej grupki, bo Wiertka musiała być w miarę nieruchoma tuż przy barierce. Opłaca się poić dziecko wodą - na hasło "kupię ci soczek" usiadła na jakiś czas na schodkach.

Pomysł na oprowadzenie po teatrze był taki, że światła są pogaszone, my mamy po latareczce, słychać jakieś dziwne odgłosy, przewodniczka opowiada, dymy się unoszą w okolicy sceny, na koniec duch teatru coś opowiada z telebimu. Wydaje mi się, że dla przedszkolaków to za mało, ale dla 2,5 latki w sam raz. Wiertka przywarła do mojej szyi (była na rękach), latarką świeciła sobie w twarz i za nic nie dało je się przekonać, że trzeba odwrotnie. A po wszystkim miała oczy jak spodki i nie mogła mówić :)

Raz jeszcze - nie byłoby tej wycieczki, gdyby nie nieoceniona koleżanka forumowa i jej grzeczne dzieci. Winna im jestem lody.

Po tym wszystkim, niedzielną wycieczkę do zoo odłożyłam na kolejny tydzień. Wystarczy emocji i moich sił. A tak to przedpołudniami chodziłyśmy na długie spacery, od placu zabaw do placu zabaw. Czasem i 2-3 godziny to trwało, bo mała lubi sobie powłóczykijować. Wpis już długi, więc będzie w najbliższych dniach taki poświęcony placom zabaw i pierwszym relacjom społecznym Wiertki.

00:49, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi