To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: świnka morska

poniedziałek, 11 czerwca 2018
Edek - wspomnienie

Miałam już kiedyś napisać te anegdotki związane ze świnkami morskimi, ale teraz są to już wspomnienia o jednej z nich.

Bo wbrew wielu opiniom są to zwierzęta społeczne, nawiązujące jakąś relację i dające sygnały zwrotne. Trzeba tylko często z nimi przebywać. Fakt, że gdy są dwie, to człowieka traktują trochę jak podajnik na jedzenie.

Edek znany był ze swojej niespełnionej namiętności do Tusi. Zwierzaki mieszkały w dwóch klatkach, zetkniętych bokami. Nigdy nie udało mi się samczyka wykastrować, ani też nie miałam siły na podjęcie się zajmowanie większej ilości świnek morskich. Jednak, czasami, Wiertka wykonywała dywersję - bo wierzy w miłość i uważa, że potomstwa nigdy za mało. Czasami więc Wiertka wkładała Tusię do klatki Edka. Pewnego razu zabrałam ją, włożyłam w jej miejsce. A Edek patrzył na mnie i uważam, że nie spojrzał obojętnie - w jego oczach był wyrzut, coś jak "tak się nie robi, tak się nie pogrywa z człowiekiem". A któregoś razu, gdy Wiertka zabrała Tusię do przytulania i głaskania (przy okazji czyszczenia klatek zwierzaki były głaskane), zerknęłam do pokoju i moim oczom ukazał się widok Edka wpatrującego się puste miejsce w klatce obok. Wyglądało tak, jakby wiedział, że jego towarzyszka zniknęła. A gdy przez ostatnie dwa dni chorował, także mam wrażenie, że Tusia piszczała na mój widok jakoś inaczej.

Teraz my jesteśmy jej stadem.

niedziela, 10 czerwca 2018
Pożegnanie Edka

Wczoraj mijała dziesiąta rocznica śmierci mojej mamy. Pojechałam w tym upale na cmentarz, zapaliłam znicze, postawiłam koszyczek z różyczkami - - taki sztuczny - który na pewno by się mamie spodobał. Ona lubiła takie aranżacje cmentarne :) Upał był mocny, cała wyprawa to czterdzieści minut piechotą w jedną stronę od autobusu na cmentarz. Z dojazdami zajęło mi to trzy godziny w palącym słońcu. Do domu wróciłam w wersji bliskiej zwłokom. Wiertka została w domu - nie lubi upału, ani cmentarzy. Szanuję.

Wracając, wstąpiłam jeszcze do kliniki weterynaryjnej po mieszankę dla Edka, świnki morskiej. Chciałam go dopajać i dokarmiać ze strzykawki. W ciągu ostatnich dni mniej jadał, ale myślałam, że może to upał. Ważne, że jadł i pił. Niestety od piątku nie zjadł, ani nie wypił nic. Poruszał się też bardzo wolno. Podejrzewałam, że się starzeje. Choć pięć lat, to jeszcze nie górna granica wieku dla świnek morskich. Jednak, gdy wróciłam do domu i poszłam do klatki, okazało się, że Edek już się nie rusza. Miał zamknięte oczy i nie reagował na głaskanie. Biedaczek, umarł. Umarł z pyszczkiem na listkach sałaty :( Ja się rozpłakałam, Wiertka się rozpłakała. Jeszcze próbowała dać mu wody ze strzykawki. Zawinęłam go w pieluszkę tetrową, włożyłam do pudełka po butach i przeniosłam do łazienki - najbardziej chłodnego pomieszczenia. Obawiałam się, że jeszcze gdzieś tam się tli w nim życie, ale jak weszłam i dotknęłam go po kilku godzinach, wątpliwości nie miałam. Czułam się jakaś przygnębiona i smutna.

A jeszcze tego wieczoru miałam zaproszenie na imprezę imieninową do koleżanki. Dlatego chwilę odetchnęłam, a potem szykowałam się do wyjścia. Wiertkę zawiozłam do jej taty. Ona też była przez całą podróż marudna, robiła mi jakieś wyrzuty na tematy wyciągnięte nie wiadomo skąd, płakała. Rozumiałam, że tak przeżywa smutek.

Dzisiaj, gdy konsekwencje - mimo wszystko - dobrej imprezy, już ze mnie jakoś zeszły, dziecko było już w domu, musiałam się zmierzyć z kwestią pożegnania Edka. Ciężko mi było przyjąć, że oddam go do kliniki jako odpad higieniczny :( A trzeba go było pochować jak najszybciej, bo na zewnątrz szalało 31 plus, a w mieszkaniu mocno chłodniej nie było. Już wcześniej zastanawiałam się, gdzie mogłabym zakopać zwierzątko, jeśli odejdzie. Jednak świnka morska, niby mała, ale na tyle duża, że wykopanie dla niej grobu będzie się rzucać w oczy, a dzisiaj wszędzie będzie pełno ludzi. Do tego łopata. Najbliższa była w domu mojego taty, pod Warszawą. Jak pomyślałam, że mam w tych 31 st Celcjusza, z pudełkiem w ramionach, jechać autobusem pod Warszawę, a potem z łopatą szukać pod miastem odpowiedniego miejsca w lesie, to to biedne zwierze na serio stanie się dla mnie zagrożeniem biologicznym. W takich momentach przydaje się samochód. Już dojrzewałam emocjonalnie do pojechania do kliniki, która była tylko trzy przystanki dalej. Na szczęście, tata Wiertki zgodził się mi pomóc. Wracając z pracy, zajechał po mnie. Zabrałam też Wiertkę, która wcześniej stanowczo odmawiała wycieczek w tym upale dalszych niż do drzwi klatki schodowej. Nie dziwię się. Pojechaliśmy po saperkę, potem znaleźliśmy ładną łąkę za miastem. Dobrze, że to nie ja zabrałam się za kopanie, bo ziemia była sucha, twarda od upału i nie dałabym rady fizycznie. Palące słońce skróciło znacznie proces pożegnania. Szczególnie, że doczesne szczątki Edka rozpoczęły już powoli proces powrotu do obiegu przyrody - że napiszę dyplomatycznie. Pudełko potem porwałam i wrzuciłam do kosza.

A jutro będzie krótkie wspomnienie.

15:49, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 września 2016
Edek

By nie zakładać co chwila wątków, piszę zbiorczo, co się działo z Edkiem przez ostatni tydzień. A działo się.

W tamten poniedziałek pojechałam z nim na kontrolę. Okazało się, że mimo dokarmiania, tego że zaczął coś podjadać, schudł. Tym razem pani weterynarz postanowiła spróbować podciąć mu zęby. Niezwykle rzadko udaje się to bez uśpienia zwierzaka, a on był zbyt słaby na narkozę. Wyglądało to tak, że ja go trzymałam, druga pani doktor rozwierała mu metalowym czymś buzię i drugim przyciskała język, chroniąc przed ucięciem. A druga pani doktor przycinała mu zęby i piłowała je. Chodziło o te umiejscowione najdalej, przy przełyku. Edek okazał się rzadkim przypadkiem, kiedy udało się to na "żywej śwince". Potem jeszcze dostał znaną serię zastrzyków - kroplówka, antybiotyk, znieczulenie.

Efekt był taki, że przez najbliższe dwa dni Edek nie dawał znaku życia. Dał się zanieść do klatki, zamarł i tak pozostał. Bałam się, że już zdechł. Wsuwałam rękę do klatki i dotykałam palcem, by sprawdzić, czy żyje. Do tego przez najbliższe trzy dni seria zastrzyków. Dlatego w tamtą środę popłakałam się nad nim, bo miałam wrażenie, że on tego nie przeżyje. 

W czwartek ożywił się, zaczął zachowywać bardziej normalnie, na wizycie kontrolnej okazało się, że od kroplówki przybrał na wadze. Chciałam by zrobiono mu badanie krwi, ale weterynarz uznała, że na razie to zbyt stresujące dla niego. Miała kiedyś przypadek świnki morskiej, która w czasie pobrania krwi zdechła ze strachu. Miał od czwartku do poniedziałku nabrać sił.

Nabieranie sił polegało na tym, że zaczął jeść - suche bułki, ziarna, siano, kolby z ziarnami. Suche rzeczy - super, bo ściera zęby i to znaczy, że te przycięte go nie bolą. Nie chce tknąć warzyw i owoców. Jest energiczny, chodzi po pokoju, próbuje się dostać do Tusi. Zważony okazał się... jeszcze chudszy niż w czasie pierwszej wizyty dwa tygodnie temu. Nadal traci na wadze. Teraz już wiem, że potrzeba fachowca by pobrać śwince krew. Znowu potrzebne były trzy osoby. Ja go trzymałam. Pani doktor ogoliła mu łapkę, przewiązała gumką, wprowadziła i igiełkę mikroskopijną kropelkę, po mikroskopijnej kropelce zbierała do probówki, którą trzymała druga weterynarz. Edek był zatrważająco cierpliwy. Tylko pod koniec trochę się wyrywał.

Po tych wszystkich wizytach i badaniach strasznie szkoda mi mojego zwierzaka. Został wymęczony. Nie ogarniam jak można pracować przy eksperymentach dla zwierząt, bo z tym mi się to kojarzyło. Przecież czuć, że ono to przeżywa. Nie wie, nie rozumie sensu tego wszystkiego.

Dziś były wyniki. Są wzorcowe. Morfologia, nerki, wątroba zdrowe. Nie ma się do czego przyczepić. Może to kwestia psychiki - zablokował się i dokarmianie mieszanką pomoże. Może z jakiegoś powodu połączył uraz z warzywami. Mogę jeszcze zrobić mu usg brzucha, ale to w innej klinice. Raczej nie. To może być też nowotwór, albo białaczka, ale na to jest za młody.

Na razie będę dokarmiać strzykawką. Może wreszcie ruszy.

19:42, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 16 sierpnia 2013
Nowy członek rodziny

W naszej rodzinie pojawił się nowy członek. Tym razem na prawdę :)

Zastanawiałam się, zastanawiałam i jak to zwykle bywa życie samo rozwiązało dylemat. Na profilu FB starszej siostry Małej pojawiło się zdjęcie z pytaniem. Napisałam, że się zastanowię, ale co tu się zastanawiać. Nowy pojawił się na świecie 26 czerwca i czas był najwyższy by znalazł nowy dom. Przez pierwszy dzień Wiertka mówiła, że to Młoda urodziła jej Edka :) Bo Nowy tak dostał na imię. Miał być George vel Georgie, bo tak się teraz nazywa Royal Baby, ale Wiertka nie była w stanie tego wymówić. Za to Edka sama wymyśliła - tzn. Ede, bo ma fazę na dziwne, bajkowe nazwy. Też po królewsku.

Czas wyjaśnić, że Edek to świnka morska efekt romansu dwóch sztuk, które posiada rodzeństwo przyrodnie mojej córki. Jest u nas półtora tygodnia. Przez pierwsze dwa dni nie wychylał głowy z domku. Teraz wędruje po klatce, ale nadal zmyka jak nas widzi. Na mój widok jest już odrobinę śmielszy. Wiertka żali się, że jej nie lubi. Tłumaczę, że powinna mówić do niego, siadać obok klatki, bo jest nieśmiały. Zobaczymy. Stereotypowo sądzi się, że świnka morska to takie coś co żre marchewki, wydala bobki i niewiele z niej korzyści. Miałam jedną przez siedem lat, więc wiem, że to może być społeczne, przywiązane stworzenie, które uwielbia głaskanie i pogaduchy. Czekam, aż Edek wejdzie w tą fazę. Wiertka ma mniej cierpliwości. Powinnam była zapewne sprawić jej bardziej kontaktowe i destrukcyjne zwierze.

Ale sama już widzę, że jestem leniwym dorosłym. Świnka morska niewiele pracy wymaga. Mijam ją, czasami coś zagadam i tyle. Żadnych spacerów, ogarniania zniszczeń. Czyszczenie klatki co 2-3 dni to żaden problem. Robimy to we dwie z Wiertką - ja zbieram do śmieci brudy, wycieram klatkę, ona wysypuje trociny, dosypuje jedzenia, moja działka to sianko i wsadzenie Edka. Mam nadzieję, że ten rytuał i obowiązki wejdą mojemu dziecku w krew.

Muszę jeszcze znaleźć Edkowi lepsze miejsce. Jego klatka stoi na razie w przedpokoju, na poziomie naszych stóp. Jednak w czasie ostatnich upałów, to było najmniej nasłonecznione i naprażone miejsce w mieszkaniu. Nie chciałam, po powrocie z pracy znaleźć zwłok.

Tagi