To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zoo

niedziela, 28 lutego 2016
Pogoda wiosenna, ceny zimowe, czyli o ZOO

W południe wyszłyśmy sobie z domu na spacer. Dziecko jeździło na rolkach. Docelowo po osiedlu. Zajechałyśmy jednak aż pod centrum handlowe. To zajrzałyśmy na wczesny obiad. Tak, wyrodna matka, gotować jej się nie chce. Stamtąd całkiem niedaleko było do Parku Praskiego, a pełen żołądek warto rozchodzić. Pogoda była przepiękna.

Chodząc po parku, dotarłyśmy w okolice ZOO. Brama szeroko otwarta, trochę ludzi. Dziecko rzuciło pomysł by iść do ZOO. Rzuciłam okiem na ceny biletów. O popatrzcie, do lutego były bardzo tanie, bo zimą, gdy mrozy i śniegi, to rzadko kto zwierzęta odwiedza. Poczekaj, przecież nadal mamy luty. Jeszcze do wtorku! Idziemy do ZOO. Za 17 złotych miałyśmy bilety dla nas obu.

Pogoda wiosenna, ceny zimowe.

Nie wierzcie do końca zdjęciu - ludzi było mnóstwo. Może nie tak, jak latem, ale sporo.

Miejsca na spacery sporo. Część zwierząt było na wybiegach, część w pomieszczeniach. Objawienia doznałam w pawilonie z rybami. Zobaczyłam tę ogromną ścianę

I znikł ucisk w klatce piersiowej. To było jak zen, jak joga. Najlepiej gdybym stała z nosem przy szybie. Może powinnam sobie akwarium zainstalować w domu? Dziecko oglądało ryby, bawiło się tablicą multimedialną, a ja siedziałam przed tą ścianą i chłonęłam spokój. Drugiej takie objawienie miałam w sali z rekinem. Tam dodatkowo światło było zgaszone, więc był klimat.

Przy rekinie dziecko naciągnęło mnie na kwadrans dydaktyczny. Na ścianie wisiały modele samicy i samca rekina, by pokazać jak się rozmnażają. Części ciała miały ponumerowane i ponazywane. Dziecko chciało bym czytała, co oznacza każda cyfra. Jak czytałam, ona szukała części ciała. To idziemy... Jajnik, jajowód, macica, zarodek, kloaka (biedne rekinowe mają jeden otwór na wszystkie potrzeby). Dziecko każdą nazwę powtarzało na głos. To przechodzimy do samca. Nasieniowód, worek nasienny, jądra

- Jądra. - szukało moje dziecko - Nie ma jąder!

I został jeszcze narząd kopulacyjny. Wiertka nie dopytywała się, po co te wszystkie części.

Przeżyłam jeszcze widok żyrafy robiącej kupę. I rzeczywiście, wygląda to jak w reklamie, tylko Skittles są czekoladowe. Nie wezmę tego nigdy do ust.

Byłyśmy tam prawie cztery godziny. Aż do zamknięcia. Do domu dotarłyśmy po kilku godzinach. Moje dziecko cały czas na rolkach, jeżdżąc. Twarda sztuka.

18:54, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 12 czerwca 2011
niedziela w zoo

Eks marudził, że 1,5 roczniak jest za mały na takie wycieczki, nic nie zrozumie.

Zabrałam Wiertka do zoo i okazało się, że radośnie reaguje na widok zwierząt, a niektóre - widziane w domu w książeczkach - nawet rozpoznaje. Łaziłyśmy prawie trzy godziny. Najbardziej zafascynowały ją ryby. Nie dała się od nich odciągnąć. Zorganizowałabym jakieś akwarium w domu, ale hodowla rybek wydaje mi się być zajęciem o wysokim stopniu skomplikowania i utrzymania. Na pewno dla osoby, której właśnie pousychały, źle przesadzone, kwiaty balkonowe.

Zoo mamy blisko, więc jeszcze nie raz się wybierzemy.

Jeszcze akapit i dygresja o pamiątkach z zoo. Nie wykorzystałam szansy na to, że moje dziecko nie rzuca się jeszcze na każdy stragan żadając zakupu co drugiej rzeczy. Sama odczuwałam potrzebę kupienia jej czegoś. Padło na glinianego kogutka-gwizdek (oby sąsiedzi byli wyrozumiali). Sama takiego kiedyś miałam i pamiętam zakaz rysowania nim po regale zrobionym na błysk (sznyt epoki 70/80). Oczywiście, zaraz zaczęłam nim rysować i dostałam w tyłek. Miałam ze 3-4 lata i do dziś to pamiętam. W sumie nie jako traumę. Gdyby nie ten klaps, to pewnie kogutek-gwizdek zaginąłby w mrokach niepamięci... Co zrobiło moje dziecko, po wejściu do domu? Porysowało kogutkiem regał... Moje pokolenie matek odkryło, że jak pokażesz dziecku inną fascynującą czynność, to zarzuca ta karaną klapsem. Jeszcze.

Dygresja w dygresji. Najbardziej popularnym upominkiem przynosząnym z zoo przez mnie i młodszego brata były piłeczki skaczące na gumce, w srebrnym papierku. Babcia, u której wtedy mieszkaliśmy, tylko gdy je widziała, to chwytała się za serce. Już następnego dnia pokój tonął w trocinach, którymi piłeczki były wypchane :)

Dygresja w dygresji w dygresji. Piętro ostatnie :) Do zoo chodziliśmy raz do roku. Na 1go maja, zamiast na pochód. To była taka rodzinna tradycja :) Prawie co roku było też zdjęcie z miśkiem, albo na jakimś zwierzaku.

Dziecko, po tych atrakcjach, padło o 19.30. Ja też ledwo żyję.

Tagi: córka zoo
21:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi