To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zoo

niedziela, 12 czerwca 2011
niedziela w zoo

Eks marudził, że 1,5 roczniak jest za mały na takie wycieczki, nic nie zrozumie.

Zabrałam Wiertka do zoo i okazało się, że radośnie reaguje na widok zwierząt, a niektóre - widziane w domu w książeczkach - nawet rozpoznaje. Łaziłyśmy prawie trzy godziny. Najbardziej zafascynowały ją ryby. Nie dała się od nich odciągnąć. Zorganizowałabym jakieś akwarium w domu, ale hodowla rybek wydaje mi się być zajęciem o wysokim stopniu skomplikowania i utrzymania. Na pewno dla osoby, której właśnie pousychały, źle przesadzone, kwiaty balkonowe.

Zoo mamy blisko, więc jeszcze nie raz się wybierzemy.

Jeszcze akapit i dygresja o pamiątkach z zoo. Nie wykorzystałam szansy na to, że moje dziecko nie rzuca się jeszcze na każdy stragan żadając zakupu co drugiej rzeczy. Sama odczuwałam potrzebę kupienia jej czegoś. Padło na glinianego kogutka-gwizdek (oby sąsiedzi byli wyrozumiali). Sama takiego kiedyś miałam i pamiętam zakaz rysowania nim po regale zrobionym na błysk (sznyt epoki 70/80). Oczywiście, zaraz zaczęłam nim rysować i dostałam w tyłek. Miałam ze 3-4 lata i do dziś to pamiętam. W sumie nie jako traumę. Gdyby nie ten klaps, to pewnie kogutek-gwizdek zaginąłby w mrokach niepamięci... Co zrobiło moje dziecko, po wejściu do domu? Porysowało kogutkiem regał... Moje pokolenie matek odkryło, że jak pokażesz dziecku inną fascynującą czynność, to zarzuca ta karaną klapsem. Jeszcze.

Dygresja w dygresji. Najbardziej popularnym upominkiem przynosząnym z zoo przez mnie i młodszego brata były piłeczki skaczące na gumce, w srebrnym papierku. Babcia, u której wtedy mieszkaliśmy, tylko gdy je widziała, to chwytała się za serce. Już następnego dnia pokój tonął w trocinach, którymi piłeczki były wypchane :)

Dygresja w dygresji w dygresji. Piętro ostatnie :) Do zoo chodziliśmy raz do roku. Na 1go maja, zamiast na pochód. To była taka rodzinna tradycja :) Prawie co roku było też zdjęcie z miśkiem, albo na jakimś zwierzaku.

Dziecko, po tych atrakcjach, padło o 19.30. Ja też ledwo żyję.

Tagi: córka zoo
21:28, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi