To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: dzień sąsiada

wtorek, 23 czerwca 2015
Przesilenie letnie, cz. 2

Będzie kontynuacja ostatniego weekendu. W niedzielę doładowałam już akumulatory i odczułam potrzebę czynu :) Rowery i bieganie "no fucking way", ale spacery jak najbardziej :)

Najpierw przeszłam się na piknik sąsiedzki, tuż obok. To już chyba trzecia edycja. Pokręciłam się trochę, przyniosłam paluszki, by też mieć swój udział.

O 15:00 zaczynał się spacer miejski z Praską Ferajną do Koziej Górki. Miałam nawet sokramkę wyciągnąć i wstyd mi strasznie, że przypomniałam sobie dopiero jadąc na miejsce zbiórki. A zbiórka była na stacji PKP Olszynka Grochowska. Niczym blondynka, pomyślałam przez chwilę, że to będzie jakiś wypad za miasto, w zieleń, uroczyska. Gdzie tam Kozia Górka do Warszawy? A proszę bardzo. Uroczysko to miało być jak najbardziej - miejsce jest najbardziej znane z osiedla Dudziarska. Większość zapewne nie ma pojęcia, o co chodzi. Chyba, że ktoś namiętnie czyta szpalty kryminalne. Dwie dekady temu zbudowano na odludziu trzy bloki, do których wykwaterowano mieszkańców domów komunalnych, którzy zalegali z czym się dało. Budynki nie mają gazu, ani centralnego ogrzewania. Przynajmniej prąd jest. Bardziej więc już od miasta kopa nie można dostać. Zła plotka niesie, że nie mieszkają tam Amisze, ani Mormoni, a raczej ludzie, którzy mało mają do stracenia.

Większość spacerów ma krótką trasę, dużo punktów do obgadania. Ten miał mało punktów, za to spacerowania po kokardę na czubku głowy. Kozia Górka została brutalnie potraktowana przez rozwój przemysłowy. Z jednej strony odcina ją od świata jedna linia kolejowa, z drugiej strony kilometry torów stacji postojowej, obsługującej pociągi PKP. A w środku lasy, łąki, chaszcze. Ostatnio PKP zablokowało jedyny przejazd samochodowy łączący to miejsce z Olszynką Grochowską (5 minut jazdy) i teraz dostać się tam można tylko od strony sąsiedniej dzielnicy (pół godziny jazdy bez korków, a te zazwyczaj są).

Obejrzeliśmy sobie zakład karny dla kobiet, który tam jest. Na przeciw zakładu, na płocie powieszono baner reklamowy zaczynający się od zdania: "Dzwoń z aresztu. Tanio razem". Zrobiłam zdjęcie, bo nikt nie uwierzy :) Był jeszcze budynek teatru cyrkowego Akt, który działa w okolicy i spacer nad plażę, którą społecznie jego członkowie zorganizowali. Na plaży przywitała nas ludność tubylcza, która charakteryzowała się żartobliwym nastrojem ocierającym się o niebezpieczny sarkazm.

I wreszcie na koniec dotarliśmy do osiedla Dudziarska. Jak wspomniałam już wyżej, z dwóch stron zamknięte jest torami kolejowymi, z trzeciej jest łąka, chaszcze i ogródki działkowe zasiedlone przez ludzi, którzy nie lubią się już ujawniać światu. Do cywilizacji jest kwadrans drogi, za to pustkowiem. Dodatkowo za jednym nasypem kolejowym wybudowano spalarnię śmieci, która lubi dymić.

W takich momentach mam mieszane uczucia. Spacer, by zobaczyć czyjąś biedę i ciężką sytuację. Albo przeświadczenie, że ktoś znalazł się w gorszej sytuacji? Przychodzi stado ludzi i przewodnik coś opowiada. Na szczęście, było też o projektach aktywizujących młodych ludzi na osiedlu, czytaniu książek przez wolontariuszy.

Zapraszam zaraz na mojego fotobloga.

http://praskilajfstajl.blox.pl/html

Będzie można zobaczyć bok budynku pomalowany w "czarny kwadrat na białym tle" Malewicza. Podobno nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem. To chyba tylko Filipa Springera by ucieszyło ;) Drugi bok zapewne także by mu się spodobał, ale tylko dlatego, że to miał być Mondriani. Gdyby nie wymyślił tego Piet, to byłaby może pasteloza ;)

To było intensywne dwie i pół godziny wędrówki.

poniedziałek, 24 czerwca 2013
Jak dobrze mieć sąsiada
To wydarzenie z niedzieli, ale nie wczorajszej, tylko tej wcześniejszej.

Na moim osiedlu odbył się Artystyczny Piknik Sąsiedzki. Sam pomysł od razu mnie zachwycił. Sąsiedzki!

Bo jestem staroświecka. Tęsknię za czasami, gdy sąsiad nie był kłopotliwym dodatkiem do apartamentu w kredycie na 120% we frankach szwajcarskich. Ach gdyby była opcja - "wyłącz sąsiadów". Mnie cieszy to, że sąsiadom mówię "dzień dobry" w windzie, pod blokiem. Miłe, że wymieniamy się uwagami, zagadują moje dziecko. Mam tylko jeden drobny problem - moje rozpoznawanie twarzy łączę z otoczeniem, z którego twarz pochodzi: istnieje ryzyko, że takiego sąsiada zignoruję gdzieś na mieście, ale zanotuje, że skądś tę osobę znam :) Gdy się sprowadziłam miałam ochotę niczym Bree Van De Kamp odwiedzić najbliższych sąsiadów z ciasteczkami :) Tak tylko zapukałam i ostrzegłam, że odbędzie się cyklinowanie i lakierowanie podłóg :)  Tak, bo za klimatami Wisteria Lane także tęsknię. Ich mikrocząstkę mam na placu zabaw, gdy rozmawiam z innymi mamami - po tym jak zostałam w tą społeczność wciągnięta. 
Hołdując szkatułkowej dygresji, dodam tylko, że wciągnęła mnie mama dziewczynki o pół roku starszej od Wiertki - mieszka kilka pięter wyżej, w tej samej klatce. Sama zagadała dawno temu, przedstawiła. Niekoniecznie musimy być z jednej baki, ale ja niczym Rhett Butler zakochany w swojej Bunny, dla córki zintegruję się :) Warto by miała pod bokiem koleżankę z klasy (obie z sąsiadką myślimy o tej samej szkole podstawowej), albo towarzyszkę zabawy (my obie matki chyba kombinujemy jak tu załatwić dziecku towarzystwo w bloku na bure dni). Wiem, wiem, że sąsiedzkie kontakty to także wciskanie nosa w nie swoje, a konkretnie moje życie  :)
Wracam do Pikniku Sąsiedzkiego. Okazało się, że nie jest to inicjatywa oddolna - aż tak pięknie nie jest. Zorganizowali to - Fundacja Nowa Orkiestra Kameralna oraz moja Spółdzielnia Mieszkaniowa. Były występy kwartetu smyczkowego, chóru, wspólne śpiewanie. Dla dzieci zajęcia plastyczne, muzyczne i konkursy sportowe. Wiertka biegała od konkursu do konkursu i pieczołowicie
zbierała pieczątki za udział :) Kilka pań z biura Spółdzielni upiekło ciasta, babeczki. Można się było dołączyć ze swoimi wypiekami. Nie chciałam się skompromitować i przyniosłam dużą paczkę paluszków. Też wyjedli :)
A to wszystko na terenie pomiędzy blokami. Dodam, z nadzieją, że nikt w gugle nie zlokalizuje, gdzie mieszkam, że bloki spółdzielni powstawały w czasach, gdy priorytetem nie było jeszcze upchnięcie jak największej liczby mieszkańców + wyłożenie wszystkiego kostką Bauma. Bloki są, o zgrozo, dziesięciopiętrowe, za to przed nimi roztacza się szeroki pas trawy z placem zabaw, boiskiem, górką saneczkową oraz innymi dziwnymi rzeczami. Aż się boję, że ktoś pójdzie po rozum do głowy i wstawi tam sześć czteropiętrowców otoczonych sześciopiętrowym płotem dokoła + siatka maskująca nad wszystkim. Szczególnie, że Spółdzielnia nie jest właścicielem terenu :(
Przyszły głównie osoby w starszym wieku i rodzice z dziećmi. Chyba single nie za bardzo mają ochotę się integrować lokalnie. Pojechali do parku linowego, opróżnić stację Veturilo, albo lansować się z piwem nad Wisłą ;)
Może lokalność doceniasz dopiero mając dziecko lub wchodząc w wiek emerycki.
Jestem ciekawa jak by to wszystko wyszło, gdyby teraz sama wydrukowała ulotki i wrzuciła do skrzynek na listy, proponując spotkanie składkowe, w tym samym miejscu. Nie mam tyle odwagi. A Wiertka pyta się, kiedy następny piknik :)

Tagi