To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Dom Spotkań z Historią

piątek, 05 października 2018
Jaki był twój rok 1989?

To będzie jeszcze wspomnienie sprzed dwóch weekendów.

 

Wybrałam się na finisaż wystawy zdjęć Krzysztofa Millera w Domu Spotkań z Historią. Czytałam o niej, już jak tylko została uruchomiona, więc jak dowiedziałam się, że to ostatnie dni, zdecydowałam się podjechać. Wszystkie zdjęcia łączyło jedno – zostały zrobione w 1989 roku, w Polsce (z drobnym wyjątkiem). Dla mnie to była taka cicha, intymna podróż w ten czas, gdy wysuwałam się z dzieciństwa i wchodziłam w głośny okres dojrzewania. Nie będę tu snuć kombatanckich opowieści – w malutkim miasteczku żyło się jak w bańce, a wszelkie polityczne wiadomości uznawałam za potwornie, ogromnie nudne (na co mam niestety dowody w moim pamiętniku J). Bardziej wtedy przeżywałam pierwsze zauroczenie chłopakiem. Moja rodzina także stała z boku wydarzeń i była skupiona na swoim życiu wewnętrznym – o zgrozo, nie mam pojęcia, czy ktoś poszedł głosować. Jednak jak patrzyłam na te zdjęcia, to wracałam do tamtego klimatu, tamtej energii, tamtego powietrza. Oprócz zdjęć, na wystawie były także telebimy z puszczanym na nim filmem dokumentalnym (do wysłuchania na słuchawkach) – kilkanaścioro osób z otoczenia Krzysztofa Millera opowiadało o nim, jego zdjęciach, tamtych czasach. Filmiki było podzielone tematycznie – polityka, życie społeczne, bum rockowy, Pomarańczowa Alternatywa. Jeden na przykład był cały poświęcony rozebraniu pomnika Dzierżyńskiego – zdjęcia Millera i opowieści ludzi, jak przeżywali ten moment. Ja pamiętam go z dziennika telewizyjnego, ale niestety nie czułam wagi wydarzenia i jego symboliczności. Na samym końcu wystawy wisiało kilka zdjęć i jeden film nie dotyczące Polski, ale jak najbardziej roku 1989 – przewrotu politycznego w Rumunii. To już pamiętam i pamiętam tamtą grozę na widok tego, co tłum potrafi zrobić ze swoim wodzem. Tamte wydarzenia były pierwszymi działaniami wojennymi fotografowanymi przez Krzysztofa Millera. Wyjeżdżał potem dokumentować inne, to zapewne niestety doprowadziło go do depresji, a później śmierci.

Trafiłam na akurat na oprowadzenie kuratorskie. Fajnie tak było posłuchać opowieści, ale nie wiem, czy jednak nie wolę oglądać zdjęcia sama, spokojnie, w skupieniu.

Potem zostałam jeszcze chwilę na części dyskusyjnej (dziecko zostawiłam w domu). Czworo fotografików – Anna Beata Bochdziewicz, Wojciech Druszcz, Chris Niedenthal, Czarek Sokołowski – wspominali rok 1989 i tamte zasady pracy. To mnie najbardziej intrygowało – czasy, gdy nie wysyłało się w czasie rzeczywistym zdjęcia cyfrowego, tylko trzeba je było najpierw wywołać, potem dopaść jakiś faks i przez 45 minut (słownie: czterdzieści pięć minut)przesyłać do redakcji. Najtrudniej i jednocześnie łatwiej miał  Niedenthal, bo wysyłał zamkniętą rolkę do redakcji, a tam dopiero ją wywoływano i wybierano najlepsze – ich zdaniem – zdjęcia. Fotograf widział je pierwszy raz na szpaltach wydania. Dla mnie, osoby która zajmuje się twórczo pewnymi rzeczami taka akceptacja takiego procesu jest do nie pomyślenia. Panowie Druszcz i Sokołowski opowiedzieli jeszcze o dokumentowaniu wyborów 4 czerwca. Jako, że jeden fotograf nie może być w kilku miejscach, a głosowało wtedy przecież tyle ważnych osób, w różnych miastach, zwyczajni ludzie w całym kraju – panowie razem z trzecim fotografem (nazwiska nie zanotowałam) weszli w spółkę, każdy pojechał w inne miejsca, a zdjęciami się podzielili. W dzisiejszych czasach, nie do pomyślenia.

A potem to już musiałam wracać do domu :)

Napiszcie, jak wspominacie swój rok 1989 :)

 

poniedziałek, 19 stycznia 2015
Po weekendzie

W sobotę wybrałam się na spacer miejski z Praską Ferajną. Miałam zamiar zabrać ze sobą Wiertkę, ale sąsiadka zaproponowała, żeby mała pobawiła się z jej córką. Miałam dwie godziny na trochę wycieczki i szybkie zakupy :)

W niedzielę wahałam się pomiędzy kolejnym spacerem (tym razem Targowa i Muzeum Pragi), a kronikami w Domu Spotkań z Historią (Warszawa w gruzach tuż po wyzwoleniu). W obu przypadkach towarzyszyć miała mi córka. Pomyślałam w końcu, że przyda jej się trochę historii. Opowiadałam jej kiedyś o Powstaniu Warszawskim, pokazywałam zdjęcia zrujnowanej Warszawy, a filmiki miały być krótkie. Nie pomyślałam jednak, że moje dziecko może być wrażliwe. Na co dzień skrzętnie to ukrywa :) Po kilku minutach, może kwadransie, przytuliła się do mnie i powiedziała, że to jest straszne i boi się. Miała też potrzebę komentowania na gorąco, tego co widzi. Nawet szeptem, to może przeszkadzać.

Poszłyśmy oglądać wystawy. Pierwsza, zdjęcia z Wielkiej Wojny na Wschodzie, z frontu, nie zainteresowała mnie. W mniejszej sali była wystawa "Fotoikony". Może więcej niż dwadzieścia zdjęć-ikon, tych najbardziej znanych. Przykładem to Niedenthala z czasu stanu wojennego, czołg przed kinem "Moskwa", albo Jan Paweł II całujący polską ziemię po wyjściu z samolotu. Generalnie raczej nuda. Kurator miał ciekawy pomysł na to, by rzecz ożywić. Wchodząc na salę można wziąć malutkie naklejki - kwadraciki w trzech kolorach: czerwonym, czarnym i zielonym. I oto rozwiązuje się zagadka dziwnych mozaik, okalających zdjęcia. Można przy każdym nakleić kwadracik: czerwony - "znam to zdjęcie", czarny - "to zdjęcie zrobiło na mnie wrażenie", zielony - "to zdjęcie opowiada historię". Można też zobaczyć, przy jakim, jakie kolory dominują, ile jest kwadracików. To jest najciekawsze.

Ja podawałam Wiertce naklejki, a ona naklejała. Albo mówiłam jej kolor. Potem także ona wybierała i oznaczała zdjęcia, które zrobiły na niej największe wrażenie i które dla niej opowiadają historię :) Fajna zabawa, bo zaangażowała się :)

Na przykład zdjęcie trzech czy czterech małych dziewczynek siedzących na ziemi, a w tle budowany PKiN. Powiedziałam Wiertce, że dziś te dziewczynki, to dorosłe już kobiety. Zobaczyła podobieństwo do pań z przedszkola :) To zapewne one :) Innym takim zdjęciem była sylwetka robotnika, który miał twarz całkowicie zasłoniętą szpadlem łopaty, którą trzymał na sztorc. Dla mojej córki, to była "praca". Cholera, dość trafne :)

Wracając do domu wstąpiłyśmy do optyka. W czwartek wieczorem udało mi się stłuc szkło w okularach. Kąpię się w mojej wannie ponad pięć lat, zawsze kładę je w tym samym miejscu, a teraz udało mi się wychylając po ręcznik, nacisnąć łokciem na oprawki. I usłyszałam trzask. Mojemu łokciowi zawdzięczam 174 złote mniej na koncie :/ Szkła mam ze specjalną powłoką do pracy przy komputerze, dlatego droższe.

wtorek, 30 września 2014
Pięć tańców w pięć lat

Ten wykład był jakieś dwa tygodnie temu. Od tamtego czasu, trochę rzeczy go przyćmiło. A zbliża się dobra rocznica, by o temacie wspomnieć. Rocznica upadku Powstania Warszawskiego. Wiem, wiem, dopiero w piątek. 63 dni.

W Domu Spotkań z Historią było spotkanie z Aleksandrą Richie, autorką "Warszawy 1944", książki o powstaniu. Zaintrygowało mnie, że spojrzała na temat biorąc także pod uwagę los ludności cywilnej. Także postawiła pytanie, dlaczego u licha, Niemcy mając tuż za Wisłą wojska radzieckie, zamiast po prostu uciekać, zajęli się eksterminacją i niszczeniem miasta? Dlaczego powstanie stało się Powstaniem Warszawskim, nie Powstaniem Sierpniowym? Odpowiedzi jakieś padły, ale może warto przeczytać książkę ;) W "Polityce", która właśnie znika z kiosków jest także długi wywiad z Richie. Może uda się go jeszcze znaleźć w sieci.

Dla mnie to spotkanie miało jeszcze inny wymiar. Pokazało mi sens pytań o sens powstania. Powtórzenie celowe :) Jedną z osób zaproszoną na spotkanie był prof. Witold Kieżuń. Osoba po dziewięćdziesiątce, były powstaniec i powojenny więzień, zesłaniec. Mówił sporo - o tym, że powstanie wybuchło tak na prawdę wcześniej, o zdradzie Roosevelta w Teheranie. Dopiero jednak pewna uwaga z widowni wywołała prawie dwudziestominutowy, gwałtowny monolog Kieżunia. Jeden mężczyzna z sali powołując się na rodziców, którzy przeżyli powstanie, stwierdził, że przez całą wojnę młodzi ludzie byli pompowani nadzieją walki i ideami powstańczymi.

Odpowiedź starszego pana była emocjonalna. Rozumiem emocje i długość. Człowiek jest u kresu życia. Budząc się co rano, wie, że dostał jeden dzień więcej od życia. Może ostatni. Wie, że jest jednym z ostatnich i razem z nim zniknie osobiste świadectwo. A zostaną dywagacje polityczne, intelektualne, wreszcie historyczne. A na końcu kilka akapitów w podręczniku.

- Czy pan wie, że między 17-tym a 24-tym rokiem życia tylko pięć razy tańczyłem?

Zdanie może brzmieć, jak z kabaretu. To jedno zdanie pokazało mi sens postania w innym świetle. Ten czas 18-24 lata, czas buntu, adolescencji, badania dorosłości, zabaw, szaleństw, głupot, śmiechu, pierwszej miłości. Oni zostali tego pozbawieni. Zamiast tego, uciekali przed łapankami, uczyli się w ukryciu. Nie mogli nawet zatańczyć, bo większe zgromadzenia były zakazane. Kieżuń opowiadał o rosnącej frustracji, frustracji z bezsilności - że ludzie giną, znikają, są wywożeni na śmierć i nic nie można zrobić. Pięć lat czekał na dzień, kiedy będzie mógł otwarcie wyjść z karabinem. Kiedy to zrobił był szczęśliwy.

- Oni zabrali nam naszą młodość.

I wybaczyłam mu, że mówił bardzo długo. Dostał oklaski od sali.

czwartek, 07 sierpnia 2014
Dobra przypowiastka o złym człowieku

Nie pamiętam niestety tytułu, ale jest takie króciutkie opowiadanie Marka Twaina o chłopczyku bardzo niegrzecznym, któremu złe uczynki uchodziły na sucho. Wyrósł na niesfornego ucznia, któremu uchodziły psikusy, kłamstwa, wykręty. Następnie wyrósł na mężczyznę, który unikał kary za oszustwa, krętactwa. A wręcz przeciwnie zawsze był poważany i zmarł w uznaniu za swoje zasługi. Opowiastka fajna, bo przewrotna. W poprzek chrześcijańskiemu przekonaniu, że zło uczynione musi być ukarane. Jest tysiące ludzkich przykładów, że tak nie bywa.

Przypomniałam to sobie na wczorajszym wykładzie w Domu Spotkań z Historią. Było o powojennych losach generała SS Heinza Reinefartha. Zwany był katem Warszawy. To on nadzorował "rzeź Woli" - to co wydarzyło się pomiędzy 5 a 7 sierpnia 1944 roku, wymordowanie kilku-kilkunastu tysięcy ludności cywilnej, mężczyzn, kobiet, dzieci. Metodycznie i skrupulatnie rozstrzelani.

Po wojnie udało mu się z sukcesem poddać denazyfikacji, został burmistrzem na wyspie Sylt, deputowanym do niemieckiego Landtagu, osobą szanowaną. W latach 60-tych były próby postawienia go przed sądem za zbrodnie wojenne, prokuratura zbierała dowody. Niestety, z punktu widzenia prawa nie było to takie proste i dochodzenie po kilku latach umorzono. To z tego dochodzenia pochodzą zeznania świadków mówiące, że Reinefarth martwił się, że mu amunicji na wszystkich mieszkańców nie starczy. Albo krótka wymiana zdań:

- Czy kazano strzelać do ludności cywilnej?

- Powstańcy rekrutowali się wśród ludności cywilnej. Strzelać trzeba było do wszystkich.

Czy to nie przypomina sytuacji na Bliskim Wschodzie, gdzie buntownikiem nie jest już dorosły mężczyzna, ale obawiać się trzeba dzieci i kobiet? Gdzie zaciera się linia pomiędzy powstańcem, a ludnością cywilną? W oczach przeciwnej strony, oczywiście. Przejaskrawiam.

Kariera polityczna Reinefartha została skończona, ale dożył on 76 lat raczej w szczęśliwym położeniu. Zmarł przekonany, że został potraktowany niesprawiedliwie, bo przecież nie pchał się sam do Warszawy, wykonywał tylko rozkazy Himmlera.

Wykonywał tylko rozkazy. Tak samo tłumaczył się Eichmann, który był tylko "księgowym" wysyłającym liczby do obozów zagłady. To Hannah Arendt nazwała kiedyś "banalnością zła", gdy ludzie odpowiedzialni za mordy wojenne nie są wcale psychopatami, tylko wykonują rozkazy. Rzetelnie i sumiennie robią, co im się każe. Dlaczego to robią? Jedno z wyjaśnień dał Theodor Adorno i jego "szkoła frankfurcka". Już na początku lat 30tych przewidział zwycięstwo Hitlera, po tym jak zbadał psychikę Niemców. Pruska pedagogika przełomu XIX i XX wieku, surowa i zimna, wydała pokolenie ślepo ufające autorytetom-ojcom, pragnące podporządkować się nadrzędnej sile. Nie nauczono ich kwestionować, sprzeciwiać się. Oczywiście, to spore uproszczenie tej teorii. Po wojnie Zimbardo i Milgram w swoich eksperymentach udowodnili, że katem może być absolutnie każdy.

Do historii Reinefartha wrócił po latach szwajcarski historyk Philipp Mati, który napisał książkę - "Der Fall Reinefarth" - o powojennych próbach doprowadzenia do procesu, ponownie rozniecił dyskusję na tym tematem. To on właśnie miał wczorajszy wykład w DSH. Wykład tłumaczony był symultanicznie z niemieckiego, więc nie wszystko dokładnie zapamiętałam. Tłumaczy było dwoje, zmieniali się co kwadrans. Jedna osoba radziła sobie dobrze, mówiła płynnie. Druga się zawieszała, plątała, wrzucała "eeee" i efekt był taki, że nie łapałam o co chodzi w jej części tłumaczenia. Wiem, tłumaczenie symultaniczne jest cholernie trudne.

Żałuję tylko, że organizatorzy nie przewidzieli więcej czasu na pytania, dyskusję. Spotkanie zakończono po dwóch pytaniach, a na sali było więcej osób chętnych podzielić się swoimi wrażeniami.

Do 12-go grudnia, w Muzeum Woli, można oglądać wystawę poświęconą masowym zbrodniom, które się tam wydarzyły 70 lat temu oraz powojennym próbom wzniecenia procesu - "Reinefarth w Warszawie, Dowody zbrodni". Temat dla mnie za mocny.

I jako mało istotny drobiazg dorzucę, że dr Mati był cholernie przystojny i milutki :) Chyba za długo jestem sama :)

niedziela, 06 kwietnia 2014
Niedzielnie towarzysko-intelektualnie

Weekend Niematki. W sobotę miałam jakiś zjazd psycho-fizyczny. Wyprawiłam dziecko do ojca i zamiast iść na planowany spacer miejski spędziłam dzień pod kocem, jedząc słodycze.

Za to niedziela była zajęta. Najpierw krótkie wyjście na piwo. Do Miasta zjechał pewien bloger, którego czasem podczytuję, skomentuję na FB. Czasem sobie popiszemy. Zwołał spotkanie swoich blogowych znajomych z okolicy. W końcu okazało się, że dotarłam ja, on i jeszcze jeden kolega. Bloger jest kilka miesięcy młodszy od III RP, a drugi kolega urodził się mniej więcej, gdy ja traciłam dziewictwo (a mieszczę się w średniej dla swojego pokolenia). Było miło, zabawnie, ale starałam się nie czuć jak pani Robinson, ani MILF. Ani nie pamiętać, że pewnego sobotniego wieczoru, po butelce białego wina z gościem trochę flirtowałam na kanale prywatnym. Na jakich blogach bywają wolni panowie 35+ ?  :)

Potem przeszłam się do Domu Spotkań z Historią na projekcję filmu "Warszawa 1935" i dyskusję o Warszawie tamtych lat. Wydarzenie zamykało wystawę „Zwyczajny 1934. Polska na zdjęciach Willema van de Polla” - holenderski fotograf robił zdjęcia Warszawie i innym miejscom w kraju. Film okazał się ogromny zaskoczeniem. Nastawiłam się na zmontowane zdjęcia archiwalne, a stworzono komputerową animację Warszawy lat trzydziestych! Można było obejrzeć Marszałkowską od Królewskiej do Alei Jerozolimskich, z lotu ptaka obszar, na którym dziś stoi PKiN (kwadraty kamienic, siatki ulic). Pieczołowicie odtworzone reklamy na budynkach, samochody, tramwaje, ubiory ludzi na chodniku. Tylko niebo było ciągle zachmurzone, albo późno wieczorne. Ta Warszawa trochę jak Gotham City wyglądała :) Magia filmu wciągała. Poczułam się jak w bajce. Warszawa międzywojenna stała się bajką. Film, w technice 3D (więc jeszcze mocniejsze wrażenie) można obejrzeć czasem w Iluzjonie. Polecam!

Potem była ciekawa prezentacja o tym jak Warszawa rozwijała się w dwudziestoleciu międzywojennym. Z ciekawostek. Pod koniec kwietnia mija 80 lat odkąd otworzono tymczasowy port dla lotnictwa cywilnego na terenie lotniska wojskowego na Okęciu :D Ten cywilny budowano na Gocławiu. Tylko dłuższą warszawską prowizorką jest istnienie - tymczasowe oczywiście - od 1923 roku Muzeum Wojska Polskiego w skrzydle Muzeum Narodowego :) Zaś do lotniska na Okęciu doprowadzono autostradę, by usprawnić dojazd. Ta autostrada to ul. Żwirki i Wigury :) Znowu, dopiero po kilku dekadach usprawniono dojazd puszczając tam linię kolejową, bo autostrada stoi w korkach. Okazało się, że już wtedy budowano domy dla bezrobotnych oraz bezdomnych (zarabiających, ale zbyt mało by było ich stać na najem mieszkania), czy samotnych (jako ówcześni single mieli małe szanse na kwaterunek w większym mieszkaniu). Jak zmienia się definicja osoby bezdomnej przez lata. Zaś do połowy lat 20tych istniało jeszcze w ówczesnej powojennej Wawie dokwaterowywanie do mieszkań.

Intensywny dzień :)

niedziela, 10 lutego 2013
Urodziny Pragi - wieczór trzeci

Wieczoru drugiego urodzin Pragi nie było z tego powodu, że sił nie miałam. W planach było wyjście na kabaret praski i imprezę w praskim klimacie - rzut beretem od mojego domu. Miałam zamiar nawet sama tam zajrzeć i trochę się pokręcić, a potem okazało się, że znajomi będą. Skończyło się na tym, że w sobotę obudziłam się zmęczona, słaniając się na nogach ogarnęłam mieszkanie i poszłam znowu na trzy godzinną drzemkę... Popołudniu się rozkręciłam, ale uznałam, że moje ciało coś chce mi powiedzieć.

Za to w niedzielę, wczesnym wieczorem, czy późnym popołudniem (zależy jaką porą roku na to patrzeć) wyszłam z domu. Najpierw DSH i jego "Kawa Kino Warszawa" - krótki film dokumentalny, z rzadkiego wtedy gatunku interwencyjnych o budowie domu kultury na Targówku, która to budowa od ośmiu lat nie może się skończyć ("Gdzie diabeł mówi dobranoc", 1956), "zawiedliśmy ich towarzysze". Ciekawe zdjęcia Targówka, jego pól i łąk,  drewnianych domków - świat który znikł. Po nim fabuła "Warszawskie gołębie" (1988) o rodzinie przenoszącej się z walącego, drewnianego domku na Targówku/Bródnie na czternaste piętro betonowego blokowiska Ursynowa. A z nimi kilkanaście gołębi głowy rodziny, które zamieszkają w eleganckiej loggi :) Ciekawa argumentacja - to mnie może obszczać piesek w windzie, a potem razem z innymi obsrać trawnik przed blokiem, ale to moje gołębie brudzą i śmierdzą :)

Z DSH relokowałam się do Domu Policjanta na wykład z okazji Urodzin Pragi o kryminalistyce i zagadkach kryminalnych. O samej Pradze było tylko pobocznie, bo obecny był emerytowany praski policjant - w porównaniu z latami 80tymi, czy początkiem 90tych Praga Północ jest dzielnicą spokojną i bezpieczną. Media niedawno podawały, że w rankingach może w napadach nie jesteśmy na końcu, ale w rozbojach i kradzieżach tak. Niestety, okazało się, że nie jest to efekt łapania i wsadzania złych ludzi w wieloletnie miejsca odosobnienia. To rezultat uporczywego uprzykrzania im życia i wypychania w inne dzielnice, bo kraść gdzieś muszą... Inna sprawa, to dość bliskie relacje sąsiedzkie, które utrudniają kradzieże w mieszkaniach - widać, gdy kręci się obcy (sama kiedyś udaremniłam wejście do mojego bloku, w środku dnia, jakimś dwóm dziwnym typom).

Za to było wiele fajnych ciekawostek na temat zbierania dowodów na miejscu przestępstwa, mnóstwo informacji o np. śladach linii papilarnych (nie mówi się odciski palców), które mogą się przydać przy pisaniu kryminału :) A co tam - napiszę :) Ślady można rozróżnić na męskie i kobiece/dziecięce (tu już trudniej zawyrokować). Można także ustalić, czy ślad palca jest świeży, ma kilka dni, czy kilka miesięcy. Lepiej, można także ustalić, czy był to odcisk martwej ręki i od jak dawna - komentarz policjanta "widział pan rodzynki?", a także czy to nie jest silikonowy odcisk linii papilarnych, który ktoś przycisnął. Coraz trudniej pisać o zbrodni doskonałej :)

Dostaliśmy także radę z gatunku Perfekcyjnej Pani Domu! Jak zmyć - nie życzono nam oczywiście takiej sytuacji - ślady po... cholerka nie pamiętam jak ta substancja się nazywała, po tych opiłkach aluminium, którymi zbiera się ślady linii papilarnych. Otóż należy posmarować miejsce wazeliną, kremem dziecięcym i ściągnąć ręcznikiem papierowym :)

Smaczków było jeszcze trochę, ale może dla siebie zachowam :)

Na obu spotkaniach były tłumy, głównie stałam, bo już nie znalazłam dla siebie krzesła.

Z innej strony :) Praga Północ jest spod znaku Wodnika ;) I tak na prawdę dopiero chyba od niedawna to się ujawnia, gdy dzielnica postawiła na kluby, kawiarnie, pracownie artystyczne i festiwale kulturalne. Korpo zagłębie to tu nigdy nie będzie ;) A Era Wodnika już tuż tuż, chyba w następnym tygodniu się zaczyna ;) Choć już pięć dekad temu do wymiotów śpiewano o tym w musicalu "Hair" i człowiek myślał, że EW już nastała. A tu siurpryza - to dopiero przed nami.

niedziela, 30 września 2012
Przedstawienie trwa dalej, czyli jak spłonąć na oczach 100 tys ludzi, by o tym nie pamiętali

Miało być zbiorczo o Festiwalu Nauki i "Jednym dniu w PRL", ale wczorajsze popołudnie było tak mocne, że będzie dziś tylko o wydarzeniu Domu Spotkań z Historią.

"Jeden Dzień w PRL" to cykl wydarzeń, organizowanych przez DSH wokół filmu dokumentalnego Macieja Drygasa o tym samym tytule. Wziął na warsztat jeden zwyczajny dzień, w którym nic ciekawego się nie wydarzyło - 27 września 1962 roku. O filmie później. Na spotkania w czwartek i piątek nie dotarłam, żałuję, ale byłam z małą i nałożyły się inne rzeczy.

W sobotnie popołudnie, gdy przedarło się przez marsz w obronie telewizji Trwam - robił wrażenie - obejrzeliśmy w małej salce kina "Rejs": "Usłyszcie mój krzyk" i "Jeden dzień w PRL".

Pierwszy dokument dotyczy Ryszarda Siwca, który w akcie protestu przeciw najechaniu Czechosłowacji spalił się na Stadionie Dziesięciolecia w czasie uroczystości dożynek - 8 września 1968 roku. Mocne. Moje pierwsze refleksje, jeszcze przed filmem - to histeryczne, egzaltowane, bez sensu. Wiedziałam o wydarzeniu tyle, że było. Ktoś w filmie ciekawie zauważył, że gdy płonie buddyjski mnich jest to głębokie i duchowe, gdy polski intelektualista, to objaw nierównowagi psychicznej.

Nie chcę rozpisywać się do zanudzenia, ale najciekawszymi częściami filmu były opowieści, na tym samym stadionie po trzydziestu latach kilku świadków tego wydarzenia. Spiker radiowy najpierw mówi jak trudno relacjonować przez radio tańce ludowe, jak opowiedzieć słuchaczom tak by ten taniec widzieli. Wymyślili więc, że ich słowa będą w rytmie muzyki - rozwleczone przy polonezie, żywsze przy mazurku. Piękne. Wybiegam do przodu - Maciej Drygas opowiada, że przesłuchiwał taśmy wiele razy, przesłuchiwał by zauważyć choćby drgnienie w głosie, pauzę, zawahanie, gdy na trybunie płonie żywcem człowiek. Nie ma tam czegoś takiego. Pełen profesjonalizm. Spiker tłumaczy się, że jak miał mówić słuchaczom o czymś takim, gdy w tle ciągle leciała muzyka ludowa... I, że co to za pomysł podpalać się w czasie tańców, w czasie przemówienia Gomułki trzeba było... Starsza pani, która przywiozła uczniów, by zatańczyli na płycie mówi, jak to kazała im się tam nie gapić, tylko wyjść i zatańczyć. Teraz ich kolej była. Czy można zaburzyć tok uroczystości? Ówczesna młoda studentka opowiada o tamtych chwilach, podsumowując: błękitne niebo, tańczący ludzie, nagle płonie człowiek, zabierają go, niebo jest nadal błękitne, ludzie nadal tańczą, zrozumiałam, że to nic nie dało.

Mocne siedem sekund taśmy, jedyne jakie zostało, gdzie przez siedem sekund widać płonącego Siwca. Mistrzowsko zmontowane, bo puścić siedem sekund, ale w kawałkach - za każdy razem inny fragment kadru, najważniejsze zostawiając na koniec. Widzimy ludzi chwytających się za głowę, ktoś odbiega na bosaka trzymając buty w dłoniach, ktoś biegnie z marynarką, ktoś zakrywa sobie usta dłonią. Widzimy tańczące na płycie dziewczynki a na ich twarzach płacz, odwracają w bok głowy, ale tańczą dalej. Wreszcie na koniec widzimy środek kadru, siedem sekund płonącego, wymachującego ramionami i krzyczącego coś człowieka.

Przeskoczę na chwilę drugi film i przejdę do dyskusji po spotkaniu. Był Andrzej Werner i sam Maciej Drygas. Werner bardzo ciekawie opowiedział o atmosferze, która panowała w latach sześćdziesiątych, o tym czymś, czego ja nie mogę już sobie wyobrazić. Dla mnie czyn Siwca jest egzaltowany, ale wpisywał się w duszną, zakłamaną, zamkniętą atmosferę tamtych czasów. Ja wychowana na kilku kanałach tv, gdzie każda opcja się wypowie, internecie, FB, w czasach gdy każdy news po sekundzie jest w niemal wszystkich zakątkach świata, nie ogarniam tego co się wtedy działo.

Opowieść Drygasa o odkryciu historii Siwca, historii ukrytej i zapomnianej w kraju na trzy dekady, o docieraniu do szczegółów, kręceniu materiałów była fascynująca. Może nawet bardziej niż sama historia. "Człowiek z marmuru" to przy tym nic. To jest temat na film, powieść sam w sobie. Przemknęło mi przez głowę - jeśli widzisz w tym temat, to idź do Drygasa i zaproponuj mu, że napiszesz ;) Taki tylko kawałek. W filmie słyszymy nagranie-przesłanie Siwca. Zostawił przyjacielowi kasetę magnetofonową, z prośbą by po wszystkim dostarczył ją gdzie trzeba. Jednak przyjaciel się przestraszył i zakopał ją w ogrodzie. Po samospaleniu Jana Palacha, które odbiło się echem na świecie, postanowił jednak kasetę upublicznić. Pojechał z Przemyśla do Warszawy i wszedł do Ambasady Brytyjskiej, czy inne podobnej placówki z prośbą by rozesłali to dalej. Ci jednak uznali go za prowokatora i odesłali do... polskiej instytucji dziennikarskiej. Nie mając pojęcia co dalej, poszedł na pocztę. Tam przez przypadek znalazł katalog wysyłkowy pewnej zagranicznej firmy. Wysłał kasetę na ich adres, z prośbą o przesłanie do Radia Wolna Europa. Wiem, w jakim języku to napisał, jakim cudem ono wzięli to na poważnie? Jednak kaseta do RWE trafiła, a ci złamali zasadę potwierdzenia materiału z dwóch źródeł i manifest wyemitowali. Dziwaczne? To wyobraźmy sobie, że mieszkamy dziś w Korei Północnej i chcemy zawiadomić świat o pewnym wydarzeniu. Proste? Niekoniecznie.

Jako podsumowanie. To w Czechach mówiło się o samospaleniu Siwca, to tam jako pierwszy został odznaczony, to tam dostał ulicę. W Polsce raczej milczano. Zatkało mnie, gdy dowiedziałam się na tym spotkaniu, że w maju obok Stadionu otworzono uliczkę imienia Siwca i odsłonięto jego pomnik. Ta informacja, gdzieś zaginęła w potoku innych, a to przecież kilka ulic ode mnie. Ważniejsze było, by nie psuć radosnej atmosfery Euro 2012 - czy to nie zabójczy chichot historii? Historia zatacza koło. Przestawienie musi trwać dalej.

Rozpisałam się strasznie, więc niestety krótko o "Jednym dniu w PRL". Pomysł świetny - znaleźć zapiski, materiały z tego jednego właśnie dnia. Materiał filmowy w tle był z okresu zbliżonego, nie z tego jedynie dnia. Mamy tam list żony do męża w wiezieniu, list syna z wojska, notatki z obserwacji figurantów przez służbę bezpieczeństwa, książki skarg i zażaleń, dzień z pamiętnika młodej mężatki i wiele innych dokumentów. Ludzkie radości, smutki, dramaty. Coś niesamowitego. O kulisach powstawania tego dokumentu, Drygas także opowiadał.

Dziś dalsze dwa filmy dokumentalne Drygasa w kinie "Rejs" i dyskusja, ale ja już nie będę mogła tam być. Jak ktoś zdąży przeczytać mój wpis i będzie miał wolny wieczór, to zapraszam ;)

Tagi