To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: miłość

niedziela, 22 stycznia 2017
W duszy

Przeważająca większość ludzi ma łatwość zakochiwania się, wchodzenia z związki, relacje. Obserwowałam to i czasami było mi smutno. Lata całe zajęło mi rozgryzienie, dlaczego ja tak nie potrafię.

Wygląda to tak, jakby każdy człowiek miał w sobie dziurę o nieregularnych kształtach. Spotyka drugiego człowieka i dopasowuje go do tej dziury. Trochę porozciąga, albo tu i ówdzie poucina. Jednak osobę dopasuje. A ta osoba ugniata go w swoją własną. I żyją razem latami szczęśliwie bardzo, mniej lub w ogóle. Ja potrzebuję kogoś, kto by w tę dziurę zmieścił się idealnie, dokładnie. Ja będzie za mały, albo za duży, to będzie uwierać, jak stringi o dwa rozmiary za małe. A każdy, o zdrowych zmysłach, wie, że takie wpasowanie jest prawie niemożliwe. Zdarza się, ale bardzo rzadko i nie należy się na to nastawiać.

I to nie jest kwestia wygórowanych oczekiwań i wyśrubowanych standardów. Ci co poznali mężczyzn, których kochałam mogą przyznać, że przechodzili bokiem standardom.

Pocieszeniem jest to, że - jak wiedzą wszyscy, którzy mają jakieś niezabezpieczone otwory w otoczeniu - w owe dziury wpadają paprochy, pył, kurz. Po jakimś czasie wszystko można zatkać.

poniedziałek, 18 sierpnia 2014
Dzieci a nowy związek

Na sobotnim Turnieju Rycerskim udało mi się pogadać z koleżanką chwilę na temat, co tam u nas bywa nowego. Nasze związki rozpadły się w podobnym czasie, tylko na opuściła partnera z dwójką dzieci u progu edukacji szkolnej i przeniosła się w rodzinne strony, w inny kraniec kraju. Urażony partner zerwał z dziećmi kontakt, finansowy także. Być może to ważne dla tej historii.

Od tamtej pory zajmowała się głównie wyprowadzaniem na prostą zabagnionych spraw finansowych, zarabianiem na dom, wychowywaniem dzieci. Do życia osobistego miała uraz. Czas leci, dzieci zaraz idą do gimnazjum. A ona zaczęła się z kimś spotykać. I tu nastąpił zgrzyt. Dzieci ogłosiły protest i zaczęły sabotować jej nowy związek. Dodatkowo własna matka wbijała jej nóż w plecy, krytykując play ułożenia sobie życia. Zrezygnowała.

Po raz pierwszy pomyślałam, że być może największą trudnością w - kiedyś tam - moim nowym życiu, będzie reakcja mojej córki. Przez całe swoje życie ma mamę dla siebie. Teraz widzę, że lgnie do mężczyzn, zaprzyjaźnia się szybko z nimi, skraca dystans. Ale przedszkolaki tak mają. Potem dziecko wchodzi w wiek szkolny i zaczyna się chyba czasem usztywniać. Co zrobię, gdy moja, np. 10-letnia córka, będzie strzelać fochy, bo w domu pojawi się, choćby gościnnie, jakiś pan? No niestety, miłości niczym kredytu, czy ciąży, nie da się dokładnie zaplanować w czasie. Nie mogę sobie napisać - to teraz szukam, bo za 3-4 lata będzie ciężko.

Dla wielu będzie to śmieszne, ale dla mnie w przyszłości bycie matką nastoletniej dziewczyny na rynku uczuciowym będzie też trudne. Bo skąd wiem, że ten mężczyzna interesuje się mną, a nie mną by dostać się do młodej dziewczynki? Albo koegzystencja w jednym domu dorastającej dziewczyny, a obcego dla niej jednak mężczyzny. Co innego, gdy ojczym jest od malutkich lat dziecka. Sama pamiętam, że miałam taki etap rozwoju emocjonalno-seksualnego (8-12 lat), że obcy mężczyźni mnie potwornie peszyli i fizycznie spinali.

Może fakt, że ojciec Wiertki jest w nowym związku, że ona ma z ojcem regularny kontakt, jakoś ułatwi jej poukładanie sobie tego w głowie.

Takie tam teoretyczne dywagacje. W końcu jesteśmy społeczeństwem na dorobku i stać mnie będzie na związek LAT (Living Apart Together) :) Czyli na dwa domy :)

10:49, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
piątek, 02 marca 2012
O naturze miłości

Takie moje niedawne teoretyczne rozważania. Proszę nie odnosić ich w całości do mojej sytuacji życiowej :) Refleksja między innymi po poniedziałkowych rozmowach z koleżankami.

Gdy ktoś straci ukochaną osobę w wyniki wypadku, choroby, to otoczenie ze zrozumieniem przyjmuje, że z nikim już się nie związała, pozostała samotna (choć samotność to stan umysłu, a nie życiowy, w czasach gdy ma się "kręgi znajomych", "rodzinę miejską"). To takie wzruszające i romantyczne. Nieważne, w jakim stanie mógł być związek.

Gdy ktoś jest przez ukochaną osobę porzucony, zostawiony, zdradzony, lub gdy sam odejdzie, wtedy oczekuje się od niego, że w końcu wejdzie w nowy związek. Pozostanie "samotnym" jest takim potwierdzaniem, że na prawdę jest się niewartym by ktoś cię zechciał. Ponowne wejście w związek, to takie oświadczenie, "zobaczcie jestem znowu szczęśliwa". Takie matryce daje kultura popularna w książkach i filmach. Czy jest gdzieś postać, która wyszła ze złego związku, nadal pozostaje sama i jest szczęśliwa?

A czy ktoś chciałby takie książki czytać, takie książki oglądać? Drażnią mnie teksty w stylu "jeszcze znajdziesz mężczyznę, który cie pokocha, ja w końcu znalazłam", śmieszą mnie (choć wiem, że podszyte prawdziwą tęsknotą) zdania w stylu "ach kto jeszcze pokocha mnie i moje małe dziecko". A nikt. Cudzego dziecka nie można pokochać, można polubić, interesować się, angażować w jego sprawy. I tyle.

Mam czas tylko dla siebie bardzo ograniczony. Mogę w jego trakcie odpocząć, spotkać się na warsztatach, pójść na wykład, wieczór autorski, wyjść z przyjaciółmi. Te wszystkie rzeczy są ważne, ciekawe i jest ich sporo. Na prawdę, bym miała iść na jakąś randkę, musiałby to być ktoś cholernie wyjątkowy, albo towarzyszyć mi sam w wyjściach kulturalnych. Castingi wyrwanych z portali panów odpadają, bo miałabym bolesne poczucie straty czasu.

Nie wykluczone też, że wyczerpałam już limit inwestycji emocjonalnych w mężczyzn i nigdy nie wyjdę co najwyżej poza "FF".

Pozostaje jeszcze sprawa seksu. W końcu jestem jeszcze w tej fazie szczytu możliwości jako kobieta ;) Ale odkąd upowszechniono wibratory, kobiety i tak znajdują się w lepszej sytuacji ;)

wtorek, 27 grudnia 2011
Trzy lata na tlenie

Miałam zacząć od cytatu, ale będzie od scenki. Nadal w klimacie rocznicowym.

Wyprowadzałam dziś dziecko na spacer, gdy w osiedlowej uliczce mijały się dwa samochody - jeden wjeżdżał, drugi wyjeżdżał z parkingu. Do tego ostatniego podbiegła kobieta, próbowała chwycić za klamkę od strony kierowcy, mężczyzny. Ten zakrzyknął tylko "co robisz, kurwa" i dodał gazu. Ona została. Zapewne za wolno się ubierała do wyjścia, więc wybiegł z mieszkania krzycząc, że tak to on jedzie sam. Wybierali się na wizytę do jej rodziny ;) Jednocześnie zrobiło mi się jej żal, skoczyło mi ciśnienie i poczułam ogromną ulgę, że to już nie moja historia.

To będzie cytat z dr Housa - "Mówią, że nie można żyć bez miłości. Osobiście uważam, że ważniejszy jest tlen".

Trzy lata temu rozstał się ze mną Były. Akurat tak mu wyszło, że w drugi dzień świąt. Z poprzednią kobietą też pożegnał się w drugi dzień świąt. Widocznie tak lubi. Może w te święta też będzie kogoś rzucał. Może zrobi sobie przerwę. Ktoś by zarzucił, że to niehumanitarne zostawiać kobietę, która w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy straciła ciążę, matkę, zmieniła pracę na gorszą i była na wylocie w nowej. Ale czy jest dobry moment na zerwanie? Miał czekać do wiosny? I tak odłączył od respiratora coś, co od dłuższego czasu było współlokatorstwem z elementami "friendly fucking". Na poparcie tezy, że nigdy tylko jedna strona nie jest winna, dopiszę, że ciężko jest żyć w kimś w trakcie epizodu depresyjnego - zamkniętym w swoim świecie, w anhedonii, bez chwilowej możliwości odczuwania takich uczuć jak bycie kochanym, kochanie, w zalewie "niedasi" (odpowiedź na każdą radę - "nie da się"). Zabawne to określenie epizod, na coś co często trwa miesiącami.

Pierwsze święta bez osoby może nie zawsze bliskiej, ale kluczowej w życiu człowieka, matki, są cholernie ciężkie. Im bliżej Wigilii tym bardziej rozpadałam się na kawałki myśląc o tym, że rok wcześniej planowałam imię na dla dziecka, oraz kiedy orientacyjnie skończy mi się macierzyński, a moja matka utrzymywała otoczenie w przeświadczeniu, że cieszy się zdrowiem. Tuż przed świętami dopadła mnie grypa i po prostu je przespałam. Nawet pomyślałam sobie, że zawalił się sufit, zawaliły się ściany, ale ciągle mam podłogę, tego faceta. Ale i to usunęło mi się spod nóg.

Próbowałam jeszcze potem defibrylatora, ale kiedy okazało się, że na moje miejsce czekał już ktoś inny, odpuściłam. Relacja z mężczyzną to nie "Top Model", ani "X Factor". Skoro od razu nie widać, że to ja jestem lepsza, to spadaj.

Będzie jeszcze jeden cytat serialowy :) Dla wytłumaczenia, czemu taki temat wpisu mi przyszedł do głowy i skąd chęć świętowania "skórzanej rocznicy" odzyskania wolności. Niedawno, po raz któryś tam, oglądałam jeden z odcinków "Seksu w wielkim mieście", gdzie padła złota rada, że żałoba po związku powinna trwać połowę jego trwania. Połowę?! Mój trwał sześć lat!  Nagle dotarło do mnie, że przecież właśnie zaraz minie trzy lata od rozstania. Jak ten czas szybko leci. A jakby to było wczoraj. Nie "wczoraj" w sensie szlocham i chcę się zabić, ale "wczoraj" jakoś tak emocjonalnie. Koniec żałoby w rozumieniu - wchodzę w kolejną relację nie po ty by udowodnić coś otoczeniu i sobie, tylko dlatego, że tak fajnie.

To sympatiapeel czy przeznaczenipeel? :D

00:19, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
czwartek, 03 lutego 2011
64 rocznica ślubu

Z lekkim opóźnieniem piszę.

64 lata temu, 2-go lutego 1947, moi dziadkowie wzieli ślub. Szmat czasu razem, aż trudno uwierzyć, że tak można.

Oboje popełniali mezalians - dziadek brał dziewczynę, która miała dwie lewe ręce i nie znała się na gospodarstwie domowym, bo w domu rodzinnym we wszystkim ją wyręczano (już wiem po kim to mam). Babcia popełniła mezalinas klasyczny, sama należąc do najbogatszej rodziny we wsi, wyszła z mąż za gołodupca z siedmiorgiem rodzeństwa i absolutnie żadnym majątkiem. Za to chłopak miał poczucie humoru i był towarzyski.

Jedym majątkiem dziadka była jego Bronia, więc gdy przyszli do wsi i kazali zdać broń, odrzekł, że ani myśli ;)

Ślub odbył się w karnawale, bo tylko wtedy je brano. Był ogromny mróz, babci porobiły się w kościele kryształki lodu na ustach. Zaraz po weselu bardzo pochorowała się i do domu męża trafiła dopiero po kilku tygodniach, na Wielkonoc. Tam od teściowej usłyszała, że wszyscy idą do kościoła, a ona ma upiec chleb dla całej rodziny (a mieszkało wtedy razem mnóstwo osób). To był jej pierwszy upieczony w życiu chleb. 11 bochenków naraz...

Potem siedem lat tułania się po wynajmowanych pokojach, bo moja - taką ją od zawsze pamiętam - cieplutka i milutka babcia skakała sobie do oczu z bratowymi. Siedem lat bez dzieci, mimo starań. Wreszcie, wybudowany przez dziadka dom i czwórka maluchów, która nagle się pojawiła w ciągu kilku lat, niemal rok po roku.

A teraz drzemią sobie na kanapie, dwoje starowinków - 91 i 88 lat.

poniedziałek, 15 listopada 2010
kobiety z rynku wtórnego

W sobotę gościłam kumpelę. Dekadę temu poznałyśmy się w jednej z prac studenckich. Od tamtego czasu ona jest bogatsza o dwoje dzieci, firmę, długi, jedno bardzo niesmaczne rozstanie, ja o dziecko, jedno w miarę normalne rozstanie i nauczkę. Obie trafiłyśmy na facetów po rozwodzie.

Żadna z nas nie wierzy już w księcia z bajki i mit o rozwodniku, którego zła była żona zraniła albo "czasami dopiero po czasie okazuje się, że ludzie nie pasują do siebie". Dziś to my jesteśmy te złe byłe :D

Różnica jest taka, że ona w każdym mężczyźnie widzi oszukującego rodzinę, udającego szukającego miłości biedaczka i nie ma ochoty na kolejne związki.

A ja? Ja sobie swobodnie dryfuję po falach życia. Rodzinę już miałam, dziecko już mam. Kolejnych - poważnych związków i dzieci - nie planuję i nie potrzebuję. Potrzebuję fajnie spędzić czas. Nie jestem romantycznym przykładem, że potrzeby seksualne idą w parze z miłością. Czasem biegną obok jak piesek z wywalony jęzorkiem ;)

Kumpela w jednym może ma rację - gdy kobieta ma dziecko, to ciśnienie opada. Mężczyzna się zjawi - ok, się nie zjawi - też ok, zjawi i się i zniknie - przyjemność po mojej stronie.

W mojej kategorii wiekowej można odnaleźć:

  • rozwodnika - oczywiście, bo ona była zła i okrutna, a zazwyczaj bywa tak, że skoro jesteśmy do wzięcia i wyszliśmy z jakiegoś związku, to mamy jakąś dysfunckję życiową
  • wdowiec - autentycznie znam jeden egzemplarz, gdyby był w moim typie zawalczylabym 15 lat temu
  • kawaler - jeśli do tego momentu mężczyzna nie wszedł w żaden poważny związek, to... gratuluję dobrego samopoczucia
  • gdzie by nie spojrzeć - dupa z tyłu ;)

Można jeszcze uderzyć w młodszą kategorię wiekową, ale na to ja nie mam wystarczająco dobrego samopoczucia :D

23:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi