To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: podróż

niedziela, 02 października 2016
Podróżniczy weekend

W piątek, zrobiłam tyle ile dałam radę, wypadłam z pracy po 13:00, odebrałam dziecko ze szkoły. Przed 15:00 siedziałyśmy już w pociągu do Łodzi. Po 17:00 byłyśmy już obecne na przyjęciu urodzinowym koleżanki Wiertki (tej, której mama spotyka się z jej ojcem). Moja córka bawiła się z dziećmi, a ja zawierałam przelotną znajomość z lokalną Mamafią :)

Uznałam, że będzie to fajna okazja znowu zobaczyć miasto. Mama dziewczynki sama zaproponowała żebyśmy u nich przenocowały. Po całym tygodniu pracy, tej podróży, padłam po 21:00.

A w sobotę od rana zrobiłyśmy długi spacer z obrzeży miasta aż do Pałacu Poznańskiego i tamtejszego muzeum. Pałac rzeczywiście jest w stylu wszystkich stylów. Miał być przejawem bogactwa i przepychu. Mnie się nawet trochę podobał, choć jest symbolem złego gustu. Ma dwie wieżyczki - każda w innym stylu. Jednak po co mieć obie takie same, jak można mieć różne :)

Wnętrza w środku okazałe. Obejrzałam wystawy stałe, te poświęcone znanym łodzianinom. Trafiłyśmy nawet na przygotowania do przyjęcia weselnego. Okazało się, że można tam wyprawiać wesela.

Zatrzymałam się chwilę w pokojach, w amfiladzie, które pokazywały pomieszczenia pani domu - pokój łaziebny, sypialnia, salonik do zajęć, salonik do przyjmowania gości. Wspaniałe wykusze okienne z wyjściem na ogromny balkon. Jestem już na takim etapie życia, że z zazdrością zamieniłabym się z taką panią domu na życia. Siedziałabym sobie na kanapie, dziergała jakieś duperele, w wolnych chwilach przyjmowała gości, a raz na jakiś czas udzielała się charytatywnie zbierając pieniądze na sieroty. Dzieci siedziałyby w szkołach z internatem, a mąż u kochanki. Błogi spokój.

Potem obiad i długi spacer po Piotrkowskiej. Wróciłyśmy się szybko tramwajem do domu, by zabrać naszą torbę z rzeczami. I o 19:00 byłyśmy już z Wiertką w pociągu powrotnym do Warszawy. Mała od razu zasnęła ze zmęczenia.

Gdzieś w okolicach Żyrardowa dostałam sms-a: "Nie zostawiłyście czegoś?". Zaczęłam się zastanawiać. Bielizna? Ładowarka? Szczoteczka do zębów? I nagle przeleciało mi przez głowę - plecak szkolny, cholera!!! My tu niemal pod Warszawą, a plecak Wiertki w Łodzi... Od razu zdzwoniłam się z koleżanką i ustaliłyśmy, że postara się w niedzielę przekazać go konduktorowi pociągu jadącego na naszego miasta.

Rano dostałam informację, że postara się wysłać plecak pociągiem tuż przed 12:00. Zadzwoniła potem do mnie i okazało się, że konduktor pierwszego pociągu oburzony odmówił. Ale ten z Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej, który odjeżdżał niedługo później, nie miał nic przeciwko. Plecak mknął w wagonie ŁKA i miał wjechać na stację o 14:02. Czekałyśmy tam z Wiertką i odebrałyśmy go. Zrekompensowałam trochę konduktorowi fatygę. Bardzo miły człowiek.

Tyle, że skomplikowało to trochę niedzielę. Po ostatnich dniach byłam tak zmęczona, że ten dzień mogłabym spędzić w charakterze kapy zwisającej z kanapy. Niestety, jakiś czas wcześniej zamówiłam wejściówki na show taneczny na Urodzinach Kinder Niespodzianki. Tyle, że wejściówki były na 14:00... Przepadły. Wiertka chciała jednak jechać choćby na plac zabaw, gdzie wstęp był wolny. Pojechały z nami jeszcze jej dwie koleżanki z matkami. I jedna z tych matek wykazała się "sprytem ulicznym", czyli po prostu podeszła do ochrony wpuszczającej na show, odrzekła, że my do środka i wpuścili nas bez sprawdzania wejściówek na 15:20. No mnie by taki tupet nigdy nie przyszedł do głowy, ale czasami warto wybierać się na miasto z samotnymi matkami z Pragi. Wolnych miejsc trochę było, więc nie zabrałyśmy nikomu krzeseł. Być może zakładali, że część osób wejdzie w ostatniej chwili bez zaproszeń. Ludzie rezerwują miejsca, ale potem nie anulują.

Powiedziałabym, że 7 lat to taki graniczny wiek jak na atrakcje na tym placu zabaw. To bardziej dla młodszych. Wiertka bawiła się świetnie, jej koleżanki mniej, więc wcześniej wróciły do domu. My dotarłyśmy po 19:00.

A jutro od nowa w pracy tetris obowiązków na szybkim tempie.

poniedziałek, 06 czerwca 2016
Depeszowo o weekendzie

Dziś będzie ogromny skrót. W innych wpisach może jakieś refleksje.

W sobotnie przedpołudnie zdążyłam zrobić pranie, przetrzeć kurze i oporządzić klatki świnkom morskim. A o 13:00 byłyśmy już z Wiertką w pociągu jadącym w kierunku Miasta Włókniarek :) Tam czekały na nas - koleżanka mojej córki oraz jej mama, czyli aktualna dziewczyna taty Wiertki. Popołudnie i wieczór spędziłyśmy spacerując po Piotrkowskiej. Nie było dużo czasu na dokładniejsze zwiedzanie miasta, muzeów. I pogoda była piękna. Czułam się swojsko - jak na warszawskiej Pradze Północ. A niektóre miejsca z knajpkami przypominały dawne tereny fabryki Koneser :) Okazało się, że tam też są hipsterzy, drwalopodobni, rowerzyści oraz weganie ;)

Spacerując trafiłyśmy do galerii, gdzie odbywał się spektakl-happening. Brał w nim udział psychoterapeuta i rozmawiający z nim aktor odtwarzający jedną ze znanych postaci. Gdy weszłyśmy zaczynała się akurat część poświęcona Nataschy Kampusch. Usiadłyśmy sobie cicho. Bałam się, że dziewczynki będą wstrząśnięte wysłuchiwaną historią, ale odniosłam wrażenie jakby brały to jako coś odrealnionego. Spektaklem były zainteresowane, ale wierciły się tak, że po kwadransie wyszłyśmy.

W niedzielę śniadanie i kawa w ogrodzie. Potem pociąg powrotny. Z dworca poszłyśmy od razu na piknik w szkole Wiertki. Tam pobyłyśmy nieco ponad godzinę i do autobusu z przesiadką. O 16:00 grill w ogrodzie mojego ojca i brata. Nawet nie zostawiłyśmy torby w domu. Jedyny minus nie posiadania ogrodu, czy działki, to niemożność spożywania potrwa z grilla :D Zdarza mi się to raz na rok. Grill na balkonie to obciach i klimat nie ten sam.

Moje dziecko dostało prezent od dziadka na Dzień Dziecka... Tablet... Kupił w promocji razem z nowym telewizorem. Chciałam napisać, że jako ojciec nie był taki hojny, ale przypomniałam sobie, gdzie mieszkam. I teraz moje dziecko ma lepszy sprzęt niż ja.

Wróciłyśmy do domu koło 20:00, a Wiertka chciała żebym jej od razu urządzenie włączyła i aktualizowała. Co mnie lekko przerażało, znając moją wzajemną sympatię do urządzeń elektronicznych. Wykręciłam się zmęczeniem, muszę przejrzeć instrukcję.

- Czy czytanie jest dobre? - spytało się moje dziecko

- Ależ oczywiście, wspaniale wpływa na rozwój intelektu. - rozpędziłam się.

- To poczytaj instrukcję.

Spryciara.

Dziś, o dziwo, prawie bez wpadki, gładko, udało mi się skonfigurować i odpalić sprzęt. Dzień wcześniej brat dał mi kilka rad. 

wtorek, 09 sierpnia 2011
Urlop z prokuratorami, cz. 2

Będzie o alternatywnym sposobie spędzaniu czasu na urlopie z dziećmi, czyli wieczornym matek "życiu po życiu". Obawiałam się, że raczej nie będę w nim uczestniczyć, pamiętając jak Wiertek lubi zasypiać i wycisza się przed snem. Koleżanki miały "dobrze ułożone" dzieci, które po kolacji, prysznicu, myciu zębów już o 20.30 smacznie same zasypiały.

Lubię te optymistyczne opowieści podróżników o ich dzieciach, które doskonale aklimatyzują się do nowych warunków. Albo udają i nie piszą wszystkiego. Wiertek przed snem przeżywała jeszcze raz wszystkie wydarzenia dnia. Męczarnia. Pierwsze dwa wieczory, to była masakra. Pierwszego (dzień po nocnej podróży pociągiem, jazdach po lekarzach i szpitalach) w końcu wyszłam z dzieckiem i zasiadłam do towarzystwa, mając nadzieję, że córka się wyciszy i zaśnie. Ta jednak wyczuła imprezę i zaczęła się popisywać (ostatnio ma do tego skłonności). Zamknęłam się z nią w pokoju, wzięłam gazetę, z nadzieją, że się sama znudzi. Skończyło się na ryku i bałam się, że pobudzimy dzieci w sąsiedniej sypialni. Szczególnie, że ich matka, fanka bardziej Spocka i Bismarcka niż Searsa już zaczęła się niepokojąco wiercić na łóżku. W końcu zdesperowana, o 23.00 wzięłam dziecko na ręce i poszłam na pobliski plac zabaw w ośrodku. Usiadłam z nią na bujanej ławce i... Wiertek zasnęła w kilka sekund.

Kolejny wieczór (dzień po jazdach po szpitalach), może sama sobie zepsułam. Koło 19.30 Wiertek wyciągnęła mnie na spacer ze spacerówką. Miała w tym swój ukryty cel, bo mi zaczęła w tym wózku zasypiać. A ja uznałam, że po upalnym dniu, zabawach w piaskownicy dziecko trzeba wykąpać i przebrać. Mała, po wyciągnięciu z wózka dostała histerii. Ku uciesze widowni w osobach koleżanek, ich dzieci, innych wczasowiczów dokonałam na moim dziecku kilku "aktów przemocy" (w terminologii Rodzicielstwa Bliskości). Najpierw rozebrałam ją siłą, gdy wiła się po podłodze, uciekała pod stół, potem umyłam pod prysznicem też siłą. To wszystko w akompaniamencie wrzasków i płaczów. Nie dałam rady założyć pieluchy i ubrać, musiałam poprosić o pomoc w przytrzymaniu dziecka. Byłam na skraju załamania. A moja koleżanka z domku, nie mogła się nadziwić jak dziecko może się doprowadzić do takiej histerii. Jak się można domyślić, dziecko zasnąć nie chciało. Wyszłam w końcu znowu z nią na rękach, do dziewczyn, na papierosa uspokajającego. Papieros najbardziej uspokoił moje dziecko, które robiło z zainteresowaniem "fu fu" albo próbując go zgasić, albo martwiąc się, że się poparzę. W końcu zasnęła.

O dziwo, od trzeciej nocy zaczęła się poprawa. Pół godziny płaczu i kręcenia na moich rękach i sen. Czwartej - pół godziny wiercenia jak kurczak na rożnie i sen. W kolejne noce mała zasypiała już spokojnie. Tylko nocami popłakiwała czasem przez sen.

Dygresja. Wiem, że to żadne dziwo, ale dotarło do mnie, że moje dziecko jest jak najbardziej gotowe na zasypianie we własnym łóżku, we własnym pokoju. Skoro zasypiała w pokoiku, w domu i zostawała sama, bo ja wychodziłam w noc. Może pierwsze noce będą trudne, może będę musiała przy niej siedzieć, może przyjdzie do mnie nada ranem, ale to normalne.

Tak więc, kiedy nasze dzieci pozasypiały, zasiadałyśmy przed jednym z domków, przy stoliku. Piwo albo wino. Czasem zjechali znajomi i robiło się grilla. Normalność. Dziewczyny opowiadały kawałki z życia prokuratorów i znalazłam kilka tematów na fajne opowiadania, a nawet serial :D Choć pewnie zabawnie nie jest, gdy szef daje ci pornografię dziecięcą do przejrzenia albo dostajesz śmierć noworodka/niemowlęcia (zazwyczaj to bezdech, ale przy sekcji czasem trzeba być).

niedziela, 07 sierpnia 2011
Urlop z prokuratorami, cz 1

Tydzień nad morzem zaliczony :)

Nocna podróż pociągiem z Wiertakiem, to nie był dobry pomysł. Nie chciała zasnąć – za ciasno, dziwnie, „sufit” zbyt blisko. Uspałam ją na korytarzu, spacerują i kołysząc. Spała niespokojnie, przewracając się z boku na bok, wybudzając, popłakując. Ja tylko drzemałam, nie mogąc sobie znaleźć miejsca. O 3.00, mała definitywnie obudziła się i odmówiła spania na leżance. Siedziałam na korytarzu, podsypiałam, a ona drzemała na moich rękach. Męczarnia. W dzień trochę odespałyśmy.

Pobyt zaczął się od… biegania po lekarzach. Wiertkowi znowu wyskoczyły krosty – na twarzy, skórze głowy. Rozdrapywała je do krwi i wyglądała jak z  horroru. Koleżanka podjechała ze mną do apteki po jakąś maść. Tam nie chcieli mi nic sprzedać, bez konsultacji z pediatrą, który był piętro wyżej, w przychodni. Pani doktor, nie wiedziała, co to jest, ale skojarzyło się jej to… ze świerzbem. Kazała mi jak najszybciej skontaktować się z dermatologiem, w sąsiednim mieście. Przeraziłam się, bo świerzb to panika w ośrodku i wśród mam, z którymi byłyśmy. To strasznie zaraźliwe cholerstwo. Szybko samochodem pod adres, gdzie kliniki już nie było. My obie pod długich podróżach umęczone, dzieci też. W końcu znalazłyśmy jakiś szpital, gdzie wparowałam na IP anonsując, że moje dziecko chyba ma świerzb. Lekarz nawet równie szybko się znalazł. Ta pediatra… też nie wiedziała, co to jest, w każdym razie nie świerzb. Miałyśmy zgłosić się następnego dnia po skierowanie do dermatologa w innym szpitalu. Już w skrócie. Drugiego dnia krosty zaczęły znikać, ale wolałam się upewnić, co to może być. Już tylko sama z dzieckiem, w autobus, do jednego szpitala, do kolejnego po drugiej stronie ulicy. Tam trzy dermatolog obejrzały dziecko i… dalej nie wiedziały, co to jest. Uznały w końcu, że to alergia. Podejrzenie padło na chusteczkę na głowę, którą tata małej wyprał na wsi w czymś dziwnym. Od tamtej pory krosty zaczęły się pojawiać i znikać (nosiła chusteczkę na zmianę z kapeluszem).

Sam pobyt był w cztery matki, z szóstką dzieci, w dwóch domkach. Co dzień wyprawa na plażę, która przypominała wielką karawanę. Torby, maty, wiaderka z łopatkami. Troje cholerników spacyfikowanych w spacerówkach, ale starsza trójka rozbiegała się, kłóciła, rzucała na stragany pragnąc upominków, lodów, hot-dogów. Na plażę docierałyśmy po ponad godzinie umęczone. „Jak im dobrze, wracają do domu, plaża zaliczona” komentowałam mijających nas ludzi, a druga z mam mi potakiwała.

Wiertek początkowo bała się piasku i wody, ale szybko się przyzwyczaiła. Morza i plaży nie cierpię, ale da radę wytrzymać, gdy robisz z maluchem babki z piasku, wbiegacie z piskiem do wody (ona po swoje malutkie kolana), albo skaczecie przez fale (ona na moich rękach). I tak odliczałam czas do momentu powrotu. Wiertek też fanką plażowania chyba nie jest, bo biegała po plaży, turlała po piasku, próbowała go jeść, albo wyciągała mnie na spacer. Opaliłyśmy się obie jak niemieccy turyści, czyli na czerwono (zbrązowiałyśmy), ale tylko ja w ciapki, bo zamiast gustownie leżeć, to biegałam za dzieckiem.

I tak dzień w dzień, bo przez cały tydzień nad polskim morzem była pogoda, a czego się nie robi by dziecko mogło zażyć morskiego klimatu. Wydawało mi się, że im bliżej wody tym klimat korzystniejszy i proszę mnie oszczędzić i nie wyprowadzać z błędu.

O wieczorach, próbach usypiania dziecka i hartowaniu się zrębów osobowości Wiertka pod postacią „buntu dwulatka” już inny wpis, bo ten wyszedł długi.

A dlaczego urlop z prokuratorami? Bo dwie z mam, to panie prokurator :)

poniedziałek, 18 lipca 2011
Jedzie pociąg z daleka, na malucha poczeka

Albo i nie :)

Patrząc na moje rozważania na temat podróży pociagiem z dzieckiem (o czym poniżej), sama widzę, że moje życie byłoby o wiele mniej skomplikowane, gdybym mniej myślała :)

Razem z koleżanką z liceum i jej znajomymi wynajęłam domek na morze. Same matki z dziecmi i moja nie będzie najmłodsza.

Teraz, jak tam się dostać z 1,5 rocznym dzieckiem w fazie "buntu dwulatka" nie mając smochodu ani prawa jazdy? Czyli w sumie tak jak to robiło tysiące ludzi w czasach mojego dzieciństwa i teraz też robi. Komplikowanie rzeczy prostych, by zgasić impuls do zmiany, to moja specjalność i mogłabym kursy prowadzić.

PKS odrzuciłam, z powodu ograniczonej swobody ruchów, która moja córka tolerowała tylko w życiu płodowym.

Samolot odrzuciłam z powodów finansowych.

PKP. Nie wiem, kto układał połączenia mojego miasta z pomorskim, ale ta osoba widocznie nie podróżuje pociągami. Jest połączenie 9-16, jakieś jeszcze późniejsze, generalnie cały dzień stracony w pociągu. Będę biegać za dzieckiem po korytarzach (to chyba TLK bez rezerwacji, więc pewnie będą zapchane), zwiedzać Wars i ubikację. Po wyjściu na peron będę się nadawać do reanimacji. Z powodu remontu torów cała podróż trwa 7 godzin, co zaczyna przypominać pielgrzymke tylko, że na kołach. Ciekawostka - szybciej jedzie tam "kaszlak" Kolei Mazowieckich, tylko komfortowy inaczej...

Wreszcie stanęło na trzech połączeniach do wyboru:

nocny 21.30-5.30 (zerwę w pociągu siebie i dziecko świtem)

nocny 22.58-7.30 (mała może być już senna)

nocny 5.00-12.00 (zerwę w domu siebie i dziecko świtem, a Mała może roznieść przedział śpiących jeszcze ludzi)

Tylko, czy w nocnych nie odchodzą imprezy, libacje i dziki seks na łóżku wyżej? Czasami takimi sama podróżowałam ;)

Po krótkich rozważaniach z nieocenionymi koleżankami z for przychyliłam się do kuszącej mnie opcji 22.58. Wiertek i tak koło 22.00 jest jeszcze w szczycie swoich możliwości życiowych.

Plany planami, życie i życiem, a przy kasie okazało się, że na ten pociąg miejsca są już wykupione. Przytomnie dopytałam się o ten wcześniejszy nocny. Miałam farta, też wszystko było już wykupione, ale przed chwilą zwolniła się środkowa kuszetka. Dam radę. Albo kogoś poproszę o zmianę miejsca, albo o pomoc w usadzeniu dziecka.

Poproszę tez chyba o pomoc w wyjściu z pociągu z dzieckiem, walizką i spacerówką-parasolką :)

A tam to już tylko świt nad morzem, autobusem albo taksówką do ośrodka i tam może ktoś mnie wpuści o tej porze. Jak nie, to też coś się wymyśli. Jestem w końcu Matką, nie Dzieckiem. Teraz to ja jestem od "damy radę".

Dopytałam się jeszcze kasjerki o możliwość udostępnienia "przedziału dla matki z dzieckiem", ale spojrzałam na mnie jak kot Bonifacy na kota Filemona i rzuciła wątpiąco: "w nocnym?".

Damy radę :) W końcu to tylko pokonanie połowy małego, własnego kraju jednym cywilizowanym środkiem transportu. A przeżywam jak Martyna Wojciechowska wejście na Kilimandżaro.

Tagi