To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zamach

poniedziałek, 05 grudnia 2016
Zamach na zdrowy rozsądek

Był to dziś popularny temat w internecie, ale może tylko w miejscach, w które ja zaglądam.

Bo będzie o zamachu. O impulsywnej, nie zaplanowanej, spontanicznej, czyli najbardziej niebezpiecznej formie zamachu. Zamachu na zdrowy rozsądek.

We wtorek o 6:00 usłyszałam piknięcie sms-a w służbowej komórce. Mogłabym go olać i robi to większość normalnych ludzie. Jednak nie. Musiałam przeczytać. Współpracownica chciała się ze mną skontaktować. Wiedziałam, co to oznacza o tej porze. O 7:00 miała poprowadzić pewne spotkanie (tak bywa w moje pracy), jego uczestnicy zapewne wychodzili już z domów. Trzeba odwołać. Koleżanka zadzwoniła i pomogłam jej skontaktować się z tymi ludźmi. Członek rodziny, który miał zająć się jej dziećmi, utknął na całą noc na londyńskim lotnisku, a ona ze stresu nie spała całą noc.

Potem dotarła do biura i opowiedziała mi historię, którą dziś opisał i wrzucił do sieci jeden z dziennikarzy, który towarzyszył w wizycie naszego rządu w Wielkiej Brytanii. Strasznie żałowałam, że nie mogę tego wrzucić na bloga, bo było tak absurdalne, że aż polskie. Wiedziałam jednak, że tylko narobię sobie kłopotu, bo nikt tego nie potwierdzi. Bo podejrzewam, że to codzienność wizyty rządowych. Tylko dyskretnie przemilczana.

Większość zna już historię. Do Londynu poleciały dwa samoloty - w jednym delegacja rządowa (ponownie kilka najważniejszych osób w kraju razem), w drugim dziennikarze. Z jakiegoś powodu druga z maszyn od razu wróciła do kraju - może oszczędności, może ktoś zapomniał opłacić lotnisko. Wszyscy dowiedzieli się o tym wieczorem, jak wrócili na lotnisko. I co robi polska ekipa? Polska ekipa nie wymięka. Polska ekipa ładuje się razem do jednego samolotu. Jak w tych historiach, gdy się w szkole średniej maluchem jechało w dziesięciu. To było epickie. W przedniej części samolotu oficjele, w tylnej ściśnięci dziennikarze. Trochę osób stało. Jak w PKSie... Przepraszam, Dywizjon 303. Okazało się, że maszyna jest za ciężka, źle wyważona. Zaczęto namawiać do wysiadania. A przecież komu się chce czekać jeszcze kilka godzin na kolejny samolot. Jak w jakiejś klasie ekonomicznej. Nawet pilot stanowczo zaprotestował i został przez Asz Dziennik nazwanym małym człowiekiem, który uniemożliwił wielu dołączenie do apelu poległych. Obsługa lotniska także odmówiła zgody na start, nie pojmując, że są horyzonty szersze niż te z autopilota.

Jak z filmu Barei...

I jestem cholernie wdzięczna temu dziennikarzowi, za co niemal osobiście podziękowałam, że jako jedyny nie wytrzymał i historię opisał. Bo ktoś musi to pokazać.

Teraz będziemy puszczać w świat kolejne nowości z komisji badającej "zamach smoleński", a pracownicy londyńskiego lotniska będą tego słuchać i pękać ze śmiechu.

Niedawno, rozmawiałam też z moim kuzynem, który jest pilotem wojskowym. Opowiadała mi, że to nie pogoda, nie warunki techniczne są największym zagrożeniem w jego pracy. Tylko pasażerowie, których czasami przewozi. Nadal lubią naciskać na start. Nadal trudno im zrozumieć, że to pilot ma 100% racji. Niczego się nie nauczyli. Wszystko zapomnieli.

Tagi