To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: rodzina

środa, 04 października 2017
Imprezy taty

Dorzucę dziś jedną historyjkę o moim niezwykle towarzyskim tacie :)

 

Razu pewnego byłam z dzieckiem na rodzinnym obiedzie u mojego ojca. Zwierzył mi się, że dostał zaproszenie od swojej siostry stryjecznej na rodzinny zjazd. Dodam, że kuzynka choć nie najbliższa rodzina, to z moim tatą przyjaźnili się od młodości, razem chodzili na prywatki, teraz dzwonią do siebie. Nie jest to więc kwestia wody po kisielu.

Dygresja. Przez sekundę przemknęło mi przez głowę, że jeśli to jakiś zjazd rodzinny, to czemu ja nie jadę? Teraz jednak myślę, że nawet jeśli zaproszeni byliśmy wszyscy, to mój brat od razu zaprotestował, a mnie tata nic nie powiedział, z obawy, że będę chciała pojechać.

Tata marudził nad tym zaproszeniem. Bo to będzie na działce, daleko za miastem, tylko samochodem można tam dojechać, PKSy są rzadko. Doradziłam, że ktoś może go z rodziny podwieźć. Bo to nie wiadomo, czy będzie można nocować, tam pewnie miejsca dla wszystkich nie ma. Tak padły jeszcze ze dwie kwestie, na które chciałam coś poradzić. Aż w końcu, chyba po prawie godzinie rozmowy, mnie olśniło:

- Ej, powiedz mi po prostu, że nie masz kompletnie ochoty jechać.

Przyznał mi rację i cała rozmowa od razu była inna. Skoro nie chce, to niech nie jedzie :)

 

15:02, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

niedziela, 24 września 2017
Wieczór panieński

W przyszły weekend wychodzi za mąż moja siostra cioteczna. I oto dostałam zaproszenie na jej wieczór panieński. Kompletnie nie mój klimat, moje pokolenie wstępowało w więzy małżeńskie bez tego zwyczaju. Choć pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu, wychodziła za mąż moja przyjaciółka, to rozważałam to przez moment, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

Teraz widzę, że to obowiązkowy zestaw, gdy ślub bierze pokolenie urodzone w latach 90tych. O czym za chwilę.

Obawiałam się, że będę najstarsza na tej imprezie (siostra jest młodsza ode mnie o dziewięć lat) i będzie dziwnie, ale co tam. Fajnie jest spotkać się z ludźmi i pobawić w kuzynkami. Dopóki żyły nasze mamy, rodzina trzymała się blisko i często odwiedzała, teraz to się porozluźniało. Potem dostałam informację o wysokości składki i trochę oklapłam, bo mocno to przejechało się po mojej rezerwie tuż przed wypłatą. Nie chciałam jednak rezygnować z takiego powodu. Dodam tylko, że składka była dla mnie wysokości zaporowej i gdyby była wyższa, to jednak bym wycofała się. 

Wczoraj zebrałyśmy się pewnej kręgielni, która jest też salonem gier, knajpką, dyskoteką. A w soboty pełno tam wieczorów panieńskich. Jako, że pięć z naszej szóstki urodziło się przed 1989 rokiem, to jako jedyna ekipa wyglądałyśmy zwyczajnie :) Widziałam grupkę, gdzie panowie mieli te same koszulki z nadrukiem "Pan Młody", a panie identyczne czarne sukienki i wianki na głowie. Ciekawe jaką oni mieli zrzutkę. W innej grupce, dziewczyny miały dowolność ubioru (widać, że z własnej szafy), ale wszystkie były całe na czarno, w białych szpilkach i wiankach na głowie. Mogłam nie doszacować, ale wyglądali właśnie na osoby maks dwudziestokilkuletnie, czyli w ich życiu Walentynki i Halloween były od zawsze :)

Tak się złożyło, że na wieczorze pojawiły się prawie wszystkie wnuczki mojej babci (jedna jest za granicą) - ja i dwie siostry panny młodej, przyszła szwagierka młodej (jednocześnie żona naszego wspólnego brata stryjecznego) i przyjaciółka młodej :)

Przez godzinę grałyśmy w kręgle. Z całej grupy jak miałam największe doświadczenie w tej grze - grałam raz w 2003 roku i raz w 2008 :D A tak reszta, robiła to pierwszy raz i była trochę zestresowana pierwszymi rzutami. Potem siedziałyśmy przy stoliku pijąc drinki i robiąc pannie młodej krótki quiz z wiedzy o jej narzeczonym. Więcej zabaw w tym stylu nie znałyśmy. Jeszcze trochę potańczyłam na parkiecie. I okazało się, że jedziemy taksówką do innego klubu. Tam na młodą czekała niespodzianka, czyli jej ukochany :) Znowu były drinki i tańczenie. Tak gdzieś przed północą zrobiłam się już mocno zmęczona. Moja siostra (o dwadzieścia lat młodsza) wybiła mi z głowy powrót do domu komunikacją miejską, wsadziła do taksówki, razem z orientacyjną, podaną przez kierowcę opłatą za kurs. To ona była organizatorką i pilnowała funduszy.

Dziś miałam jechać jeszcze na dwa wykłady Festiwalu Nauki, ale jakoś zdecydowałam się odpoczywać w domu :) Pytałam się siostry, czy czasem nie przekroczyłyśmy budżetu i czy nie potrzeba czegoś dopłacić, ale twierdzi, że jest ok :)

piątek, 09 czerwca 2017
Zbyt dużo rocznic

Dziś mija dziewiąta rocznica śmierci mojej mamy.

Dziś Wiertka kończy 7,5 roku.

Dziś jest pełnia.

Dziś moja córka pojechała na całodniową wycieczkę autokarową do dalekiego miasta. Od 7:00 rano, aż do 21:00.

Te wszystkie zbieżności sprawiają, że od dawna jestem poddenerwowana. Od momentu, gdy poznałam datę wyjazdu. W mojej rodzinie, daty zgonów są zbieżne. Ale miesiące są różne.

W dodatku, nie święciłam tego dnia, tak jakby chciała moja matka, bo na cmentarz pojadę jutro, na rodzinną mszę nie pojechałam. Spotkałam się z koleżanką, którą widuję raz na rok i która na chwilę przyleciała z drugiej półkuli. Zapewne była zdziwiona, że ciągle sprawdzam messengera, by zobaczyć czy jest już informacja, że autokar wyruszył w drogę powrotną. Do tego momentu nie ma takiej informacji.

Po powrocie do domu, wyciągałam coś z szafki i wymsknął się z niej słoik. Rozbił się na podłodze. Była 19:34. Dziewięć lat temu, także coś wyleciało mi z rąk o 19:40. Pomyślałam wtedy, że to chyba zły znak. W dwadzieścia minut później zadzwonił tata z informacją, że mama zmarła. Chyba tak koło 19:20.

Pocieszające, że dzikie korki tworzą się teraz na wylotówkach z Warszawy, nie drogach wlotowych.

środa, 26 kwietnia 2017
Dziadek

Po dwunastu dniach pobytu w szpitalu, dziadek wrócił do domu. Trochę go przebadali, ale nic nie zdiagnozowali. W tym wieku to już nie ma wielkiego znaczenia. Wczoraj pojechałam go odwiedzić. Ciekawe, ale odżył. Trochę je i pije płyny, odżywki. Różnica spora w porównaniu z dniem, gdy widziałam go na sali szpitalnej. Jednak to nie jest już ten staruszek sprzed kilku tygodni - leży, rękoma jeszcze sięgnie po picie, ale to jedyne ruchy, jakie może wykonać. Ma pod sobą materac przeciwodleżynowy, musi być co jakiś czas przekręcany. To drzemie, to popatrzy. 

Jest w tym jakaś ironia losu. Dziadek nie chce żyć od dłuższego czasu. Odkąd przestał chodzić i stał się zależny od innych. A ciało uparcie nadal funkcjonuje, serce bezustannie bije. Zegar się cofa. Stał się niczym wczesne niemowlę. Tylko, że umysł nadal sprawny jak u dorosłego człowieka.

Jeśli półtora tygodnia temu wydawało mi się, że odejście dziadka to kwestia kilku dni, tak teraz mam wrażenie, że taki stan może trwać miesiące.

Na pohybel ZUS-owi, bo dziadek pobiera emeryturę niczym średnia krajowa. I to od prawie trzydziestu lat.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 17 kwietnia 2017
Wszyscy zachorujemy na raka, tylko niektórzy tego nie dożyją

Przed świętami, jak zwykle z powodu hormonów, miałam swoje napady lęku i niepokoju. Takie odczucie, że coś się niefajnego wydarzy. Jak więc się cieszyć, gdy coś się wydarzy. W piątek zadzwoniłam do ciotki, by dopytać czy mogę ich odwiedzić ich w święta. I kazało się, że dzień wcześniej dziadek trafił do szpitala. Już od jakiegoś czasu nie jadł, nie pił i trzeba było wezwać w końcu pogotowie. I wreszcie ten niepokój mogłam w coś wlać. Przez resztę dnia byłam przybita.

Taka dygresja. Dziadek nigdy nie znał swojej daty urodzenia. Od swojej matki usłyszał, że urodził się w szóste roraty. I też nie można być pewnym, że dobrze zapamiętał, które - w roraty się urodził. Taka była podlaska wieś sto lat temu. W dowodzie ma wpisany 21 stycznia 1921, bo tego dnia jego ojciec wybrał się do urzędu. Kilkanaście lat temu, na czyimś pogrzebie w rodzinnej wsi, zgadał się ze znajomą i ona powiedziała mu, że akuszerka przyjmowała ich tę samą noc i ona ma wpisaną datę 21 grudnia 1920. Kto tam wie. Dopiero jakiś czas temu, przy okazji przeglądania drzewa genealogicznego innej gałęzi mojej rodziny, zobaczyłam, że kiedyś w kronikach kościelnych, gdy chrzczono dziecko zapisywano jego dzień i godzinę przyjścia na świat. Jedyny plus kościoła katolickiego. Teraz więc wystarczy dotrzeć do starych ksiąg kościelnych - te sprzed 1945 roku nie są już w parafii, ale archidiecezji i sprawdzić datę podaną w czasie chrztu. Miałam ostatnio wolne dni, ale to przeciągałam - to wyprawa dwie godziny autobusem w jedną stronę. I teraz okazuje się, że jest za późno i dziadek naprawdę nigdy nie pozna daty swoich urodzin.

W sobotę, wybrałam się do szpitala - kilkadziesiąt kilometrów za Warszawą. Wzięłam za sobą Wiertkę, bo nie miałam ją z kim zostawić. Wiem, że nie jest to dobry pomysł. Dziadek wygląda okropnie - w stosunku do tego jak wyglądał na początku roku. Blada skóra i kości. Podłączony do kroplówki. Widać, że to kwestia dni. Ledwo mówi, ale był przytomny. Wiertka od razu zaczęła mnie wyciągać do domu. Nie chciała sobie poczytać, posiedzieć obok. Nie dziwię się. Ten oddział był bardzo smutny. W końcu pozwoliłam jej wyjść przed szpital i tam się samej pobawić. Wiertka nie przepada za staruszkami, swojego dziadka uwielbia, ale do pradziadków ma dystans i trochę się ich obawia. Posiedziałam tam godzinę.

W niedzielę pojechałyśmy na śniadanie świąteczne do mojego drugiego dziadka, a potem właśnie do ciotki. Od niej dowiedziałam się, że dziadek jest chory na... raka. Badanie krwi wykazało markery nowotworowe. Jaki to rak, nie wiadomo, a dokładniejsze badania typu gastro-, czy kolonoskopia, a nawet usg, albo by go zabiły, albo dały ogromne cierpienia. Jego boli nawet dotyk. I w tej sytuacji to i tak bezsensowna wiedza. 96 lat życia we względnym zdrowiu i nagle rak w takim wieku. Może prawdą jest, to co kiedyś przeczytałam, że każdy człowiek - ze względu na bezustanne odtwarzanie się komórek, jest narażony na nowotwór. Tylko, że wielu tego po prostu nie dożywa.

Dziadek nie je i nie pije, dostaje kroplówkę. Teraz to kwestia pielęgniarki do opieki w domu, albo hospicjum domowego.

17:25, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
niedziela, 07 sierpnia 2016
Weekendowo

Jakiej pogody można spodziewać się w weekend, gdy w piątek jest 30 st? ;) Oczywiście, sobotniego deszczu. A na Otwartej Ząbkowskiej miały dziać się bardzo fajne rzeczy. Tylko, że niestety wszystkie pod gołym niebem. W końcu, po 15:00 nie mogłyśmy już wytrzymać w czterech ścianach i pod parasolką, w siąpiącym deszczyku przeszłyśmy się na spacer. Wiertce akurat deszczyk nie przeszkadzał. Biegała poza parasolką.

Pomysł wyjścia z domu był fajny, choć atmosfera była partyzancka. Po baldachimem, odważni kleili kolaże, a na scenie mieli swój Wieczór Improwizacji ludzie z Pana Wigwama. Z powodu pogody tłumów nie było, więc nasza garstka zainteresowanych siedziała pod daszkiem ogródkowego baru. 

Improwizacje polegały najpierw na odegraniu pewnej scenki i zdaniu się na publiczność, jak dalej ma potoczyć się historia. Po ocenie publiczności, dalej gra toczyła się właśnie improwizacją. Potem były scenki, historyjki robione pod hasła także rzucone z publiczności. Początkowo może ciężko było się w tym połapać, ale potem wciągało. Cała gra wymagała olbrzymiego refleksu, umiejętności błyskawicznego wymyślania ripost i poczucia humoru. Bo scenkę trzeba było stworzyć w sekundę, bez namawiania się, namyślania, rozdawania ról, czy tekstów. Na koniec była najciekawsza zabawa. Dwie osoby odgrywały scenkę i każda inna mogła w dowolnym momencie zatrzymać akcję, wejść w ustawienie ciała jednej z osób i zacząć kompletnie inną scenkę - np. wzniesione do góry ręce mogły być gestem w trakcie kazania, ale także podkreśleniem euforii. Wyzwanie dla drugiej osoby w parze, bo natychmiast musiała się przestawiać na inny dialog. Nie wiem, czy dobrze wyjaśniłam. To trzeba byłoby jednak zobaczyć. Osoby z publiczności mogły się dołączyć. Ja się nie odważyłam, ale zaciekawił mnie pomysł zajrzenia na ich warsztaty.

W międzyczasie, deszcz przestał padać, zaczęło się przejaśniać i po 17:00 rozpoczął się Salon Poetycki. Czytanie wierszy przez poetów, Turniej Jednego Wiersza z całkiem zacną nagrodą w wysokości 1000 zł. Spotkałam się z AsiąJot, która przyszła ze swoim wierszem. Poezja to energia kompletnie obca mojemu dziecku, więc marudziła żebyśmy wracały do domu, nudziła się. Po godzinie wyszłyśmy, by nie naciągać jej cierpliwości. A ja zaczynam się łamać, by w końcu w jakimś turnieju poetyckim wystąpić.

Niedziela to wizyta u rodziny. Przyjechała też moja daleka kuzynka z córką, obie chyba zobaczyłam po raz pierwszy. Poskładałam w głowie szczegóły drzewka geneologicznego i ustaliłam, że nasze babcie były siostrami i mamy wspólnych pradziadków. Na pożegnanie, powiedziała mi, że wyglądam dokładnie jak jedna jej kuzynka. Już się nie dopytywałam, czy także i moja. W tamtej okolicy, jak w większości wiosek do połowy XX wieku (zanim ludzie porozjeżdżali się do miast), rodziny były rozległe, łączyły się, tasowały, łączyły znowu. Może ja i owa kuzynka mamy twarz jakiejś kobiety, która nas łączy, ale która żyła dwa stulecia temu. Dlatego historia rodziny bywa dla mnie tak interesująca.

poniedziałek, 27 czerwca 2016
Weekendowo

Raporty z tropików.

W sobotę jakoś doczekałyśmy z Wiertką popołudnia. Okna mamy na zachodnią stronę, więc pierwsza część dnia jest zazwyczaj do zniesienia. Do tego zaciągałam teraz jeszcze zasłony i zamykałam okno balkonowe. W sobotnie popołudnie pojechałyśmy na przyjęcie urodzinowe synka mojej kuzynki. Odbyło się w ogrodzie, u ciotki. Godzina rozpoczęcia była dość ryzykowna, bo 15:00, rozpoczęcie meczu Polska-Szwajcaria. Ojciec solenizanta chciał się na chwilę wymknąć, matka mruczała, że raz mógłby się poświęcić, ale nawet ja to rozumiałam.

Moją siostrę też rozumiem. Od kilku miesięcy cierpi na przewlekłe bóle. Nie będę się wgłębiać na blogu gdzie boli i co boli. W każdym razie ból rozwala psychicznie, osłabia fizycznie, diagnozowało ją kilku lekarzy, kluczowe choroby wyeliminowano, nie wiadomo co jej jest, a boli jak bolało dalej. W dodatku, wierząc, że to coś pomoże, od miesiąca jest na restrykcyjnej diecie odtruwającej, czyli tylko kiszonki, surowe warzywa i niektóre gotowane. To i jedynie to. Każdy zrozumie, że przebywanie w okolicy grilla, skwierczącej karkówki i kiełbasy wykończy wtedy nawet Dalajlamę. Na razie efekt jest taki, że jest szczuplutka, blada, a boli jak bolało. Tyle, że jest zapewne prawie odtruta i nie ma toksyn.

W końcu, meczu słuchaliśmy dzięki transmisji radiowej lecącej z samochodu. Mecz jak mecz. Jednak nawet najwięksi ignoranci, w okolicach dogrywki trochę się zainteresowali. Gdy dotarliśmy do rzutów karnych, atmosfera była mniej więcej "przyjmijmy tę porażkę z godnością". A potem działo się, co się działo.

A tak jakoś przy trzecim rzucie karnym, mama solenizanta... podała tort z zapaloną świeczką. Żartowałam, żebyśmy tylko nie krzyczeli i nie klaskali równocześnie z golem Szwajcarów. Mały zdmuchnął świeczki tuż przed piątą kolejką i mogliśmy zaraz, po emocjach, świętować zwycięstwo.

Niedziela była ogłupiająca. Trzydziestostopniowy upał niewiele różni się od jesiennego deszczu. W obu przypadkach, nie można wyjść z dzieckiem z domu i jest ciemno w pokoju. Zastanawiałam się, czy nie przejść się nad wodę w Parku Skaryszewskim, ale nie do końca byłam pewna powrotu odporności mojego dziecka. Trochę się pobawiłyśmy, co skończyło się tym, że Wiertka-nauczycielka zadała mi zadanie do napisania, sama zaś wzięła sobie tablet z grami. W takim razie, ja ukradkiem sięgnęłam po telefon z internetem. Obie zległyśmy na kanapie, każda ze swoim sprzętem. Bardzo niepedagogiczne, ale w tej temperaturze wiele się nie dało.

Czekałam na burzę, potem na koniec deszczu. Jeszcze nie skończyło kropić, a my już byłyśmy na dworze. Wiertka rozjeżdżała na rolkach kałuże. Im głębsza, tym lepsza zabawa. Połaziłyśmy tak ponad dwie godziny.

środa, 06 stycznia 2016
Stać go na coś lepszego

Wracam do wizyty rodzinnej w pierwszy dzień świąt. Byłyśmy u mojej ciotki, siostry mamy. Jej syn, zwany dalej bratem, jest sześć lat ode mnie młodszy. Dotąd wieczny ptak, był kilka lat w związku, ale kiedy dziewczyna i jego matka zaczęły planować ślub wymiksował się. Brat z nikim już się nie związał, ale życie ma wygodne - duży rodzinny dom, matka gotująca i piorąca.

Już latem coś przebąkiwał pomiędzy zdaniami i wysnułam wniosek, że z kimś się spotyka. Teraz przed świętami, powiedział matce, że chciałby zaprosić swoją nową dziewczynę na święta do nich. Jest tylko jednak, drobna kwestia - dziewczyna ma czteroletnią córkę... Ciotka zna swojego męża, wszyscy go znamy i poradziła synowi, by poinformował o tym fakcie ojca, bo ona nie ręczy za efekt przy świątecznym stole. I miała rację. Wujek się oburzył, powiedział wiele słów, między innymi, że jego syna stać na coś lepszego niż panna z dzieckiem. Mamy 2016 rok. Mój brat to usłyszał. Pokłócił się z ojcem. O mało co, a nie doszłoby nawet do kolacji Wigilijnej. Pierwszego dnia świąt, obudził się i pojechał do swojej dziewczyny.

Wujek przetrawia, ale uparty jest jak osioł. Ciotka jest z tych gorliwych katoliczek, które hasło o miłości bliźniego jak siebie samego bierze bardzo dosłownie. Cieszy się, że syn jest szczęśliwy. Mój brat jest zachwycony dzieckiem i przynosi jego rysunki do domu. Wujek obawia się, że nie doczeka się własnego wnuka. Jakby dotąd były na to szanse. Ciotka tłumaczy mu, że skąd może wiedzieć, czy jego syn nie ma kłopotów z płodnością. A o tym, że dziewczyna może mieć dzieci, już wiedzą :)

Co ciekawe. Pamiętam z dzieciństwa, że ciocia była kompletnie nieasertywną matką i syn wchodził jej kompletnie na głowę. To ojca się bał i słuchał. Wystarczyło tylko, że ten podniósł brew. Jednak nie skończyło się jak w "Balladzie o Januszku". Jako dorosły mężczyzna, to do matki przyszedł się zwierzyć.

Mam też swoją osobistą refleksję. Czy mąż mojej ciotki uważa mnie - samotną matkę z dzieckiem - za gorszy sort potencjalnej partnerki? To jestem już podwójnie gorszego sortu ;) Zawsze gdy poznawałam fajnych, ale bezdzietnych facetów, takich jeszcze bez szram po rozwodach, to nawet gdy wydawali się mili, to obawiałam się, że potem wkroczy rodzina oburzona tym, że ich rycerz mógł trafić na coś lepszego.

Co najciekawsze, wujek ma siostrę, która zapoznawszy kiedyś pewnego geodetę, została panną z dzieckiem, bo geodeta szybko powrócił w rodzinne strony.

Tagi: rodzina
17:30, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 27 lipca 2015
Po weekendowo

Jak się ma w rodzinie Krzysztofa i Annę, to koniec lipca bywa gorący. Jeden dzień u cioci, drugi u taty. Dziecko przynajmniej wybiegało się w ogrodach.

Chciałam napisać o obdarowywaniu, bo te dwie uroczystości były także przyczynkiem do szukania prezentów. Dla cioci problemu bym nie miała. Postanowiłam jednak dodatkowo wesprzeć lokalną inicjatywę. Ze smutkiem patrzę, jak w okolicy otwierają się i upadają po jakimś czasie knajpki, kawiarnie, restauracje. Okoliczna ludność nie ma ani pieniędzy, ani nawyków by chodzić gdzieś na desery. Jakiś czas temu znajoma z przedszkola opowiadała mi, jak pokazała mężowi nowo otwartą kawiarnię, mówiąc, że może by się przeszli na kawę. Usłyszała, że przecież mogą się napić w domu. Założę się, że na pierwsze randki na kawę zabierał ;) W każdym razie, czasami staram się wspieram te miejsca. W jednym takim lokaliku co jakiś czas kupuję herbatę sypaną na wagę i nawet ciężko mi się niekiedy przestawić na torebkową. Inna jakość. Można tam także zamówić m.in. tort bezowy. I to taki tort kupiłam cioci na imieniny - z kremem o smaku porzeczkowym, z porzeczkami. Super połączenie. Zawiezienie go komunikacją miejską w 30-to stopniowym upale stanowiło pewne wyzwanie. Na jeden z autobusów czekałyśmy z Wiertką w McDonaldzie, bo mieli dobrą klimatyzację. Tort przetrwał. Odpieram argumenty, że mogłam sama upiec - chciałam zostawić pieniądze w tej kawiarni :) Tort smakował i został zjedzony :) Okazało się, że mój kuzyn jest fanem bezy.

Z tatą, do niedawna, był większy problem i chyba nawet już o tym pisałam. Żaden prezent go nie cieszył. Nie dlatego, że jest kapryśny, nie dlatego że jest snobem. On po prostu nie umie otrzymywać prezentów. Zdarzało się, że niektóre odkładał i zapominał rozpakowywać. W końcu przypomniałam sobie, że w dzieciństwie (w sumie do dziś) był wielkim fanem Sienkiewicza i polskiej historii. Okazało się, że książki historyczne go ciekawią. Innym jego konikiem jest gotowanie - ma trochę książek kucharskich. W tym roku, kupiłam mu coś, co połączyło te dwie kwestie - książkę, przegląd historyczny zwyczajów kulinarnych, jedzenia jakie jadano w Polsce od czasów Słowian, przez Piastów, Jagiellonów, aż do dziś. Dużo ciekawostek - na przykład o pewnym księciu, który zmarł z przejedzenia bo po poście zjadł naraz kilkanaście pieczonych kur, plus jeszcze kilka innych rzeczy :)

Tagi: rodzina
19:34, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2
Tagi