To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wielkanoc

sobota, 04 kwietnia 2015
Wesołych Świąt...

Już od wczoraj na portalach społecznościowych, sms-ami, z apogeum dziś, posypały się życzenia świąteczne. Jak rozumiem, autorom chodzi o święta Wielkiej Nocy, święto, gdy prorok Jezus został ukrzyżowany w mękach na krzyżu, złożony martwy do grobu i... No właśnie... Zmartwychwstać, to on zmartwychwstanie jutro. Dziś to on jeszcze leży martwy. A wszyscy się cieszą i życzą sobie dobrze.

To tak jakby osobie, której ktoś bliski leży po wypadku w śpiączce farmakologicznej, pisać - to super, że cało wyszliście z wypadku, otwieram szampana. Radość, to będzie po wybudzeniu.

W dawnych czasach, czasach sprzed internetu, czasach, gdy święta miały inny wymiar, w niedzielny poranek strzelano i wiwatowano by okazać radość ze zmartwychwstania proroka. Dziś wiwatuje się na rozpoczęcie kilku dni wolnego i smacznego posiłku.

I piszę tu o kraju, gdzie ponad 90% populacji twierdzi, że są katolikami i nie goni do apostazji.

Życzenia dostawałam dziś też od moich koleżanek ateistek :) Sama jestem agnostyczką, która bardziej czuje związek z pogańską przyrodą. Dziś pierwsza wiosenna pełnia księżyca. Jak najbardziej korelacja z Wielkanocą zgodna, bo specjalnie wybiera się taki termin co roku. Jak ponad tysiąc lat temu, gdy o proroku tu nie słyszano.

W każdym razie - by z budzącą się, płodną przyrodą, na resztę roku w Was także odezwało się to co twórcze :) A tym, którzy wierzą w Boga i jego syna, życzę dziś dnia zadumy, a jutro radości. Członkom innych wspólnot, życzę podobnie :)

wtorek, 02 kwietnia 2013
Saniami do lata

Korzystając ze świątecznej okazji, spytałam się mojego dziadka, starego jak świat (rocznik 1920), czy pamięta taką długą zimę. A owszem - to były lata 40te, czy 50te, ale 6-go kwietnia jeździł saniami po śniegu.

W sumie powinniśmy się cieszyć. Gdybyśmy ciągle żyli w czasach, gdy jest się zależnym od pór roku? Warzywa zebrane jesienią się kończą, kiszonki się kończą, a ciągle nie można posadzić nic nowego. Głód i szkorbut :) A my po prostu idziemy do supermarketu po warzywa importowane. Ciekawe jak na tej zimie wyjdą polscy rolnicy...

Tegorocznych wizyt świątecznych długo nie zapomnę. Na niedzielne śniadanie wybrałam się z Wiertką do mojego brata i taty. Tuptała na nóżkach, jest coraz lepiej, nastąpiła prawie całkowita separacja od spacerówki. Ma to swoje gorsze strony, bo ciągle jeszcze zdarza jej się drzemka w dzień, szczególnie, gdy jest dużo wrażeń. A wrażenia były, bo nabiegała się po salonie ze swoim bratem wujecznym. Przespacerowałyśmy się potem do mojego dziadka, ciotki - to samo miasteczko, kilka ulic dalej. Widzę jednak, że dziecko wpatruje się w chodnik, plączą się nóżki. Wzięłam ją na chwilę na ręce, a ta mi po sekundzie zasnęła. Dotaszczyłam do rodziny, mając kręgosłup na granicy pęknięcia.

Powrót jeszcze bardziej kłopotliwy, bo zaczął sypać śnieg. Idziemy niczym dwaj zagubieni wędrowcy. W autobusie Wiertka ponownie zasnęła. Wiem, mam za miękkie serce, ale nie chciałam jej wybudzać i ponownie niosłam na rękach. Niosłam, zanim dotarłam do zamkniętego przejazdu kolejowego. Tu nie wytrzymałam i... położyłam ją na szlabanie :) Bo jeden pociąg przejechał i czekaliśmy, aż nadciągnie ten z przeciwnej. Śnieg sypał. Mała się wybudziła. Dalej szłyśmy powoli. Śnieg walił w oczy, mam zalepione szkła w okularach :D Dziecko już popłakuje.

Następnego dnia zaprosiła nas moja przyjaciółka. Byłam sprytna - wzięłam spacerówkę. Pogoda okazała się sprytniejsza... Nie, nie sypało, ale wszędzie były zaspy przez które ledwo przepychałam wózek. Kończyło się na tym, że dziecko i tak szło na nogach. To Miasto. W Miasteczku tragedia, bo zaspy jeszcze większe. Nie da się kompletnie przejechać. Wody w śniegu po kostki, mamy obie mokre buty. Po kilku metrach, wkurzona, wsadziłam dziecko w wózek i pobiegłam jezdnią. Na szczęście święta, więc ruch niewielki.

U przyjaciółki, ja na bosaka w gościnnych kapciach, dziecko miało na szczęście zapasowe rajstopki. Powrót jednak znowu w mokrych butach. Tym razem zmieniłam trasę, na tę z hipotetycznie mniejszymi zaspami. Wiertka natychmiast zasnęła w spacerówce. W kilku miejscach musiałam ją z wózkiem przenosić na rękach.

W domu, obie byłyśmy przemarznięte i przemoczone. Co z tego, że dziecko siedziało w wózku, gdy wody w śniegu oraz kałuż wielkości morza było tyle, że nawet będąc w nim moczyła nogi. Przebrałam ją w suche rzeczy. Najpierw ja wyparzyłam się w gorącej kąpieli, potem ona (taką kolejność wybrała).

Mała do końca dnia miała różowe policzki :( Boję się, że skończy się chorobą :(

Tagi