To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wakacje

wtorek, 26 lipca 2016
O słońcu

Nad polskim morzem podobała mi się pogoda. Dla wielu teraz popełniłam bluźnierstwo :) Bo nie było upałów. Temperatury w porywach do 22 st C. Co kompletnie inaczej odczuwa się na plaży niż w betonie miasta. Najważniejsze, żeby nie padał deszcz. Nie cierpię smażenia się w pełnym słońcu.

Niestety, jak dla mnie, okazało się, że taka pogoda potrafi być zdradziecka. Pierwsze dwa dni niebo było zachmurzone, a na plaży mocno wiało. Dorośli siedzieli na matach, otoczeni parawanem, zawinięci w swetry. Zrozumiałam ideę parawanu - mniej urywa głowę, mniej zawiewa chłodem. A i tak musieliśmy usypać z piasku wały pomiędzy poziomem plaży a granicą parawanu, bo mocno ciągnęło dołem. Co robiły dzieci? Dzieciaki biegały w kostiumach kąpielowych i taplały w wodzie. Na sam widok można było szczękać zębami? Czy mniejsze ciała mają inną termoregulację, czy tak właśnie zaczyna się starość? Pomimo pogody, wróciłam do domku z opaloną twarzą. To powinno mi dać do myślenia.

Trzeciego dnia przestało mocno wiać i zza chmur czasami wyglądało słońce. Nadal jednak bez mocnego świecenia. Można było leżeć w kostiumie. Był komfort termiczny. I wtedy popełniłam błąd. Jak blondynka. Nie, nie upiłam się do nieprzytomności. Nie, nie przespałam się z żadnym z zajętych panów, w towarzystwie których wypoczywałam. Zrobiłam coś o wiele gorszego. Nie posmarowałam się balsamem ochronnym. Zazwyczaj kładę na siebie 50tkę, bo nie zależy mi na opaliźnie. Miałam na tyle przytomności umysłu, że posmarowałam dziecko.

Poszłyśmy jeszcze na spacer po plaży - panowie zostali z dziećmi, panie spacerowały. Spacer skończył się szybko w knajpce na piwie i zdaniu "Wreszcie czuję, że jestem na urlopie", ale co tam :) Już musiałam się okrywać pareo.

A wieczorem zaczęła mnie piec skóra. Słońca jakby nie było, często siedziało sobie za chmurami, a zgrillowało mnie niczym karkówkę. Niestety, tłuszczyk się nie wytopił - jak to spytał pewien znajomy. W dodatku opalam się najpierw na czerwono, więc resztę pobytu wyglądałam jak homar. Towarzystwo wyszło wieczorem na miasto, a ja posadziłam dziecko przed bajkami i położyłam się. Trochę mną telepało i chyba miałam lekki udar słoneczny. Leżałam tak do rana, sycząc z każdym ruchem. Co za kretynka. Zapomniałam, że słońce jest nawet gdy go nie ma.

Nie rozumiem, całe lata 90te przeleżałam opalając się bez zabezpieczenia, czasem też nad wodą i wychodziłam z tego cało. W XXI wieku już się smaruję. Z wyjątkiem tego jedynego razu.

Nie należy się dziwić, że w kolejne dni na hasło plaża reagowałam niczym dziewczynka z "Egzorcysty" - prychałam i robiłam mostek na suficie. Spacerowałam z dzieckiem po okolicy. Kolejnego dnia dołączyła się reszta, bo też opalanie ich zmęczyło.

Pod koniec pobytu zrobiło się chłodniej i fajniej. Spacerowaliśmy sobie po plaży. Mogłam usiąść sobie na leżaku, wpatrywać w fale, relaksować. Fajny wrzesień. Morskie powietrze wywoływało we mnie chęć spania :) Być może nadmiar tlenu, który przyjęłam, sprawił, że mózg był przyćpany. Chciałabym tu wrócić sama i spędzić tak ze dzień, czy dwa. W ciszy, samotności.

Wadą mało upalnych dni, były chłodne wieczory i noce. Nie przygotowałam dużej liczby bluz, czy swetrów. Ciężko było chodzić. Za to jeden wieczór spędziliśmy na plaży, która o tej porze, okazała się cieplejsza niż miasto. Koncert szantowy, kontemplacja zachodu słońca, wino, dyskoteka. Dzieciaki też szalały. Dobrze, że udało je się wszystkie pozbierać na koniec.

Mija tydzień od mojego grillowania i wreszcie zbrązowiałam, a skóra przestała biadolić. Muszę się przyzwyczaić do siebie opalonej, bo mam wrażenie, że opalenizna dodaje mi kilka lat. Ja naprawdę lubię być blada. Co najdziwniejsze, moje dziecko ledwo złapało słońce - ma niewielką różnicę pomiędzy skórą pod kostiumem, a obok.

Tagi: urlop wakacje
12:32, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lipca 2016
Morze, takie polskie

Powróciłam z wojaży. Jak to ja, daleko nie ujechałam - nad polskie morze, do Dębek.

Wypoczynek był stadny - pięć par, jedna samotna matka i łącznie jedenaścioro dzieci (w wieku od 11 do 4 lat). Nie mieszkaliśmy wszyscy w jednym ośrodku - choć padł taki pomysł, w związku z kolejnymi wakacjami - ale dużo część czasu spędzaliśmy razem. Jeden z pierwszych wieczorów spędziliśmy razem w pewnej knajpce, gdzie chyba popamiętają nas na bardzo długo. Ze względu na dzieci...

- Więcej dzieci nie mogliście mieć? - rzuciła właścicielka, trochę żartobliwie, trochę nie.

- Bo to dzieci z jednej imprezy, teraz wszędzie chodzimy razem, nie wiemy które jest czyje. - odpowiedziała jej jedna z koleżanek.

Nauczkę jednak wyciągnęliśmy i kolejne wieczorne imprezy odbywały się w miejscach, gdzie nasz miot wtapiał się w tłum.

Wiertka przed wyjazdem bała się, że nie zna dzieci, będzie się niedobrze czuła. Szybko jednak złapała kontakt. Zauważyłam, że dzieciaki podzieliły się na dwie wiekowe frakcje i moja córka bardziej ciągnęła do tych młodszych od siebie. Chyba woli dyrygować koleżankami, zamiast ciągnąć się jak ogon za starszymi. Była jeszcze podgrupa wydzielona ze względu na płeć - starsi chłopcy trzymali się razem, zniesmaczeni babskimi sprawami. Zobaczymy za kilka lat. 

Dni spędzałam w grupie. Po to właśnie tam pojechałam, by pobyć z ludźmi, nie alienować się. Wieczory poświęcone były na wspólne picie wina lub piwa. Dzieciaki bawiły się obok. Po 23:00 odbywało się kładzenie ich spać i powrót do spotkań w cichych podgrupach. Efekt jest jednak taki, że wróciłam do domu, by teraz trochę odpocząć po urlopie. Mam jeszcze tydzień wolnego :)

Będzie jeszcze więcej wspomnień znad morza, ale to w innych wpisach.

12:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 lipca 2014
Mazury

Wreszcie mogę podsumować ostatni tydzień. Osiem dni poza domem, z czego dwa praktycznie w podróży i sześć nad jednym z mazurskich jezior.

Podczepiłam się pod koleżankę ze spotkań literackich, która wynajęła tam domek na dwa tygodnie. Jeden z tych tygodni spędziłam razem z nią, jej włoskim mężem, jej najmłodszym dzieckiem płci żeńskiej oraz jej mamą. Po naszym, z Wiertką wyjeździe, teraz na tydzień dołączyli jej dwaj starsi synowie, którzy dotąd byli na obozach.

Zastanawiałam się, jak to będzie spędzać czas razem, na w sumie małej przestrzeni. Dotąd znałyśmy się z maili, zdjęć, wspólnego pisania. Okazało się, że jest taka jak i na spotkaniach :) Przemiła :) Z jej mężem dałam się radę dogadać, bo rozumie nieco po polsku i nawet skroi kilka samodzielnie zdań. W ogóle uznałam go za męża idealnego i gdyby wszyscy Włosi byli tacy, już bym siedziała w samolocie do Mediolanu. Sądzę, że to raczej - biorąc pod uwagę wspólny krąg kulturowy - kwestia charakteru, nie narodowości. Takiego to sobie mogłam i w Polsce znaleźć, gdybym miała głowę na karku :) Podejrzewam, że nawet znalazłam, ale wylądowali we "friend-zonie".

Wszyscy razem jedliśmy obiady i kolacje. Wiertka połykała, to co podano i zapomniała o grymasach. Krupnik? Pyszne, dawno nie jadła czegoś tam pysznego. Tuńczyk? Czemu nie? Pesto? Proszę bardzo. A sucharki z dżemem, śniadanie wujka P, pokochała i teraz mam jej takie samo robić. W ogóle może kiedyś zrobię wpis o tym, jak moja córka klei się do mężczyzn w wieku jej ojca, łatwo zaprzyjaźnia. Bo zaczyna mnie to niepokoić. Może to jakiś syndrom córki samotnej matki?

Atmosfera rodzinna niemal, wieczory czasem wszyscy razem w jednym salonie. Jedni czytają, inni coś piszą, dzieci łobuzują. Podobało mi się to.

Sama miejscowość malutka - trochę domów letniskowych, plaża, miejsce dla łódek i knajpka robiąca także za mini-sklep. Minusem było to, że wielkie zakupy to była wyprawa samochodem, łącznie z dostępem do apteki i bankomatu. Plusem było to, że nie było tej upiornej komercyjnej promenady, tak ważnej dla miejscowości wakacyjnych, gdzie dyszą na ciebie gofry, wata cukrowa, zabawki, pamiątki, trampoliny i cholera wie, co jeszcze.

Jak jezioro, upał - pogoda dopisała - to plażowanie i kąpiel. Jestem człowiekiem w północy. Pierwszego dnia wysmarowałam się faktorem 50+ i zasiadłam na ławeczce przy plaży. Nie chciałam spuszczać z oka pluskającej się 4,5 latki i ona chciała bym się z nią bawiła. Efekt był taki, że wracałam do domku wyglądając niczym krewetka w pięciu smakach, z mózgiem gotowym do spożycia przez Hannibala Lectera z chłodnym chianti. Czułam się, jak zesmażone jajo na bekonie.

Jeden dzień plaży wystarcza na cały rok dla mnie. Kolejnego dnia szłam tam niemal z płaczem. Znowu, znowu, znowu. Czego nie robi się z miłości do dziecka. Tym razem koc ułożyłam w cieniu, smarowałam się częściej i zamówiłam na zakupach więcej kremu. Z koca gorzej widziałam dziecko, ale perspektywa ekspozycji na słońce wydawała mi się chińską torturą. Dodam, że nie byłam poparzona, ale po prostu miałam dość słońca.

Zawsze wydawało mi się, że nie mam w słowniku słowa "nie rozumiem", "nie ogarniam" - ludzie są tacy różnorodni. Cofam - nie ogarniam jak można kochać smażenie się na plaży.

Trzeci dzień - plaża. Może moje dziecko, kiedyś mi to jakoś wynagrodzi :) Czwarty dzień - super, dzieci bawią się cały dzień w ogródku domku, a ja leżę na leżaku w cieniu, piszę dużo, dużo tekstu i czytam popularną amerykańską powieść. Idylla.

Gdy w sobotę pogoda nadawała się tylko na długie spacery, aż mi się spodobało. Nie sądziłam, że pożegnam na chwilę upał z przyjemnością.

Wiertka miała o dwa lata starszą koleżankę do zabaw. I dobrze, i nie dobrze :) Mała P okazała się być energiczną, dominującą osobą, przyzwyczajoną do kontaktów ze starszymi braćmi i ich towarzystwem. Mała dziewczynka, w dodatku w sukienkach, w dodatku wyrażająca emocje poprzez płacz, wydawała jej się kiepskim kompanem do zabawy. Początki były takie sobie, bo moja córka nie wiem, czy jest dominująca, wiem, że nie podporządkowuje się w zabawie. Dziewczyny więc spinały się niczym dwa psy i trzeba je było rozdzielać :) Już serce matczyne mi krwawiło, bo ktoś nie docenia mojego dziecka, rani je. One na pewno się znienawidziły, a krew zniewagi spłynie na ich dzieci, i dzieci ich dzieci. Z zaskoczeniem zobaczyłam po kwadransie, że razem się bawią i bardzo się lubią.

Jestem matką jedynaczki i nie wiem, jak to jest, gdy dzieci się kłócą. Ledwo pamiętam jak ja tłukłam się bratem i jak szarpało się starsze rodzeństwo Wiertki. I z rodzeństwem jest lepsza sprawa - niby wiesz, że drą koty, ale geny, wspólnota krwi, będą może za sobą. Inaczej, gdy to obce sobie dzieci. Pomyślałam też o innej sytuacji - jak cholernie trudne jest sklecenie rodziny, gdy obie strony mają po swoim dziecku. I te dzieci się kłócą, i stajesz sercem po stronie swojego, a tamto wydaje się zimne i wyrachowane.

Na szczęście, dziewczyny czasem się pokłóciły tak, że wióry leciały, ale częściej fajnie się razem ze sobą bawiły. I to czasem całymi dniami.

I to byłby chyba taki skrót :) Trzy dni byłam czerwona, potem zbrązowiałam, ale z moją karnacją (fototyp II albo III) i tak nie widać różnicy :)

21:21, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
niedziela, 11 sierpnia 2013
Urlopowo

Będzie tak bardziej kronikarsko, czyli raczej nudno.

Od wtorku do niedzieli byłam z Wiertką na urlopie. Finanse trzeszczą, więc nigdzie się z Miasta nie ruszałyśmy. Tak na prawdę jest tu tyle fajnych rzeczy, że nigdzie nie trzeba jechać. Tylko ten klimat i powietrze wielkiego miasta. Dupy nie urywa :) Ojciec zabierze ją w jakieś lasy i inne rejony kraju, więc tragicznie nie jest.

To pierwszy rok, gdy pobyt z dzieckiem wspominam wreszcie miło, a nie jak Wielką Pardubicką. Pogoda trafiła nam się świetna, mogłam więc chodzić w ubraniach, w których nie wypada chodzić do biura, a w których wyglądam całkiem, całkiem ciekawie. Codziennie jeździłyśmy na jakieś mini-wycieczki do któregoś z parków. Spotykałam się ze znajomymi na spacerach. W środku dnia po obiedzie przedszkolak jak to przedszkolak oglądał sobie bajki na komputerze, a dorosła jak to dorosła miała drzemkę ;) Chyba coraz gorzej ze mną ;)

Mała teraz bawi się sama lalkami, odtwarzając światy ze swojej ukochanej bajki "Winx", więc mamy w domu pełno czarodziejek i ich tajemniczych krain. Ja miałam czas na czytanie, posprzątanie mieszkania, przejrzenie netu. To macierzyństwo zaczęło być normalne :)

Jutro powrót do pracy. Czeka mnie od cholery roboty. Już w poniedziałek, tuż przed urlopem miałam tyle do zrobienia, że zostałam godzinę dłużej, nie wyrobiłam się ze wszystkim, a pod koniec nie do końca byłam pełna, czy w pośpiechu czegoś nie zawaliłam (może będzie o tym oddzielny wpis). Najbliższe trzy dni będą wyglądać podobnie. Bo potem znowu cztery dni wolnego. W piątek cała firma ma przymusowy urlop :)

20:21, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 09 sierpnia 2013
Dziś prawdziwych wakacji już nie ma

Przypominają mi się moje wakacje z dzieciństwa. Spanie do oporu, czasem pobudka przy dźwiękach sygnału "Lata z radiem". Ogród babci, u której mieszkaliśmy - maliny, porzeczki, agrest, czereśnie. Dwa miesiące lenistwa i wypoczynku. W ferie zimowe podobnie. Raz dałam się namówić na "Zimę w mieście", ale konieczność stawiania się w szkole na 8.00, jak w dzień szkolny, odebrała mi całą przyjemność z tej imprezy. Co to za logika? Mam wypoczywać od szkoły, w systemie szkoły??? Lubiłam swobodę i luz.

A teraz patrzę na wakacje mojej córki i smutno mi. Miesiąc dyżurnego przedszkola. Dwa tygodnie z ojcem. Gdy trzeba było decydować o zapisach na wakacje łudziłam się jeszcze, że w lato moja sytuacja zawodowa będzie normalna i wyciągnę dwa tygodnie urlopu. Akurat. Zależało mi by chociaż miesiąc lata miała taki, jak ja w czasach dzieciństwa. Co to za życie? Dziesięć miesięcy przedszkola w roku szkolnym i dwa miesiące przedszkola dyżurnego? Dziecko robot :( Kiedy to dziecko ma wypocząć i wyspać się? Bo Wiertka jest suseł jak ja. W pierwsze dni wolnego budziła się o 9:30.

I tu przechodzę do innej delikatnej sprawy. Zazdroszczę dzieciom moich koleżanek, które swoje wnuki zabierają na 1-2 tygodniowe wakacje w jakieś miłe miejsce. Same z siebie, uważając to za naturalne. Mój tata tak nie myśli. Wiem, że zajmowanie się wnukami to nie obowiązek i każdy ma prawo wiek późno średni spędzać, jak sobie zechce. Zawsze za tym optuję w dyskusjach w wirtualu. Zdaję sobie sprawę, że mój tata nie ma środków na wyjazd z wnukami. Wiem, że to że nie pracuje, nie oznacza, że nie łapie doraźnych fuch w "szarej strefie". Zawsze może mu wyskoczyć jakaś praca na 2-3 dni. Musi za coś żyć.

Ciężko argumentować to tym, że on swoje dzieci wychował, bo wychowywała nas babcia. Mnie od czwartego tygodnia życia. Ale nie dlatego, że moi rodzice oddawali się przyjemnościom i pasjom (wtedy zwanymi hobby), tylko pracowali i budowali dom. Taka była konieczność.

Może dlatego, że mój tata to introwertyk. Jeśli ja nie zadzwonię, to on tego nie zrobi. Jeśli ja nie odwiedzę, on tego nie zrobi. Po prostu nie odczuwa potrzeby kontaktów.

W takich chwilach tęsknię za mamą, bo wiem, że ona czekała na wnuki i miałabym ją przy dziecku bez przerwy, aż do zanudzenia :)

Ja sama nie wiem, jaką będę babcią. Może tez nieobecną, bo ciągle zajętą swoimi sprawami. Szybciej tyrającą na dwóch etatach, bo ZUS padł :)

Być może, gdybym powiedziała tacie, to by się zgodził, ale ja nie chcę być roszczeniowa i dyrygująca nim. Mam trudności z proszeniem. Uważam, że babcia / dziadek powinni sami wyjść z taką inicjatywą. Jeśli nie wychodzą, to znaczy, że nie odczuwają potrzeby. Jak nie odczuwają, to nie trzeba im tego wnuka wciskać na siłę.

Wynegocjowałam w pracy pięć dni urlopu, choć to szczyt sezonu i tuż przed pójściem na ten urlop w jeden dzień robiłam rzeczy niemal na tydzień. Zostało mi sześć dni sierpnia, na które nie było opieki dla Wiertki. I poprosiłam tatę o posiedzenie z nią przez trzy dni. Zgodził się bez problemu. Choć o sześć dni już nie potrafiłabym go poprosić.

Pamiętam z dzieciństwa, że świetnie zajmował się dziećmi, bawił z nami. A teraz, mam wrażenie, że takie maluchy go stresują i przytłaczają. Z wiekiem człowiek ma mniejszą cierpliwość do dzieci?

Jest jeszcze inna kwestia. Mój brat ma syna, który też - z wyjątkiem tygodnia urlopu rodziców - całe lato spędzi w żłobku. Nie chcę by mi zarzucał, że wykorzystuję ojca.

I tak to się plecie.

Szkoda, że moja córka nie pozna smaku tych wakacji - kilka tygodni beztroskiego wysypiania się, biegania po trawie i robienia tego na co ma się ochotę. Może za kilka lat, jak zrobi się bardziej samodzielna i będzie można ją zostawiać w domu.

23:29, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
piątek, 31 sierpnia 2012
Łowicko

Powróciłam :)

Dziecko wysłane na weekend do ojca, opowiadania na konkurs poprawione i wysłane, więc mogę nadrobić blogowo.

Jakiś czas temu, w rozmowie ze znajomym o zwiedzaniu kraju wpadło mi do głowy, by zabrać dziecko, co któryś weekend na wycieczkę do jakiegoś fajnego miasta w Polsce. Przyszedł mi do głowy na pierwszy ogień Łowicz. W takim razie, dlaczego nie pojechać tam z nią na dłużej, w te wolne dni, które i tak spędzimy pod koniec sierpnia razem. Wolny pokój od razu się znalazł. Zaplanowałam 3-4 dni pobytu, bo i tak chyba ciężko tam zobaczyć coś więcej.

Łowicz blisko, więc w tonacji slow-life spałyśmy do 9.00, zebrałyśmy się leniwie, na stacji sprawdziłyśmy, który pociąg jest najbliższy i po godzinie podróży Inter Regio  dotarłyśmy do celu. Czyli na stację PKP. Co dalej? Hotel miał adres Stary Rynek, wydedukowałam więc, że musi się znajdować na Starym Rynku. Spytałam pierwszą napotkaną osobę, jak tam dotrzeć. Osoba, pod postacią pani, zafrasowała się, bo to daleko, a ja ze spacerówką, z walizą na kółkach. Przypomniało mi się twierdzenie Talesa: "Jeżeli ramiona kąta przecięte są prostymi równoległymi, to odcinki wyznaczone przez te proste na jednym ramieniu kąta, są proporcjonalne do odpowiednich odcinków na drugim ramieniu kąta". Jeśli jednym ramieniem jest Miasto, a drugim Łowicz to - dopytałam się panią ile mi to zajmie? 10, 15, 20 minut? 20 minut. Na Starym Rynku byłam po 10 minutach. Matematyka jednak się przydaje, nawet jeśli dziwacznie wykorzystana.

Ten pobyt z Wiertką wspominam bardzo fajnie. Tak pamiętam, że miałam już z nią nigdzie nie wyjeżdżać, ale to się zapomina szybciej niż bóle porodowe, połóg i depresję poporodową. Tym razem nigdzie nie biegała, nie znikała z pola wzroku. Za to niepokoiło mnie jej przywiązanie do spacerówki. Stała się integralną częścią jej ciała. Nogi - to przestarzałe! Gdy oddalałyśmy się gdzieś, to rozglądała się zaniepokojona i dopytywała, gdzie wózek. Za trzy dni do przedszkola, a moje dziecko odmawia z korzystania z kończyn dolnych...

Pobyt wyglądał tak, że odbywałam długie spacery pchając spacerówkę. Nie narzekam, bo po dupogodzinach w pracy bardzo mi się to przyda. Złaziłyśmy tak sporą część Łowicza, oglądając pomniki, kościoły (zatrważająca ilość na kilometr kwadratowy), parki, Bazylikę, Muzeum, mini skansen. Nad Bzurą natrafiłyśmy na przepiękne dwa place zabaw, które pochłonęły moje dziecko, mi dając sposobność do czytania powieści. Gdyby zapytać Wiertkę, co najbardziej podobało jej się w tej wycieczce, zapewne powiedziałaby, że "labaw", czyli plac zabaw.

Wiem też już, że Wiertka nie ma uczulenia na pszczeli jad. Jadła małego loda, odganiała natrętną pszczołę i nagle przybiegła do mnie z wrzaskiem, płaczem. Wtuliła się we mnie wbijając loda w moje włosy, a język w moje ramię. Nie zazdroszczę, ja kiedyś zostałam użądlona w gardło i prawie zeszłam z paniki. Co dopiero dostać w język…

Chciałam jeszcze zobaczyć Nieborów, Arkadię oraz skansen w Maurzycach. I tu okazało się, że nie mając auta, roweru jestem w kropce. PKSy kiedyś jeździły w tamte rejony, ale z braku chętnych zarzuciły to. Czekałam na jeden z nich, by dopytać się o to, ale jakoś nie dojechał. Ulotka informowała, że do skansenu jest kilometr od stacji Niedźwiady. Na tę wiadomość pani w recepcji przeraziła się, odradzała mi to, bo to niebezpieczna dla pieszych droga.

Ja jednak uparłam się i choćby się drzewa gięły miałam zamiar dotrzeć do tego cholernego skansenu, skoro Nieborów i Arkadia zostały mi odebrane. Gdyby w innych dziedzinach życia była taka zawzięta.

Jedna stacja PKP do przejechania. Wysiadłyśmy w środku jakby „niczego” – dookoła pola, w dali gdzieś domy, ani kas, ani rozkładu jazdy. Na szczęście obok stacji było jedno zabudowanie, a na podwórku ludzie. Pokierowali mnie we właściwym kierunku. Tak jak się spodziewałam zaraz wyszłyśmy na trasę szybkiego ruchu, upstrzoną znudzonymi tirami. I tak z kilometr. Mostek, wielki napis „Skansen” i strzałka kierująca… pod mostek, potem wydeptaną w trawie ścieżką do… zamkniętej na kłódkę bocznej furtki. Wylazłam ponownie na trasę szybkiego ruchu i poszłam dalej. Niedługo potem kolejny skręt. Skręt prowadził do hotelu i restauracji… To gdzie jest wejście do tego skansenu??? Znowu wyhaczyłam na horyzoncie jakiegoś człowieka, za ogrodzeniem hotelu. Okazało się, że pan pracuje w skansenie, mogę się dostać tu obok furteczką, a w ogóle to, dlaczego nie weszłam tamtą furtką? Zamknięta? Gdzie zamknięta?

Była 11:30 i byłyśmy pierwszymi i jedynymi gośćmi na tym terenie. Dziwne odczucie. Mogłam wszystko obejrzeć spokojnie, dokładnie, bez tłumów, przeciskania się. Jakbym była w wymarłej wsi, z której wojna wymiotła mieszkańców. Albo kosmici. Słońce, cisza, cykanie owadów i my dwie. Wiertka po obejrzeniu dwóch chat miała minę: „widziałam dwie, widziałam wszystkie”. Obawiała się także zostawić spacerówkę. Po obejrzeniu tych domostw widzę, że idea salonu z otwartą kuchnią, tak modna w najnowszym budownictwie, ma swoje szlachetne korzenie w XIX wiecznej wsi. Na terenie skansenu trwały prace renowacyjne, porządkowe, byli tu stali pracownicy. Dla odmiany czułam klimat cyrku w godzinach południowych, gdy na widziane rysy nakładasz w pamięci podkład, czerwony nos i dopiero widzisz klauna, albo tancerka na linie, siedząc na taborecie w podomce, przesuwa papierosa z lewej strony ust na prawą. Patrzyłam na coś, co jest pod powierzchnią, nie dla turysty.

Mała zasnęła, a ja na ławce, w cieniu drzewa, z kawą, czytałam książkę. Pobyt był też poświęcony przeredagowaniu opowiadania na konkurs, ale na to poświęciłam inną drzemkę dziecka, ma łowickim rynku. Przeczuwając częstotliwość pociągów zatrzymujących się na oddalonej o kilometr stacji skontaktowałam się z kimś, kto ma dostęp do Internetu, by dowiedzieć się, że najbliższe połączenie będzie za 2,5 godziny. W takim razie zjadłyśmy z Wiestką na miejscu obiad, jeszcze raz obejrzałyśmy niektóre miejsca. Pojawiła się wycieczka rodziców z dorosłymi dziećmi, która zafascynowała moje dziecko. Nie chciała oglądać chat, chciała oglądać ludzi (prawie cytat). Fajnie, tylko że to byli rodzice z dorosłymi niepełnosprawnymi intelektualnie dziećmi… Wierzę, że to ciekawość ludzi ogólnie kierowała moim dzieckiem. A potem to już łatwy powrót – choć idiotka z dzieckiem w spacerówce na poboczu ekspresówki, to ciekawe widowisko. A, boczna furteczka! Była otworzona, była! Trzeba tylko było odciągnąć skobel oraz odkręcić łańcuch z zamkniętą kłódka na końcu. Jak ja mogłam na to nie wpaść z tamtej strony!

Zastanawiałam się, czy jednak nie dostać się do tego Nieborowa-Arkadii taksówką (trasa 10 km), ale kierowca musiałby zdobyć dla mnie fotelik dziecięcy. Może wybiorę się kiedyś sama, albo pieszą wędrówką.

To tak w wielki skrócie.

22:34, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 11 sierpnia 2012
Akcja LLL - Lista Leniwa Lafiryndo - ptk 1

Wysłałam wczoraj dziecko na wakacje z ojcem. Teoretycznie ma być pod jego opieką dwa tygodnie, ale nie wiem ile z tego będą na wsi, a ile dni ja będę ja odbierać po pracy.

Chce wykorzystać ten czas,  na rzeczy, które od dawna powinny zostać zrobione. Tak pamiętam, w kwietniu też pisałam coś o tym, że mam sporo wolnego czasu i trzeba zrobić kilka rzeczy, a skończyło się na serwowaniu po necie. Teraz jednak spojrzałam dookoła siebie i poczułam się przytłoczona wdzierającymi się do gardła zabawkami, prowizorką wyzierającą z kątów. Czuję, że potrzebuję ładu dookoła siebie. Ład w domu, to ład w psychice. Chrzanię jak Perfekcyjna Pani domu ;) Jak nie teraz, to kiedy?

Zrobiłam listę - LLL. Lista Leniwa Lafiryndo. To ma mnie bardziej zmotywować :D Na razie punków jest osiem, ale mogą dochodzić nowe.

Dziś zaliczałam ptk 1, czyli posegregować zabawki, ubrania, akcesoria,  z których Wiertka już wyrosła. To pierwszy etap urządzania jej pokoju, który od dawna jest składzikiem na niepotrzebnie rzeczy, bo mała śpi ze mną, czyta ze mną, bawi się ze mną, więc wszystko związane z nią jest w moim salono-sypialnio-gabinecie.

Do jednych pudeł szły ubranka, do innych grzechotki, drobne zabawki, zabawki niemowlęce, wczesno dziecięce. Była wielka siatka pluszaków. Podostawałam dla dziecka od koleżanek mnóstwo zabawek po ich dzieciach. Było tego mnóstwo i niektórymi Wiertka nawet się chyba nie bawiła, nie byłaby w stanie tego przetworzyć. Wywlokłam nawet przewijak niemowlęcy, który ciągle tam jeszcze stał! Nie mam śrubokręta, więc do garażu zaniosłam go w takiej postaci. Bo wszystkie te pudła i siaty przeniosłam do garażu. W kilku rundkach. Czekają na jedną z moich znajomych, która po wielu latach starań, dzięki in vitro jest teraz w czwartym miesiącu. Zapewne z chęcią większość rzeczy zabierze, bo w kwestii oszczędzania bije rekordy. To typ, który przejedzie się autobusem po kilku supermarketach kupując w każdym tylko to co jest objęte obniżką. Boję się tylko, czy to nie za wczesny etap ciąży i czy nie zapeszę. Najwyżej przekażę jakiemuś domowi samotnej matki.

To tylko dwie godziny sortowania i latania, ale zmęczyło mnie. Pokój dziecięcy nadal wygląda nie za dobrze, ale nad tym popracuje już ptk 2 i 3 :) Jest tam już miejsce na zabawki, akcesoria, książeczki, gry, które zalegają mój s-s-g.

Właśnie przyszedł mi do głowy ptk 9 do LLL.

Czytający bloga, którzy z czasem dotrą do rozwinięć poszczególnych punktów zrozumieją dlaczego mogłam poczuć się przytłoczona.

Moja koleżanka czas pobytu dzieci na wakacjach wykorzystuje na pisanie książki, dzięki czemu stanie się znana i sławna. Ja - na porządkowanie. Nigdy nie będę znaną pisarką, ale co ja poradzę, że właśnie na to mam"flow" i muszę go chwytać ,bo taki zdarza się  u mnie raz na dekadę może.

wtorek, 07 sierpnia 2012
Z rodziną nie tylko na zdjęciu

Jak już wspomniałam, w sierpniu Wiertka ma wakacje, lato, samowolkę i etap dzikiego dziecka. Co w takim razie ma pracująca matka? Matka ma Byłego, który zabierze latorośl na dwa, środkowe tygodnie oraz nie podpisany jeszcze wniosek urlopowy na ostatni tydzień sierpnia. Zostało nie zagospodarowanych osiem pierwszych dni roboczych miesiąca.

Do ostatniej chwili zastanawiałam się, co zrobić wtedy z dzieckiem. Na zastępczy żłobek było już za późno. Więcej urlopu nie dostanę. Liczyłam po cichu, że szef pojedzie wypoczywać przez pierwszą połowę miesiąca i wpadnę na pół dnia do biura, razem z dzieckiem, a reszta będzie mnie jakoś kryć. Prezes urlop odwołał z przyczyn rodzinnych.

Zaczęłam rozważać dwie opcje - moja 16,5 letnia siostra cioteczna lub mój mający przestój w pracy tata. Kuzynce wypada coś zapłacić, jest młodziutka, nie zajmowała się dotąd dziećmi, ale na widok mojego taty Wiertka ryczy i sztywnieje. Z drugiej strony - przy 2,5 latce jest niewiele roboty, trzeba się tylko z nią bawić i wychodzić na spacer, innych się słucha, ale mój tata pomoże mi bez nakładów finansowych. Gdzie się nie obrócisz - dupa.

Zaryzykowałam w końcu i zadzwoniłam do siostry, która ku mojemu zaskoczeniu od razu się zgodziła. Potem na spotkaniu aklimatyzacyjnym i omawiającym warunki miała już nieswoją minę i zaczęłam się trochę o nią obawiać. Dzielnie jednak trwała w swojej zgodzie. Zarobi kasę mniejszą niż rynkowe opiekunki, ale całkiem niezłą jak na gimnazjalistkę. A ja będę miała rezerwową pomoc na weekendy i popołudnia w roku szkolnym.

Były ze sobą dotąd cztery dni i chyba dawała sobie radę. Zdarzył się jeden bunt dwulatki w postaci zajęcia pozycji siedzącej na chodniku, ale przetrwała to :)

Do dziś, bo rano zadzwoniła i okazało się, że czymś się zatruła, wymiotuje. To w trochę innych świetle stawia niedzielną gorączkę Wiertki i bacznie słucham sygnałów dochodzących z mojego ciała. Z wpisów na FB nie wynika jakoby kuzynka ostro imprezowała :)

Wydzwoniłam alarmowo mojego tatę, przyjechał w tempie karetki pogotowia, a ja spóźniłam się do pracy tylko 10 minut. Gdy wychodziłam, Wiertka jeszcze spała - doszliśmy do wniosku, że lepiej jeśli po przebudzeniu już mnie nie zobaczy. I stał się cud, może przez to, że w sobotę dziadka widziała. Chwilę popłakała, skonsumowała jajko z niespodzianką na przed śniadanko - na przełamanie lodów. Wyszli nawet na długi spacer, co zawsze przerażało mojego tatę. To znaczy bał się, że na otwartym terenie zacznie uciekać mu z krzykiem, płaczem i pomyślą, że zboczeniec porwał dziecko.

Kamień spadł mi z serca. Pamiętam z dzieciństwa tatę jako fajnego człowieka od zabaw, wygłupów, wycieczek i smutno mi było, że moje dziecko tego nie widzi.

O 14.00 zabrał ją do siebie Były, bo ja wybieram się do fryzjera wydawać świeżo uzyskane alimenty na dziecko :)

A potem pójdę spać, bo poprzedniego wieczoru Wiertka dopiero koło północy dała się przekonać do idei snu. W "bitwie na ptaki" okopała się po stronie "sów". W weekendy ma to swoje plusy, bo śpimy obie do 9.00-9.30 :)

16:35, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 05 maja 2012
Jak Królicza Nora wciągnęła mój dowód, albo Piknik Nad Wiszącą Podłogą

Będą jeszcze wpisy o majówce w Kazimierzu :)

Trzeciego dnia pobytu byłam po próbie namówienia dziecko na drzemkę, która była jednocześnie sposobem dla mnie by ułożyć me zespacerowane ciało i dać mu regenerację do kolejnych spacerów. Dziecko już marudziło przy drzwiach, żeby wychodzić. Trąciłam mały okrągły stolik stojący tuż przy ścianie. Leżał na nim m.in. mój dowód osobisty.

Dygresja. Dowód wożę ze sobą chyba jeszcze z jakiegoś "peerelowskiego" przyzwyczajenia mówiącego, że obywatelka musi mieć się czym wylegitymować. A tak na prawdę to chodzi o to, by w razie wypadku można była szybko zidentyfikować moje zwłoki. Nie jestem pesymistyczna, ani makabryczna, tylko praktyczna. I teraz myślę, że wystarczyłoby wywieźć ze sobą Kartę Miejską - dane podstawowe są, zdjęcie jest.

Dygresja kolejna. Dowód leżał na stoliczku, po wyjęciu go z plecaczka dziecięcego, w którym robiła się dziura. Opróżniłam go z wszelkiej drobnicy cennej, która mogła się zgubić. Plecaczek jest Wiertki, ale to ja korzystam z niego na spacerach jako z bagażu podręcznego. Ona ma od niedawna wrzosową torebeczkę na ramię, którą zajumała - przy akceptacji właścicielki - w czasie niedawnej wizyty u mojej forumowej koleżanki i jej córki :) Torebeczkę zabiera wszędzie ze sobą, nawet w wąwozy i zakupiła nawet okulary przeciwsłoneczne pod kolor. Chyba wiem, kto mnie będzie za 15 lat uczył robić makijaż. Wtedy będzie mi bardzo potrzebny.

Ad rem. Trąciłam stoliczek, dowód leżący na brzegu zsunął się, spadł, stuknął. Zajrzałam pod stolik. Nie ma go. Dziecko marudzi. Zajrzałam pod fotel obok. Nie ma go. Dziecko marudzi głośniej. Zajrzałam pod drugi fotel. Nie ma go. Uciszyłam dziecko nie w duchu rodzicielstwa bliskości chyba. Co jest? Zdjęłam obrus ze stolika i obejrzałam z obu stron. Nie ma dowodu. Dziecko marudzi dosadnie. Odchyliłam dywan, jeszcze raz zlustrowałam podłogę. Nie ma go. Dobra, wychodzę z Wiertką, przecież musi gdzieś być, nie zapadł się pod ziemię. Przecież nie wymyśliłam sobie, że spada. Aż tak źle ze mną nie jest.

Po powrocie ponownie. Wysunęłam stoliczek, fotele na środek pokoiku. Po dowodzie ani śladu. Obejrzałam obrus. Śladów dalej brak. Ułożyłam z powrotem meble. Przeszukałam plecaczek, bo może sobie jednak wymyśliłam, że spada ze stołu. Śladów dowodu brak. Z lękiem w sercu zrzuciłam ze stolika Kartę Miejską. Leżała na podłodze. Zrzuciłam wizytówkę w kolejnej próbie. Też leżała pod stolikiem. Żadna nie była na tyle ciężka by szybować rykoszetem metrami.

On musi gdzieś być! Zaczęłam studiować podłogę. Deski wieloletnie, zwarte, lakierowane, bez szpar. Przy ścianie krótka listwa przypodłogowa na 2-3 mm odchylona od ściany. Wsunęłam w szparę wizytówkę. Weszła do połowy, cała, zniknęła. Kurwa mać... Wsadziłam tam nożyk i też prawie zaginął. Dziura miała z 10 cm głębokości.

Zawołałam właścicielkę pensjonatu, ta męża. Ten odgiął listwę. Dla odmiany pojawiła się 4-5 mm przerwa pomiędzy deską podłogową, a ścianą. Zaglądanie latarką nie pomogło, wsuwanie jakiegoś lusterka też. Pan powątpiewał, czy cokolwiek mogło tam wpaść i w sumie mu wierzę. Gdyby mi ktoś próbował wmówić, że dowód osobisty spadł mu ze stolika przy ścianie i trafił dokładnie w wąską szparkę wpadając głębiej, to uznałabym to za kiepski żart rodem z głupiej komedii. W takim razie gdzie jest ten cholerny dowód???

Kto układa deski tak wysoko nad poziomem podłogi??? Trzymają tam zwłoki gości, którzy nie zapłacili?

Siedziałam cicho i sama czekałam, aż właściciel rzuci pomysł zerwania deski. Jednak to był dzień świąteczny, w taki się nie pracuje. Pewnie grał na zwłokę, bo widać było, że ta deska zerwania nie przeżyje, potrzebna będzie nowa.

Musiałam się komuś wyżalić i poradzić, więc zadzwoniłam do ojca. Innym czymś takim nie będę zawracać głowę. Tata poradził mi, żebym olała temat i wyrobiła nowy dowód. Koszty zrywania deski przewyższą te związane z wyrobieniem. Niestety, nie doliczając straconego czasu na łażenie na policję, do fotografia, urzędu,  a potem zmieniania danych w instytucjach.

To nie jest najgorsze. To będzie już mój piąty dowód osobisty w życiu :( Pierwszy ukradziono mi z portfelem. Leżał w takiej kieszeni plecaka, że mój brat uznał, że powinnam być posądzona o współudział w kradzieży. Drugi także mi ukradziono (wyrwana na ulicy torebka). Trzeci leży jako jedyny pamiątkowo w szafce, bo został wymieniony przy przemeldowaniu. Czwarty właśnie coś wessało. Zaraz znajdę się na jakieś liście podejrzanych obywateli, zmieniających co chwila dowody. Już nawet nie pamiętam, gdzie mam podany jaki numer dowodu, bo rotacja jest ostra jak w sercu mojego Byłego.

Odpuściłam. Nawet nie jestem na 100% pewna, że ten dowód tam jest. Zdematerializował się na moich oczach. Wciągnęła go jakaś Królicza Nora. Jeśli na prawdę trafił w te 2-3 mm przy ścianie, to chyba powinnam kupić jakiś los na loterii.

Ciekawe, co policja na to, gdy powiem, że mój dowód osobisty na prawdę zapadł się pod ziemię?

22:09, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
piątek, 04 maja 2012
Babska majówka w Kazimierzu, albo chyba nie nadaję się na matkę

Będzie i tak długo, okraszone dygresjami, więc może kiedy indziej dlaczego na miejsce wypoczynku z córką wybrałam miasto, w którym już kilka razy byłam. Fakt, że ostatni raz złaziłam je porządnie 11 lat temu.

Prawili, że załamanie pogody będzie, burze, chłodniej, więc zabrałam dla nas obu zmiany ubrań na upał i na zimniejsze dni. W efekcie, walizka ważyła tyle co nowo narodzony hipopotam. Dobrze, że na dworzec blisko - jedną ręką pchałam spacerówkę, drugą ciągnęłam bagaż na kółkach. Jeszcze tylko pół godziny stania w upale po bilet, jeszcze tylko bieganie dookoła dworca szukając wejścia na peron. Zbliża się Euro, remont przyśpieszono, w efekcie czego drogi dostępne dnia jednego, są już następnego zabarykadowane. Jeszcze tylko wcisnąć się w Inter Regio, gdzie początkowo stałyśmy ściśnięte w mini korytarzyku razem z innymi podróżnymi. Pociąg miał dwa wagony otwarte i bar. Zauważyłam w jednym z wagonów miejsce na spacerówkę i wcisnęłam tam dziecko, walizę kazałam wrzucić na górę. Okazało się, że są pojedyńcze wolne miejsca, ktoś się przesiadł i mogłam siedzieć obok dziecka. Półtorej godziny podróży zleciało całkiem ok, z tylko jednym spacerem po pociągu. Bawiłyśmy się w Wiertką  na rozkładanym stoliczku w gotowanie zup, makaronów, kotletów.

Potem tylko autobus do Kazimierza Dolnego, godzina z upale i korkach. Dotrzeć pod adres pensjonatu, pchając wózek po kocich łbach (gdzie się podział ich urok?), ciągnąć walizę po kocich łbach (na psa urok). Pot zalewał mi twarz. Patrzyłam na tłum ludzi dookoła i myślałam: "ludzie, jest 13.00, szczyt upału, minimum 30 stopni, bez wiatru, dlaczego nie siedzicie w pokojach????".

Dygresja. W krajach, gdzie upał jest rzeczą pospolitą, każde żywe stworzenie, wie, że pomiędzy 11.00 a 15.00 nie wychodzi się na zewnątrz. W tej krainie jednak dni upalne to raptem kilkanaście sztuk w roku, więc jej mieszkańcy wylegają na ulice niczym bohaterowie jakiegoś serialu Spielberga wierzący, że to ostatni słoneczny dzień świata. Do tego turyści. Turysta nie przyjechał by nie wypoczywać. Turysta nie po to płaci za urlop, by większość dnia spędzać w pokoju.

Nie zawsze udawało mi się przeczekać z Wiertką najgorszy upał w czterech chłodnych ścianach, bo okazała się wielką spacerowiczką nie chciała siedzieć w pokoju. Jednego dnia się zdrzemnęłyśmy, drugiego zatrzymałam ją na maks czytając książeczkę.

A tak, oprócz spacerów po mieście, nad Wisłę, zaliczyłyśmy jeszcze cztery wielkie atrakcje. Wszystkie zaliczone w 30 stopniowym upale, bez wiatru, bo zapowiadane załamanie pogody okazało się załamaniem z 31 Celcjusza na 30 C.

Rejs statkiem po Wiśle. Wiertka zignorowała piękne okoliczności przyrody wiślanej oraz drogę na Ostrołękę. Za to biegała po całym statku - z pokładu górnego na dolny, jeszcze niżej do baru, na pokład zerowy, górny, do baru, dolny, dolny, górny, zerowy. I tak przez godzinę. Wtedy znowu dopadła mnie ta myśl, która będę sobie jeszcze powtarzać przez najbliższe pół wieku - czy to moja nieudolność wychowawcza i można sprawić, że będzie grzecznie siedzieć, czy ona tak po prostu ma? O, ten chłopczyk, ma tyle co ona, a cały rejs przesiedział obok rodziców. Zachowuję się jak Matka "wszystkie dzieci są grzeczne, tylko nie ty". Zatrzymała się tylko raz, na wypicie soku w barze. Ja wychłeptałam zimne piwo bezalkoholowe, które trzy lata wcześniej pite w tym samym mieście, w drugim miesiącu ciąży smakowało jak siki, dziś całkiem całkiem.

Spacer po Wąwozie Norowy Dół (+ droga do niego, oraz powrotna). Oczywiście prawie zawsze zabierałam ze sobą spacerówkę. Dała radę niemal całej trasie, brukowi, kostce, kamieniom - najlepsza rzecz jaka została mi podarowana, najlepsza jaką Włosi wyprodukowali. Wiertka, chyba prawdziwy mieszczuch, została przytłumiona surowym pięknem przyrody reprezentowanym przez wypłukiwany less oraz leśne korzenie. Po raz pierwszy od dawna nie chciała zejść z wózka, a gdy trzeba było go składać i iść na nogach, trzymała się mnie za rękę. Albo ktoś już jej czytał "Jasia i Małgosię".

Spacer na Górę Trzech Krzyży. Spacerówka wylądowała pod moją pachą, a mała sama, o własnych nogach, wdrapała się stopień po stopniu. A niektóre były na wysokości jej kolan. Na szczycie musiałam ją pilnować, bo chciała wrócić do miasta krzakami prosto w dół. Potem przeszłyśmy się jeszcze pod basztę.

Przejażdżka meleksem po Kazimierzu i krótkie zwiedzanie kawałka Wąwozu Korzeniowy Dół.

Wiertka jeździła też kucykiem, ale miałam przy tym minę niegodną Amazonki. Po zejściu zwierzyła mi się, że "tap tap ała" pokazując na uda (tap tap - koń, dla ścisłości) .Cóż mogłam jej powiedzieć? Mamusia też tak kiedyś miała. Słuchała grajków grającym bluesa i to były rzadkie momenty, gdy zastygła. Już byłam gotowa zaproponować im by z nami zamieszkali. Zabrałam ją do klasztoru ojców franciszkanów na recital pieśni maryjnych i gospel, by zdywersyfikować jej gust muzyczny. Początkowo była zasłuchana, potem zatańczyła, trochę pobiegała, na końcu zaprosiła mnie do tańca i jakoś nie zostałyśmy ze świątyni wydalone za zachowanie niegodne.

Dygresja. Wychodząc wypełniłam i wrzuciłam do puszki kartkę dla proszących o wsparcie i modlitwę. Moja koleżanka, z gatunku "i see dead people", przekazała mi, że dusza mojej mamy nie zaznała jeszcze spokoju. Kazałam mamie uściślić żądania, a ze swojej strony poprosiłam ojców franciszkanów o modlitwę za jej duszę. Mama lubiła takie klimaty.

Były jeszcze obiady na mieście, gdzie prawie udawało mi się utrzymać  Wiertkę w porządku. Tylko w czasie ostatniego stłukła szklankę, biegała po knajpie i wylatywała na ulicę. Zauważyłam, że z dnia na dzień pobytu tam stawała się coraz bardziej żywa, coraz bardziej rozkręcona i za miesiąc przywiozłabym do Miasta Tarzana.

Prawie cztery dni non stop spacerów, chodzenia od 8.00 do 19.00, pilnowania ruchliwego dziecka w tłumie, towarzyszeniu jej na placu zabaw. Lub przebywania w pokoju o wielkości 6 m kw. O 20.00 po prysznicu, bajce, czytaniu książeczki padałam.

Wreszcie powrót do domu, o którym już zaczęłam marzyć, bo czułam się jak posiadaczka słoja z pszczołami, które zaraz go rozsadzą. Tylko Wiertka biegała po dworcu autobusowym w Kazimierzu i goniłam ją w ostatniej chwili, a potem zmachana dopadłam autobusu z dzieckiem pod pachą, wózkiem w jednej ręce, wracając po walizkę. Tylko godzinę czekałyśmy na pociąg w Puławach i mała biegała po tamtejszym dworcu. Tylko dwie godziny w pociągu, gdzie Wiertka czytaniem książeczki zainteresowała się tylko na kilka minut, a potem biegała po dwóch wagonach. W stronę lokomotywy, w stronę przeciwną, w stronę lokomotywy, w stronę przeciwną, w stronę lokomotywy. A ja za nią. Dodam, że załamanie pogody nie nadeszło. Moje było bliskie. W końcu, zaklinowałam ją na naszych fotelach, gdzie wiła się, kopała i płakała. Na jakiś czas dawała za wygraną, a potem znowu próbowała wyjść. Dotarliśmy już do przedmieść miasta i czekałam, kiedy wreszcie zajedziemy na dworzec. To były najdłuższe minuty mojego życia i przysięgam, że pomiędzy przedmieściami Miasta a dworcem umieszczono jakoś jeszcze jedno województwo.

Z dworca już tylko spacer. Zgarbiona, spocona, czerwona, z włosami lepiącymi się do twarzy, pchając wózek, ciągnąc walizkę wyglądałam jak repatriantka ze Wschodu. Weszłam do piekarni kupić coś do jedzenia. Ogarnęło mnie coś, co potem scharakteryzowałam jako syndrom powakacyjny rodzica - w kilkusekundowych interwałach czasowych musiałam nagle  gwałtownie sprawdzić, czy dziecko siedzi w wózku, nie biegnie po chodniku w stronę zachodzącego słońca, nie rzuca się na ulicę, co otoczenie musiało zinterpretować jako nerwowe tiki, bo dziecko grzecznie w wózku tkwiło i nawet palcem nie ruszało. Już nie tylko padłam fizycznie, ale nawet umysłowo.

Weszłyśmy do domu. Łyknęłam proszek na łupiący ból głowy, włączyłam małej "Świat Elmo" i położyłam się umęczona. Wiertka jest hiper ruchliwa, ale w domu przewidywalna i nie ma obaw, że zrobi z nim to co pijani Johny Deep i Kate Moss z pewnym pokojem hotelowym w latach 90tych. Ja chyba jestem już za stara na bycie matką. Moje koleżanki z podstawówki co najwyżej zabraniają teraz córkom narkotyków i seksu bez prezerwatyw, a nie wchodzenia na ulice pod samochody. Medycyna umożliwia już ciążę i macierzyństwo kobietom po 50tce (przykład Annie Leibovitz). Te kobiety, nie wiedzą co czynią. Ja w tym wieku planuję wysłać dziecko na studia. Za Ocean. Może otworzą jakieś dobre uczelnie na Marsie?

Nie wiem, kiedy znowu odważę się na wyjazd z Wiertką. Chyba dopiero za 2-3 lata.

Nie wykluczone, że z upływem czasu będę pamiętać to jako miły, romantyczny wyjazd matki z córką.

Ilość dygresji skróciłam, bo strasznie się rozpisałam. Może będą osobne wpisy. Za to w kolejnym, pewnie jutro, o tym jak Królicza Nora wciągnęła mój dowód osobisty.

23:06, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
Tagi