To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wakacje

wtorek, 31 lipca 2018
Ku samodzielności, cz. 2

Nowy miesiąc wakacji - kalendarzowo od jutra - w Lecie w Mieście od wczoraj. Wiertka przez dwa tygodnie będzie jeszcze uczęszczać na zajęcia w innej placówce. Tu wynikła pewna komplikacja, bo ta szkoła jest w innej części dzielnicy i o ile kończąc o 16:00 byłabym w stanie odebrać dziecko, to po 18:00 już nie. Moja córka nadal chce wychodzić do domu wcześniej i wracać sama. Nowe miejsce jej nie zniechęciło. Byłyśmy na spacerze w tamtych okolicach, zobaczyła gdzie to jest. Procentuje, że dużo spacerujemy, wędrujemy w różne miejsca w dzielnicy. Wiertka ma orientację w terenie i pamięć do topografii okolicy.

Bałam się, że zrzucam na jej barki zbyt wiele, ale sama wielokrotnie podkreślała, że chce wrócić sama, da sobie radę. I tak wczoraj wyszła z zajęć, poszła na przystanek autobusowy, miała na karteczce listę numerów autobusów oraz listę przystanków - do przejechania trzy, a potem z przystanku do domu.

Wracając po 16:00 do domu, zadzwoniłam do niej. Była jednak zaniepokojona. A jeśli ktoś ją będzie zaczepiał? To nie jest tak do końca bezpieczna ulica. Jak ktoś ją porwał? Jeśli coś jej się pomyliło, wpadła w panikę, uznała, że jednak to za dużo. Odebrała telefon, była już w domu, ale głos jej drgał. Powiedziała, że opowie mi jak wrócę. Szłam szybko do domu, zastanawiając się, co się takiego mogło w czasie powrotu zdarzyć. Okazało się, że... zapomniała loginu w pewnej grze sieciowej i dlatego chciało jej się płakać. A powrót był ok :)

Muszę się pilnować, by nie przekroczyć granicy, za którą więcej samodzielności, to puszczenie dziecka w samotność. Teraz grzecznie czeka na mnie w domu, kiedyś wpadnie na pomysł, by iść gdzieś łazić.

19:37, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 lipca 2018
Wykurzyć Stefana

Na zakończenie tygodnia anegdotka.

Wiertka boi się pająków i ostatnio to się pogłębiło. Efekt był taki, że gdy na wyjeździe zobaczyła w łazience, nad muszlą klozetową pająka, to chciała iść zrobić siku do jakiegoś baru. Pająk był pod sufitem, ale na wysokości toalety. Malutki, ale grubiutki i czarny. Młoda wykorzystała w końcu prysznic, który ja umyłam  i wypłukałam.

Gdy ona wróciła do pokoju, ja wzięłam szczotkę na długim kiju. Nazwałam pająka Stefanem i mówiąc do niego po imieniu trąciłam delikatnie ze dwa razy. Tak powiedziałam kilka zdań dla zapoznania się wstępnego. A Wiertka śmiała się z pokoju. Krzywdy mu nie chciałam robić, bo szkoda mi takich stworzeń. Wierzę, że ludzie i pająki mogą wspólnie egzystować, jeśli tylko jednego i drugiego nie jest za dużo ;)

Następnego ranka Stefana już nie było. A Wiertka opowiadała, że zanudziłam Stefana tak, że aż musiał się wynieść.

19:41, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 13 lipca 2018
Wakacyjny zamęt, czyli w sercu turystycznego tornada

Druga część urlopu, to pobyt w pewnej turystycznej miejscowości nad morzem. Jedna z moich koleżanek użyczyła nam swojego mieszkanka (w apartamentowcu, co zachwyciło moją córkę) niemalże tylko za koszty czynszu.

Całkiem inny wymiar świata. Dużo dźwięków - gwar rozmów, brzdąkanie automatów, niosące się falami odgłosy koncertów, a to z domów wczasowych, a to z chodnika. Feria kolorów. Początkowo czułam się tym przytłoczona i przebodźcowana. Z czasem przywykłam. Za to Wiertka szalała.

Trzydniowy pobyt, dni z podróżą nie liczę, miał trzy wiodące, czasem przeplatające się tematy. A pogodę miałyśmy przepiękną. Z domu wychodziłyśmy o 11:00, a wracałyśmy na dobre grubo po 21:00. Wpadałyśmy, a to wziąć prysznic, a to coś zabrać, ale na chwilę.

Plaża. Coś co robię dla szczęścia mojego dziecka. Nie przepadam za grillowaniem się na piasku i taplanie w wodzie. Pierwszego dnia wybrałyśmy się, jak na wyprawę - parawan, koc, torba z przydasiami. Parawan mi się położył na piasku, bo nie potrafiłam go porządnie wbić, a na kocu praktycznie nie usiadłam. Był rozłożony w dalszej części, a ja nie mogłam zostawić dziecka samego w wodzie. I tak przez trzy godziny, skakałam z Wiertką po falach, które waliły mnie czasem aż pod szyję. Niech nikt nie myśli, że to łagodne doznanie. Wieczorem okazało się, że czuję nie tylko mięśnie nóg, ale też karku. Byłam odrobinę połamana :) Następnego dnia miałam plażowstręt. Odwróciłam więc kolejność atrakcji - najpierw wycieczki, plaża po południu. Spora część osób już sobie poszła, ustawiłam sobie krzesełko przy samej wodzie, bo było już miejsce. Mogłam spokojnie popatrzeć na zabawę dziecka. A ostatniego dnia, nad wodę poszłyśmy już wieczorem. Ja siedziałam owinięta w sweter, z kapturem na głowie, trzęsąc się, a moje dziecko, półnagie hasało w wodzie. Na serio, temperatura była zabójcza, a jej to nie przeszkadzało. Twierdzi, że jest zimową dziewczyną, nie boi się zimna.

A druga część wyjść to były wycieczki okoliczne - wdrapanie się na latarnię morską, park linowy, wesołe miasteczko, wycieczka statkiem po Zalewie Wiślanym.

Ostatniego dnia, było coś dla matki! Wycieczka historyczna, hurra. Najpierw statkiem na drugą stronę zalewu, tam busikiem do Fromborka, podziwiać dokonania Mikołaja Kopernika. Zachwycałam się możliwością zobaczenia z bliska "O obrotach ciał niebieskich", podręczników do studiowania medycyny z tamtych czasów, niemalże dotknięcia miejsca, gdzie leżą doczesne szczątki uczonego. Patrzyłam na przyrządy, których używał Kopernik - on za pomocą kilku drewnianych rzeczy zmienił postrzeganie świata, dziś człowiek potrzebuje GPS by dojechać sto kilometrów dalej. Obejrzałyśmy muzeum, katedrę, wieżę zamkową. W tej ostatniej widziałyśmy Wahadło Foucault. Wiertka miała szczęście, bo była akurat obok pani nadzorującej ekspozycję, gdy ktoś dotknął liny z kulą i zaburzył jej jednostajny bieg. Trzeba ją było zatrzymać, unieruchomić, przeczekać drganie liny i ponownie puścić w ruch czas. I moja córka w tym pomagała, mogła dotknąć kuli :) A w drodze powrotnej trafiłyśmy jeszcze na opuszczoną, zamkniętą od dawna stację kolejową, gdzie ja szalałam ze zdjęciami, a Wiertka bała się duchów.

Bardzo aktywny czas. Mogłam wrócić do pracy odpocząć :)

22:20, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
wtorek, 10 lipca 2018
Nad jeziorem, czyli czy czas może być jak mgła

Ten urlop był intensywny - w dziewięć dni zmieściłam pobyt nad jeziorem i nad morzem. I w sumie trzy dni spędziłam na podróżach.

Dwa kompletnie inne momenty wypoczynku.

Nad jezioro pojechałyśmy z Wiertką do domku letniego mojej koleżanki poznanej kiedyś w sieci. Znamy się już dziesięć lat, choć przez ten czas rozmawiałyśmy (wraz z innymi kobietami) w sieci, a widziałyśmy się może kilka razy. Nad jeziorem byłyśmy we cztery - dwie matki i dwie córki w zbliżonym wieku. Czasami dojeżdżało jeszcze dwoje kuzynów.

Jedna strona to taka, że Wiertka miała koleżankę do zabawy, z rzadka mnie potrzebowała. Mogłam sobie poczytać, odprężyć się, posnuć. Drugą stroną było to, że nie byłam tam sama i wypadało nawiązywać codzienne relacje społeczne z koleżanką. A ja mam obawy, że taka obecność drugiego człowieka może być dla mnie, introwertyka, czasem ciężka. Jednak okazało się, co i wcześniej wiedziałam, że koleżanka ma podobny do mnie charakter. Nie zagarniałyśmy sobie przestrzeni, czasu, powietrza. Nawet rytm dobowy mamy wszystkie cztery podobny, czyli pobudka przed 10:00.

Okolica była przepiękna. Trochę domów letniskowych dookoła, ale nikt nie zjechał. Byłyśmy w środku lasu niemal same. Kilka kroków do jeziora i pomostu. Cisza, spokój, wiatr. Rano budził mnie za oknem śpiew trzech różnych rodzajów ptaków. Powietrze co kilka sekund przeszywał odgłos linki rzucanej przez wiatr na maszt łódki przycumowanej niedaleko. Chłodno, prawie zimno, niebiesko szaro na niebie. Nie przeszkadzało. Czas snuł się dookoła mnie jak mgła.

Czasami, po zmroku, przychodziły mi do głowy różne scenariusze historii kryminalnych albo dramatów psychologicznych. Idealna sceneria :)

W środku tygodnia praktycznie cały dzień w pociągach i autobusach, by przejechać z Polski centralnej nad morze. I powolny rytm zamienił się w galop. O czym w następnym wpisie.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 08 lipca 2018
Po urlopie

Zjechałam z urlopu i boję się sprawdzić stan konta bankowego :)

Choć już to konto sprawdziłam. I wyszłam z bajkowego świata, gdzie wszystko bywa możliwe i wróciłam do starego życia, gdy trzeba grosik do grosika.

Niedługo opiszę co i jak na tym wypoczynku. Jedno mogę stwierdzić - planowałam, że będę swoje stare, niepublikowane teksty poprawiać, redagować, cyzelować, dopieszczać. By móc je wrzucać na literackiego bloga. I nie miałam na to ani minuty czasu. Za to dostałam komplement od dziecka - bo przez cały czas wakacyjny czuło, że jestem tylko dla niej.

A teraz pranie, zdejmowanie kurzu z mieszkania, pogadanie ze świnką morską, aklimatyzacja w pracy.

Tak więc jestem, ale jakby nie do końca :)

21:29, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 29 czerwca 2018
Lato, lato, lato czeka

Jutro wyjeżdżamy z Wiertką nad jezioro, a potem nad morze. W dwa weekendy i jeden tydzień upchniemy dwie podróże :) Wpisów raczej nie będzie. Postaram się odezwać po 9 tym lipca :) W ostatnich czasach byłam w bezustannym biegu - z domu wyjście średnio o 8:00, powrót koło 20:00. Chciałabym tylko leżeć i nic nie robić, albo spacerować w fajne miejsca :)

21:15, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 27 czerwca 2018
Wakacyjnie

W pierwszy tydzień wakacji Wiertka chodzi na półkolonie. Ich tematem przewodnim jest programowanie i tworzenie prostych gier komputerowych. Od razu jak zobaczyła reklamę, to się zapaliła do tego i już nie chciała słyszeć o żadnych innych zajęciach tematycznych.

Tak więc ten tydzień wygląda tak, że przesunęłam sobie pracę na zmiany od 10:00 lub 9:00. Rano zawożę dziecko do sąsiedniej dzielnicy na zajęcia. Dobrze, że to pół godziny jednym autobusem i potem krótki spacer. Następnie jadę kolejną godzinę do pracy, w inną część miasta. Całość zajmuje ze dwie godziny. Na szczęście, małą odbiera i odwozi do domu jej tata. A ja docieram do domu koło 19:00.

Wiertka półkoloniami jest zachwycona. Wszystko to, co kocha, czyli komputery, gry, różne dziwne kody. Tak przez pierwszą część dnia. Druga jest przeznaczona na aktywność fizyczną - byli w parku trampolin, na wycieczce, gdy padał deszcz grali w różne gry. Moja córka stała się fanką grania w Mafię :) Na zajęciach są sami chłopcy i tylko dwie dziewczynki :) Na szczęście, Wiertki to nie zniechęciło. Zapewne, gdyby półkolonie trwały dłużej, to cały czas by chciała tam chodzić. Zupełnie nie reaguje jak ktoś, kto ma zbyt zajęty dzień. Rano budzę ją bez problemów, choć to niemal tak samo jak do szkoły. A po pierwszym dniu z emocji nie mogła zasnąć, bo już chciała się obudzić :)

Może zapiszę ją, we wrześniu, w tym miejscu na zajęcia pozaszkolne. Tematyka ta sama.

Całkiem odwrotnie jest z Latem w Mieście (dopiero będzie), które to jest tematem naszych sprzeczek, rozmów, dyskusji - to znaczy, moje dziecko płacze, jęczy, dyskutuje, a ja się nie uginam. To raczej temat na inny wpis.

20:55, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 26 lipca 2016
O słońcu

Nad polskim morzem podobała mi się pogoda. Dla wielu teraz popełniłam bluźnierstwo :) Bo nie było upałów. Temperatury w porywach do 22 st C. Co kompletnie inaczej odczuwa się na plaży niż w betonie miasta. Najważniejsze, żeby nie padał deszcz. Nie cierpię smażenia się w pełnym słońcu.

Niestety, jak dla mnie, okazało się, że taka pogoda potrafi być zdradziecka. Pierwsze dwa dni niebo było zachmurzone, a na plaży mocno wiało. Dorośli siedzieli na matach, otoczeni parawanem, zawinięci w swetry. Zrozumiałam ideę parawanu - mniej urywa głowę, mniej zawiewa chłodem. A i tak musieliśmy usypać z piasku wały pomiędzy poziomem plaży a granicą parawanu, bo mocno ciągnęło dołem. Co robiły dzieci? Dzieciaki biegały w kostiumach kąpielowych i taplały w wodzie. Na sam widok można było szczękać zębami? Czy mniejsze ciała mają inną termoregulację, czy tak właśnie zaczyna się starość? Pomimo pogody, wróciłam do domku z opaloną twarzą. To powinno mi dać do myślenia.

Trzeciego dnia przestało mocno wiać i zza chmur czasami wyglądało słońce. Nadal jednak bez mocnego świecenia. Można było leżeć w kostiumie. Był komfort termiczny. I wtedy popełniłam błąd. Jak blondynka. Nie, nie upiłam się do nieprzytomności. Nie, nie przespałam się z żadnym z zajętych panów, w towarzystwie których wypoczywałam. Zrobiłam coś o wiele gorszego. Nie posmarowałam się balsamem ochronnym. Zazwyczaj kładę na siebie 50tkę, bo nie zależy mi na opaliźnie. Miałam na tyle przytomności umysłu, że posmarowałam dziecko.

Poszłyśmy jeszcze na spacer po plaży - panowie zostali z dziećmi, panie spacerowały. Spacer skończył się szybko w knajpce na piwie i zdaniu "Wreszcie czuję, że jestem na urlopie", ale co tam :) Już musiałam się okrywać pareo.

A wieczorem zaczęła mnie piec skóra. Słońca jakby nie było, często siedziało sobie za chmurami, a zgrillowało mnie niczym karkówkę. Niestety, tłuszczyk się nie wytopił - jak to spytał pewien znajomy. W dodatku opalam się najpierw na czerwono, więc resztę pobytu wyglądałam jak homar. Towarzystwo wyszło wieczorem na miasto, a ja posadziłam dziecko przed bajkami i położyłam się. Trochę mną telepało i chyba miałam lekki udar słoneczny. Leżałam tak do rana, sycząc z każdym ruchem. Co za kretynka. Zapomniałam, że słońce jest nawet gdy go nie ma.

Nie rozumiem, całe lata 90te przeleżałam opalając się bez zabezpieczenia, czasem też nad wodą i wychodziłam z tego cało. W XXI wieku już się smaruję. Z wyjątkiem tego jedynego razu.

Nie należy się dziwić, że w kolejne dni na hasło plaża reagowałam niczym dziewczynka z "Egzorcysty" - prychałam i robiłam mostek na suficie. Spacerowałam z dzieckiem po okolicy. Kolejnego dnia dołączyła się reszta, bo też opalanie ich zmęczyło.

Pod koniec pobytu zrobiło się chłodniej i fajniej. Spacerowaliśmy sobie po plaży. Mogłam usiąść sobie na leżaku, wpatrywać w fale, relaksować. Fajny wrzesień. Morskie powietrze wywoływało we mnie chęć spania :) Być może nadmiar tlenu, który przyjęłam, sprawił, że mózg był przyćpany. Chciałabym tu wrócić sama i spędzić tak ze dzień, czy dwa. W ciszy, samotności.

Wadą mało upalnych dni, były chłodne wieczory i noce. Nie przygotowałam dużej liczby bluz, czy swetrów. Ciężko było chodzić. Za to jeden wieczór spędziliśmy na plaży, która o tej porze, okazała się cieplejsza niż miasto. Koncert szantowy, kontemplacja zachodu słońca, wino, dyskoteka. Dzieciaki też szalały. Dobrze, że udało je się wszystkie pozbierać na koniec.

Mija tydzień od mojego grillowania i wreszcie zbrązowiałam, a skóra przestała biadolić. Muszę się przyzwyczaić do siebie opalonej, bo mam wrażenie, że opalenizna dodaje mi kilka lat. Ja naprawdę lubię być blada. Co najdziwniejsze, moje dziecko ledwo złapało słońce - ma niewielką różnicę pomiędzy skórą pod kostiumem, a obok.

Tagi: urlop wakacje
12:32, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 lipca 2016
Morze, takie polskie

Powróciłam z wojaży. Jak to ja, daleko nie ujechałam - nad polskie morze, do Dębek.

Wypoczynek był stadny - pięć par, jedna samotna matka i łącznie jedenaścioro dzieci (w wieku od 11 do 4 lat). Nie mieszkaliśmy wszyscy w jednym ośrodku - choć padł taki pomysł, w związku z kolejnymi wakacjami - ale dużo część czasu spędzaliśmy razem. Jeden z pierwszych wieczorów spędziliśmy razem w pewnej knajpce, gdzie chyba popamiętają nas na bardzo długo. Ze względu na dzieci...

- Więcej dzieci nie mogliście mieć? - rzuciła właścicielka, trochę żartobliwie, trochę nie.

- Bo to dzieci z jednej imprezy, teraz wszędzie chodzimy razem, nie wiemy które jest czyje. - odpowiedziała jej jedna z koleżanek.

Nauczkę jednak wyciągnęliśmy i kolejne wieczorne imprezy odbywały się w miejscach, gdzie nasz miot wtapiał się w tłum.

Wiertka przed wyjazdem bała się, że nie zna dzieci, będzie się niedobrze czuła. Szybko jednak złapała kontakt. Zauważyłam, że dzieciaki podzieliły się na dwie wiekowe frakcje i moja córka bardziej ciągnęła do tych młodszych od siebie. Chyba woli dyrygować koleżankami, zamiast ciągnąć się jak ogon za starszymi. Była jeszcze podgrupa wydzielona ze względu na płeć - starsi chłopcy trzymali się razem, zniesmaczeni babskimi sprawami. Zobaczymy za kilka lat. 

Dni spędzałam w grupie. Po to właśnie tam pojechałam, by pobyć z ludźmi, nie alienować się. Wieczory poświęcone były na wspólne picie wina lub piwa. Dzieciaki bawiły się obok. Po 23:00 odbywało się kładzenie ich spać i powrót do spotkań w cichych podgrupach. Efekt jest jednak taki, że wróciłam do domu, by teraz trochę odpocząć po urlopie. Mam jeszcze tydzień wolnego :)

Będzie jeszcze więcej wspomnień znad morza, ale to w innych wpisach.

12:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 13 lipca 2014
Mazury

Wreszcie mogę podsumować ostatni tydzień. Osiem dni poza domem, z czego dwa praktycznie w podróży i sześć nad jednym z mazurskich jezior.

Podczepiłam się pod koleżankę ze spotkań literackich, która wynajęła tam domek na dwa tygodnie. Jeden z tych tygodni spędziłam razem z nią, jej włoskim mężem, jej najmłodszym dzieckiem płci żeńskiej oraz jej mamą. Po naszym, z Wiertką wyjeździe, teraz na tydzień dołączyli jej dwaj starsi synowie, którzy dotąd byli na obozach.

Zastanawiałam się, jak to będzie spędzać czas razem, na w sumie małej przestrzeni. Dotąd znałyśmy się z maili, zdjęć, wspólnego pisania. Okazało się, że jest taka jak i na spotkaniach :) Przemiła :) Z jej mężem dałam się radę dogadać, bo rozumie nieco po polsku i nawet skroi kilka samodzielnie zdań. W ogóle uznałam go za męża idealnego i gdyby wszyscy Włosi byli tacy, już bym siedziała w samolocie do Mediolanu. Sądzę, że to raczej - biorąc pod uwagę wspólny krąg kulturowy - kwestia charakteru, nie narodowości. Takiego to sobie mogłam i w Polsce znaleźć, gdybym miała głowę na karku :) Podejrzewam, że nawet znalazłam, ale wylądowali we "friend-zonie".

Wszyscy razem jedliśmy obiady i kolacje. Wiertka połykała, to co podano i zapomniała o grymasach. Krupnik? Pyszne, dawno nie jadła czegoś tam pysznego. Tuńczyk? Czemu nie? Pesto? Proszę bardzo. A sucharki z dżemem, śniadanie wujka P, pokochała i teraz mam jej takie samo robić. W ogóle może kiedyś zrobię wpis o tym, jak moja córka klei się do mężczyzn w wieku jej ojca, łatwo zaprzyjaźnia. Bo zaczyna mnie to niepokoić. Może to jakiś syndrom córki samotnej matki?

Atmosfera rodzinna niemal, wieczory czasem wszyscy razem w jednym salonie. Jedni czytają, inni coś piszą, dzieci łobuzują. Podobało mi się to.

Sama miejscowość malutka - trochę domów letniskowych, plaża, miejsce dla łódek i knajpka robiąca także za mini-sklep. Minusem było to, że wielkie zakupy to była wyprawa samochodem, łącznie z dostępem do apteki i bankomatu. Plusem było to, że nie było tej upiornej komercyjnej promenady, tak ważnej dla miejscowości wakacyjnych, gdzie dyszą na ciebie gofry, wata cukrowa, zabawki, pamiątki, trampoliny i cholera wie, co jeszcze.

Jak jezioro, upał - pogoda dopisała - to plażowanie i kąpiel. Jestem człowiekiem w północy. Pierwszego dnia wysmarowałam się faktorem 50+ i zasiadłam na ławeczce przy plaży. Nie chciałam spuszczać z oka pluskającej się 4,5 latki i ona chciała bym się z nią bawiła. Efekt był taki, że wracałam do domku wyglądając niczym krewetka w pięciu smakach, z mózgiem gotowym do spożycia przez Hannibala Lectera z chłodnym chianti. Czułam się, jak zesmażone jajo na bekonie.

Jeden dzień plaży wystarcza na cały rok dla mnie. Kolejnego dnia szłam tam niemal z płaczem. Znowu, znowu, znowu. Czego nie robi się z miłości do dziecka. Tym razem koc ułożyłam w cieniu, smarowałam się częściej i zamówiłam na zakupach więcej kremu. Z koca gorzej widziałam dziecko, ale perspektywa ekspozycji na słońce wydawała mi się chińską torturą. Dodam, że nie byłam poparzona, ale po prostu miałam dość słońca.

Zawsze wydawało mi się, że nie mam w słowniku słowa "nie rozumiem", "nie ogarniam" - ludzie są tacy różnorodni. Cofam - nie ogarniam jak można kochać smażenie się na plaży.

Trzeci dzień - plaża. Może moje dziecko, kiedyś mi to jakoś wynagrodzi :) Czwarty dzień - super, dzieci bawią się cały dzień w ogródku domku, a ja leżę na leżaku w cieniu, piszę dużo, dużo tekstu i czytam popularną amerykańską powieść. Idylla.

Gdy w sobotę pogoda nadawała się tylko na długie spacery, aż mi się spodobało. Nie sądziłam, że pożegnam na chwilę upał z przyjemnością.

Wiertka miała o dwa lata starszą koleżankę do zabaw. I dobrze, i nie dobrze :) Mała P okazała się być energiczną, dominującą osobą, przyzwyczajoną do kontaktów ze starszymi braćmi i ich towarzystwem. Mała dziewczynka, w dodatku w sukienkach, w dodatku wyrażająca emocje poprzez płacz, wydawała jej się kiepskim kompanem do zabawy. Początki były takie sobie, bo moja córka nie wiem, czy jest dominująca, wiem, że nie podporządkowuje się w zabawie. Dziewczyny więc spinały się niczym dwa psy i trzeba je było rozdzielać :) Już serce matczyne mi krwawiło, bo ktoś nie docenia mojego dziecka, rani je. One na pewno się znienawidziły, a krew zniewagi spłynie na ich dzieci, i dzieci ich dzieci. Z zaskoczeniem zobaczyłam po kwadransie, że razem się bawią i bardzo się lubią.

Jestem matką jedynaczki i nie wiem, jak to jest, gdy dzieci się kłócą. Ledwo pamiętam jak ja tłukłam się bratem i jak szarpało się starsze rodzeństwo Wiertki. I z rodzeństwem jest lepsza sprawa - niby wiesz, że drą koty, ale geny, wspólnota krwi, będą może za sobą. Inaczej, gdy to obce sobie dzieci. Pomyślałam też o innej sytuacji - jak cholernie trudne jest sklecenie rodziny, gdy obie strony mają po swoim dziecku. I te dzieci się kłócą, i stajesz sercem po stronie swojego, a tamto wydaje się zimne i wyrachowane.

Na szczęście, dziewczyny czasem się pokłóciły tak, że wióry leciały, ale częściej fajnie się razem ze sobą bawiły. I to czasem całymi dniami.

I to byłby chyba taki skrót :) Trzy dni byłam czerwona, potem zbrązowiałam, ale z moją karnacją (fototyp II albo III) i tak nie widać różnicy :)

21:21, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2
Tagi