To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wystawa

środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

Tagi