To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: przystanek historia

piątek, 10 lutego 2012
Od ruin do socrealu

Zajrzałam na "Przystanek Historia" IPNu, na wykład "Architektura nowoczesna versus socrealizm". Tytuł nie zapowiadał fajnego wieczoru, ale zaryzykowałam. I było ciekawie, nie żałowałam.

Zaczęło się od ruin, roku 1945. Chwila statystyki - tylko 25% lewego brzegu miasta nie zostało zniszczone, 55% zrównano z ziemią. Prawy brzeg miał więcej szczęścia, bo tam 59% zabudowy ocalało. A może prawy brzeg był mniej interesujący i dlatego można tu dziś obejrzeć wiele fajnych kamienic. Oczywiście, póki stoją... Bo skąd te 55% po lewej stronie? Aż tak? O zniszczonym to mieście przewrotna ballada. Z minuty na minutę toczącego się wykładu, okazuje się, że sporą z tego część stanowiły zniszczone, nadpalone budynki, które spokojnie można było małym nakładem środków odbudować. Miasto jednak zrównano ponownie z ziemią, by zbudować Nowy Wspaniały Świat. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Kraj zniszczony gospodarczo, ludzie potrzebują mieszkań, a nie odbudowuje się, a buduje od nowa? Mogę sobie wyobrazić decydentów i architektów, którzy wyszli z pożogi wojennej, czasu, gdzie życie ludzkie było warte nic, gdzie śmierć była stałym elementem codzienności. Rozwalenie nadpalonych murów i postawienie nowych cegieł, to była przy tym drobnostka. Albo wręcz symboliczne rozpoczęcie Nowego Życia. Bo przecież nastał też Nowy Ład Społeczny.

Co ciekawe, odbudowywano kamienice prywatne, a na państwowych gruntach burzono. Odwrotnie niż dziś, gdzie właściciel prywatny doprowadza budynek do ruiny, dyskretnie podpala mu piwnice, by potem rozłożyć ręce i westchnąć, no nie dało się uratować. Tak znika Moja Dzielnica. Po wojnie, w tej metodzie był też sprytny cel - prywatnym właścicielom dawano nierealne terminy na odbudowanie budynku, a gdy nie potrafili ich dotrzymać, odbierano im to co już zdołali podnieść z gruzów.

Ta sama pokrętna logika dotyczyła zabytków. Ustalono "dzielnicę zabytków", gdzie mogły one pozostać - wąski pasek jednej ulicy, a wszędzie indziej zostały one zburzone. Cały dowcip w tym, że w "dzielnicy zabytków" trzeba je było odtwarzać od nowa, powstał więc taki historyczny Legoland.

Czy można się dziwić, że ludzie przyjeżdżający do Mojego Miasta widzą je brzydkim, nieestetycznym, nie poskładanym? Niech postawią świeczkę za to, że ich miasta były tak mało ważne, że nikt nad nimi tak długo nie planował...

Po zdjęciach Miasta zniszczonego wojną, budynku, które po chwili miały zostać zburzone, przyszedł czas na projekty. Projekty nie zrealizowane. Można było zobaczyć, jak Miasto mogło wyglądać - np. jedna z głównych arterii, w centrum jako wielopasmówka, z niską jednostajną zabudową (szybko jadący kierowcy nie będą skupiać wzroku na tych budynkach) i wieżowcami na tyłach. Dziś kierowcy tkwią tam w korkach, bo jezdnie są 2-3 i mogą się do upojenia napatrzeć na budynki, a raczej na płachty reklamowe.

Przyznam się do ignorancji architektonicznej, ale nie miałam pojęcia, że pomiędzy ruinami, a socrealizmem był w Mieście jeszcze modernizm. I to powstało w tym stylu sporo ważnych budynków - część Sejmu, Dom Partii (to co dziś jest jego frontem miało być tyłem, podjazdem dla samochodów, pomiędzy nim a niedalekim Placem miała być pusta przestrzeń, z tarasem, eksponująca piękno budynku), GUS i sporo innych. Budowano ile się da, zanim nastało szaleństwo socrealizmu.

Prowadzący fajnie opowiadał o odbudowywanych osiedlach, pokazywał je z rzutu samolotu by można było dokładniej zobaczyć jak były rozplanowane. Płynnie przeszedł do socrealizmu i szczerze się przyznam, że nie wiem, czy byłabym w stanie rozróżnić co jest modernizmem, co socrealizmem. Zasada chyba była taka, że tam gdzie dziwne zdobienia, nie funkcjonalne tarasy, wysokie, półkoliste bramy, rozmach i przepych, to mamy to drugie :) Gdzie prostota, ascetyzm przypominający lata 30te - mamy to pierwsze.

Żałowałam, że zapomniałam długopisu. Byłyby takie fajne notatki.

Wykład miał trwać 1,5 godziny, ale mijała druga godzina, a prowadzący wciąż fajnie opowiadał. Dobrze, że nie musiałam wcześniej wyjść. Mimo to, treść wykładu, a moja percepcja stały się dwoma kartkami, które się rozślizgnęły. Kiedy chwyciłam, że zamiast słuchać, myślę o wannie z gorącą wodą, stwierdziłam, że trzeba wracać do domu.

A za miesiąc kolejny taki wykład :)

Wiertka znowu nocowała u taty i poświęcę temu jakiś inny wpis, bo tu już się rozpisałam.

Tagi