To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zdrowie

poniedziałek, 19 lutego 2018
Szczęśliwego Roku Psa :)

W sobotnie południe wybrałyśmy się z Wiertką na świętowanie chińskiego Nowego Roku - Roku Psa. Spotkanie odbywało się w Centrum Wielokulturowym w mojej dzielnicy i przeznaczone było głównie dla dzieci. Najpierw miła, chińska para opowiedziała nam, jak wymawiać nazwy poszczególnych zwierząt patronującym chińskim latom, jak w ich języku brzmią poszczególne rodzaje psów w zależności od ich przeznaczenia (domowy, przewodnik, ratownik). Pokazali slajdy ze słynnymi osobami urodzonymi w Roku Psa. 

A potem było to, co dzieci lubią najbardziej, czyli warsztaty. Do zebrania były cztery stempelki, za cztery różne umiejętności. Jedną z nich było zrobienie maski psa, takiej w chińskiego teatru, więc słabo prawdziwego psa przypominała, bardziej demona :) Potem ułożenie wizerunku psa z klocków tangramu. Dla Wiertki najfajniejsze było przymierzanie chińskich ubrań - prześlicznych bluzek. Wreszcie ostatnia umiejętność, czyli napisanie pędzelkiem i tuszem ikony symbolizującej Rok Psa. Oczywiście, jedna z pań pokazywała nam jak ułożyć dłoń, jak pociągać kreski. Nawet ja usiadłam i wykaligrafowałam swój znak. Bardzo fajna sprawa. O kaligrafii będzie jeszcze niedługo ciekawy wpis. Dla chętnych, dwie panie kaligrafowały imiona. Po zebraniu wszystkich stempelków i wypowiedzeniu hasła, czyli - po chińsku "Szczęśliwego Nowego Roku", każde dziecko dostawało dyplom oraz czerwoną kopertę. Z okazji nowego roku chińskie dzieci otrzymują takie koperty od swoich rodzin. One dostają w nich pieniądze, Wiertka znalazła w swojej tatuaże z chińskimi ikonami i papierową laleczkę. 

Na zakończenie spotkania był jeszcze poczęstunek - chińskie pierożki z sosem sojowym, wodorosty z sezamem, można się było napić herbaty. Posiedziałyśmy jeszcze trochę.

By pozostać w klimacie, zabrałam Wiertkę do wietnamskiej knajpki, która jest niedaleko naszego domu. Ona tradycyjnie jada tam tylko ryż i surówkę, ja lubię kaczkę lub kurczaka na gorącym półmisku. W knajpce, na ekranie leciała jakaś wietnamska stacja muzyczna i przy okazji zobaczyłam, że u nich jest już wieczór (sześć godzin do przodu). W tle leciały głównie romantyczne ballady o tęsknocie, nieszczęśliwej miłości. Wnoszę to z linii melodycznej i smutnych min osób występujących w teledyskach :)

Super dzień, gdyby nie to, że rano obudziłam się z bolącym kręgosłupem. Ceniłam, niezmordowane dotąd, moje ciało, które wbrew prognozom ortopedów trzymało się dzielnie. Teraz akurat postanowiło sobie przypomnieć, że mój kręgosłup jest mocno krzywy. Nigdy jeszcze mnie tak nie bolał. W Centrum Wielokulturowym, w knajpce jeszcze po prostu to znosiłam. Jednak wracając spacerkiem do domu, zobaczyłam, że idę małym kroczkiem, powoli, niczym matka bliźniąt przed porodem. A ból zaczął promieniować na biodra. Staram się, jak tylko mogę unikać brania środków przeciwbólowych, ale wszystko ma swoje granice. Po powrocie do domu, wzięłam Ketonal, położyłam się na boku w pozycji embrionalnej, bo tylko tak bolało najmniej i zasnęłam. Gdy się obudziłam, było lepiej. Jednak własne dziecko komentuje, że jestem stara i leniwa :) Nieważne, że większość dnia spędziłam razem z nią, na atrakcjach. Ważne, że po południu padłam ;)

Poguglowałam trochę po internecie i to mogły być też korzonki lub rwa kulszowa. Super, dolegliwości starszych państwa :) Dotąd mi się to z moimi rodzicami kojarzyło :) Moim znajomym, którzy częściej cierpią na bóle kręgosłupa chciałam wyrazić współczucie i podziw, bo to jednak ciężka przypadłość.

Niedziela także była aktywna, ale o tym w kolejnym wpisie :)

środa, 06 grudnia 2017
Dziecięco lekarsko

Wędrówka matki z dzieckiem po specjalistach jeszcze się nie zakończyła. Wczoraj miałam dzień wolnego, nie by wypoczywać, by pojechać z Wiertką na wizyty lekarskie.

 

Ortopeda. Gdy mała była z ojcem na wizycie kontrolnej w sierpniu padła hipoteza, że źródłem jej skrzywienia kręgosłupa są… nierówne nogi. Odrobinę mnie to podłamało. Bo przecież tego nie da się naprawić, skorygować. Jedynie wkładka do buta. Pojechaliśmy na prześwietlenie kręgosłupa. Wczoraj, na kolejnej wizycie kontrolnej, wreszcie zdjęcie było omawiane. Nogi są równe. Małe pocieszenie, bo okazało się, że skrzywienie kręgosłupa się pogłębia. Jest już na granicy, gdy trzeba by wdrożyć noszenie gorsetu. Jednak jakiś inny parametr pokazał, że zajęcia korekcyjne, na które Wiertka chodzi raz w tygodniu, pomagają. Dlatego chodzić będzie na nie nadal, co zepsuło humor mojej córce. Jeszcze pozostaniemy przy samych zajęciach i ponownie za jakieś dwa, trzy miesiące, pani doktor zobaczy, jak wyglądają plecy mojego dziecka. Zaniepokoiło mnie to, bo nawet chyba mój kręgosłup nie krzywił się tak gwałtownie. Choć kto wie. Powinnam w domu pilnować by prawidłowo siedziała i prostowała sylwetkę. Sama z dzieciństwa pamiętam, jak to jest trudne i teraz niemal to samo słyszę od mojej córki.

Dygresja. W dzieciństwie bardzo szybko rosłam i w pewnym momencie nie mogłam utrzymać w pionie tej mojej strzelistej sylwetki. To było tak w okolicach dziesiątego roku życia. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale naprawdę gdy byłam idealnie wyprostowana, to ciężko mi było oddychać. Bez przerwy garbiłam się niczym szympansiątko. Niestety, nawet to na zdjęciach widać. I teraz ten sam tekst mówi mi moja córka. Żałowałam potem, że wtedy nikt z pasem nie stał nade mną i nie pilnował robienia ćwiczeń. Obiecałam sobie, że własnego dziecka, gdy będę je miała, dopilnuję.

Tłumaczę jej moje własne doświadczenia, jak ważne jest by mieć prostą sylwetkę. Strzeliłam nawet umoralniającym tekstem:

- Kiedyś mi za to podziękujesz.

- Nie będę ci nigdy za to dziękować. – zarzeka się moje dziecko – Nie będę za to dziękować.

Potem kolejna wizyta z wynikami badań. Już kilka miesięcy temu zauważyłam pewną rzecz na ciele Wiertki. Ten sam objaw ja miałam w wieku dziesięciu lat. Dobrze pamiętam, bo na koloniach z innymi dziewczynkami porównywałyśmy sobie J W każdym razie, zaniepokoiło mnie, że może to sporo za wcześnie, ruszyło dojrzewanie i zaraz zacznie się cykl miesięczny. Powiedziałam o tym pediatrze. I tak Wiertka dostała skierowanie na badanie hormonów tarczycy, rentgen nadgarstka, usg brzucha. Sąsiadka, której córka miała podejrzenie problemów z tarczycą, stwierdziła, że to fajna pediatra. Oni dostali tylko skierowanie do endokrynologa, a wiadomo jakie są terminy. Musieli wszystko robić prywatnie.

Rentgen wykazał, że Wiertka ma kości dziesięcioletniej dziewczynki. Dopuszczalne jest wyprzedzenie dwuletnie, więc mieści się jeszcze w granicach. Być może po prostu relatywnie wcześniej dostanie pierwszą miesiączkę. Kiedyś od znajomej dowiedziałam się, że to ważne, by wiek kostny by zharmonizowany z wiekiem metrykalnym, bo w momencie dostania okresu wzrost u dziewczynki zostaje zahamowany lub zatrzymany. Powinna mieć już wtedy odpowiednio rozwinięte ciało. Usg brzucha wyszło ok – żadnych guzów, gruczolaków. Wyniki badań krwi i moczu dobre. Wyniki badań tarczycy w widełkach normy, tylko już dotykają górnej granicy. Na wszelki wypadek, Wiertka dostała skierowanie na usg tarczycy i skierowanie do poradni endokrynologicznej. Zapiszę ją i jeśli terminy będą odległe, to poczekamy. W związku z występowaniem w mojej rodzinie chorób tarczycy (na to zmarła moja mama), trzeba to kontrolować.

Mam nadzieję, że etap wynajdowania problemów zdrowotnych będziemy powoli kończyć.

 

15:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017
O zdrowiu

Korzystając z wolnego czasu i jeszcze ważnego ubezpieczenia medycznego, powtórzyłam to nieszczęsne badanie cukru we krwi. Tym razem z obciążeniem. Najpierw pobrali mi krew na czczo, potem - za radą pani doktor (żaden tam chleb żytni)  zjadłam obfite śniadanie, okraszone drożdżówką z lukrem, poczytała dwie godziny książkę i dałam sobie ponownie pobrać krew. I okazało się, że wynik badania na czczo był mocno poniżej tej granicy, za którą zaczyna się strefa zagrożenia, a po posiłku cukier nie skoczył za wiele - z 80 na 97. Okazało się, że cukrzycy nie mam.

Miałam wynik jeszcze jednego badania. Odkąd wyszłam w grudniu z przeziębienia, męczył mnie suchy kaszel. Po herbacie - kaszel, po zimnej wodzie - kaszel, po ciepłym posiłku - kaszel, po słodkim - kaszel, weszłam do ciepłego pomieszczenia - kaszel, wyszłam w chłodne - kaszel. Generalnie, nigdy nie wiedziałam, kiedy dostanę ataku. A tego cholerstwa nie dało się wykasłać na dobre. Podejrzewam, że to co się snuło w powietrzu, także nie pomagało. Miałam zawsze pod ręką jakieś tabletki nawilżające, ale one pomagały doraźnie. Po godzinie problem mógł wrócić.

Tak jak chciałam, pani doktor skierowała mnie na prześwietlenie klatki piersiowej. Oczywiście, wtedy kasłanie zaczęło już słabnąć - zapewne od ocieplającego powietrza. Jednak człowiek powinien raz na 2-3 lata prześwietlić sobie klatkę piersiową. Ostatnio zrobiłam to sześć lat temu. Trzeba korzystać z okazji. Przy okazji, nie byłabym sobą, gdybym się przez chwilę nie bała, że mam raka płuc. Prześwietlenie nic nie wykazało, prócz krzywego kręgosłupa, co zaskoczeniem nie było.

Nie mam pracy, pieniędzy, alimentów, kochającego faceta, zwyczajnego dziecka. Przynajmniej jestem zdrowa. Czytam relacje moich koleżanek, którym posypało się zdrowie - leżenie, szpital, konsultacje, rehabilitacje, ból, zniechęcenie. Dopóki ciało trzyma się w kupie, nic nie boli, coś można jeszcze z życiem zrobić. Na przykład zacząć biegać i zacząć ćwiczyć, bo to nie musi wiecznie trwać :)

11:00, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
sobota, 04 lutego 2017
Na złamanie karku

Przeczuwałam, że coś się może wydarzyć. I ściągnęłam. Nie patrzę w kategoriach intuicji. Patrzę w kategoriach przyciągania - myślisz o czymś, przykleja się do ciebie, nie możesz się od tej myśli opędzić, aż w końcu się wydarza. Niestety, z dobrymi rzeczami tak się nie staje. Pomimo wydania na ten temat tysiąca książek motywacyjnych i zrobienia tysiąca warsztatów.

W czwartek rano, odprowadzałam do szkoły dziecko. Szłam razem z sąsiadką i jej dzieckiem, koleżanką z klasy mojej córki. Chodzę niezdrowo, bo stawiam kroki od pięty - to źle robi na kręgosłup, stan obuwia i jak się okazało, na generalne wydarzenia. Bo poślizgnęłam się. I zamiast, jak normalny ssak, zgiąć się w pół, ja rąbnęła o ziemię jak kłoda. Walnęłam głową o zmarzniętą ziemię. Dobrze, że czapka trochę amortyzowała. Jednak uderzenie było na tyle silne, że krzyknęłam. A potem przez chwilę siedziałam i nie mogłam wstać. Po czaszce rezonowało, byłam oszołomiona. Odprowadziłam dziecko, wróciłam do domu - miałam wolne - i położyłam się. 

Trochę obawiałam się tego uderzenia. Wtrząsu mózgu, że coś mi pęknie, niczym Kożuchowskiej w kartonach. Mówi się o ludziach, którzy się uderzyli w głowę, nic im nie było, czuli się dobrze, a potem się położyli spać i już nie wstali. A mnie się zachciało spać. Tyle, że to dla mnie typowe. Potem też zdrzemnęłam się po 13:00, zastanawiając, czy się obudzę. Na razie wyrósł mi wielki, bolący trochę guz.

I było ok, do późnego popołudnia. A potem chyba zeszło napięcie z mięśni i głowa trochę bolała. Trochę w części czołowej, ale głównie od guza aż po kark - kości, kręgi szyjne, kark, a nawet część przednia szyi. To tak, jakby się całą noc spało w niewygodnej pozycji i rano obudziło połamanym. Nie był to silny ból. W skali 1-10 taka 3 albo 4. Byłam trochę rozbita. Wieczorem pojechałam jeszcze na spotkanie ze znajomymi. Potem, ponownie obawiałam się trochę zasnąć. Byłam strasznie senna, tak, że zamykały mi się oczy, ale po ich zamknięciu nie zasypiałam, tylko leżałam. A ciężko się z tymi obolałym karkiem, szyją i głową leżało, przekręcało z boku na bok, wstawało.

Jakoś nie widziałam sensu, by pójść gdzieś z tą głową. Jedyne, co by coś dało, to prześwietlenie. Lekarz rodzinny nic nie poradzi. Z Izby Przyjęć w szpitalu mnie wyproszą. Prześwietlenia nie zrobią bez skierowania. Przećwiczyła to moja ciotka, która w końcu zapisała się na płatne badanie. Na badanie nie dotarła, bo była akurat na pogrzebie. Już swoim własnym pogrzebie. Akurat poprzedniego wieczora, przed zaśnięciem myślałam o niej - gdy nagle umarła była o kilka miesięcy starsza, niż ja teraz jestem. Na początku marca będzie dziesiąta rocznica jej śmierci.

Mam nadzieję, że nie dorobiłam się żadnego krwiaka, który odezwie się za kilka miesięcy.

W piątek czułam się sporo lepiej, a dziś już prawie, że normalnie.

W każdym razie, czuję się bezpiecznie, bo wypadek mam odhaczony. Tylko jakoś miłości odhaczyć nie mogę :)

niedziela, 29 stycznia 2017
Weekendowo

Ten weekend miałam spędzić bez dziecka. Plany ciekawe - w sobotę gendery, na niedzielę zapowiadała się sokramka. A jakby nie dotarła, to była jeszcze wystawa fotomontaży Beksińskiego i wykład o Leśmianie.

W piątek wieczorem, razem z Wiertką pojechałyśmy w odwiedziny do jednej z moich koleżanek. Inna przyjechała na pewne szkolenie do Warszawy i była okazja by się spotkać. Zamówiłyśmy sobie pizzę, przyniosłam ciasto.

W sobotę rano, Mała obudziła się - o nietypowej dla niej porze, bo o 7:30 - z bólem głowy. Dobrze, że nie zasnęłam ponownie, pozwalając jej obejrzeć bajki, bo Wiertka za moment usiadła na łóżku zatykając buzię. Zdążyłam ją zaprowadzić do łazienki. Jeszcze muszę opanować manewr kierowania ją w stronę ubikacji, bo potem musiałam grzebać papierowym ręcznikiem w umywalce, by ją przepchać. Przy okazji zobaczyłam, że jej żołądek nie trawił już od poprzedniego wieczora, bo pizza i ciasto było nienaruszone.

Widać było, że ma gorączkę. Mdliło ją. Zaparzyłam jej rumianku, ale ledwo miała siłę podnieść kubek. Dostałam lek przeciwgorączkowy. Ponownie zasnęła.

W południe miał przyjechać po nią jej ojciec. Kiedyś zdarzyło się raz, że chore dziecko ubrałam, zapakowałam mu do samochodu na weekend. Też potrafi się takim zająć. Miałam wyrzuty sumienia, że matka tak nie postępuje. To były czasy, gdy Wiertka była trochę bardziej żywiołowa, bardziej wymagająca uwagi, a ja byłam bardziej zaangażowaną matką. Efekty był taki, że czasami byłam wykończona i marzyłam o pozbyciu się dziecka na ojcowski weekend. Do szóstego roku życia Wiertki, czułam, że matka nie powinna spławiać dziecka, gdy to chce się bawić, powinna zajmować się nim, a bajki to góra godzina dziennie. Jak przeciągnęłam do dwóch godzin, to było fatalnie. Tak przeżyłam sześć lat. A potem odpuściłam i to ostro. Chce oglądać cały dzień bajki - proszę bardzo. Chce grać w gry na tablecie - proszę bardzo. A i tak okazuje się, że dziecko woli bawić się ze mną. Przez sześć lat robiłam co mogłam dla rozwoju intelektualnego i emocjonalnego mojego dziecka. Co włożyłam, to w nim jest. Teraz stałam się olewającą matką. Jednak efekt jest taki, że gdy nadprogramowo wpadną dwa dni z dzieckiem, to nie reaguję płaczem :)

Napisałam do ojca Małej jak wygląda sytuacja - że może wpaść i posiedzieć z nią kilka godzin, gdy ja pojadę na zajęcia, a jak nie da rady, to ok, ten weekend też będzie ze mną. Przyjechał na połowę soboty. Pojechałam na gendery, gdzie dyskutowałam o cyborgizacji seksualności w ujęciu Donny Haraway ;) Daruję wyjaśnianie tutaj :) Gdy wróciłam, Mała znowu spała. Okazało się, że gorączka znowu podskoczyła prawie do 40 C.

Na wszelki wypadek, nasz syrop na gorączkę kończył się, podjechałam do sąsiadki w tym samym bloku i pożyczyłam więcej leku. Nie wiedziałam, jak może wyglądać noc. Pisałam z biedną sokramką, nie będąc pewną, czy następnego dnia będę mogła ją przyjąć. Co jeśli dziecko będzie leżeć w pościeli zmęczone? W końcu wizytę przełożyłyśmy.

Wiertka obudziła się wieczorem zdrowa, bez gorączki. Dziś była już pełna energii. Ma tylko lekki katar. Nie wykręciłam się przed zabawą z nią :)

środa, 14 grudnia 2016
Znowu

Znowu przeziębiona. Próbowałam dziś funkcjonować w pracy, bo to tylko katar. Nawet ja zorientowałam się, że kogo ja tu oszukuję. Silny katar i rozbicie. Który to już raz w tym roku. Czwarty. To nadal liczba jednocyfrowa, ale nigdy w życiu chyba moja odporność tak się nie sypała. 

Jutro odbieram nadgodziny i próbuję wyleżeć to, kiedy dziecko będzie w szkole.

piątek, 25 listopada 2016
Cukrowa śmierć

Jak każdy nadwrażliwiec, któremu wydaje się, że na pewno na coś umiera, robię sobie regularnie badania kontrolne ;) Morfologia, cholesterol, hormony tarczycy - moja mama na to umarła, poziom cukru - umarła na to babcia i jej siostry, choruje jeden z dziadków.

Dziś odebrałam wyniki. Niska hemoglobina, hematokryt trochę poniżej normy. Czyli słaniam się na nogach, bo idę w stronę anemii. Trzeba jeść więcej buraków, szpinaku. Co ciekawe, takie wyniki morfologii mam regularnie od jakiegoś czasu. Kiedyś nie mogłam przez to oddać krwi.

Niestety, nie tylko to. Cukier na granicy :( Jak spojrzałam w widełki, to dla mnie on jest już powyżej jej. Lekarka odrzekła, że to jeszcze nie cukrzyca. Mnie to jednak przygnębiło trochę. Jak wspomniałam, moja babcia i wszystkie jej siostry, chorowały na cukrzycę i umarły na nią. Babcia zachorowała tuż po 40stce, czyli mniej więcej w moim wieku. Umarła mając 61 lat, co wtedy wydawało mi się wiekiem mocno podeszłym, a dziś to dla mnie okres pełni życia i możliwości. Szczególnie, że co ekipę polityczną mieszają w wieku emerytalnym. Widziałam, co cukrzyca robi z ciałem człowieka - odbiera wzrok, możliwość chodzenia (stopa cukrzycowa), rozwala serce. Przez ostatnie dwa lata przed śmiercią, babcia nie widziała, leżała w łóżku, a dojście do łazienki wymagało asysty, bo nie miała siły. Gdy cukrzyca zaatakowała nerki, zaczął się koniec.

W dodatku, cukrzyca jest wstydliwą chorobą. Kojarzy się z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Co w czasach diety bezglutenowej, diety paleo, diety Kwaśniewskiego, diety doktor takiej lub brata zakonnego takiego jest występkiem bardziej odstręczającym niż zdrada małżeńska, czy sypianie z żonatym / mężatką ;) Ciało jest polem kontroli już nie w sferze seksu, ale w sferze jedzenia.

Nikt nie przyznaje się w wywiadach prasowych, czy telewizyjnych do tej choroby. Znani ludzie zapijają się, przedawkują narkotyki, ale nie naszprycują się cukrem na śmierć ;) To nie licuje z powagą celebrytowości ;)

Jedyny, znany, smutny przypadek to Robert Leszczyński, który zmarł zanim zdążył się zdiagnozować.

Z drugiej strony, dociera do mnie argument, że kiedy zachoruję na cukrzycę, będę brała dofinansowane leki, sponsorowane przez podatnika. A przecież do choroby się sama doprowadziłam. W takim razie, powinnam sama płacić za jej leczenie.

Wiedziałam, że jestem obciążona rodzinnie i jest ryzyko zachorowania. Po ostatnich wynikach, widzę, że to kwestia czasu. Dieta jedynie to odciągnie o kilka, kilkanaście lat. I mogę podejrzewać, jak będzie wyglądała końcówka mojego życia. Jeśli chce dożyć wieku emerytalnego, już teraz muszę zacząć ograniczać słodycze :( Trochę jak kazać alkoholikowi odstawić alkohol :( Czekolada mnie zabije ;)

19:05, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
czwartek, 10 listopada 2016
Głucho wszędzie

Wygrzebałam się dziś z domu i poszłam do mojej przychodni. Dziś akurat przyjmował laryngolog. Od razu, na wstępie dowiedziałam się, muszę mieć skierowanie w trybie pilnym. Internista, pracujący kilka gabinetów dalej kazał mi iść do laryngologa w trybie pilnym, ale nie pomyślał o skierowaniu. Dodatkowo usłyszałam - usłyszeć, to w moim przypadku, stwierdzenie trochę na wyrost - że doktor ma zapisane więcej pacjentów niż trwa dyżur i jak ma mnie przyjąć.

W recepcji okazało się, że mój internista będzie za półtorej godziny. Numerków nie ma, do nikogo nie ma. Do laryngologa karty mi nie dadzą, chyba, że za zgodą dyrekcji przychodni. W innych przychodniach też są laryngolodzy. Mam sobie poszukać. Albo jechać na ostry dyżur.

Już widzę te zachwyty na ostrym dyżurze, gdy przyjmują pacjentów spychanych przez przepełnione przychodnie. 

I dziś dopiero pomyślałam, że co mnie niby w tej przychodni trzyma? Kiedyś pediatra, z którym miałam częsty i intensywny kontakt. Wiertka rośnie i do lekarza chodzę z nią raz na kilkanaście miesięcy. Z internistami i lekarzami innych specjalności związana nie jestem. Przychodnia musi przyjąć chyba każdą liczbę pacjentów, którzy ją wybiorą. Nie może zacząć odmawiać. Co najwyżej, gdy zrobią się długie kolejki oczekiwania, może przyjąć więcej specjalistów. Jednak po co? To koszty. Najlepszy jest pacjent, za którym idą pieniądze z NFZ, ale się nie pojawia. Prawie taki jak ja.

Na szczęście, mam planową wizytę u laryngologa za dwa tygodnie. Koleżanka z pracy podrzuciła mi adres przychodni, gdzie termin oczekiwania na wizytę był miesięczny, nie kwartalny. Jakoś się doczołgam te kilkanaście dni z moim niedosłuchem. Cud człowieczego ciała i mózgu polega na tym, że adaptuje się do okoliczności i po pewnym czasie przestajesz zauważać, że nie dosłyszysz. No, chyba, że rozmawiasz ze sprzedawczynią, albo koleżanką z pracy.

poniedziałek, 07 listopada 2016
Zwolnienie lekarskie

Co zaskakujące, w piątek lekarz nie miał żadnych wątpliwości, że jestem przeziębiona i wymagam zwolnienia lekarskiego. Wypoczywam w domu do końca tego tygodnia. Dostałam antybiotyk, choć zapewne to sprawa sporna, czy potrzebuję. Gorzej, że według lekarza mój słuch się nie poprawi i mam w "trybie pilnym" próbować dostać się do laryngologa bez kolejki. Laryngolog przyjmuje jutro. Spróbuję.

W weekend wysłałam dziecko do ojca i całe dwa dni przeleżałam w łóżku. Energii starczało mi na oglądanie seriali i przeglądanie internetu w telefonie, bo słowo pisane kompletnie nie wchodziło.

Dziś część dnia spędzam, w szlafroku, przed komputerem i staram się zrobić w pracy to, co można szybko załatwić mailem. Zaraz jednak chyba wracam do łóżka. Katar prawie przechodzi. Bardzo się z tego cieszę, bo straciłam przez niego smak. Niby kubki smakowe na języku działają. Czuje się słodki, słony. Jednak w oderwaniu od zmysłu węchu, to nie ma kompletnie sensu. Jest masa słonych produktów, ale dopiero węch pozwala zróżnicować, który to "słony". Jestem głodna, a nie mam apetytu.

Plan jest by z domu wyjść rano by zaprowadzić dziecko do szkoły i po południu by je odebrać. Zakupy spożywcze zamówiłam przez internet i zaraz dojadą.

czwartek, 03 listopada 2016
Listopadowo zarazkowo

Listopad nie udaje kogoś, kim nie jest. Listopad jest listopadowy :)

Długi weekend był mi naprawdę potrzebny. Niewiele robiłam. Stopa odpoczywała, stłuczony palec odpoczywał. Trzeciego dnia, nawet z lekką przyjemnością pomyślałam o pracy. Wiertka też potrzebowała wytchnienia, bo w piątek miała ponad 38 stopni gorączki. Dzień poleżała i już od soboty czuła się zdrowa. Jednak codziennie budziła się koło 11:00 :)

I trzeciego dnia zrobiłam ten błąd. Poprosiłam Byłego by mnie i Wiertkę zawiózł samochodem na cmentarz. Nie chciałam ciągle forsować stopy. Szybka wycieczka, może z kwadrans byłam pomiędzy grobami. Zauważyłam, że tłumów nie ma, nie ma fali ludzi, korka samochodów. Przynajmniej na podmiejskim cmentarzu. Albo wszystko rozłożyło się na cztery dni, albo rzeczywiście całość poszła we wtorek.

Wróciłam do domu i szybko zaczęłam kichać. Wtorek był już przeleżany, przesmarkany i szło to w kilometry rzeczy higienicznych. Noce nieprzespane, bo nos zatkany, wybudzam się co chwila.

Jednak do pracy w środę poszłam. Okropne - iść na urlop i zaraz z niego na zwolnienie lekarskie. I zwalić pracę na innych. Czekało na mnie 130 maili - po dwóch dniach nieobecności, z czego jeden to piątek przed długim weekendem, drugi to poniedziałek pomiędzy wolnymi dniami. Fakt, że połowa maili nadawała się do kosza. 

Moje koleżanki traktowały mnie jak broń biologiczną, wbijając w poczucie winy. Słusznie zresztą. Miałam nadzieję, choć praktyka tyle razy pokazała mi, że to nie działa, na wyleżenie choroby po pracy. W czwartek poszłam do pracy ponownie, może czując się lepiej, ale wydaje mi się, co potwierdzało otoczenie, że chyba mam gorączkę. Jednak udało mi się zrobić wszystko, co potrzebne, nic nie wisi i teraz co najwyżej coś wpadnie na bieżąco.

O tym, że chodzą fale chorób widzę po autorespondentach od klientów, telefonów od podwykonawców. Anginy, zapalenia krtani, grypy, przeziębienia.

Jutro chcę iść do lekarza po zwolnienie lekarskie. Nawet jeśli nie wyleżę tego cholerstwa, to przynajmniej otoczenie nie będzie - niby to żartobliwie - syczeć na mnie. Wiem, mają 100% racji.

Najgorsze jest, że przez to przeziębienie... ogłuchłam. Już wcześniej zatkało mi trochę uszy. Pod koniec listopada mam wizytę i mam nadzieję, że zwyczajne płukanie pomoże. Teraz słyszę niewiele. W pracy nie ma mnie także dlatego, że gdy ktoś mówi przyciszonym głosem albo jest dalej niż metr - nie słyszę go. Mówię wszystkim otwarcie, że przez chorobę ogłuchłam, ale jest to kłopotliwe. W sklepach też. Czasami zapewne sprawiam wrażenie przygłupiej, bo przytakuję niczym Azjatka, nie wiedząc po co. Mam nadzieję, że to przejdzie. Za lekkie by dostać rentę, za ciężkie by zwyczajnie żyć :)

Nie mam pojęcia i nie wiem, który to już o tym wpis, że dopóki stoję na dwóch nogach i kontaktuję z otoczeniem, to wydaje mi się, że jestem jako tako zdrowa i mogę pracować, żaden lekarz nie da mi zwolnienia. Dziwne jak na kogoś, kto ze stresu, problemów życiowych, bólów istnienia, tudzież bólu dupy potrafi czuć się tak zmęczony, że chce się położyć na chodniku. Jak widać, to nie ciało pośle mnie do grobu.

 
1 , 2 , 3 , 4
Tagi