To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zdrowie

środa, 06 grudnia 2017
Dziecięco lekarsko

Wędrówka matki z dzieckiem po specjalistach jeszcze się nie zakończyła. Wczoraj miałam dzień wolnego, nie by wypoczywać, by pojechać z Wiertką na wizyty lekarskie.

 

Ortopeda. Gdy mała była z ojcem na wizycie kontrolnej w sierpniu padła hipoteza, że źródłem jej skrzywienia kręgosłupa są… nierówne nogi. Odrobinę mnie to podłamało. Bo przecież tego nie da się naprawić, skorygować. Jedynie wkładka do buta. Pojechaliśmy na prześwietlenie kręgosłupa. Wczoraj, na kolejnej wizycie kontrolnej, wreszcie zdjęcie było omawiane. Nogi są równe. Małe pocieszenie, bo okazało się, że skrzywienie kręgosłupa się pogłębia. Jest już na granicy, gdy trzeba by wdrożyć noszenie gorsetu. Jednak jakiś inny parametr pokazał, że zajęcia korekcyjne, na które Wiertka chodzi raz w tygodniu, pomagają. Dlatego chodzić będzie na nie nadal, co zepsuło humor mojej córce. Jeszcze pozostaniemy przy samych zajęciach i ponownie za jakieś dwa, trzy miesiące, pani doktor zobaczy, jak wyglądają plecy mojego dziecka. Zaniepokoiło mnie to, bo nawet chyba mój kręgosłup nie krzywił się tak gwałtownie. Choć kto wie. Powinnam w domu pilnować by prawidłowo siedziała i prostowała sylwetkę. Sama z dzieciństwa pamiętam, jak to jest trudne i teraz niemal to samo słyszę od mojej córki.

Dygresja. W dzieciństwie bardzo szybko rosłam i w pewnym momencie nie mogłam utrzymać w pionie tej mojej strzelistej sylwetki. To było tak w okolicach dziesiątego roku życia. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale naprawdę gdy byłam idealnie wyprostowana, to ciężko mi było oddychać. Bez przerwy garbiłam się niczym szympansiątko. Niestety, nawet to na zdjęciach widać. I teraz ten sam tekst mówi mi moja córka. Żałowałam potem, że wtedy nikt z pasem nie stał nade mną i nie pilnował robienia ćwiczeń. Obiecałam sobie, że własnego dziecka, gdy będę je miała, dopilnuję.

Tłumaczę jej moje własne doświadczenia, jak ważne jest by mieć prostą sylwetkę. Strzeliłam nawet umoralniającym tekstem:

- Kiedyś mi za to podziękujesz.

- Nie będę ci nigdy za to dziękować. – zarzeka się moje dziecko – Nie będę za to dziękować.

Potem kolejna wizyta z wynikami badań. Już kilka miesięcy temu zauważyłam pewną rzecz na ciele Wiertki. Ten sam objaw ja miałam w wieku dziesięciu lat. Dobrze pamiętam, bo na koloniach z innymi dziewczynkami porównywałyśmy sobie J W każdym razie, zaniepokoiło mnie, że może to sporo za wcześnie, ruszyło dojrzewanie i zaraz zacznie się cykl miesięczny. Powiedziałam o tym pediatrze. I tak Wiertka dostała skierowanie na badanie hormonów tarczycy, rentgen nadgarstka, usg brzucha. Sąsiadka, której córka miała podejrzenie problemów z tarczycą, stwierdziła, że to fajna pediatra. Oni dostali tylko skierowanie do endokrynologa, a wiadomo jakie są terminy. Musieli wszystko robić prywatnie.

Rentgen wykazał, że Wiertka ma kości dziesięcioletniej dziewczynki. Dopuszczalne jest wyprzedzenie dwuletnie, więc mieści się jeszcze w granicach. Być może po prostu relatywnie wcześniej dostanie pierwszą miesiączkę. Kiedyś od znajomej dowiedziałam się, że to ważne, by wiek kostny by zharmonizowany z wiekiem metrykalnym, bo w momencie dostania okresu wzrost u dziewczynki zostaje zahamowany lub zatrzymany. Powinna mieć już wtedy odpowiednio rozwinięte ciało. Usg brzucha wyszło ok – żadnych guzów, gruczolaków. Wyniki badań krwi i moczu dobre. Wyniki badań tarczycy w widełkach normy, tylko już dotykają górnej granicy. Na wszelki wypadek, Wiertka dostała skierowanie na usg tarczycy i skierowanie do poradni endokrynologicznej. Zapiszę ją i jeśli terminy będą odległe, to poczekamy. W związku z występowaniem w mojej rodzinie chorób tarczycy (na to zmarła moja mama), trzeba to kontrolować.

Mam nadzieję, że etap wynajdowania problemów zdrowotnych będziemy powoli kończyć.

 

15:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 14 marca 2017
O zdrowiu

Korzystając z wolnego czasu i jeszcze ważnego ubezpieczenia medycznego, powtórzyłam to nieszczęsne badanie cukru we krwi. Tym razem z obciążeniem. Najpierw pobrali mi krew na czczo, potem - za radą pani doktor (żaden tam chleb żytni)  zjadłam obfite śniadanie, okraszone drożdżówką z lukrem, poczytała dwie godziny książkę i dałam sobie ponownie pobrać krew. I okazało się, że wynik badania na czczo był mocno poniżej tej granicy, za którą zaczyna się strefa zagrożenia, a po posiłku cukier nie skoczył za wiele - z 80 na 97. Okazało się, że cukrzycy nie mam.

Miałam wynik jeszcze jednego badania. Odkąd wyszłam w grudniu z przeziębienia, męczył mnie suchy kaszel. Po herbacie - kaszel, po zimnej wodzie - kaszel, po ciepłym posiłku - kaszel, po słodkim - kaszel, weszłam do ciepłego pomieszczenia - kaszel, wyszłam w chłodne - kaszel. Generalnie, nigdy nie wiedziałam, kiedy dostanę ataku. A tego cholerstwa nie dało się wykasłać na dobre. Podejrzewam, że to co się snuło w powietrzu, także nie pomagało. Miałam zawsze pod ręką jakieś tabletki nawilżające, ale one pomagały doraźnie. Po godzinie problem mógł wrócić.

Tak jak chciałam, pani doktor skierowała mnie na prześwietlenie klatki piersiowej. Oczywiście, wtedy kasłanie zaczęło już słabnąć - zapewne od ocieplającego powietrza. Jednak człowiek powinien raz na 2-3 lata prześwietlić sobie klatkę piersiową. Ostatnio zrobiłam to sześć lat temu. Trzeba korzystać z okazji. Przy okazji, nie byłabym sobą, gdybym się przez chwilę nie bała, że mam raka płuc. Prześwietlenie nic nie wykazało, prócz krzywego kręgosłupa, co zaskoczeniem nie było.

Nie mam pracy, pieniędzy, alimentów, kochającego faceta, zwyczajnego dziecka. Przynajmniej jestem zdrowa. Czytam relacje moich koleżanek, którym posypało się zdrowie - leżenie, szpital, konsultacje, rehabilitacje, ból, zniechęcenie. Dopóki ciało trzyma się w kupie, nic nie boli, coś można jeszcze z życiem zrobić. Na przykład zacząć biegać i zacząć ćwiczyć, bo to nie musi wiecznie trwać :)

11:00, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
piątek, 25 listopada 2016
Cukrowa śmierć

Jak każdy nadwrażliwiec, któremu wydaje się, że na pewno na coś umiera, robię sobie regularnie badania kontrolne ;) Morfologia, cholesterol, hormony tarczycy - moja mama na to umarła, poziom cukru - umarła na to babcia i jej siostry, choruje jeden z dziadków.

Dziś odebrałam wyniki. Niska hemoglobina, hematokryt trochę poniżej normy. Czyli słaniam się na nogach, bo idę w stronę anemii. Trzeba jeść więcej buraków, szpinaku. Co ciekawe, takie wyniki morfologii mam regularnie od jakiegoś czasu. Kiedyś nie mogłam przez to oddać krwi.

Niestety, nie tylko to. Cukier na granicy :( Jak spojrzałam w widełki, to dla mnie on jest już powyżej jej. Lekarka odrzekła, że to jeszcze nie cukrzyca. Mnie to jednak przygnębiło trochę. Jak wspomniałam, moja babcia i wszystkie jej siostry, chorowały na cukrzycę i umarły na nią. Babcia zachorowała tuż po 40stce, czyli mniej więcej w moim wieku. Umarła mając 61 lat, co wtedy wydawało mi się wiekiem mocno podeszłym, a dziś to dla mnie okres pełni życia i możliwości. Szczególnie, że co ekipę polityczną mieszają w wieku emerytalnym. Widziałam, co cukrzyca robi z ciałem człowieka - odbiera wzrok, możliwość chodzenia (stopa cukrzycowa), rozwala serce. Przez ostatnie dwa lata przed śmiercią, babcia nie widziała, leżała w łóżku, a dojście do łazienki wymagało asysty, bo nie miała siły. Gdy cukrzyca zaatakowała nerki, zaczął się koniec.

W dodatku, cukrzyca jest wstydliwą chorobą. Kojarzy się z nieumiarkowaniem w jedzeniu i piciu. Co w czasach diety bezglutenowej, diety paleo, diety Kwaśniewskiego, diety doktor takiej lub brata zakonnego takiego jest występkiem bardziej odstręczającym niż zdrada małżeńska, czy sypianie z żonatym / mężatką ;) Ciało jest polem kontroli już nie w sferze seksu, ale w sferze jedzenia.

Nikt nie przyznaje się w wywiadach prasowych, czy telewizyjnych do tej choroby. Znani ludzie zapijają się, przedawkują narkotyki, ale nie naszprycują się cukrem na śmierć ;) To nie licuje z powagą celebrytowości ;)

Jedyny, znany, smutny przypadek to Robert Leszczyński, który zmarł zanim zdążył się zdiagnozować.

Z drugiej strony, dociera do mnie argument, że kiedy zachoruję na cukrzycę, będę brała dofinansowane leki, sponsorowane przez podatnika. A przecież do choroby się sama doprowadziłam. W takim razie, powinnam sama płacić za jej leczenie.

Wiedziałam, że jestem obciążona rodzinnie i jest ryzyko zachorowania. Po ostatnich wynikach, widzę, że to kwestia czasu. Dieta jedynie to odciągnie o kilka, kilkanaście lat. I mogę podejrzewać, jak będzie wyglądała końcówka mojego życia. Jeśli chce dożyć wieku emerytalnego, już teraz muszę zacząć ograniczać słodycze :( Trochę jak kazać alkoholikowi odstawić alkohol :( Czekolada mnie zabije ;)

19:05, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
środa, 15 lutego 2012
Testy alergiczne, cz. 1

Miałam wczoraj robione testy alergiczne. Na razie tylko część. Pielęgniarka nakropiła mi tych substancji, a następnie - kroiła, drążyła, rżnęła moją biedną rękę. Tak na prawdę, tylko lekko nacinała nożykami, ale ja miałam minę jakbym brała udział w kolejnej wersji "Piły". I nawet zaciskanie oczu nie pomogło ;) Potem siedziałam jeszcze chwilę w gabinecie, a z przejęcia mi dech zatykało. Czekałam na szok anafilaktyczny :) Po kilku minutach mogłam wyjść z gabinetu i poczekać na korytarzu. Dobrze, że pani doktor mi potowarzyszyła, bo najpierw staranowałam parawan, potem drzwi :) Na swoją kolejkę do testów czekał 7mio letni chłopczyk.

- Tylko dziecko teraz wystraszę. - zażartowałam siadając w poczekalni blada jak ściana.

- On już miał jedną turę testów. Prawda, że się nie boisz?

Siedmiolatek pokręcił wysoko podniesioną głową i dziarsko wszedł do gabinetu. Nawet dziecko ma więcej odwagi ode mnie :)

Zatykanie w piersi przeszło, gdy wyciągnęłam książkę do poczytania :)

Testy wyszły ok - seria dotycząca pylenia roślin. Jakiś drobny rumień przy brzozie i tyle. Kolejne za półtora miesiąca.

15:29, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 29 listopada 2011
Po alergologu

Najpierw poranek. Wyjście do żłobko-pracy. Wystawić spacerówkę na korytarz, zdjąć dziecko z rowerka, wynieść siatkę z rzeczami dziecka, złapać dziecko, wsadzić do wózka, zapiąć, ściągnąć windę, zamknąć mieszkanie na klucz. Potem spokojnym tempem na przystanek autobusowy, bo czasu trochę zostało. Na przystanku czuję, że coś mi "lekko". Moja torebka, cholera! Kłusem z powrotem do domu.

Wyrwałam się dziś z pracy na 1,5-2 godziny (tyle obiecane w mailu do szefa) na wizytę do alergologa, na omówienie wyników badań. Alergolog w przychodni państwowej. I to chyba moja ostatnia przygoda z państwową specjalistyczną służbą zdrowia. Stać mnie. Zapisana byłam na 10:30, o 10:20 ktoś jest już u pani doktor, a kobieta na 10:15 czeka. Chwila, co za kretyn wymyślił by pacjentów zapisywać co kwadrans, gdy wizyta i tak trwa minimum pół godziny? Zapewne ten, który chce wyciągnąć jak najwięcej z NFZ za wizyty. Zaraz po mnie wpada inna kobieta mówiąc, że jest na 10:00, ale dopiero wyrwała się z pracy. Biedactwo. Chwila, skoro alergolog przyjmuje od 10:00, a pacjentka na tę godzinę dopiero jest, to kto jest w gabinecie? Jakieś chamstwo wlazło bez zapisu.

10:45 z gabinetu wychodzi staruszka. I tu sama jestem sobie winna i to do siebie powinnam mieć pretensję. Trzeba było pani na 10:00 powiedzieć, że przykro mi bardzo, ale za jej spóźnienie, ja nie będę świecić oczami w swojej pracy i przesunąć ją na koniec kolejki. Milczałam i ta weszła do gabinetu. Tymczasem przyszła kobieta zapisana na 11:00. Chwila, mężczyźni nie korzystają z porad alergologicznych?

Mija kolejne pół godziny, kiedy to szlag mnie trafia, idę wypalić papierosa przed przychodnię i mam w dupie, czy alergolog to wyczuje i mnie opieprzy. Godzina 10:00 wychodzi, a 11:00 próbuje się wcisnąć przed nas, bo ona była zapisana na jedenastą, a jest jedenasta piętnaście. Koniec kropka. 10:15 i 10:30 (znaczy ja) odreagowałyśmy na niej swoje stresy, w wyniku czego spod gabinetu dało się usłyszeć wycie i pisk trzech szczepionych suk. Doktor nas rozdzieliła i kazała wchodzić według godziny zapisu.

Dowiedziałam się przy okazji, że o 9:59 pod gabinetem czatowała staruszka zapisana na 10:45 i skoro nikogo nie było, to weszła wcześniej. Nie ma to jak starsze panie, które mają dużo czasu i mogą siedzieć w przychodni od 8:00, oraz zwiedzać gabinety lekarskie jak emerytki na zachodzie ciepłe kraje. Chwila, też będę starszą panią, odbiję sobie.

Wreszcie weszłam ja. Wyniki badań krwi ok, spirometrii ok. Nie mam astmy, ani obturacyjnej choroby płuc, co w rankingu hipochondryków spycha mnie na dalekie miejsce. Chwila, pójście do lekarza i na badania już to zrobiło. Mam się zapisać na kolejna wizytę, na testy alergiczne. Wtedy to sobie dzień urlopu wezmę.

W biurze nie było mnie 3 godziny, ale szef jakoś nie zwrócił mi uwagi.

16:06, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 listopada 2011
Zombie ząb

Moment, w którym zaczyna działać środek znieczulający bywa czasem przyjemniejszy od orgazmu :)

Właśnie zaczął działać u mnie :)

Niedawno pisałam tu o pobolewającym zębie, części szczęki. Wczoraj byłam w gabinecie stomatologicznym. Doktor znalazła mi dwa zęby do podleczenia, więc nie zostało mi odpuszczone. Co do tego bolejącego miejsca. Stomatolog spojrzała i skomentowała:

- A to martwy ząb, to wiadomo.

- To martwy ząb może boleć? To jakiś "zombie ząb"?

Zrobili mi prześwietlenie gagatka, bo bez tego nie dało się ocenić, co się tam dzieje pod spodem. Okazało się, że na trzy kanaliki drożny jest tylko jeden, dwa są do podleczenia ponownego. Problem w tym, że ta klinika nie podejmuje się takich zabiegów - tu usłyszałam dziwną nazwę, zaczynającą się na "mikro" - mogą dać kontakt do innej, ale takie leczenie sporo kosztuje. Fajnie się słucha, jak się akurat wyskoczyło z 180 PLN i w poniedziałek czeka powtórka. Stomatolog wyjaśniła, że nie musi się tam dziać nic złego, wszystko rozbija się o to, ile jestem w stanie wytrzymać. A osłabiona odporność może wywoływać te pobolewania.

Jeszcze się zastanowię, może poszukam innych ofert cenowych w necie. Może są jakieś rabaty na "gruponie" ;)

Czy w takim razie ten ząb został kiedyś źle wyleczony na starcie? Pamiętam, jak dziś, niestety. 22 lata temu, gabinet dentystyczny w podstawówce (ale przynajmniej wtedy były), do którego weszłam by z ciekawości zrobić przegląd zębów. Naiwna, po zawsze zdrowych i silnych mleczakach, nie wiedziałam co mnie czeka. A czekało mnie leczenie kanałowe szóstki bez znieczulenia, starą maszyną, z której unosił się zapach pyłu. Niemal jak z filmu Koterskiego. Trauma pozostała do dziś i moje pierwsze zdania na fotelu dentystycznym to "proszę znieczulenie" oraz "będę stękać".

Dygresja: Będąc w ciąży trochę obawiałam się skali bólu porodowego, ale gdy przeczytałam czyjąś wypowiedź, że bardziej boli leczenie kanałowe, to odetchnęłam z ulgą - przeżyłam i nie byłam sobie w stanie wyobrazić nic bardziej bolesnego. Moje nadzieje sprawdziły się. W skali traumy bólu: leczenie kanałowe 11/10, poród 3/10. Choć zapewne natężenie bólu: leczenie kanałowe 11/10, poród 100/10. Nie wiem na czym to polega ;)

Dziś nie jestem już wcale taka pewna, czy dam radę zwlekać z leczeniem tego zęba. Znowu pobolewał, może nie bardzo, ale w połączeniu z kaszlem i katarem dawało to piorunującą mieszankę.

Ale już działa proszek przeciwbólowy :)

13:31, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 04 października 2011
Mój przegląd techniczny

Wspominałam, że w sierpniu internista zleciła mi różne badania. Zrobiłam je i jakby dokonałam na sobie przeglądu technicznego.

O alergologu będzie za jakiś czas, bo mam badania przez niego zlecone i jakoś nie wierzę, że te kaszle miały podłoże alergiczne.

USG jamy brzusznej pięknie i typowe. Wątroba zdrowa, trzustka zdrowa - tylko pić, jak podsumowałam z kolegą z pracy ;)

Po tych ciągnących się tygodniami kaszlach bałam się RTG płuc i już widziałam się umierającą na raka. Mamy wspaniałe kampanie mówiące, że raka piersi można pokonać, ale nie znam nikogo, kto by zwyciężył tego w płucach. Jest ok, żadnych guzków, żadnych zmian.

Tylko... Mam małe serce... Zmniejszone. Dopytałam się o to internisty, ale ten stwierdził, że niepokojące bywa powiększone, ale w drugą stronę jest ok. Tylko wydolność mogę mieć mniejszą. Ciekawe, czy to przez to tak szybko męczyłam się w dzieciństwie na zajęciach wychowania fizycznego i przez to znienawidziłam aktywność fizyczną na wiele lat?  Dobrze, że nie wiedziałam o tym dwa lata temu, przed porodem, bo bym żyła ze schizą, że nie dam rady urodzić naturalnie, a na skierowanie na cesarskie cięcie nie mam szans. W sumie, nie dałam rady - użyli próżnociągu i czasem czuję wstyd, że jestem tak kiepska w rodzeniu.

Mam nadzieję, że to na prawdę nieszkodliwa cecha serca. Moja koleżanka miała nieszkodliwą wadę i pewnego dnia osierociła dwie córeczki - 2 i 4 letnią. Dziś dowiedziałam się o pewnym 13to latku, który (serce operowano mu po narodzinach i miał być już zdrowy) wczoraj poszedł spać, rano już się nie obudził.

Znowu przychodzą myśli, że pewnego ranka się nie obudzę, Wiertek powie "czeeeee" i nic nie usłyszy. Weźmie niekapek z piciem i będzie czekać, aż się obudzę. A jej ojciec będzie na drugim końcu kraju, z planem powrotu dopiero za kilka dni.

W każdym razie - nie mówcie, że jestem bez serca, jest po prostu zbyt małe by wszystko pomieścić ;)

13:12, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi