To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: zdrowie

czwartek, 18 października 2018
Przeziębieniowo

Zauważyłam ciekawą rzecz. Dwa ostatnie lata były dość ponure i tak też reagowało moje ciało – miałam jakieś 4-6 przeziębień i – to dość silnych – rocznie. W tym roku, gdy – oby trwało – rzeczy układają się, jak normalnemu człowiekowi, od stycznia nic mnie nie dopadło. Zimą miałam jakiś katar, ale uznaję, że dwa razy do roku – wiosną i jesienią, każdemu może się zdarzyć.

 

Przez przepiękną, ciepłą jesień biegałam długo w letnich trampkach, balerinkach i na serio nie wyczułam, że aura to już mniej sprzyjająca. W sobotę wyszłam z dzieckiem po południu na plac zabaw i tak koło 18:00 stojąc na trawie, poczułam, że weszłam w kontakt z matką ziemią, czyli chłód przeszedł z moich stóp gdzieś pod gardło. W niedzielę trochę mnie rozbierało, trochę kichałam i wieczorem jeszcze sobie dowaliłam (będzie o tym wpis).

Efekt był taki, że w poniedziałek pojechałam do pracy z rosnącym katarem i rozbiciem fizycznym. Pojechałam, bo nie chciałam zostawić koleżanki do 10:00, kiedy to przychodzi reszta, z wszystkimi sprawami. A o 10:00 dali mi laptop i kazali wracać do domu, pracować zdalnie, albo iść do lekarza. W tej firmie nawet szef wyprasza przeziębionych do domu. W domu udało się z sukcesem odpalić wszystkie firmowe pogramy i dwa dni pracowałam zdalnie.

Było to nawet miłe. We wtorek, w szlafroku zrobiłam dziecku śniadanie, wyprawiłam je do szkoły, potem wróciłam do łóżka, obłożyłam się laptopem, notatkami, kawą, herbatą i tak pracowałam. Tylko brakowało mi ludzi.

W środę wróciłam już do biura. Katar zelżał, musi się wykatarzyć, ale mogę oddychać. Przyszedł suchy kaszel, biorę syrop. Idzie ku lepszemu.

 

16:15, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
środa, 17 października 2018
Egzamin dla moich piersi

Za mną kilka fajnych lub po prostu wydarzeń kulturalnych, przeziębienie, więc zrobiła się lista wpisów do zrobienia i kilkudniowe milczenie jest wytłumaczone.

 

Dziś jednak chciałam pochwalić się swoją utratą dziewictwa w pewnej kwestii :)

Tydzień temu zarządca biurowca rozesłał maila informującego, że z okazji października miesiąca Walki z Rakiem Piersi, pod kompleksem stanie mammobus, w którym pracownice powyżej 50 roku życia będą mogły zrobić badania za darmo, a pracownice powyżej 40 roku życia, część z nich bez kosztów (te pierwsze), część  z nich za symboliczną kwotę. Pomyślałam, że nawet jak muszę zapłacić, to i tak oszczędność czasu – wstaję zza biurka i idę na badanie. Nigdzie nie jeżdżę.

I oto nastał ten dzień. Mam dział cały 40+. Poszłyśmy w dwie tury, by zawsze ktoś odbierał telefony i odpisywał na maile. I każda z nas załapała się na darmową pulę.

Tak oto miałam swoją pierwszą mammografię w życiu. Wszelkie opowieści jak to jest, jak wygląda, nie są w stanie oddać tego. Przyjęłam strategię przejścia tego z zamkniętymi oczami i głębokim oddechem. Gdy twój cycek jest ściśnięty pomiędzy dwoma tabliczkami, trochę traci się poczucie humoru i sarkazm. Nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że można zrobić z niego taki placek.

Wyniki przyjdą pocztą w ciągu dwóch, czterech tygodni. Lub telefon jeśli nie będą dobre.

 

środa, 14 marca 2018
Szpitalnie

Pod koniec listopada, w badaniu laryngologicznym u Wiertki stwierdzono niedosłuch. Kazano mi wtedy zapisać ją na dokładniejsze badania w Centrum Zdrowia Dziecka. Najbliższy termin był w połowie marca, czyli teraz.

Pod koniec roku wiedziałam, że w marcu prawdopodobnie będę już w nowej pracy, ale nie mogłam wiedzieć, czy będę pracować od kilku tygodni, czy od kilku dni. Wypadło tak, że to mój drugi tydzień nowej pracy. Może mam problem z balansem pomiędzy wartością rodziny dla mnie, a myśleniem o miejscu zarobkowym. Uznałam, że to niefajne prosić o dwa dni wolnego. Plus to, że skoro tata Wiertki może pomagać jedynie w formie opieki, to ja zajmę się zarobieniem na dziecko, on wożeniem ją po lekarzach. 

Badania miały trwać cały jeden dzień (wtorek) i jedną noc. Trochę okrutne posyłać dziecko na lekcje po nocy w szpitalu, więc w środę też musiałaby być, po wypisie, w domu. Ja pojechałam do pracy, a wtorkowe badania przeszedł z nią tata. Dużo ich raczej nie było. Ja prosto z pracy, przejechałam całe miasto, by go wymienić. Łatwiej trafić do Narnii, czy Hogwartu niż na Oddział Audiologii i Foniatrii w CZD. Napiszę tylko, że trzeba było iść dziwnym korytarzem, potem dwa piętra w dół, potem korytarzem w piwnicy, potem piętro w górę, potem... Czułam się jak w Królestwie, duńskim szpitalu z serialu Larsa von Triera. Nawet teraz nie przeszłabym tej trasy poprawnie. Z drugiej strony, mijałam oddziały gdzie łatwo jest trafić, ale gdzie leżały dzieci z na prawdę poważnymi chorobami. Może to i lepiej.

Wiertka leżała na sali z trzema innymi dziewczynkami w podobnym wieku, może trochę starsze. Tyle, że one były na jakimś ośmiodniowym turnusie leczniczym. I dwie były same. To już powoli ten wiek, gdy rodzina nie waruje non stop przy dziecku, ale ma z nim kontakt telefoniczny. Teraz widziałam jak moje dziecko wybija się z ponad innych. Nie wiem, czy na plus. Bez przerwy mówiła, nawet bawiąc się, grając na tablecie. Albo śpiewała. Była jak non stop włączony odbiornik. Mówiła głośno, sporo głośniej niż towarzyszące jej dzieci. A w zabawie przejęła kontrolę. 

W nocy miała mieć badanie jakiś sygnałów z pnia mózgu. Jednak w tym celu musiała być w głębokim śnie. Doktor mnie podłamała, bo powiedziała, że dziecko do sali badań zanosi rodzic... Najczęściej badane są młodsze i to kłopotem nie jest. Największym problemem okazało się uspanie Wiertki. Zapewne przez nowe miejsce, natłok wrażeń, nie mogła zasnąć. Dzieci z sali i pokoi obok już spały. Ja leżałam obok na leżaku. Przed 23:00 dostała syrop na sen. Po jego łyknięciu od razu poszłyśmy do sali badań, by tam zasnęła. Akurat. Lek nie podziałał. Ja już ziewałam i podsypiałam. Wróciłyśmy na naszą salę. Ja poszłam się zdrzemnąć. Wiertka leżała. Niby wyglądała na pogrążoną we śnie, a wystarczył drobiazg i siadała na łóżku: "Mama, ja nie śpię. Mama, ja nie śpię".

Po północy zrobiłyśmy kolejne podejście do sali badań. Ja już byłam wyrwana z półsnu. Wiertka jakby także. Tam czekałam. Dziecko wydawało się pogrążone we śnie. Odgarniałam jej włosy, by zobaczyć miejsca do badania - nie ruszała się. Badanie zaczęło się, ale pani doktor, co jakiś czas mówiła, że mała nie śpi. Spała, ale nie spała. Moim zdaniem śniła. Po badaniu nie miałam problemu z odprowadzeniem dziecka, bo Wiertka obudziła się dość szybko, ale po rzuceniu się na łóżku, zasnęła ponownie. Chyba nawet tego nie pamięta. Była 1:00, wreszcie mogłam zasnąć normalnie. 

Ja też spałam jak zając pod miedzą, wybudzałam się co godzinę. A rano, przyjechał tata Wiertki, ja umyłam się, przebrałam i pojechałam do pracy.

Na szczęście, w biurze jest ekspres z mocną kawą i na razie zajmuję się prostymi rzeczami. Koleżanki nie zawalały mnie robotą. Żałowałam, że nie wzięłam tuszy do rzęs, bo przed pierwszą kawą wyglądałam makabrycznie.

Ojciec Wiertki jak to on, odwiózł ją do domu i zostawił razem z kupionym obiadem. Do mojego powrotu bawiła się sama. Farciara, zrobiła sobie drzemkę pomiędzy 12:00 a 15:00. Ja dziś padnę raczej wcześniej. Ciekawe jak ona.

Wypis i wyniki przeglądałam, ale na razie słabo do mnie docierają.

19:46, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 06 marca 2018
Samodzielność w domu

Wiertka już wczoraj opowiadała, że w szkole bolała ją głowa, miała zaróżowione policzki, ale temperaturę normalną. Gdy zasypiała było widać, że zaczyna się katar. Z emocji z tym związanymi, wybudzałam się kilka razy w nocy, przysłuchiwałam się, jak mi dziecko oddycha, czy się nie dusi od zatkanego nosa. Sama jeszcze tydzień temu, wiedziałam jak może się czuć człowiek pierwszego dnia kataru, po nocy bez tlenu. A ja pracuję dopiero od trzech dni. Mam intensywne szkolenia na trudnych programach SAP, gdzie by coś łapać trzeba umieć powiązać kilka nitek. Nie jestem jedyną nową osobą, więc nikt nie zrobi dla mnie przerwy, będę sama nadganiać. I tak rozmyślałam część nocy nad różnymi opcjami.

Rano Wiertka była niby w miarę dobrym stanie. Widać było, że ma katar. Zaczęłam nas przygotowywać do wyjścia i wtedy moje dziecko zadało rozsądne pytanie:

- Dlaczego wysyłasz mnie do szkoły chorą?

Podzieliłam się z nią moimi nocnymi rozmyśleniami i Wiertka odniosła się do nich z ogromnym entuzjazmem - ależ ona bardzo chce zostać sama w domu i zdrowieć, nie boi się, da sobie radę. Już od wielu miesięcy, jeszcze w wakacje, prosiła mnie, że woli zostać w domu, nie iść na lato w Mieście. Zostawała już w domu sama, gdy jechałam na rozmowę w sprawie pracy, ale zawsze było to góra trzy godziny. Obawiałam się, że prawie cały dzień, to ją przerośnie emocjonalnie. Nie boję się, że wpadnie na głupi pomysł, coś zniszczy, złamie, wpuści złodzieja. Obawiałam się, że coś jej nie wyjdzie, zepsuje się i będzie dwie godziny rozpaczać. Nigdy bym sama z siebie nie pomyślała, gdyby nie to, że Wiertka wcześniej wychodziła z propozycją, że chce spędzić sama dzień w domu. Nie zrobiłabym też tego, gdyby miała gorączkę, poważniejszą chorobę. 

Miała przygotowaną do szkoły kanapkę, obiad w pudełku, serek na przekąskę. Potrafi korzystać z zawartości lodówki i pieczywa. Pojechałam do pracy. Wiertka miała jednak tablet, z założonym, kilka miesięcy temu, kontem internetowym i mój adres w kontaktach zapamiętanych (czasami pisze do mnie, gdy jest u taty). Prosiłam ją by pisała do mnie maile. I tak przez cały dzień odbierałam od dziecka wiadomości na telefonie i odpisywałam ukradkiem Telefon sprawdzałam co kilka minut niemal, jak głupia, a gdy szłam na dłuższe szkolenie w sali konferencyjnej, to napisałam do której godziny nie będzie ze mną kontaktu. Ona ze swojej strony też informowała, że bateria ma tylko 4%, żebym wiedziała, że jak się będzie ładować, to nie będzie kontaktu. Pierwszą wiadomość dostałam zanim dotarłam do pracy - telewizora nie mogła włączyć. Już widziałam moje dziecko, jak ryczy stojąc na środku pokoju i byłam zdenerwowana. Napisałam jej, jak może sobie poradzić, ale potem dostałam maila, że jest już ok. Uff, co za ulga. Następnie pisała mi, co aktualnie ogląda :) W środku dnia dowiedziałam się, że jest bałagan, bo się tortellini z obiadu rozsypały. Napisałam, że to nic strasznego. A gdy wychodziłam do domu, to wysłała mi prośbę, by za jej tygodniówkę kupiła słodyczy. 

Oprócz tego, dzwoniłam do jej ojca i w razie sytuacji alarmowej miał do niej pojechać.

Gdy weszłam do domu, Wiertka zanim wpuściła mnie do pokoju, ostrzegła:

- Ale pamiętaj, że jestem chora.

I tak - rozsypane tortellini to był drobiazg. Do ich towarzystwa zrzuciła miskę z mlekiem i płatkami, jakie zostały ze śniadania, w to wpadły opakowania po serku. A całość ugarnirowana była zasmarkanymi chusteczkami higienicznymi oraz kawałkami ręcznika papierowego, bo moje dziecko próbowało zacząć sprzątać. Jako, że wszystko to leżało na ziemi od kilku godzin, to zdążyło zakrzepnąć. Sama tego chciałam :)

Wiertka jest zadowolona. Nie tęskniła, nie bała się, spędziła fajnie dzień. Zdrowa idealnie nie jest, ale do weekendu jakoś dociągnie.

Mam nadzieję, że nie zostanę za tę szczerość skrytykowana :/

18:58, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
czwartek, 01 marca 2018
Nowe

Trzy dni spędzone w domu (z wyjściami po dziecko do szkoły) pomogły i czuję się już prawie normalnie. Próbuję jeszcze zdusić początki kaszlu. Jak to zwykle bywa przy mrozach, czuję ogromną suchość w gardle. Ciągle bym popijała wodę i słabo pomaga. Jakbym miała tam papier ścierny :) Zdusiłam ochotę napicia się piwa, czy białego musującego wina, które zapewne doskonale by nawilżyły. Nie wiem, jak by było z następnym porankiem :)

Pierwszy dzień w pracy. Starałam się być dzielna, uważna i miła. Mocno starałam, bo - czy to z emocji, czy z powodu dzisiejszej pełni - nie mogłam zasnąć. A jak wreszcie przysnęłam, to wybudziła mnie jakaś imprezka obok w bloku. Na szczęście krótka. Usnęłam na dobre o 3:00, by po 6:00 obudził mnie budzik. Nad ranem miałam jeszcze sen w którym kruki, czy wrony (niczym z literatury) rozdziobywały nagie ciało martwego dziecka. No super :) Efekt był taki, że byłam przez cały dzień straszliwie senna i walczyłam, by tego nie było po mnie widać :) W firmie jest ekspres z dobrą kawą, więc korzystałam.

Dział, w którym pracuję rzeczywiście składa się z osób w moim wieku, a nawet nieco starszych. O pracy rozpisywać się nie będę. Na razie szkolenia, wdrożenia, CRMy i SAPy migają przed oczami. Skończyło się lenistwo :)

19:08, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 28 lutego 2018
Aby tradycji stało się zadość

Aby tradycji stało się zadość... przeziębiłam się :)

Lata mijają, rządy upadają, zmieniają się kroje spódnic i fryzury, ale bezcielesna musi zaliczyć przeziębienie pod koniec zimy i zapewne jeszcze jakieś do końca roku. 

Może to przez to przewianie i siedzenie boso w piątek, może to przez te przeciągi w sobotę. A najbardziej prawdopodobne, że przez moją głupotę. W sobotni wieczór postanowiłam napić się piwa. I to jeszcze nie byłoby takie dziwne. Ja włożyłam to piwo do lodówki i wypiłam lodowate. Po dwóch dniach w chłodzie, spacerach na mrozie, ja jeszcze sobie wymroziłam gardło. Musiałam je sobie tym podrażnić i choróbsko weszło.

W niedzielny poranek obie byłyśmy z Wiertką zmęczone. Mnie pobolewało gardło, ale myślałam, że to kwestia wypicia kilku gorących herbat i przejdzie. W niedzielę urodziny miała moja przyjaciółka. Obiecałam, że odwiedzę ją. Ona zrobi obiad, pogadamy sobie. Gdyby to było większe przyjęcie, to bym ją przeprosiła i została w domu. Ale z Wiertką miałyśmy być jedynymi gośćmi i głupio mi było tak odwoływać, gdy ona już stała przy garnkach. Biedna Wiertka się popłakała i doskonale ją rozumiem. Miała prawo być zmęczona. Ja w międzyczasie zaczęłam kichać i smarkać. Pojechałyśmy. Trochę posiedziałam, pogadałam, Wiertka nawet dobrze się bawiła ze zwierzakami. Wróciłyśmy do domu po trzech godzinach wizyty.

Tradycyjnie, jedna noc nie przespana przez zatkany nos. Poniedziałek byłam rozbita, we wtorek czułam się lepiej, ale nie wychodziłam z domu. Bardzo pomogła mi sąsiadka - nasze dzieci chodzą razem do klasy - i w poniedziałek, i we wtorek jej mąż zaprowadził dzieci do szkoły. Ona odebrała we wtorek. W poniedziałek sama poszłam, ale potem zwaliło mnie z nóg na dwie godziny.

W sumie, dziś już całkiem dobrze się czuję. Katar zniknął, został lekki kaszel opanowywany syropem. Jutro do pracy, powinnam więc być na chodzie.

A w tym wszystkim, Wiertka zdrowa i zahartowana. A była w tych samych miejscach co ja i siedziała obok mnie, gdy byłam bombą biologiczną. Powinnam się cieszyć.

środa, 21 lutego 2018
Lekarsko życiowo

Wczorajszy dzień spędziłyśmy z Wiertką w gabinetach. Wypadła trzecia wizyta u psychiatry dziecięcego. Szkoła już oczekuje jakiejś diagnozy, decyzji. Wychowawczyni, na prośbę pani doktor, ponownie napisała opinię, i - już za moją sugestią - podała przykłady zachowań, które uważa za naganne. Optymistycznie mnie to nie nastroiło, szczególnie, że w ostatnim akapicie była prośba szkoły o diagnozę dziecka  w kierunku zaburzeń rozwoju. To przykre, jakbym urodziła uszkodzone dziecko, albo przyszłą kobiecą wersję Teda Bundy.

Jako krótka dygresja. Jedna z uwag w opinii mnie rozwaliła. I wiem, że to niepedagogiczne, nie powiem o tym dziecku, ale jak to przeczytałam, to... parsknęłam śmiechem. "Została przyprowadzona do pedagoga, bo śpiewała na lekcji, kiedy inne dzieci wykonywały pracę. Jak się okazało w czasie rozmowy, przeszkadzała, bo otrzymała niską ocenę ze sprawdzianu z matematyki. Po wyjaśnieniu jej całej sytuacji, miała wrócić do klasy i przeprosić za śpiewanie. Kiedy już tam weszła, nie zrobiła tego, bo czekała na to, że nauczyciel przeprosi ją za oceny ze sprawdzianu". Próbowałam to sobie wyobrazić...

Na temat charakteru moje córki będę jeszcze pisać. Nawet ja widzę, że będzie jej ciężko w życiu z takim podejściem do otoczenia. Chyba, że zostanie dyktatorem lub małżonką dyktatora. Pani doktor zadała mi trochę pytań o konkretne zachowania, potem trochę porozmawiała z Wiertką. Potem okazało się, że skoro szkoła chce diagnozy w kierunku zaburzeń rozwoju, to robi to inny specjalista. Mamy terminy kolejnych wizyt w tej placówce. Przynajmniej wiem, że to zachowanie nie kwalifikuje się do przepisywania leków. Szkoła będzie zła, bo chcieli mieć już teraz jakieś informacje, papier. 

Wróciłyśmy do domu, zostawiłam Wiertkę i wyszłam na krótki czas. W przychodni, kilka ulic dalej, miałam wizytę u ginekologa. Doroczny przegląd techniczny. Wiąże się w tym pewien zabawny stres. Przez ostatnie lata chodziłam do lekarza kobiety, kiedyś do mężczyzn. Zawsze byli to panowie grubo po 50tce. Tak pod 60tkę. Łatwo przychodziło mi traktowanie ich bezosobowo, bezcieleśnie, jako stricte lekarzy, bo to nie mój wiek. Teraz okazało się, że rejestracja przepisała mnie do jakiegoś nowego. A ja niedawno przechodziłam koło tego gabinetu i widziałam w drzwiach młodego, przystojnego mężczyznę. I zestresowałam się, że będę mieć ginekologa z mojej półki wiekowej, albo młodszego :) Nie chcę by przystojny facet wgapiał się w moje krocze bez wcześniejszej wizyty w kinie i kolacji. 

Przed gabinetem siedziały dwie panie, do specjalisty obok. I mimochodem stałam się słuchaczem ich opowieści. "Plecy go tylko bolały, a jak go zbadali to był rak. Ziarnisty, nawet nie było czego leczyć, bo on jak ziarna wszędzie. Diagnozę dostał 27 kwietnia, 6 sierpnia już umarł". Okropne te historie. Szczególnie jak przypomnę sobie moje ostatnie bóle pleców. Jedna z pań weszła do gabinetu, a druga wzięła się za mnie. Dopytała się do kogo czekam, czy dobry ten doktor. A potem wyznała, że też się wybierze, bo jej się macica opuszcza. Tylko w poczekalni, w przychodni można dopiero co poznanej osobie wyznać, że ci się macica opuszcza :) Już chciałam jej kulki gejszy doradzić ;) 

Pan doktor, na szczęście, okazał się wiekowo sporo starszy, co wzbudziło moją ulgę. Był miły i serdeczny, żaden służbista. Miałam też usg i jak podejrzewałam w weekend, wyhodowałam sobie 2,5 centymetrowy pęcherzyk. Ze względu na swoje gabaryty będzie zapewne sztuką dla sztuki. A ja pomyślałam, że tak się zaczyna przekwitanie.

17:12, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
poniedziałek, 19 lutego 2018
Szczęśliwego Roku Psa :)

W sobotnie południe wybrałyśmy się z Wiertką na świętowanie chińskiego Nowego Roku - Roku Psa. Spotkanie odbywało się w Centrum Wielokulturowym w mojej dzielnicy i przeznaczone było głównie dla dzieci. Najpierw miła, chińska para opowiedziała nam, jak wymawiać nazwy poszczególnych zwierząt patronującym chińskim latom, jak w ich języku brzmią poszczególne rodzaje psów w zależności od ich przeznaczenia (domowy, przewodnik, ratownik). Pokazali slajdy ze słynnymi osobami urodzonymi w Roku Psa. 

A potem było to, co dzieci lubią najbardziej, czyli warsztaty. Do zebrania były cztery stempelki, za cztery różne umiejętności. Jedną z nich było zrobienie maski psa, takiej w chińskiego teatru, więc słabo prawdziwego psa przypominała, bardziej demona :) Potem ułożenie wizerunku psa z klocków tangramu. Dla Wiertki najfajniejsze było przymierzanie chińskich ubrań - prześlicznych bluzek. Wreszcie ostatnia umiejętność, czyli napisanie pędzelkiem i tuszem ikony symbolizującej Rok Psa. Oczywiście, jedna z pań pokazywała nam jak ułożyć dłoń, jak pociągać kreski. Nawet ja usiadłam i wykaligrafowałam swój znak. Bardzo fajna sprawa. O kaligrafii będzie jeszcze niedługo ciekawy wpis. Dla chętnych, dwie panie kaligrafowały imiona. Po zebraniu wszystkich stempelków i wypowiedzeniu hasła, czyli - po chińsku "Szczęśliwego Nowego Roku", każde dziecko dostawało dyplom oraz czerwoną kopertę. Z okazji nowego roku chińskie dzieci otrzymują takie koperty od swoich rodzin. One dostają w nich pieniądze, Wiertka znalazła w swojej tatuaże z chińskimi ikonami i papierową laleczkę. 

Na zakończenie spotkania był jeszcze poczęstunek - chińskie pierożki z sosem sojowym, wodorosty z sezamem, można się było napić herbaty. Posiedziałyśmy jeszcze trochę.

By pozostać w klimacie, zabrałam Wiertkę do wietnamskiej knajpki, która jest niedaleko naszego domu. Ona tradycyjnie jada tam tylko ryż i surówkę, ja lubię kaczkę lub kurczaka na gorącym półmisku. W knajpce, na ekranie leciała jakaś wietnamska stacja muzyczna i przy okazji zobaczyłam, że u nich jest już wieczór (sześć godzin do przodu). W tle leciały głównie romantyczne ballady o tęsknocie, nieszczęśliwej miłości. Wnoszę to z linii melodycznej i smutnych min osób występujących w teledyskach :)

Super dzień, gdyby nie to, że rano obudziłam się z bolącym kręgosłupem. Ceniłam, niezmordowane dotąd, moje ciało, które wbrew prognozom ortopedów trzymało się dzielnie. Teraz akurat postanowiło sobie przypomnieć, że mój kręgosłup jest mocno krzywy. Nigdy jeszcze mnie tak nie bolał. W Centrum Wielokulturowym, w knajpce jeszcze po prostu to znosiłam. Jednak wracając spacerkiem do domu, zobaczyłam, że idę małym kroczkiem, powoli, niczym matka bliźniąt przed porodem. A ból zaczął promieniować na biodra. Staram się, jak tylko mogę unikać brania środków przeciwbólowych, ale wszystko ma swoje granice. Po powrocie do domu, wzięłam Ketonal, położyłam się na boku w pozycji embrionalnej, bo tylko tak bolało najmniej i zasnęłam. Gdy się obudziłam, było lepiej. Jednak własne dziecko komentuje, że jestem stara i leniwa :) Nieważne, że większość dnia spędziłam razem z nią, na atrakcjach. Ważne, że po południu padłam ;)

Poguglowałam trochę po internecie i to mogły być też korzonki lub rwa kulszowa. Super, dolegliwości starszych państwa :) Dotąd mi się to z moimi rodzicami kojarzyło :) Moim znajomym, którzy częściej cierpią na bóle kręgosłupa chciałam wyrazić współczucie i podziw, bo to jednak ciężka przypadłość.

Niedziela także była aktywna, ale o tym w kolejnym wpisie :)

środa, 06 grudnia 2017
Dziecięco lekarsko

Wędrówka matki z dzieckiem po specjalistach jeszcze się nie zakończyła. Wczoraj miałam dzień wolnego, nie by wypoczywać, by pojechać z Wiertką na wizyty lekarskie.

 

Ortopeda. Gdy mała była z ojcem na wizycie kontrolnej w sierpniu padła hipoteza, że źródłem jej skrzywienia kręgosłupa są… nierówne nogi. Odrobinę mnie to podłamało. Bo przecież tego nie da się naprawić, skorygować. Jedynie wkładka do buta. Pojechaliśmy na prześwietlenie kręgosłupa. Wczoraj, na kolejnej wizycie kontrolnej, wreszcie zdjęcie było omawiane. Nogi są równe. Małe pocieszenie, bo okazało się, że skrzywienie kręgosłupa się pogłębia. Jest już na granicy, gdy trzeba by wdrożyć noszenie gorsetu. Jednak jakiś inny parametr pokazał, że zajęcia korekcyjne, na które Wiertka chodzi raz w tygodniu, pomagają. Dlatego chodzić będzie na nie nadal, co zepsuło humor mojej córce. Jeszcze pozostaniemy przy samych zajęciach i ponownie za jakieś dwa, trzy miesiące, pani doktor zobaczy, jak wyglądają plecy mojego dziecka. Zaniepokoiło mnie to, bo nawet chyba mój kręgosłup nie krzywił się tak gwałtownie. Choć kto wie. Powinnam w domu pilnować by prawidłowo siedziała i prostowała sylwetkę. Sama z dzieciństwa pamiętam, jak to jest trudne i teraz niemal to samo słyszę od mojej córki.

Dygresja. W dzieciństwie bardzo szybko rosłam i w pewnym momencie nie mogłam utrzymać w pionie tej mojej strzelistej sylwetki. To było tak w okolicach dziesiątego roku życia. Może ciężko to sobie wyobrazić, ale naprawdę gdy byłam idealnie wyprostowana, to ciężko mi było oddychać. Bez przerwy garbiłam się niczym szympansiątko. Niestety, nawet to na zdjęciach widać. I teraz ten sam tekst mówi mi moja córka. Żałowałam potem, że wtedy nikt z pasem nie stał nade mną i nie pilnował robienia ćwiczeń. Obiecałam sobie, że własnego dziecka, gdy będę je miała, dopilnuję.

Tłumaczę jej moje własne doświadczenia, jak ważne jest by mieć prostą sylwetkę. Strzeliłam nawet umoralniającym tekstem:

- Kiedyś mi za to podziękujesz.

- Nie będę ci nigdy za to dziękować. – zarzeka się moje dziecko – Nie będę za to dziękować.

Potem kolejna wizyta z wynikami badań. Już kilka miesięcy temu zauważyłam pewną rzecz na ciele Wiertki. Ten sam objaw ja miałam w wieku dziesięciu lat. Dobrze pamiętam, bo na koloniach z innymi dziewczynkami porównywałyśmy sobie J W każdym razie, zaniepokoiło mnie, że może to sporo za wcześnie, ruszyło dojrzewanie i zaraz zacznie się cykl miesięczny. Powiedziałam o tym pediatrze. I tak Wiertka dostała skierowanie na badanie hormonów tarczycy, rentgen nadgarstka, usg brzucha. Sąsiadka, której córka miała podejrzenie problemów z tarczycą, stwierdziła, że to fajna pediatra. Oni dostali tylko skierowanie do endokrynologa, a wiadomo jakie są terminy. Musieli wszystko robić prywatnie.

Rentgen wykazał, że Wiertka ma kości dziesięcioletniej dziewczynki. Dopuszczalne jest wyprzedzenie dwuletnie, więc mieści się jeszcze w granicach. Być może po prostu relatywnie wcześniej dostanie pierwszą miesiączkę. Kiedyś od znajomej dowiedziałam się, że to ważne, by wiek kostny by zharmonizowany z wiekiem metrykalnym, bo w momencie dostania okresu wzrost u dziewczynki zostaje zahamowany lub zatrzymany. Powinna mieć już wtedy odpowiednio rozwinięte ciało. Usg brzucha wyszło ok – żadnych guzów, gruczolaków. Wyniki badań krwi i moczu dobre. Wyniki badań tarczycy w widełkach normy, tylko już dotykają górnej granicy. Na wszelki wypadek, Wiertka dostała skierowanie na usg tarczycy i skierowanie do poradni endokrynologicznej. Zapiszę ją i jeśli terminy będą odległe, to poczekamy. W związku z występowaniem w mojej rodzinie chorób tarczycy (na to zmarła moja mama), trzeba to kontrolować.

Mam nadzieję, że etap wynajdowania problemów zdrowotnych będziemy powoli kończyć.

 

15:30, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 13 sierpnia 2017
Szpitalnie

Nie pisałam od jakiegoś czasu, bo krążyłam na linii dom-praca-szpital.

W czwartek rano Były zabrał Wiertkę na kontrolę do pediatry. Małą ciągle bolał brzuch, wybudzała się w nocy z bólu. Lekarz nie wiedziała, co to może być i doradziła ponowną wizytę w szpitalu. Tam zdecydowano się zostawić dziecko na obserwację. Zrobili jej badania krwi, moczu, lewatywę, usg. Nic nie znaleźli, nic nie pomogło. Ja po pracy pojechałam z nią posiedzieć, a Były wrócił do domu trochę odetchnąć i zabrać rzeczy potrzebne do nocowania z dzieckiem. Na moją propozycję, że wezmę w piątek dzień wolnego i to ja pobędę z dzieckiem, stwierdził, że nie muszę, bo on i tak ma wolne.

Wróciłam do domu, w piątek pracowałam i ponownie po pracy pojechałam do dziecka. Sytuacja się już zmieniła. Były był poirytowany tym, że za każdym razem do sali na obchód przychodził inny lekarz, że zadali dokładnie te same pytania, choć odpowiedzi były w karcie i że te lekarki jakieś za młode były. No, widziałam je, rzeczywiście takie góra trzydzieści lat, ale kiedyś muszą zacząć pracować :) A już - słusznie - zdenerwował się, jak usłyszał, że idzie długi weekend i w szpitalu będzie tylko lekarz dyżurny, a nie prowadzący.

Ja też byłam zestresowana, bo martwiłam się, że dziecko boli, cierpi i nic nie można na to poradzić. W nocy z czwartku na piątek bolało ją tak, że nie mogła zasnąć. Dostała środek przeciwbólowy w syropie, ale go zwymiotowała, więc dali jej w kroplówce. Miała apetyt, ale jedzenie kończyło się bólem. Mówiła mi, że jak je, to uderza w to miejsce, które boli, a potem brzuch boli bardziej. Przypomniała mi się choroba mojej mamy, jej bóle brzucha i śmierć.

Były chyba w końcu nagadał lekarce (one tam wszyscy były kobietami), bo zrobili któreś kolejne usg i wreszcie dokopali się do wyraźnego obrazu. Co doktor oświadczyła z dumą. Okazało się, że pomimo codziennego korzystania z toalety - na co mocno zwracam uwagę, bo w wieku Wiertki miałam podobne problemy i została mi trauma - dziecko miało jakieś pozostałości w jelitach. Tylko, że nie objawiało się to zaparciami. Wiertka zaczęła dostawać środki na przeczyszczenie, biegać do toalety i jak przyjechałam w piątek po pracy jej energia życiowa i temperament był już na poziomie mojej zdrowej córki. Czyli roznosiło ją.

Jej ojciec wolał zostać na kolejna noc w szpitalu, więc ja wróciłam po 20:00 do domu. Byłam tak strasznie zmęczona, może też psychicznie spływał ze mnie stres, że wzięłam prysznic i o 20:30 już spałam.

Rano w sobotę pojechałam do szpitala by zostać z dzieckiem na dłużej, a jej ojciec wrócił do siebie. Wiertka była już Wiertką, bo głośno gadała, biegała po korytarzu , chciała iść na frytki i czekoladę, na plac zabaw. Wypisali ją o 11:00, dając jeszcze pewne leki do brania i zalecenia diety.

Zabrałam ją do siebie, spędziłyśmy razem dzień i dopiero wieczorem zawiozłam do taty na kolejny tydzień. Oby był zdrowy. Wiertka dopytywała się, czy będę ją odwiedzać. Dotąd raczej wyjeżdżała z tatą, ale teraz skoro jest w tym samy mieście, to chciałaby bym do niej co chwila przyjeżdżała. W ogóle, mam wrażenie, że weszła teraz w jakiś etap mocniejszego sklejenia ze mną. Ale ja jest ze mną w domu, to co chwila pyskuje i kwestionuje wszystkie moje polecenia :)

A ja mam wyrzuty sumienia, że doprowadziłam dziecko do takiego stanu. Bo to przecież ja jej gotuję i ja decyduję, co kupować. Wydawało mi się, że jadamy rozważnie, do fast foodów chodzimy rzadko (choć chodzimy), żadnych wód smakowych, mało cukru, dużo wody mineralnej do picia. Obawiam się, że Wiertka jadała za dużo słodyczy Bo ja też jadam, a nie będę kupować za jej plecami i zjadać w ukryciu o północy. Trzeba będzie teraz to mocno ograniczyć.

Może ten trzeci tydzień nieobecności mojego dziecka, odbędzie się wreszcie bez przygód :) Taki rok :)

11:50, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Tagi