To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie codzienne

sobota, 02 września 2017
Urlopowo

Coś z innej tematyki.

Na koniec wakacji wzięłam kilka dni urlopu, by Wiertka pobyła trochę w domu, nie tylko na Lecie w Mieście. Wyjazdy gdziekolwiek, nawet na agroturystykę pięć kilometrów za nasze miasto, w tym roku sobie darujemy. W to lato, moja córka poza miastem, na wsi, była tylko trzy dni. A tak to tylko Warszawa. Ojciec też ją nigdzie nie zabrał, co okazało się dobrym pomysłem, bo zwiedzali by szpitale w obcych miastach. Ja nie mogłam wziąć większego urlopu. Taki rok, taki czas po prostu się zdarza. Mam nadzieję, że kolejne wakacje będą wyglądały inaczej.

Pogoda była ładna, jeździłyśmy więc na fajne place zabaw w innych dzielnicach. W naszej okolicy nie ma dużo miejsc, gdzie ośmiolatka mogłaby się fajnie bawić na świeżym powietrzu. Przy okazji różnych wizyt, Wiertka, zobaczyła place na Żoliborzu i na Ursynowie. Są tam ogromne pająki do wspinania, instalacje do zjeżdżania. Każdego dnia byłyśmy w innym miejscu. Jednego pojechałyśmy do Ikea, gdzie mała szalała na placu zabaw, a potem poszłyśmy na szwedzkie klopsiki. Raz na pół roku robimy sobie tam taki wypad.

To też czas zakupów szkolnych. Wiertka zgodziła się bez przeszkód żeby III klasę uczcić noszeniem jednego ze starych plecaków, który cały czas jest w świetnym stanie. Trzeba było jednak kupić trochę zeszytów, nowych kredek, obiecałam jej nowy piórnik. Wybrała sobie dwa piórniki - jeden w kształcie banana, drugi kredki, temperówkę w kształcie nosa (temperuje się w dziurce od nosa) i gumki ścierające w kształcie szminek :) Zaopatrzona w ładne rzeczy chętniej pójdzie na lekcje.

Gorzej poszło z zakupem kapci szkolnych, bo we wszystkich sklepach, w jakich byłyśmy numeracja dziecięca kończyła się na rozmiarze 35. Powyżej albo wszystko było wykupione, albo nie przewidzieli takiej stopy u dziecka. A Wiertka ma już stopę 36. Od cioci panirolki noszącej ten sam rozmiar, usłyszała, że może przymierzyć jej szpilki i jest podekscytowana tym, że produkują już szpilki w jej rozmiarze :) Jestem nieufna wobec zakupów w internecie, ale po powrocie do domu usiadłam przy komputerze i zamówiłam w sieciowej wersji pewnego sklepu dla dzieci i kapcie, i buty jesienne w odpowiednim rozmiarze. Są już odebrane ze sklepu, przymierzone, dziecko zadowolone.

Wolne miałam od wtorku i codziennie gdzieś jeździłyśmy, gdzieś chodziłyśmy. Dziś, Wiertka na pytanie, czy idziemy na jakieś wydarzenia kulturalne, czy chce się borsuczyć na kanapie, wybrała opcję drugą. Ja miałam fazę "stepfordzkiej żony" i wybitną przyjemność sprawiło mi dziś gotowanie przez pół dnia ogromnego gara leczo. Rzadko tak mi się chce celebrować przygotowywanie przetworu na późniejsze dni. Bo część dziś i jutro zjemy, a reszta pójdzie w słoikach do zamrażarki. Wekowania nie ogarniam :) I przy okazji przyszedł mi pomysł na wiersz :)

niedziela, 09 lipca 2017
Weekendowo

Tak bardziej kronikarsko napiszę, bo ostatnio nie miałam weny do wpisów i milczałam.

Dni weekendowe dzieliły się na dwie części. Ja w miarę wyszłam z przeziębienia (choć nadal smarkam i pokasłuję), więc byłam gotowa na intelektualne doznania. Jednak Wiertka stanowczo odmówiła wyjść na wszelkie koncerty Chopinowskie w Łazienkach, czy Święto Francji na Saskiej Kępie. Chciała być dzieckiem i już.

Tak więc, po tym jak obie budziłyśmy się o 10:00 (o tym może być oddzielny wpis) dzień do wczesnego popołudnia wyglądał tak, że ja gotowałam obiad, trochę sprzątałam. Znowu zabrałam się za przywracanie ładu w mieszkaniu i może to zabrać trochę czasu. Na razie podzieliłam pokój na sektory i zajmuję się tylko jednym. Niestety, zauważyłam, że teraz ja zajmuję się sektorem trzecim, a powoli Wiertka zaprowadza burdel w wysprzątanym sektorze pierwszym. Zaś w niedzielę, po prostu snułam się i wypoczywałam.

Potem jemy obiad i wychodzimy z domu. Sytuacja skłoniła mnie do tego, że muszę przez kilka miesięcy mocno oszczędząć. A oszczędne osoby wychodzą z domu najedzone. Napisałam bym bardziej brutalnie - biedne osoby wychodzą z domu najedzone ;) Bo od 14:00 do 19:00 jesteśmy na placu zabaw. Wiertka szaleje z innymi dziećmi, a ja mam okazję spokojnie przeczytać 200-300 stron książki. W sobotę zrobiłyśmy wyjazdówkę na drugi brzeg miasta, do bardzo fajnego placu zabaw w innej dzielnicy, ale dziś bawiłyśmy się lokalnie.

sobota, 24 czerwca 2017
Nasz wiankowy najdłuższy dzień w roku

To był bardzo długi, ten jeden z trzech najdłuższych dni w roku.

Przed południem, przeszłyśmy się z Wiertką do lokalnej grupy animującej społeczność lokalną. Organizowali tam rodzinne warsztaty kulinarne. To tam też, mała chodzi co piątek na warsztaty kulinarne dla dzieci. Tym razem hasłem była kuchnia ukraińska. Przewodziła jedna z mieszkanek pochodząca z Ukrainy. Najpierw ugniataliśmy i smażyliśmy chlebek. Potem była sałatka warzywno śledziowa w ogromną ilością majonezu. Anna Lewandowska nie objęłaby patronatem tego spotkania :) Ale było miło, smacznie i pożywnie. Co okazało się ważne dla dalszej części dnia.

Potem poszłyśmy sobie na plac zabaw. Wiertka bawiła się z dzieciakami, a ja czytałam książkę.

Mała usłyszała od któregoś z dzieci, że będzie jechało na Wianki nad Wisłą. Też chciała ta iść. Wydawało mi się, że to głównie wieczorny koncert, ale sprawdziłam w internecie i okazało się, że wydarzenia są już od południa. Tak więc, od razu z placu zabaw, pojechałyśmy nad Wisłę. Ukraińska strawa zapełniała nam żołądki, nie miałam więc obaw.

Tak jak trochę się obawiałam, o tej porze, w strefie Wianków były głównie stragany z wiankami, jedzeniem i rzemiosłem. Czyli samotna matka, której w portfelu zostało 25 złotych do wypłaty musiała być bardzo czujna. Gdy przebiłyśmy się przez jarmark, dalej była scena z fajnymi koncertami, różne animacje. Oraz gwóźdź programu, czyli mała fontanna. Składała się ona z kilkunastu mini dysz, wystających z posadzki, wypluwających co jakiś czas wodę. Pomiędzy była bardzo długa chwila, gdy woda nie leciała. Ja w końcu usiadłam na ławce, a Wiertka z innymi dziećmi bawiła się przy wodzie. I jak można się domyśleć, po kilkunastu minutach, nie uskoczyła i nadziała się na strumień wody. I tak miała szczęście, bo godzinę wcześniej, jakiś maluch, w momencie wytryśnięcia z dysz, znalazł dokładnie w środku pomiędzy nimi wszystkimi.

Wiertce bardzo zależało, żeby jeszcze pobyć na Wiankach, ale była cała przemoknięta. Zabrałam ją do domu. Ona brała gorący prysznic, przebierała się, a ja szybko podgrzewałam kotlety z wczorajszego obiadu i robiłam sobie kawę. Po pół godzinie, najedzone, wracałyśmy nad Wisłę. Czyli ponownie, nie musiałam się stresować straganami.

Tym razem trafiłyśmy na wrzucanie wianków do wody. Wrzucano jeden zbiorczy, taki ogromny i każdy chętny dorzucał swój mniejszy. Po wodzie płynęła ich spora ilość. Można było sobie postać przy rzeki, obok śpiewał zespół ludowy :) Zbliżała się też godzina głównego koncertu. I Wiertka mnie zaskoczyła - ona chce zostać na koncert. Koncert jest ważny. Bez koncertu, Wianki nad Wisłą są nie zaliczone. Była tak zdeterminowana, że czekałam z nią godzinę na trawie. A potem podekscytowana i zachwycona słuchała muzyki. I musiałam zanotować nazwę zespołu, by mogła sobie w domu wyszukać sama ich piosenki. Czasem tańczyła. Pomyślałam, że to już taki mój wiek - to ja idę na koncert do towarzystwa dziecku. Wreszcie, po 21:00 udało mi się ją wyciągnąć do domu.

Wróciłyśmy przed 22:00.

To był najdłuższy dzień w roku :)

niedziela, 04 czerwca 2017
Raport czerwcowy

Skrót pierwszych dni czerwca, a od jutra, bardziej możliwe, że pojutrza trochę wpisów w stylu lansu intelektualnego.

W Dzień Dziecka, po tym jak wyszła z klasą do kina i miała w szkole piknik, zabrałam Wiertkę do centrum handlowego do McDonalda. Potem kupiłyśmy deskorolkę zasponsorowaną przez dziadka (miesiąc wcześniej kupił jej rolki). Korzystając z okazji, weszłyśmy też do innego sklepu, by znaleźć dla niej sandałki. Od zeszłego roku stopa ponownie urosła. Urosła już od marca, bo buty wiosenne też uwierają. W tej chwili witamy rozmiar... 36. Sandałki, też tak jakby dzięki dziadkowi, bo na deskorolkę dał dwa razy więcej pieniędzy niż potrzeba. Od czterdziestu lat nie widziałam mojego ojca tak hojnego. Umęczyłyśmy się z tymi butami. Te w rozmiarze 35 były ewidentnie za małe. Jednak te o rozmiar większe też niekoniecznie dopasowane. A to stopa latała, a to tu wystawała. Na serio, opadły mi ręce, bo odnosiłam wrażenie, że wyprodukowano je dla jakiś niewymiarowych dzieci. Dopiero siódma przymierzana para, w drugim ze sklepów okazała się dobrze leżeć. Do domu wróciłam padnięta.

W piątek impreza w pracy, dzięki której w sobotę odpoczywałam prawie do 15:00. Wtedy Wiertkę przywiózł jej ojciec. Poszłyśmy na piknik organizowany przez naszą spółdzielnię mieszkaniową. Wystałam się tam w słońcu, wyprażając ostatnie resztki kaca. Dobrze, że lubię upał.

Dziś odwiedziłam ciocię i mojego dziadka, który po tym jak w Wielkanoc minął się z kostuchą, trochę wydobrzał. Zastanawiam się, czy to zdobycze dzisiejszej medycyny i opieka rodziny, czy po prostu są ludzie, którzy nie zakończyli wszystkich swoich spraw na tej ziemi i choć chcą, to nie mogą umrzeć. Nie żebym życzyła mu śmierci. Dziadek chce odejść.

wtorek, 30 maja 2017
Jak zostałam chytrą babą z Pragi

Przyznam się wstydliwie – kolejna już rzecz – że daję się łowić na krótkoterminowe promocje w sieciach handlowych. Nie te, gdzie zbiera się punkty na jakieś noże, zestawy wędek, książki kucharskie. Mnie jako konsumentkę to nie obchodzi. Za to wchodzę w promocje, gdzie dostaje się gadżety dla dzieci. Bo sprawia mi przyjemność zbieranie małych zabawek dla Wiertki. I też, odrzucam ciułaninę naklejek, by kiedyś tam dostać maskotkę. Celuję w promocje typu zakupy za 50 zł = mini zabaweczka. Zabaweczka jest nawet nie mini, ale mikro, ale można zebrać kolekcję. Kto zna rynek, ten się orientuje, o jakie sieci handlowe może chodzić. Córka cieszy się, zbiera, wymienia z dziećmi w klasie, bawimy się figurkami razem we dwie.

Kiedyś zetknęłam się w wynikami badań mówiącymi, że w gospodarstwie domowym to dzieci decydują, jakich produktów rodzina używa. Dzieci oglądają reklamy i mają wpływ na matki. Jak widać, dzięki takim promocjom, dziś czasem dzieci mają wpływ na miejsca, gdzie rodzina robi zakupy.

To tytułem wstępu. Bo niestety z rozpędu, daję się porwać czasem innym promocjom, gdzie gratisem jest coś dla dziecka. Jak wczoraj, gdy zostałam chytrą babą z Pragi. Wizyta, jak zwykle w tym samym sklepie, by dobrać ze dwie nowe figurki do kolekcji. Wcześniej przejrzałam gazetkę, bo mimo, że robię tam zakupy, to z listą rzeczy akurat potrzebnych. Nie dokupuję nic więcej, nic mało potrzebnego, byle tylko dostać gadżet. Jednak, jak widać zaraz, nie zawsze. Zobaczyłam, że jest promocja – dwie czekolady pewnej firmy, duża i mała + maskotka w gratisie. Wiedziałam, że akurat ta maskotka spodoba się Wiertce, bo z pewnych względów lubi tę firmę. A te czekolady i tak jadamy. Wzięłam do koszyka. W gazetce, była adnotacja, że w promocji nie biorą udziału wszystkie sklepy, ale przy półce z czekoladami był duży plakat.

Doszłam do kasy, zapłaciłam i poprosiłam o maskotkę. Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że ona nic nie wie o żadnej promocji. Zrobiło mi się głupio, bo jednak za mną stał ogonek innych ludzi. Kiedyś poszłabym do domu z podkuloną kością ogonową. Teraz jakoś nie. Spytałam się o Dział Obsługi Klienta. .Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że kierownik siedzi tam. Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym jej wzroku to jednak nie politowanie. Kierownik, czyli osoba siedząca na kasie nr 1? Bo tę osobę wskazała. Nie, kierownik jest tam. Spojrzałam zdezorientowana, tam gdzie mi pokazywała. Jedyną osobą z prawników sklepu, była osoba pracująca na kasie nr 1. Podeszłam do tego pana i spytałam się o promocję. A ten odrzekł, dla odmiany, że w promocji trzeba zakupić dwie duże czekolady, nie dużą i małą. Widziałam gazetkę i plakat kilkanaście metrów dalej. Powiedziałam o tym. Teraz poczułam się, jakbym robiła ból dupy o pierdołę. Jednak chodzi o  zasady. Kierownik przeszedł się ze mną do półek, gdzie mógł się przekonać, że to ja mam rację.

Maskotkę dostałam, wyszłam, ale z poczuciem, że inteligentna osoba nie zawraca innym głowy o takie pierdoły.

 

19:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 maja 2017
Majówka, część przechorowana

Jak się okazało, w poniedziałek na placu zabaw to ja powinnam była siedzieć w czapce. A także w rękawiczkach, grubym szaliku i kozakach ocieplanych. Już wieczorem nie mogłam zasnąć, było mi gorąco, wszystko mnie irytowało. Gdy telewizor grał, to eksplodowała mi czaszka, a gdy próbowałam zasnąć w ciszy, to myśli gnały mi po czaszce niczym plemniki po jajowodzie.

Dygresja. Wiertka miała trzy dni majówki spędzić z koleżanką u jej babci. Byłam zaskoczona, że do propozycji odniosła się z entuzjazmem i cieszyła się. Dotąd na sugestię o koloniach mówiła, że owszem, ale z mamą. Dla mnie super, bo we wtorek miałam pracować. I oto w piątek, po 20:00, dowiedziałam się, że wyjazd jest odwołany z powodu choroby zakaźnej w domu owej babci. Brałam to pod uwagę, ale nie w momencie, gdy nie jestem już w stanie nic zrobić – ani ze świetlicą, ani z pracą. Na szczęście, ojciec Wiertki zgodził się z nią posiedzieć. Jednak wiązało to się z tym, że pracował – jak zwykle w nocy – a o 6:00 przyjechał, by pospać w moim łóżku. Trudno.

Wracając do zmarznięcia. Początkowo wydawało mi się, że mam tylko lekki katar i chrypkę. Dobrze, że we wtorek w biurze byłam sama w pokoju. Kichała, smarkałam i piłam gorącą herbatę na przemian. Czas zadziwiająco szybko zleciał. Podejrzewam, że to dlatego, że miałam luźny związek z rzeczywistością. Gdy zobaczyłam swoje oczy w lustrze, plus ten obtarty już nos, to wyglądałam jakbym albo wciągała wyjątkowo zanieczyszczony towar, albo szlochała za biurkiem. O 15:30 wymknęłam się z pracy tak, by za bardzo nie rzucać się w oczy.

Po powrocie do domu, do łóżka. A w środę katar zelżał. Za to ja leżałam bez sił i drzemałam. Naiwnie sądziłam, że nie będę się już więcej przeziębiać, że to stres tak mnie osłabia fizycznie. Widocznie niekoniecznie. Oby to było już ostatni raz w tym roku.

Okazało się, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem jest sen i lenistwo. Dziś mam jeszcze resztki kataru, ale generalnie funkcjonuję normalnie. Głupio by mi było brać zwolnienie lekarskie w trzecim tygodniu pracy. Wytrzymać dziś, jutro, a w weekend postaram się dalej leczyć snem i lenistwem.

Na szczęście, Wiertka zdrowa i mówi, że też trzeba było biegać po placu zabaw.

poniedziałek, 01 maja 2017
Majówka

Jest prawie jak w starym memie - w weekend majowy mamy 30 stopni C: 10 stopni C w sobotę, 10 stopni C w niedzielę, 10 stopni C w poniedziałek.

W sobotę przeszłyśmy się z Wiertką kupić rolki (sponsorowane przez dziadka) i zostałyśmy w centrum handlowym na dłużej. W ten dzień odbywały się tam atrakcje dla dzieci - warsztaty z mimami, żonglerskie, robienia zwierzątek z balonów, różne pokazy cyrkowe. Wiertka bawiła się tam kilka godzin, a ja siedziałam obok i czytałam książkę.

Wczoraj zabrałam ją na spotkanie z dobrymi koleżankami. Niektóre mogłam zobaczyć po raz pierwszy od dłuższego czasu, pogadać, zobaczyć, co się nowego dzieje. Mała bawiła się tylko przez pewien czas, a potem zrobiła wszystkim teatrzyk, pokaz ubrań, w które się przebierała. To typ dziecka, które lubi skupiać na sobie uwagę i być w centrum zainteresowania, dokładnie w środku, nie siedząc obok. A jeszcze kilka dni temu mówiła mi, że chciałaby zostać sławną piosenkarką, ale się wstydzi występować. Akurat. Żeby ją jakoś spacyfikować, poprosiłyśmy by w kuchni obok zrobiła wystawę obrazów. Potem AsiaJot umiejętnie znajdowała jej wyzwania plastyczne, które zajmowały dziecko na kilka minut.

Dziś poszłyśmy do kina na "Dzieciak rządzi". Dziecko się śmiało, a sentymentalna matka na koniec filmu się popłakała. Czasami mi się to zdarza na filmach dla dzieci :) Żeby nie trzymać dziecka w czterech ścianach w taką pogodę - temperatura niespecjalna, ale piękne słońce - po sensie poszłyśmy do parku. Chłodno, ale kolejka do lodów dość spora. My też kupiłyśmy sobie po jednym. Za to na placu zabaw - mamy pierwszy dzień maja, jest chłodno, ale bez przesady, za to większość dzieci miała czapeczki na głowach. I teraz się zastanawiam - czy to ja jestem taką matką ignorantką, czy polscy rodzice uznają tylko dwa rodzaje pogody: poniżej i powyżej 25 stopni C.

Dziecko dobrze się bawiło, zawierało znajomości, a ja miałam drobny kłopot. Nie wzięłam nic do czytania. Jak są ludzie, którzy muszą coś robić w domu, mają "przelot" zatapiając się w pracy, tak ja nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć się przed sobie, na ludzi, czy na cokolwiek. Oddychać, roztapiać się w chwili, być, trwać. Sytuację ratuję internet w telefonie, ale ile można. Na szczęście, miałam swój zeszycik, długopis i złożyłam połowę wiersza.

Większość dopiero rozkręca się w wypoczynku, a ja jutro na jeden dzień do pracy. Szkoda urlopu i pewnie nawet bym go nie dostała.

piątek, 21 kwietnia 2017
Nowe

Nie pisałam, bo od wtorku rozpoczęłam nową pracę i jestem w fazie adaptacji do nowego etapu życiowego. Praca jest w sferze budżetowej, więc coś dla mnie nowego. Zobaczymy. Na razie, wychodzi na to, że moją pensję będą wypłacać mi podatnicy. Jeśli by więc ktoś czytający tego bloga wkurzał się, na co idą jego cholerne podatki, to co dziesiąty grosz idzie do mojej kieszeni. I może to go ukoi. Chyba, że nie lubi mnie czytać, wtedy wkurzy się bardziej.

Praca jest od 7:30 do 15:30 i stresowało mnie wcześniej, nie tyle jak zareaguje na to mój organizm, co jak zareaguje Wiertka. Bo oznacza to pobudkę o 5:30, bez opcji drzemki (z drzemką byłoby jeszcze wcześniej). Uważam, że o tej porze człowiek powinien zasypiać, nie się budzić, ale życie rzuca różne wyzwania. Efekt był taki, że pierwszej nocy ocknęłam się o 4:09, a potem tylko drzemałam, a drugiej wybudzałam się co jakiś czas. 

Wiertka za to budzi się całkiem sprawnie. Tak jak budziła się o 6:30, czy 7:00. Wyliczyłam wszytko tak, by nie zostawiać rzeczy na ostatnią chwilę i zawsze mieć zapas dziesięciu minut. Małej sytuację przedstawiłam językiem korzyści, jak się okazało, bo ucieszyła ją informacja, że będzie pierwsza na świetlicy. Pierwsza nie jest, ale 3-5. Jednak i tak uważa się przez to za członka jakieś lepszej kasty :)

Zrozumiałam o co pani dyrektor chodziło, gdy prosiła rodziców, by nie zostawiali dzieci samych przed otwarciem świetlicy o 6:30. Do głowy mi nie przyszło, że można coś takiego zrobić. Budynek jest otworzony zapewne od 6:00 i rzeczywiście - są rodzice, którzy zostawiają dzieci na korytarzu przez drzwiami sali. Dużo ich nie ma - w zależności od dnia od dwojga do czworga dzieci. Dziś rano byłam świadkiem jak dwóch chłopców biegało po korytarzu bawiąc się w chowanego. Była 6:25. Ech.

Wiertka budzi się całkiem sprawnie, dlatego, że o 21:00 gaszę wszystko i kładę nas spać. Nie pozwalam już na snucie się po łóżku. Fakt, że trudności z zasypianiem nie ma. Dla nas obu. Nawet jak kilka minut potem włączę telewizor by coś obejrzeć, nawet jak mocno się zepnę, napnę, to najpóźniej o 21:21 zaliczam "blockout". Jak niemowlę.

Jak w sobotę obudzę się o 5:30 i nie będę mogła zasnąć...

piątek, 07 kwietnia 2017
Czwartek w biegu

Wczorajszy dzień miałam zabiegany. Odprowadzić dziecko do szkoły. Zanieść spodnie do poprawek krawieckich, bo trzeba wszyć nowy suwak, a ja nie jestem biegła w tej sztuce. I komuś pracę dać trzeba :) Potem przejażdżka do Urzędu Pracy, by podpisać listę. Czasu miałam trochę, więc by dotrzeć w kolejne miejsce, na drugim końcu miasta, wybrałam połączenie bez przesiadek, ale za to długą trasą. Miałam książkę do czytania. Szkoda, że do picia wzięłam wodę, a nie termos z gorącą herbatą :) Zapobiegawczo założyłam ciepły płaszcz i szal, ale brakowało mi rękawiczek :)

Pojechałam na badania medycyny pracy, do nowej pracy. Dużo jeszcze nie piszę, bo boję się zapeszyć i cieszyć przedwcześnie. Jak to ja :) Instytucja chroniona, więc ktoś musiał po mnie wyjść, by mnie do lekarza zaprowadzić. Firma jest na rozległym terenie, więc owa osoba przyjechała po mnie samochodem. Zapobiegawczo byłam wcześniej, bo zakładałam, że dostanie się do budynku przychodni zajmie trochę czasu. Pan, który po mnie przyjechał - a zostało jeszcze trochę czasu - powiedział, że zanim mnie podwiezie, załatwi coś w innym budynku, a ja poczekam w aucie. Fajnie jest mieć zawsze przy sobie książkę. Tylko, że czas mijał i mijał. W końcu okazało się, że jest już pora mojej wizyty. Weszłam więc do budynku i kulturalnie wygarnęłam pana do samochodu.

W tamtym miejscu czas kieruje się swoimi własnymi prawami, bo gdy dotarła do poczekalni, gabinet był zamknięty. Jakaś przerwa. Byłam przygotowana logistycznie - miałam kanapki. I książkę oczywiście. Choć mój charakter, który chce wszystko szybko i od razu - cierpiał. Po 40 minutach, wreszcie lekarz zaczął ponownie przyjmować. To był ten pan, który po mnie wyjechał. Znalazłam się chyba po drugiej stronie lustra :) Ze względu na opóźnienia, wizyta trwała jedno mgnienie oka.

Załatwiłam jeszcze pewne sprawy w kadrach, przywitałam się z osobami, z którymi będę pracować i wyruszyłam dalej. Kompleks jest rozległy, można jeździć po nim samochodem, ale na piechotę także się da. Ćwiczę moją orientację przestrzenną i udało mi się wydostać bez kompasu, czy też finki.

To nie koniec, bo pojechałam do mojej byłej pracy, gdzie czekały na mnie jeszcze jakieś drobne pieniądze. Tam też chwilę pogadałam z byłymi współpracownicami.

Jednocześnie, starłam się z praktycznym zastosowaniem przysłowia "kwiecień plecień poprzeplata", próbując wbić się pomiędzy fale deszczu z gradem. Nie zawsze się udawało. Do domu dotarłam przemoczona. Zrobiłam sobie coś do jedzenia, poleżałam na kanapie i trzeba było iść po dziecko.

A po południu także wychodziłam na miasto, ale wpis o tym będzie następnym razem.

wtorek, 04 kwietnia 2017
Poniedziałek zaległy

Wczorajszy poniedziałek do południa się snuł, ale potem czekał mnie maraton - wyjście z klasą mojego dziecka na basen, trochę siedzenia na placu zabaw, klasowa wywiadówka, zebranie Rady Rodziców. I wreszcie z Wiertką, dotarłyśmy do domu koło 20:00 (ona część zebrań spędziła na warsztatach plastycznych).

Nie łudziłam się, że na zebraniu usłyszę same pochwały na temat mojego dziecka, ale o dziwo - były. Okazało się, że jako jedyna w klasie podała prawidłowe rozwiązanie zadania geometrycznego. Cała klasa podniosła ręce za jedną odpowiedzią, ona jako jedyna - za drugą. I ona miała rację. Jestem dumna z jej asertywności - bo jak sama pamiętam z dzieciństwa - prawdopodobnie część dzieci miała prawidłowy wynik, ale z obawy przed "wychyleniem się" wolała schylić się ku większości. Nie moje dziecko :) Jednak zachowanie bez zmian.

Za to potem, zaskoczona, dowiedziałam się, że zebranie trójek klasowych i zebranie Rady Rodziców, to są całkiem dwie różne sprawy. Do RR należy po jednym rodzicu z każdej trójki klasowej i każdy oddział ma swojego jednego przedstawiciela. Wychodzi na to, że - zgłaszając dziś moją kolej na wybranie się na zebranie - weszłam do szkolnej Rady Rodziców. Na razie były dyskusje głównie nad statutem, kworum i jakimiś wstępnymi pomysłami. Jak już kiedyś pisałam, skoro dziecko sprawia kłopoty wychowawcze, to przynajmniej matka zabłyśnie w szkole.

Dziś leżałam wypluta na kanapie, by wczesnym popołudniem wreszcie ze wstydem - zabrać się za porządkowanie zabawek dziecka.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi