To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie codzienne

niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

niedziela, 06 maja 2018
Majówka

Tegoroczna majówka wyglądała jak szachownica - dwa dni wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dzień wolnego, dzień pracy, dwa dni wolnego. Efekt był taki, że jakoś nie czuję, że miałam wolny czas i wypoczęłam. A nie wykluczone, że odpoczywałam w te dni, gdy byłam w pracy :D

Urlopu nie brałam, bo potrzebuję wolnych dni na wizyty lekarskie związane z Wiertką, na wakacje z nią i jak się pracuje w kilkuosobowym dziale, to też pewne rozplanowane urlopy już zastajesz. 

W poniedziałek szkoła Wiertki miała jeszcze planowe lekcje. W środę i piątek mogłam zostawić ją na dyżurze w świetlicy, ale moje dziecko strasznie nie miało na to ochoty. I ja ją rozumiem - zrywanie się z łóżka rankiem, przebywanie z dziećmi na które jest się skazanym. I to na przemian z wolnymi dniami. To nie jest wypoczynek. Zgodziłam się by została w domu. Ja pracowałam od 8:00, a ona budziła się przed... 11:00. Dlatego nie była sama aż tak wielki kawał dnia. A zauważyłam, że im staje się starsza, to Wiertka robi się coraz większą domatorką. Ładuje baterie siedząc w domu, a nie podróżując i oglądając piękne widoki.

1-go maja pojechałyśmy do mojego brata i taty na grilla. Dzień spędziłyśmy w ogrodzie, pod drzewami, gdzie miałam krótkotrwały kontakt z siłami przyrody pod postacią meszki, która ukąsiła mnie w stopę. Potem przez kilka dni miałam bolącą, czerwoną, spuchnięta stopę. Nie jest źle. Jak tam mieszkałam, to co co roku o tej porze obie miałam popuchniętę od podgryzień niczym kończyny Gieni Smoliwąs w ostatnich odcinkach "Ballady o Januszku".

W czwartek, zrobiła się śmiertelnie poważnie upalna pogoda, a ja nie mogę wytrzymać by nie wykorzystać takiej okazji. Niczym człowiek północy, który myśli, że to tylko jednodniowa pomyłka i zaraz znowu będzie marne 20 stopni na plusie :) Zabrała Wiertkę do ZOO. Była średnio zachwycona wyjściem z domu, bo ona do słońca i upału ma stosunek wręcz przeciwny. Okazało się, że cała Warszawa wyległa na ulice, parki jak te biedne ćmy. Kolejki do kasy były takie, że chciałam już zrezygnować. Zauważyłam jednak, że do automatu z biletami jest krótsza. Zaledwie dziesięć minut stałyśmy. W automacie można kupić tylko zwyczajne bilety - normalny i ulgowy. Żadnych z Kartą Warszawiaka, grupowych, rodzinnych i chyba to jedynie tłumaczy fakt, że reszta ludzi wolała stać w kolejce kilka razy dłużej. Gdyby ktoś myślał, że mamy upał, to zapraszam do pawilonu z gadami lub bezkręgowcami. Tam było jeszcze cieplej, w dodatku panowała inna wilgotność powietrza. Ja dałam radę, ale jedna matka weszła i po sekundzie cofnęła się mówiąc, że nie daje rady. W ZOO byłyśmy kilka godzin i jak wróciłam do domu, bo nie wiedziałam, gdzie złożyć resztki nóg.

Zaś wczoraj, w sobotę, znowu zaliczyłyśmy święty rytuał grilla :) Byłam na imieninach mojej przyjaciółki :) Znowu dzień na słoneczku, w ogrodzie, na leżaku.

Dziś, obie z Wiertką, kanapujemy jak stare koty. 

Jednak brakuje mi tak dwóch dni spędzonych w domu, w samotności, tylko sama ze sobą.

To być może kwestia emocjonalnego podejścia do obu lat, ale mam wrażenie, że w poprzednim roku wiosna i lata były pochmurne, chłodne. W tym roku wszystko jest zalane słońcem.

piątek, 27 kwietnia 2018
Burzowo

Końcówka tygodnia jest burzowa.

W pracy mnóstwo rzeczy do zrobienia, bo klienci przed wyczekanym, wymarzonym urlopem, zawalają nam skrzynki zleceniami. Oni sobie będą odpoczywać, a robota będzie "Się" robić. Atmosfera była trochę podminowana, ale na szczęście wkurw był wyładowywany nie na kolegach, ale generalnie krążył w powietrzu. Bo coś krąży w powietrzu, jakieś wyładowania elektryczne.

Rano potknęłam się na schodach, zaczepiając butem o jakąś nitkę w spodniach i próbując ocalić zęby, rozbiłam kolano :)

Przed chwilą dziecko wyszło z łazienki. Słyszałam, że podchlipuje, ale myślałam, że znowu nie chce się jej jakiś filmik włączyć. Bo tak, niestety, pozwalałam jej zabierać tam tablet. Wróciła do pokoju szlochając głośno. Okazało się, że upuściła urządzenie na płytki i szybka pokryła się pajączkiem. Jej to nie przeszkadza, urządzenie działa, ale była załamana tym, że ja mogę być wściekła. Nie byłam, tylko ją przytuliłam, bo na serio strasznie płakała. Pobieżnie rzuciłam okiem na cennik napraw w necie i koszty mnie powaliły. Trzeba się będzie do pajączków przyzwyczaić. Jakoś. A to jedyne urządzenie, na którym mogę oglądać filmy. Muszę ten defekt przetrawić.

Jest jeszcze kwestia wypełnienia PIT - coroczny cierń w dupie. O tym będzie inny wpis.

Na serio, jestem zaskoczona, że nie wybuchły żadne zamieszki, mordobicie, albo atak zbrojny.

Idę zaparzyć melisę.

20:58, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
niedziela, 22 kwietnia 2018
Weekendowy szał zakupów

Po ostatnim weekendzie, który trwał tylko jeden dzień i tygodniu pracy, w piątkowy wieczór byłam tak zmęczona, że aż zła. Tak chyba reaguję na duże zmęczenie. Jestem podrażniona, poirytowana i wszystkich bym gryzła. W sobotę nie obudziłam się bardzo wypoczęta, bo nadal bym warczała :) Nie śpieszyłam się z wyskakiwaniem z łóżka, potem coś ogarnęłam, zrobiłam obiad i dopiero wtedy pojechałam z Wiertką na plac zabaw. Byłam tam umówiona z koleżanką, która zjechała na chwilę z Francji. Ona już od rana bawiła się z dziećmi w parku liniowym. Ja odpuściłam.

I okazało się, że siedzenie z gorącą kawą, w pełnym słońcu, przy pogaduszkach, pomogło mi. Napięcie spłynęło. Dodam, należę do grupy osób, które mogą pić w upał gorące napoje. Podobno, to pomaga na przegrzanie. 

Gdy wracałyśmy z Wiertką do domu, zajrzałyśmy jeszcze do centrum handlowego. Musiałam kupić mojemu dziecku kolejne buty. I to nie dlatego, że lubię jak ma ich kolekcję. Niestety, jakbym nie była oszczędna, a raczej skąpa, to jedna para na sezon, to teraz za mało. Pantofelki, które kupiłam ponad miesiąc temu, wyglądają tak, jakby zmaltretowały je szczęki amstaffa. Potrzebujemy jeszcze minimum pary, by nosić je na zmianę.  Na szczęście, sandałki kupione latem, nadal są dobre. Było trochę łez (zacytuję moją córkę: "Ja przeżywam"), bo przepiękne sandały kończyły się na rozmiarze 35. W dziale dziecięcym, ciężko było z 36 i 37, a w dziale kobiecym fasony były trochę jak na dziecko za poważne. I nie wydam ponad 140 złotych na buty, które moje dziecko rozniesie do lata, a do jesieni wyrośnie. Na razie kupiłyśmy trampki i stanęłyśmy przed odważnym wyzwaniem nauczenia wreszcie Wiertki wiązania sznurowadeł. Wiem, powinna to już umieć. Ja wiązałam mając sześć lat. Inne czasy, inne obuwie. Dla usprawiedliwienia - ja chodzę w butach kupionych rok, dwa lata temu i nie planuję dokupowywać.

Potem zajrzałyśmy do sklepu kosmetycznego, gdzie kupiłam wodę toaletową. Najpierw, moje dziecko nie mogło zrozumieć, po co nam woda do kibla :) Dotąd używałam wody podarowane mi przez koleżankę, która kupowałam je w Victoria's Secret w NY (zanim pojawił się w Polsce). Miałam je od dawna, nawet chyba od 3-4 lat. Kłopot był też w tym, że przez ostatnie dwa lata, nie znosiłam na sobie zapachów. Mydło, antyperspirant oczywiście. Nic więcej. Miało to związek z moim nastrojem. A teraz chcę pachnieć. Wybrałam zapach kwiatów wiśni, a Wiertka - okazało się, że z karta klienta, którą mam, drugą wodę mogę mieć gratis - zapach zielonej herbaty. Powiedziała, że będzie się psikać na imprezy :)

Kupiłam jeszcze upominek świąteczny dla mojej cioci, bo my dostałyśmy od niej prezenty na gwiazdkę, ale ja - ze względu na kłopoty finansowe - nie mogłam się zrewanżować. I na koniec, pewna promocja z książkami - kup 3, a czwartą dostaniesz za darmo. A ja znalazłam kilka ciekawych. Kiedy to ja kupowałam ostatnio jakieś książki? A co tam.

Jak widać, do końca miesiąca, będę żyła ascetycznie :)

W niedzielę, Wiertka była na warsztatach teatralno-cyrkowych :) Uczyła się kręcić talerzami na kijku i robiła z innymi dziećmi totem indiański :)

A jutro do pracy. I nawet jest mi z tego powodu przyjemnie :)

środa, 18 kwietnia 2018
Bridget w wesołym miasteczku

Mam za sobą dzień pod napięciem :)

W okolicy przyjechało na tydzień wesołe miasteczko. Byłyśmy już tam w niedzielę. Wiertka wyciągnęła mnie na autodrom. Dawno temu pisałam, że nienawidzę go. W dzieciństwie i młodości nigdy nie wsiadłam do samochodzika. Zrobiłam to dopiero, jak miała dziecko, ale też okupowałam to stresem :) W niedzielę uznałam, że Wiertka może spróbować sama kierować, a ja posiedzę obok. To miało być niby mniej stresujące. Dziecko radziło sobie świetnie. Ja gorzej, bo ciągle chciałam jej wyrywać kierownicę, mówiłam żeby zwolniła, albo już skręcała. Teraz rozumiem dlaczego niektórzy kierowcy nie dają rady psychicznie być pasażerami :)

Dziś był dzień 50% obniżki cen za bilety. Wiertka chciała aż dwie rundki na autodromie. Trudno. Wytrzymam. Okazało się, że niekoniecznie. Znowu pozwoliłam jej prowadzić, nie wzięłam tylko pod uwagę, że dziś było więcej ludzi i pojawiła się grupa z zanikającego już zakresu gimnazjum. Wszyscy jeździli szybciej, obijali się o siebie. Wiertka jakoś wyrabiała, ale tym razem miała problemy z hamowaniem.  Ja miałam mocno obite nogi, nie widziałam czego się trzymać, okulary latały mi po twarzy. Aż w którymś momencie, zaliczyłyśmy dzwon, a moje okulary wyleciały do przodu i spadły na nawierzchnię autodromu jakiś półtora metra dalej. A samochody dalej jeździły... To były jedne z najgorszy sekund mojego życia. Widziałam jak jeden omija moje szkła o centymetry. Zapomniałam o klasie i godności, krzyczałam "Zatrzymajcie to!" po kilka razy. Na szczęście, koordynator na chwilę zatrzymał samochody i podał mi okulary. Najlepsze, że nikt w nie nie wjechał.

To jeden z tych momentów, kiedy dzieje się coś absurdalnego, jak z idiotycznej komedii, a ty nic nie możesz zrobić. I trzeba było jeździć dalej. Ja czekałam, kiedy się to wreszcie skończy, Wiertkę biedactwo bolał brzuch. Pocieszałam ją, żeby jechała spokojnie i zaraz wyjdziemy.

A jak wyszłam, to wymieniłam bilet na drugą kolejkę na inną atrakcję dla dziecka. Zapowiedziałam, że nigdy nie wsiądę w to naczynie demonów.

Potem stanęłam na trawie, uświadomiłam sobie, że ktoś mógł to nagrywać i za moment pół świata będzie miało ze mnie ubaw. I sama zaczęłam się głośno śmiać.

Tego dnia jeszcze zerwały mi się korale i rozsypały na trawie, a gdy zmywałam naczynią wieczorem, nóż rozciął mi palec.

Wszechświat zaserwował mi chyba ucięty łeb konia :)

czwartek, 12 kwietnia 2018
Sieciowa blondynka

Serwisant od internetu mógł wreszcie przybyć w godzinach, kiedy jestem już po pracy. I tak, jak się obawiałam, ale zapewne na szczęście, problem rozwiązał w kilkanaście sekund. Nawet się za dobrze na krześle nie rozsiadł. Gdyby ktoś przez ostatnie lata zadał mi pytanie, ile kabli odchodzi od mojego routera, to bym nie miała pojęcia. Jeden. Może dwa. A jeśli siedem, to też możliwe. Okazało się, że skrzyneczka ma trzy kabelki, a jeden... wyleciał. Potwierdziłam wszystkie głupie kawały o blondynkach :) A sprawdzałam jeszcze, czy nic się nie obluzowało. Nie zauważyłam, że jeden zaplątał się pomiędzy biurkiem, a stołem obok. Na swoje usprawiedliwienie napiszę, że kabli tam sporo. Zapewne, gdybym była uparta i wnikliwie podeszła do problemu, to pogrzebałabym w tej plątaninie i załapała, że z listwy wychodzi coś, czego końcówka nie jest w nic wbita :) Jak widać, nie stało mi wyobraźni :)

Wiem także dlaczego. Chwilę wcześniej prasowałam dziecku koszulę na dzień mundurkowy i szarpnęłam listwą. Wtedy kabelek musiał się wysunąć. Jak widać, prasowanie szkodzi.

19:44, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

piątek, 05 stycznia 2018
Okruchy roku

Czasami zwracam uwagę na to, jakie wydarzenia towarzyszą pierwszym godzinom, czy pierwszym dniom danego roku. Jakby to miała być prognoza na resztę dwunastu miesięcy.

Tamten rok zaczął się pechowo. Już pierwszego dnia w pracy, po powrocie z urlopu, znalazłam w skrzynce służbowej mail, w którym ktoś mnie obmówił. Potem okazało się, że po prostu próbował się od czegoś wykręcić, ale niesmak pozostał. A po tygodniu dostałam wypowiedzenie. I nawet to, że z drukarni przyjechał mój tomik wierszy, nie potrafiło zakryć tego uczucia porażki.

W tym roku zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu przez pierwsze dwanaście dni :D

A życie sobie. We wtorek pojechałam do dawnej pracy by odebrać świadectwo pracy. Chciałam je mieć jak najszybciej. Przy okazji zobaczyłam, że moje biurko jest już zajęte. Ktoś czekał na to miejsce. Takie życie. Od razu pojechałam do Urzędu Pracy, bo honor honorem, ale jedzenia za to nie kupię. Za zasiłek jak najbardziej. Okazało się, że 2-go cały urząd ma dzień wolny. Pojechałam tam we środę. Półtorej godziny czekania, bo to pierwszy dzień miesiąca, początek roku. Fala szczęśliwców pozwalnianych. Miałam gdzie siedzieć, miałam co czytać, czas szybko zleciał. Przy okienku, okazało się, że mam tylko jedno świadectwo pracy, a poprzedni pracodawca wystawił mi dwa (za okres próbny, potem z umowy na zastępstwo). Nie można mnie było zarejestrować. Jednak miła pani, powiedziała, żebym następnego dnia po prostu podeszła do jej okienka i nie czekała już tyle czasu. Bylebym wróciła szybko. Życzliwy gest.

A potem, w dodatku, bardzo szybko udało mi się odnaleźć ten papier. A to nie jest wcale dla mnie charakterystyczne :) W czwartek, trzeci dzień jeżdżenia. Pod urzędem zaskoczenie, bo stoją tłumy. Okazało się, że wszyscy muszą opuścić budynek... Nieźle. Miałam załatwić szybko, a cholera wie ile będę czekać. Zapewne ktoś wykonał głupi telefon o bombie, albo znaleźli jakiś pakunek. Straż Pożarna przyjechała szybko i o dziwo panowie byli w środku krótko. Po dziesięciu minutach można było wejść z powrotem. Miło.

Swoje sprawy, przy okienku załatwiłam. Okazało się nawet, że coś tam, coś tam, czego nie łapię, ale być może należą mi się jakieś zaległe pieniądze. Pani konsultowała to z innymi osobami i w końcu nie wiem. Być może nie, ale to też jakiś miły okruch. W każdym razie, na jedzenie wystarczy.

To nie koniec. Wracając do domu, wstąpiłam do takiego małego punktu, gdzie można kupić czasopisma ze zwrotów. Na kolorową gazetę za pół ceny mnie stać. Wygrzebywałam drobne z portfela aż wypadły mi karty ze środka (głównie lojalnościowe, z których nigdy nie korzystam, bo mnie nie stać na lojalność). Przed wejściem do domu, jeszcze weszłam na drobne zakupy do sklepu. Sklep jest drogi, zastanawiałam się, czy kupować akurat tam. Okazało się, że rozrzutność miała swój plus - zobaczyłam, że nie mam w portfelu karty bankomatowej... A tak, zapewne zakupy bym odłożyła, poszła na nie wieczorem. Karta musiała zostać w sklepie z gazetami. Wróciłam się tam biegiem. W przenośni, bo wymagało to przejechania trzech przystanków, ale poganiałam w myślach autobus. Miałam szczęście, karta cały czas leżała na swoim miejscu, pomiędzy słupkami czasopism, zlewając się kolorystycznie z okładkami (taki traf). Wszystko powypadało mi z portfela układając się w równą harmonijkę, tylko ta jedna poleciała na bok. Harmonijkę zebrałam i myślałam, że to wszystko. Pani sprzedawczyni nie miała nawet przez sekundę wątpliwości, że to moja karta, bo pamiętała moje zakupy sprzed kilkunastu minut. 

Jak widać, na razie dotyka mnie sam dobry traf. I nie chodzi o to, czy jakieś tam wróżby się sprawdzają, ale o robienie sobie nastawienia :)

sobota, 02 września 2017
Urlopowo

Coś z innej tematyki.

Na koniec wakacji wzięłam kilka dni urlopu, by Wiertka pobyła trochę w domu, nie tylko na Lecie w Mieście. Wyjazdy gdziekolwiek, nawet na agroturystykę pięć kilometrów za nasze miasto, w tym roku sobie darujemy. W to lato, moja córka poza miastem, na wsi, była tylko trzy dni. A tak to tylko Warszawa. Ojciec też ją nigdzie nie zabrał, co okazało się dobrym pomysłem, bo zwiedzali by szpitale w obcych miastach. Ja nie mogłam wziąć większego urlopu. Taki rok, taki czas po prostu się zdarza. Mam nadzieję, że kolejne wakacje będą wyglądały inaczej.

Pogoda była ładna, jeździłyśmy więc na fajne place zabaw w innych dzielnicach. W naszej okolicy nie ma dużo miejsc, gdzie ośmiolatka mogłaby się fajnie bawić na świeżym powietrzu. Przy okazji różnych wizyt, Wiertka, zobaczyła place na Żoliborzu i na Ursynowie. Są tam ogromne pająki do wspinania, instalacje do zjeżdżania. Każdego dnia byłyśmy w innym miejscu. Jednego pojechałyśmy do Ikea, gdzie mała szalała na placu zabaw, a potem poszłyśmy na szwedzkie klopsiki. Raz na pół roku robimy sobie tam taki wypad.

To też czas zakupów szkolnych. Wiertka zgodziła się bez przeszkód żeby III klasę uczcić noszeniem jednego ze starych plecaków, który cały czas jest w świetnym stanie. Trzeba było jednak kupić trochę zeszytów, nowych kredek, obiecałam jej nowy piórnik. Wybrała sobie dwa piórniki - jeden w kształcie banana, drugi kredki, temperówkę w kształcie nosa (temperuje się w dziurce od nosa) i gumki ścierające w kształcie szminek :) Zaopatrzona w ładne rzeczy chętniej pójdzie na lekcje.

Gorzej poszło z zakupem kapci szkolnych, bo we wszystkich sklepach, w jakich byłyśmy numeracja dziecięca kończyła się na rozmiarze 35. Powyżej albo wszystko było wykupione, albo nie przewidzieli takiej stopy u dziecka. A Wiertka ma już stopę 36. Od cioci panirolki noszącej ten sam rozmiar, usłyszała, że może przymierzyć jej szpilki i jest podekscytowana tym, że produkują już szpilki w jej rozmiarze :) Jestem nieufna wobec zakupów w internecie, ale po powrocie do domu usiadłam przy komputerze i zamówiłam w sieciowej wersji pewnego sklepu dla dzieci i kapcie, i buty jesienne w odpowiednim rozmiarze. Są już odebrane ze sklepu, przymierzone, dziecko zadowolone.

Wolne miałam od wtorku i codziennie gdzieś jeździłyśmy, gdzieś chodziłyśmy. Dziś, Wiertka na pytanie, czy idziemy na jakieś wydarzenia kulturalne, czy chce się borsuczyć na kanapie, wybrała opcję drugą. Ja miałam fazę "stepfordzkiej żony" i wybitną przyjemność sprawiło mi dziś gotowanie przez pół dnia ogromnego gara leczo. Rzadko tak mi się chce celebrować przygotowywanie przetworu na późniejsze dni. Bo część dziś i jutro zjemy, a reszta pójdzie w słoikach do zamrażarki. Wekowania nie ogarniam :) I przy okazji przyszedł mi pomysł na wiersz :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi