To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie codzienne

środa, 16 stycznia 2019
Odnalezione :)

W ostatni weekend, który tak smutno się zakończył w warstwie społecznej, ja zaliczyłam mały sukces. Odnalazłam dokumenty mojego dziecka! Legitymację szkolną i włożoną w okładkę razem z nią Kartę Miejską. Znalazłam w miejscu, ze trzy razy przeszukanym. To jest takie absurdalne. Znalazłam w dodatku w punkcie tego miejsca, które specjalnie z uwagą przeszukałam. Jeszcze bardziej absurdalne. Mam taką lubianą przez mnie torebkę, której już nie noszę do pracy, bo moje ukochane koleżanki z biura, które lubię, doceniam i świetnie się z nimi czuję, uświadomiły mnie, że jest postrzępiona, zaraz się urwie i w ogóle jak to tak. Taka wada pracowania z babami. I wisiała tak ta torebka już chyba z miesiąc. Za każdym razem, gdy zabierałam się za szukanie legitymacji, przeglądałam także jej zawartość. Ostatnio przejrzałam także dziurę w podszewce, bo pomyślałam, że to jakiś trop. I nic.

 

I w niedzielę, wychodząc na wernisaż, przekładałam rzeczy do tej torebki, włożyłam tak od niechcenia rękę do środka, przejechałam po materiale i proszę – wyczułam coś, o znajomym kształcie pod podszewką! Dokumenty cały czas leżały tam, ukryte pod materiałem. Nie wiem, dlaczego poprzednio ich nie wyczułam. Jeden sukces więcej do rozliczenia J

 

22:59, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 09 stycznia 2019
Kronika rzeczy zagubionych / znalezionych

Znana to prawda, że szukając jednej rzeczy znajdziesz kompletnie inną.

Przez dwa i pół roku legitymacja szkolna mojego dziecka spoczywała w mojej torebce lub jej plecaku. Teraz doszła Karta Miejska i trzeba było odłożyć komplet w bezpieczne miejsce. Jak mogę powierzyć dokumenty w ręce dziecka, które wieczorem nie pamięta, o czym było w południe na lekcji. Owo miejsce jest tak bezpieczne, że od września nie mogę sobie przypomnieć, gdzie jest. A w ramach porywczych sprzątań przejrzałam już wiele kątów. W grudniu, ogarniając dom na cześć urodzin mojego dziecka poukładałam rzeczy na niektórych półkach. Teraz też zaglądałam w różne kąty. W pierwszej kolejności, wzięłam pod uwagę miejsca, gdzie mogłam ukryć rzecz będąc w stanie przytomności, nie ogłupienia. Teraz wezmę się chyba za te drugie.

Ale nie ma nic straconego. Odnalazłam kopertę z kartą kodów do konta bankowego. Data na kopercie 02.03.2016. Leżała oczywiście w bezpiecznym miejscu. Napisałam to, tak naprawdę, dla efektu dramaturgicznego. Koperta leżała w przedpokoju, na szafce na buty, przykryta szalami, apaszkami, czapkami, a to wszystko zasłonięte wiszącymi okryciami wierzchnimi. Trochę mi to dało do myślenia…

W ustawieniach konta bankowego mam jeszcze jakąś kartę kodów, która może być aktywowana. Być może to ta.

Dotąd podchodziłam do sprawy na luzie, bo z dzieckiem prawie nigdzie nie jeżdżę. Gdy są z klasą na wycieczce, to podejrzewam, że ostatnią rzeczą o jakiej marzy kontroler, to sprawdzanie Kart Miejskich dzieciakom. Zrozumie to każdy, kto podróżował komunikacją miejską w towarzystwie szkolnej wycieczki. Teraz jednak byłyśmy na wystawie, podróżowałyśmy pociągiem na Wigilię rodzinną. I kupowanie biletów jak dla osoby dorosłej, trochę mnie bolało.

Zaliczyłam jakiś mikroskopijny sukces, bo znalazłam pierwszą legitymację szkolną dziecka, która gdzieś w połowie I klasy zawieruszyła się na półkach. W sekretariacie szkolny Panie mi jednak doradziły wyrobienie nowego dokumentu. A potem trzeba się pofatygować do POK Związku Transportu Miejskiego, by wyrobić duplikat Karty Miejskiej.

Jeszcze mam kilka miejsc, które dałoby się przejrzeć. Sytuacja może być rozwojowa.

Podsumowując, jakbyście chcieli żebym wam ukryła zwłoki, to nie krępujcie się.

17:51, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 02 stycznia 2019
Noworocznie :)

Trzy ostatnie lata witałam w towarzystwie mojego dziecka. W tym roku postanowiłam to zmienić. Dyżur z Młodą pełnił jej ojciec. Nie wiedziałam, gdzie pójdę, gdzie mam się bawić. Z czasem miałam zrobić rozeznanie wśród znajomych. I akurat na początku grudnia, koleżanka rzuciła pomysł spędzenie sylwestrowej nocy w knajpie. Tanie to nie było, ale raz na jakiś czas można. W cenie był szwedzki bufet uzupełniany całą noc, także ciepłymi posiłkami i open bar.

Nie przygotowywałam się szczególnie. Jedynym szaleństwem było kupienie torebki na przyjęcia - dość karnawałowej, bo całej w cekinach. Moje dziecko oświadczyło, że chce ją po mnie odziedziczyć :) Torebka była przeceniona 50%, więc się nie zastanawiałam długo. Miałam jakiś pomysł, jak się ubrać. Jednak efekt był taki, że na pół godziny przed wyjściem przebierałam się ze trzy razy, dopasowywałam rzeczy, a i tak wyszłam w końcu w tym, co zestawiłam jako pierwsze. Tremę trochę miałam, bo nie pamiętam, kiedy ostatni raz bawiłam się na tańcach. Być może na studiach.

Była nas dziesięcioosobowa grupka - cztery pary i dwie singielki, więc nie czułam się krępująco nieparzysta. Większość osób już znałam, niektórych poznałam. I mogę przyznać, że był to czadowy sylwester. Żartowałam, jadłam, piłam, tańczyłam, a czas biegł błyskawicznie. Przed północą zdążyłam jeszcze pożegnać rok 2018, który był spokojny, udany, bez dramatów, w miarę stabilny finansowo. Chciałabym taki rok powtórzyć.

Podejrzewałam, że tak od 1:00 będę się chyłkiem wymykać do domu. A tutaj wybiła 3:00 i bawiłabym się jeszcze dalej, gdyby nie powolne wygaszanie imprezy przez organizatorów. Knajpa była w mojej dzielnicy, nie tak strasznie daleko do mojego domu - dwa przystanki autobusem. Aż głupio na taki kawałek brać taksówkę. Przed 4:00 wróciłam do domu piechotą.

Zabawa była fajna, ale Nowy Rok spędziłam na kanapie, walcząc z bólem głowy i osłabieniem ;) A lampki choinkowe musiały być wyłączone, bo wyjątkowo intensywnie migały ;) Zapobiegawczo, w Sylwestra ugotowałam wielki gar rosołu. Był to zbawienny pomysł, bo w Nowy Rok, co jakiś czas go sobie podgrzewałam i jadłam po talerzu. W 2019 jadłam to, co w 2018 było dobre :)

Ostatnie dwa tygodnie starego roku, taki czas pomost, czas zawieszony we wszechświecie, spędziłam na nic nie robieniu, lenistwie. Sama tak zawieszona. Z nowym rokiem przyszła nowa energia. Dziś mam jeszcze dodatkowy dzień urlopu i zabrałam się za rzeczy domowe.

wtorek, 11 grudnia 2018
Porządki wyrzutki

Przełom listopada i grudnia to był bałagan w moim domu. Jakby na co dzień było czysto.

 

Jeszcze we wrześniu, kupiłam dziecku nowy regalik i wreszcie jej własne biurko. Przyjechało w paczkach, a ja pożałowałam na serwis skręcający. Było to też i zamierzone, bo pokój miał być zmieniany stopniowo – nowy mebel miał wejść w miejsce rzeczy usuwanej lub przesuwanej gdzieś indziej. Efekt był taki, że paczki leżały tygodniami, a ja nie mogłam się doprosić pomocy od ojca Młodej. Muszę być świętą kobietą skoro wytrzymałam do połowy listopada, kiedy to wreszcie ten zakasał rękawy i zabrał się do dzieła. Nagadał się przy tym i naklął, bo składanie mebli to zawsze wyzwanie. Musiał też rozkręcić poprzednie łóżeczko, bo stawało się już za małe na moją wyrośnięta córkę. Córka wyrośnięta, ale nie na tyle, by chcieć się wynieść z mojego łóżka. Teraz dopiero zaczynam sobie uświadamiać, że mi rzeczywiście też już się ciasno robi. Plus jest taki, że na razie łóżka dla niej nie kupuje. Jest w budżecie po nowym roku.

Meble w pokoju Młodej zostały poprzestawiane, kąty omiecione i umyte. Ubrania, rzeczy poprzenoszone, w zwolnione szafki weszły inne rzeczy. W początkowej fazie, w pokoju było wielkie kotłowisko pudeł, toreb, ubrań. Była to też okazja by przejrzeć zawartość półek. Część rzeczy została oddana fundacji charytatywnej. Część poszła do zsypu. Trwało to ładnych kilka dni. Być może robotna osoba zrobiłaby to raz lub dwa po kilka godzin. Ja nie jestem robotna, więc rozkładałam sobie prace na niecałą godzinkę dziennie. W dodatku odkryłam "Downtown Abbey" na Showmax, wpadłam w nałóg i nie zaznałam spokoju, dopóki nie dotarłam do ostatniego odcinka szóstego sezonu.

Miałam już odświeżony pokój dziecka i miałam się zabrać za duży pokój. Pretekstem nie jest duch świąt, zamknięcie roku za sobą, czy inne takie tam. Powodem było przyjęcie urodzinowe mojego dziecka. Chciałam wszystko uporządkować na przyjście gości. Niestety, w mojej obecności przedmioty się gromadzą – na stołach, biurkach, szafkach, krzesłach. I żeby one jeszcze tam były grzeczne, to nie – kotłują się, kłócą, tańczą, demonstracje urządzają. Narasta to tak jakoś niezauważalnie, przedmiocik po przedmiociku, aż przecierasz oczy pewnego dnia i rozgarniasz przestrzeń.

A potem się rozchorowałam.

 

19:50, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 17 października 2018
Egzamin dla moich piersi

Za mną kilka fajnych lub po prostu wydarzeń kulturalnych, przeziębienie, więc zrobiła się lista wpisów do zrobienia i kilkudniowe milczenie jest wytłumaczone.

 

Dziś jednak chciałam pochwalić się swoją utratą dziewictwa w pewnej kwestii :)

Tydzień temu zarządca biurowca rozesłał maila informującego, że z okazji października miesiąca Walki z Rakiem Piersi, pod kompleksem stanie mammobus, w którym pracownice powyżej 50 roku życia będą mogły zrobić badania za darmo, a pracownice powyżej 40 roku życia, część z nich bez kosztów (te pierwsze), część  z nich za symboliczną kwotę. Pomyślałam, że nawet jak muszę zapłacić, to i tak oszczędność czasu – wstaję zza biurka i idę na badanie. Nigdzie nie jeżdżę.

I oto nastał ten dzień. Mam dział cały 40+. Poszłyśmy w dwie tury, by zawsze ktoś odbierał telefony i odpisywał na maile. I każda z nas załapała się na darmową pulę.

Tak oto miałam swoją pierwszą mammografię w życiu. Wszelkie opowieści jak to jest, jak wygląda, nie są w stanie oddać tego. Przyjęłam strategię przejścia tego z zamkniętymi oczami i głębokim oddechem. Gdy twój cycek jest ściśnięty pomiędzy dwoma tabliczkami, trochę traci się poczucie humoru i sarkazm. Nawet nie byłam w stanie sobie wyobrazić, że można zrobić z niego taki placek.

Wyniki przyjdą pocztą w ciągu dwóch, czterech tygodni. Lub telefon jeśli nie będą dobre.

 

wtorek, 25 września 2018
Ognisty tydzień

Myślałam, że poprzedni początek tygodnia był ognisty, ale ten poszedł na przód peletonu.

 

Ognista była atmosfera dookoła, bo przecież nie pogoda. Niby pochmurno, zimno, pada deszcz, ale w powietrzu przepływała drgająca energia. Jadąc tramwajem do pracy mijałam rozbite na drodze auta. W sumie przy takiej plusze to nie dziwne. Dotarłam do biura, a tam wielka awaria systemu technicznego. Dostawca usług internetowych miał problemy i prawdopodobnie więcej firm i osób fizycznych miało nerwowy początek poniedziałku. Nam pewne materiały poutykały w sieciowej drodze, trzeba było wymyślać odpowiedniej rozwiązania.

Jednocześnie, zadzwoniło moje dziecko, popłakując, że nie może zamknąć drzwi do naszego mieszkania, są otworzone. Na moim zegarku 7:55 (lekcje miała od 8:00), więc każę jej zostawić to w cholerę i iść do szkoły. Lekcje ważniejsze. Wiertka nie chce iść, bo „wejdą nam do mieszkania”.

- Idź do szkoły! Niech wejdą nam do mieszkania, co oni mogą nam ukraść? – tłumaczyłam nerwowo dziecku.

Wzbudziło to wesołość u moich koleżanek i było anegdotą do końca dnia. Szczególnie, kiedy im powiedziałam, że bardziej się wstydzę przed złodziejem bałaganu, a nie tego, że ma mnie okraść. Wzbudzałam podziw moim spokojem, co do uchylonych drzwi do domu.

A tu zaczął się w mojej firmie audyt, który miał skutkować nadaniem certyfikatu bezpieczeństwa. Na szczęście, w nieszczęściu, audytor utknął w karambolu po drodze i spóźnił się. Jednak te dwa ostatnie dni, to atmosfera w biurze napięta, bo wszystko musiało działać idealnie. Według procedur, na przykład, w moim dziale nie wolno trzymać na biurku jakichkolwiek napojów. Dlatego więc, by się napić, szliśmy do naszego kącika kuchennego w rogu pokoju, albo stawiało się kubki na parapecie, jeśli ktoś ma biurko przy oknie. Zarządzenie ma sens, ale tylko w określonych momentach, gdy na biurku leżą pewne dokumenty.

Po powrocie do domu, okazało się, moje dziecko drzwi zamknęło, tylko nie mogło przekręcić klucza, nie było więc tak tragicznie. Klucz okazał się być zatkany, więc dałam Wiertce swój, a tamten przetykam. Przekręca się z trudem, ale daję radę.

Dziś nie lepiej. Zerwałam się łóżka, zrobiłam to wszystko, co zazwyczaj robię rano, obudziłam dziecko, by powoli przygotowywało się do szkoły. Na stację kolejową, w pociągu, do autobusu, do budynku, do windy. A w windzie rzuciłam okiem na zegar, na wyświetlaczu. Dziwna jakaś ta godzina. Czas już przestawili? I dotarło do mnie, że… przyjechałam do pracy o godzinę za wcześnie. Mogłam dłużej pospać, mogłam coś porobić w domu… Humor mi siadł, więc zamknęłam się w wolnym pokoiku z kawą, książką i tak spędziłam kawałek poranka. Trudno. Pracę rozpoczynam o 8:00 lub 10:00, więc dziwne, że dopiero teraz pomieszały mi się godziny. I dobrze, że godzinę na wcześniej, nie później. Resztę dnia spędzałam podłączona do kroplówki z kawą. Jesień wdarła się we mnie. Ale o tym będzie jakiś inny wpis.

 

środa, 08 sierpnia 2018
Matko-córkowy wieczór w restauracji

Niedawno, któregoś ciepłego, przytulnego wieczoru, wracałyśmy z Wiertką z placu zabaw. A że jeszcze nie chciało nam się wracać do domu, impulsywnie wpadłyśmy na pomysł, że pójdziemy do niedalekiej restauracji. Często obok niej przechodzimy i zawsze rozważamy wizytę, bo prawie codziennie lokal ma jakąś promocję typu jedno danie X + drugie X za 50%. Nie jest to może aż tak niezwykle elegancka restauracja, ale trochę inny kaliber niż taki Sphinx (w którym także zdarza mi się jadać). To w czasie ostatniego pobytu nad morzem, Wiertka zapytała mnie, dlaczego w Warszawie też nie chodzimy do restauracji. Nie za bardzo takie posiłki mieszczą się w naszym budżecie, ale teraz akurat mam taki finansowy czas, że czasem mogę.

To poszłyśmy, choć pora była późna, bo grubo po 20:00. Moje dziecko rozsmakowało się w atmosferze - ucieszyła ją idea czekadełka, czyli kawałków pieczywa z oliwą z ziołami do maczania. Zjadła całość, nawet próbując oliwę. Jakbym jej zaproponowała coś takiego w domu, to by do ust nie wzięła. A teraz chce chodzić po restauracjach, próbować różne czekadełka i wystawiać im oceny :)

Zamówiłyśmy sobie pasty, w domu zwane po prostu makaronami :) Co zaoszczędziłam na jedzeniu, to dopłaciłam w napoju. Generalnie, czuję, że to trochę obciach zamawiać jedzenie, ale bez czegoś do picia. Ja spokojnie mogę zjeść bez popijania i jeszcze wytrzymać potem jakiś czas. Piję dużo wody, ale pomiędzy posiłkami. Nie mogę tego jednak wymagać od dziecka. Dlatego zamówiłam dla niej karafkę wody. I marżę za tę wodę wzięli chyba trzycyfrową. Bo tak bywa - w restauracji jedzenie może być trochę tańsze, za to napoje windują rachunek mocno w górę. Trochę jak zamawianie ryby nad morzem - najcięższe dary morza świata.

Wiertka mocno weszła w klimat bycia w wyrafinowanym miejscu, bo zamiast zachowywać się jak najeźdźca, prowadziła elegancką konwersację dopytując mnie o moją pierwszą przyjaciółkę, drugą, kiedy się pierwszy raz pocałowałam (tu odmówiłam wyznań). Trzymała też szklankę z wodą w wygiętej dłoni i nonszalancko ją popijała. Za czasów mojej młodości, powiedziano by, że ćwiczy rolę społeczną, która kiedyś jej się przyda, gdy zostanie kobietą. Większość dziewczynek kopiuje mamy lub podpatrzone inne kobiety. Za to, w dzisiejszych czasach, gdy na to patrzę, boję się zbytniej seksualizacji dziecka, że za bardzo przypomina małą-dorosłą i to jest niestosowne, bo przecież za każdym drzewem, krzakiem, rogiem czyha pedofil z aparatem telefonicznym. Takie czasy.

W idei posiłku w restauracji wpisane jest to, że czas się tam snuje jak kino europejskie, nikt nie biega z zamówieniem, głównie siedzi się i gada. Efekt był taki, że do domu wróciłyśmy przed 22:00. Na prysznic i sen.

poniedziałek, 16 lipca 2018
Gdy w poniedziałek 16-go tęsknisz za piątkiem 13-go

Po ostatnich wyjazdach, w ten weekend postawiłam na lenistwo i plan minimalistyczny. Pogoda także. Trochę ogarnęłam w domu, ugotowałam obiad, zdrzemnęłam, co skrytykowało moje dziecko. Jednak trudno, tak nadrabiam braki snu w soboty. Nie potrafię wcześnie zasypiać, bo wcześnie wstałam. 

W niedzielę, w przerwie pomiędzy ulewami, poszłyśmy z Wiertką na spacer. Pograłyśmy w ping ponga na Otwartej Ząbkowskiej, co polegało głównie na szukaniu piłeczki pod ulicznymi donicami :) Zajrzałyśmy nawet do biblioteki sąsiedzkiej, gdzie w ten weekend zbudowali labirynt z książek - można było spacerować, przeglądać i zabrać ze sobą kilka pozycji. Z czego, z młodą, skorzystałyśmy. Choć ona postawiła na mangę.

A w poniedziałek, oprócz fali deszczu, obudził mnie świdrujący ból głowy nad prawym okiem, ucisk w klatce piersiowej, łopotanie. Ból w ciągu dnia powoli przeszedł, ale łopotanie zamieniło się szybko w irytację, poddenerwowanie, złość. Na szczęście, już daję sobie z tego sprawę - że to objaw czysto fizyczny i trzeba zacisnąć zęby i nie pozwolić by ta złość wlała się w jakiś przypadkowy pretekst. Mocno się przez cały dzień pilnowałam. A zaczęły się trudne dwa tygodnie - część osób w pracy jest na urlopie i robię rzeczy za dwie osoby. Uczę się rozgarniać w spadających sprawach. I też tego, by nie być bohaterką i jak czuję, że tego jest za dużo, powiedzieć, by ktoś mnie odciążył.

Wieczór, jak to wieczór przyniósł spokój :)

A dla mnie poniedziałek 16-go był trudniejszy niż piątek 13-go :)

niedziela, 24 czerwca 2018
Letnio o intymności

Po raz pierwszy nie było mnie na zakończeniu roku szkolnego dziecka. Spytałam się Wiertki, czy chciałaby by był z nią tata i bardzo się ucieszyła. Ja mam jeden dzień urlopu w zanadrzu. A może trochę szkoda, bo dostałam dyplom "dyrekcji, wychowawczyni i Rady Rodziców" dla rodzica zaangażowanego w życie klasy. Coś w tym stylu. Zrobiło mi się niesamowicie miło, że ktoś zauważył i docenił, że starałam się jakoś pokazać jako dobry rodzic.

Chciałam nawet zdjęcie tego dyplomu wrzucić do sieci, by się pochwalić. Pomyślałam jednak, że niektórzy rodzice też dostali, a tak się nie chwalą. Wynikła też sprawa z Wiertką, która nie chciała bym to zrobiła. Zawahałam się, nawet wrzuciłam dwa razy i dwa razy po chwili skasowałam. Nie ma po co. A moje dziecko robi się wyczulone na pewne rzeczy.

Gdy dwa tygodnie temu zmarł Edek i napisałam to FB, moja córka była oburzona. Popłakała się i chciała bym to usunęła. Jak mogłam zrobić coś takiego. Dla niej sieć jest po to by się chwalić, zbierać pochwały, głosy uznania. A nie powinno się chwalić śmiercią zwierzątka. Mogę sobie myśleć, co chcę, ale chyba moje dziecko ma jeszcze jakieś granice intymności i dzielenia się ze światem.

A te dyplom pochwalny też jest na swój sposób z nią powiązany. Muszę zacząć uważać, na to jak pokazuję pewne rzeczy. To też przykład dla niej.

Ta deszczowa pogoda, końcówka cyklu sprawiają, że przez ostatnie dwa dni snuję się jak w śpiączce.

niedziela, 13 maja 2018
Weekend w parku

Sobota była handlowa. Zrobiłyśmy z Wiertką dużą wycieczkę autobusem za miasto - by w Ikea kupić trochę pudełek do szafy. Okazało się, że ten wyjazd był pierwszym, kiedy moje dziecko nie chciało już iść na tamtejszy plac zabaw. Zazwyczaj wtedy ja siedzę sobie z kawą i książką. I tak wpuszczają ją już chyba przez przeoczenie, bo limit wzrostu to 140 cm, a ona go przekroczyła. Okazuje się też, że przekroczyła także emocjonalną granicę, bo ukochany plac zabaw przestał być interesujący. Ale nadal obie lubimy szwedzkie klopsiki w tamtejszej restauracji.

To nie koniec, bo głównym celem wycieczki był zakup hulajnogi. W ramach prezentu nie-komunijnego, mój tata podarował wnuczce pieniądze na rower. Taki średniej półki, kwota trzycyfrowa. Sporo czasu zastanawiałam się, jaki jej kupić, gdzie jej kupić. Nie jeżdżę, totalnie się nie znam. W dodatku, jak ją nauczyć jeździć, skoro sama nie potrafię. Efektem tych dylematów była rozmowa z Wiertką, która odrzekła, że woli hulajnogę. I tak pojechałyśmy do sklepu sportowego po hulajnogę - taką od 1,45 cm wzwyż, więc będzie służyć (oby) przez kilka lat. Od razu poprosiłam w sklepie o jej rozłożenie, bo przecież nie dałabym rady. Wiertka ze sklepu pomknęła jak strzała na swoim nowym pojeździe. A do przejścia, na pętlę autobusową, był spory kawałek.

Niedziela zaczęła się od badań społecznych. Niedawno, na lokalnej grupie fb, napisała studentka psychologii. Razem z innymi studentami z kilku krajów robi badania ośmiolatków nad procesem nauki sarkazmu i ironii :) Szukała chętnych rodziców. Zgłosiłam się. Nie byłam na tyle gościnna, by zaprosić ją do siebie, ale umówiłyśmy się w centrum handlowym, w niedzielę niehandlową - było więc cicho i spokojnie. Przy jednym stoliku Wiertka miała swoje pytania do scenek, a przy drugim, ja jako rodzic wypełniałam swoje kwestionariusze. Na przykład, też miałam scenki, gdzie trzeba było na końcu napisać, co dana osobie odpowie - wybadanie, jaki typ humoru preferuje rodzic i czy w ogóle go posiada. Badanie ma dobrą dotację, więc w podzięce dostałyśmy upominki - Wiertka naklejki i książkę, ja kupon do Empiku, też na książkę.

Z badań pojechałyśmy do parku. Wiertka wybrała taki w sąsiedniej dzielnicy, gdzie zawsze chodzi z tatą i rodzeństwem. Szalała oczywiście na hulajnodze przez cały dzień. W środku parku jest zbiornik wodny, na na nim wysepka (z małym dojściem). Siedziałyśmy tam na trawie, bawiłyśmy się najpierw w chowanego (po krzewach i krzakach). Potem było "Pytanie, czy wyzwanie". Moja córka miała początkowo dziwne pytania, bo o ile "czy jesteś w kimś zakochana?" jeszcze przeżyję, ale "ile razy się z kimś hajtałaś?" było trudne. Bo okazało się, że mojemu dziecku chodzi o seks. Odrzekłam, że takich tematów nie poruszamy. Podejrzewam, że Wiertka oczekuje, że będę mówić, że zakochana jestem w jej tacie i że tylko z nim się "hajtałam". Stanęło na "jakim drzewem jesteś?" i dalej w tym stylu. Wyzwania były gorsze, bo musiałam biegać dookoła wyspy, robić przysiady. Ja za to kazałam mojemu dziecku, w ramach wyzwania, robić działania matematyczne ;) Na koniec jeszcze robiłyśmy tańce na trawie. I tu już bałam się, że zbyt długo jesteśmy dziwne, bo w okolicy leżało na kocach sporo ludzi. Widocznie moje dziecko miało potrzebę kontaktu ze mną i wolało tak spędzić czas, niż na placu zabaw obok.

Lubię jadać na mieście, więc w drodze powrotnej wstąpiłyśmy do knajpki azjatyckiej, w której Wiertka bywa z tatą i że zacytuję mówi o niej, że "restauracja jest na wypasie". Mała zamówiła normalne danie, chrupiącego kurczaka i myślałam, że będę po niej dojadać. Nic mylnego. Zjadła wszystko co do ziarenka ryżu. Ja jej dużo i mnie takie danie nasyca. Znam dorosłych, którzy by mu nie dali rady. Wiertka wsunęła wszystko.

W drodze powrotnej jechała jeszcze na hulajnodze, a ja miałam ochotę zlegnąć już gdzieś. Nie wiem, skąd to dziecko ma tyle energii.

Okna w domu wyją o mycie i trzeba posadzić kwiatki na balkonie. Następny weekend będzie chyba domowy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi