To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie codzienne

czwartek, 25 stycznia 2018
Ferie biegną dalej

Ferie biegną dalej i dalej non stop coś się dzieje :)

Kolejne zajęcia z gimnastyki korekcyjnej mojego dziecka. Potem na Pokaz filmowy w Domu Kultury. Tym razem, na prośbę Wiertki, zostałam z książką na korytarzu, na kanapie (a przemiła pani z działu organizacyjnego zrobiła mi kawę). Okazało się, że moją córkę Narnia także przeraża i potrzebuje mojej obecności, gdzieś obok. Chyba zostałam na wyrost. Na projekcję przyszło także dwóch chłopców i już po krótkim czasie cała trójka szalała na sali, odtwarzając sceny z filmu. Była także bitwa na poduchy. 

Byłyśmy także na sankach. Wszystko w okolicy górki osiedlowej, ona sama, było pokryte uroczym, fotogenicznym lodem, rozbłyskującym w zapadającej szarówce. Tylko ciężko mi było się poruszać :) Lód miał także swoje inne gorsze strony. Wiertka, zjeżdżając, źle skręciła i uderzyła w małą hałdkę lodu. Aż zaczęła krzyczeć i przestraszyłam się, że coś złego się stało. No stało się - plastikowe sanki się połamały. Moja córka była zrozpaczona, bo cytuję "sanki miały odrobinę taty i odrobinę mamy". Służę wyjaśnieniem :) Jakieś dziesięć lat temu, może trochę więcej, wzięłam udział w promocji pewnego dystrybutora wody źródlanej w butelkach - zbierało się nakrętki i można było dostać sanki. Sanki dałam, małym wtedy, aktualnym pasierbom. Jeździli na nich, potem kilka lat leżały na balkonie, aż wreszcie dostała je Wiertka. Dlatego tak była do nich przywiązana - bo dostała je z domu taty, a zdobyłam je ja. Biorąc pod uwagę ich wiek, kruchość nie dziwiła. Obiecałam, że ich nie wyrzucimy, tylko będą leżały na naszym balkonie jako pamiątka. Na szczęście, nie oddałam jeszcze takich dziecięcych sanek - drewnianych na metalowych płozach, okazało się, że moja córka może jeszcze z nich korzystać.

Wczoraj zaś pojechałyśmy do sąsiedniej dzielnicy, gdzie w ich lokalnym centrum handlowym przez ferie działa strefa lego. Dzieci mogą sobie układać tam różne rzeczy i robić wystawę. Zahaczając jeszcze o ich bezpłatny plac zabaw - byłyśmy tak prawie cały dzień. 

A porankami jeździłam na testy rekrutacyjne, rozmowy w sprawie pracy. Mamy czwartek, a w przyszłym tygodniu też mam już większość poranków zajętych.

W dodatku, w zeszły piątek, weszłam na konto by opłacić najpilniejsze rachunki i opadła mi szczęka - dostałam od byłego pracodawcy odprawę. Kwota jest w wysokości jednej pensji z drobnym naddatkiem. W pierwszej sekundzie zaczęłam planować zakupy, ale w kolejnej zdusiłam :) Wydawać hojnie będę, jak będę już wiedzieć, że mam źródło stałego dochodu :) Jednak zabrałam dziecko na deser lodowy w Grycanie :) Obie się zajadałyśmy :)

Jestem zmęczona, ale w taki fajny sposób.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

piątek, 05 stycznia 2018
Okruchy roku

Czasami zwracam uwagę na to, jakie wydarzenia towarzyszą pierwszym godzinom, czy pierwszym dniom danego roku. Jakby to miała być prognoza na resztę dwunastu miesięcy.

Tamten rok zaczął się pechowo. Już pierwszego dnia w pracy, po powrocie z urlopu, znalazłam w skrzynce służbowej mail, w którym ktoś mnie obmówił. Potem okazało się, że po prostu próbował się od czegoś wykręcić, ale niesmak pozostał. A po tygodniu dostałam wypowiedzenie. I nawet to, że z drukarni przyjechał mój tomik wierszy, nie potrafiło zakryć tego uczucia porażki.

W tym roku zastanawiałam się, czy w ogóle wychodzić z domu przez pierwsze dwanaście dni :D

A życie sobie. We wtorek pojechałam do dawnej pracy by odebrać świadectwo pracy. Chciałam je mieć jak najszybciej. Przy okazji zobaczyłam, że moje biurko jest już zajęte. Ktoś czekał na to miejsce. Takie życie. Od razu pojechałam do Urzędu Pracy, bo honor honorem, ale jedzenia za to nie kupię. Za zasiłek jak najbardziej. Okazało się, że 2-go cały urząd ma dzień wolny. Pojechałam tam we środę. Półtorej godziny czekania, bo to pierwszy dzień miesiąca, początek roku. Fala szczęśliwców pozwalnianych. Miałam gdzie siedzieć, miałam co czytać, czas szybko zleciał. Przy okienku, okazało się, że mam tylko jedno świadectwo pracy, a poprzedni pracodawca wystawił mi dwa (za okres próbny, potem z umowy na zastępstwo). Nie można mnie było zarejestrować. Jednak miła pani, powiedziała, żebym następnego dnia po prostu podeszła do jej okienka i nie czekała już tyle czasu. Bylebym wróciła szybko. Życzliwy gest.

A potem, w dodatku, bardzo szybko udało mi się odnaleźć ten papier. A to nie jest wcale dla mnie charakterystyczne :) W czwartek, trzeci dzień jeżdżenia. Pod urzędem zaskoczenie, bo stoją tłumy. Okazało się, że wszyscy muszą opuścić budynek... Nieźle. Miałam załatwić szybko, a cholera wie ile będę czekać. Zapewne ktoś wykonał głupi telefon o bombie, albo znaleźli jakiś pakunek. Straż Pożarna przyjechała szybko i o dziwo panowie byli w środku krótko. Po dziesięciu minutach można było wejść z powrotem. Miło.

Swoje sprawy, przy okienku załatwiłam. Okazało się nawet, że coś tam, coś tam, czego nie łapię, ale być może należą mi się jakieś zaległe pieniądze. Pani konsultowała to z innymi osobami i w końcu nie wiem. Być może nie, ale to też jakiś miły okruch. W każdym razie, na jedzenie wystarczy.

To nie koniec. Wracając do domu, wstąpiłam do takiego małego punktu, gdzie można kupić czasopisma ze zwrotów. Na kolorową gazetę za pół ceny mnie stać. Wygrzebywałam drobne z portfela aż wypadły mi karty ze środka (głównie lojalnościowe, z których nigdy nie korzystam, bo mnie nie stać na lojalność). Przed wejściem do domu, jeszcze weszłam na drobne zakupy do sklepu. Sklep jest drogi, zastanawiałam się, czy kupować akurat tam. Okazało się, że rozrzutność miała swój plus - zobaczyłam, że nie mam w portfelu karty bankomatowej... A tak, zapewne zakupy bym odłożyła, poszła na nie wieczorem. Karta musiała zostać w sklepie z gazetami. Wróciłam się tam biegiem. W przenośni, bo wymagało to przejechania trzech przystanków, ale poganiałam w myślach autobus. Miałam szczęście, karta cały czas leżała na swoim miejscu, pomiędzy słupkami czasopism, zlewając się kolorystycznie z okładkami (taki traf). Wszystko powypadało mi z portfela układając się w równą harmonijkę, tylko ta jedna poleciała na bok. Harmonijkę zebrałam i myślałam, że to wszystko. Pani sprzedawczyni nie miała nawet przez sekundę wątpliwości, że to moja karta, bo pamiętała moje zakupy sprzed kilkunastu minut. 

Jak widać, na razie dotyka mnie sam dobry traf. I nie chodzi o to, czy jakieś tam wróżby się sprawdzają, ale o robienie sobie nastawienia :)

sobota, 02 września 2017
Urlopowo

Coś z innej tematyki.

Na koniec wakacji wzięłam kilka dni urlopu, by Wiertka pobyła trochę w domu, nie tylko na Lecie w Mieście. Wyjazdy gdziekolwiek, nawet na agroturystykę pięć kilometrów za nasze miasto, w tym roku sobie darujemy. W to lato, moja córka poza miastem, na wsi, była tylko trzy dni. A tak to tylko Warszawa. Ojciec też ją nigdzie nie zabrał, co okazało się dobrym pomysłem, bo zwiedzali by szpitale w obcych miastach. Ja nie mogłam wziąć większego urlopu. Taki rok, taki czas po prostu się zdarza. Mam nadzieję, że kolejne wakacje będą wyglądały inaczej.

Pogoda była ładna, jeździłyśmy więc na fajne place zabaw w innych dzielnicach. W naszej okolicy nie ma dużo miejsc, gdzie ośmiolatka mogłaby się fajnie bawić na świeżym powietrzu. Przy okazji różnych wizyt, Wiertka, zobaczyła place na Żoliborzu i na Ursynowie. Są tam ogromne pająki do wspinania, instalacje do zjeżdżania. Każdego dnia byłyśmy w innym miejscu. Jednego pojechałyśmy do Ikea, gdzie mała szalała na placu zabaw, a potem poszłyśmy na szwedzkie klopsiki. Raz na pół roku robimy sobie tam taki wypad.

To też czas zakupów szkolnych. Wiertka zgodziła się bez przeszkód żeby III klasę uczcić noszeniem jednego ze starych plecaków, który cały czas jest w świetnym stanie. Trzeba było jednak kupić trochę zeszytów, nowych kredek, obiecałam jej nowy piórnik. Wybrała sobie dwa piórniki - jeden w kształcie banana, drugi kredki, temperówkę w kształcie nosa (temperuje się w dziurce od nosa) i gumki ścierające w kształcie szminek :) Zaopatrzona w ładne rzeczy chętniej pójdzie na lekcje.

Gorzej poszło z zakupem kapci szkolnych, bo we wszystkich sklepach, w jakich byłyśmy numeracja dziecięca kończyła się na rozmiarze 35. Powyżej albo wszystko było wykupione, albo nie przewidzieli takiej stopy u dziecka. A Wiertka ma już stopę 36. Od cioci panirolki noszącej ten sam rozmiar, usłyszała, że może przymierzyć jej szpilki i jest podekscytowana tym, że produkują już szpilki w jej rozmiarze :) Jestem nieufna wobec zakupów w internecie, ale po powrocie do domu usiadłam przy komputerze i zamówiłam w sieciowej wersji pewnego sklepu dla dzieci i kapcie, i buty jesienne w odpowiednim rozmiarze. Są już odebrane ze sklepu, przymierzone, dziecko zadowolone.

Wolne miałam od wtorku i codziennie gdzieś jeździłyśmy, gdzieś chodziłyśmy. Dziś, Wiertka na pytanie, czy idziemy na jakieś wydarzenia kulturalne, czy chce się borsuczyć na kanapie, wybrała opcję drugą. Ja miałam fazę "stepfordzkiej żony" i wybitną przyjemność sprawiło mi dziś gotowanie przez pół dnia ogromnego gara leczo. Rzadko tak mi się chce celebrować przygotowywanie przetworu na późniejsze dni. Bo część dziś i jutro zjemy, a reszta pójdzie w słoikach do zamrażarki. Wekowania nie ogarniam :) I przy okazji przyszedł mi pomysł na wiersz :)

niedziela, 09 lipca 2017
Weekendowo

Tak bardziej kronikarsko napiszę, bo ostatnio nie miałam weny do wpisów i milczałam.

Dni weekendowe dzieliły się na dwie części. Ja w miarę wyszłam z przeziębienia (choć nadal smarkam i pokasłuję), więc byłam gotowa na intelektualne doznania. Jednak Wiertka stanowczo odmówiła wyjść na wszelkie koncerty Chopinowskie w Łazienkach, czy Święto Francji na Saskiej Kępie. Chciała być dzieckiem i już.

Tak więc, po tym jak obie budziłyśmy się o 10:00 (o tym może być oddzielny wpis) dzień do wczesnego popołudnia wyglądał tak, że ja gotowałam obiad, trochę sprzątałam. Znowu zabrałam się za przywracanie ładu w mieszkaniu i może to zabrać trochę czasu. Na razie podzieliłam pokój na sektory i zajmuję się tylko jednym. Niestety, zauważyłam, że teraz ja zajmuję się sektorem trzecim, a powoli Wiertka zaprowadza burdel w wysprzątanym sektorze pierwszym. Zaś w niedzielę, po prostu snułam się i wypoczywałam.

Potem jemy obiad i wychodzimy z domu. Sytuacja skłoniła mnie do tego, że muszę przez kilka miesięcy mocno oszczędząć. A oszczędne osoby wychodzą z domu najedzone. Napisałam bym bardziej brutalnie - biedne osoby wychodzą z domu najedzone ;) Bo od 14:00 do 19:00 jesteśmy na placu zabaw. Wiertka szaleje z innymi dziećmi, a ja mam okazję spokojnie przeczytać 200-300 stron książki. W sobotę zrobiłyśmy wyjazdówkę na drugi brzeg miasta, do bardzo fajnego placu zabaw w innej dzielnicy, ale dziś bawiłyśmy się lokalnie.

sobota, 24 czerwca 2017
Nasz wiankowy najdłuższy dzień w roku

To był bardzo długi, ten jeden z trzech najdłuższych dni w roku.

Przed południem, przeszłyśmy się z Wiertką do lokalnej grupy animującej społeczność lokalną. Organizowali tam rodzinne warsztaty kulinarne. To tam też, mała chodzi co piątek na warsztaty kulinarne dla dzieci. Tym razem hasłem była kuchnia ukraińska. Przewodziła jedna z mieszkanek pochodząca z Ukrainy. Najpierw ugniataliśmy i smażyliśmy chlebek. Potem była sałatka warzywno śledziowa w ogromną ilością majonezu. Anna Lewandowska nie objęłaby patronatem tego spotkania :) Ale było miło, smacznie i pożywnie. Co okazało się ważne dla dalszej części dnia.

Potem poszłyśmy sobie na plac zabaw. Wiertka bawiła się z dzieciakami, a ja czytałam książkę.

Mała usłyszała od któregoś z dzieci, że będzie jechało na Wianki nad Wisłą. Też chciała ta iść. Wydawało mi się, że to głównie wieczorny koncert, ale sprawdziłam w internecie i okazało się, że wydarzenia są już od południa. Tak więc, od razu z placu zabaw, pojechałyśmy nad Wisłę. Ukraińska strawa zapełniała nam żołądki, nie miałam więc obaw.

Tak jak trochę się obawiałam, o tej porze, w strefie Wianków były głównie stragany z wiankami, jedzeniem i rzemiosłem. Czyli samotna matka, której w portfelu zostało 25 złotych do wypłaty musiała być bardzo czujna. Gdy przebiłyśmy się przez jarmark, dalej była scena z fajnymi koncertami, różne animacje. Oraz gwóźdź programu, czyli mała fontanna. Składała się ona z kilkunastu mini dysz, wystających z posadzki, wypluwających co jakiś czas wodę. Pomiędzy była bardzo długa chwila, gdy woda nie leciała. Ja w końcu usiadłam na ławce, a Wiertka z innymi dziećmi bawiła się przy wodzie. I jak można się domyśleć, po kilkunastu minutach, nie uskoczyła i nadziała się na strumień wody. I tak miała szczęście, bo godzinę wcześniej, jakiś maluch, w momencie wytryśnięcia z dysz, znalazł dokładnie w środku pomiędzy nimi wszystkimi.

Wiertce bardzo zależało, żeby jeszcze pobyć na Wiankach, ale była cała przemoknięta. Zabrałam ją do domu. Ona brała gorący prysznic, przebierała się, a ja szybko podgrzewałam kotlety z wczorajszego obiadu i robiłam sobie kawę. Po pół godzinie, najedzone, wracałyśmy nad Wisłę. Czyli ponownie, nie musiałam się stresować straganami.

Tym razem trafiłyśmy na wrzucanie wianków do wody. Wrzucano jeden zbiorczy, taki ogromny i każdy chętny dorzucał swój mniejszy. Po wodzie płynęła ich spora ilość. Można było sobie postać przy rzeki, obok śpiewał zespół ludowy :) Zbliżała się też godzina głównego koncertu. I Wiertka mnie zaskoczyła - ona chce zostać na koncert. Koncert jest ważny. Bez koncertu, Wianki nad Wisłą są nie zaliczone. Była tak zdeterminowana, że czekałam z nią godzinę na trawie. A potem podekscytowana i zachwycona słuchała muzyki. I musiałam zanotować nazwę zespołu, by mogła sobie w domu wyszukać sama ich piosenki. Czasem tańczyła. Pomyślałam, że to już taki mój wiek - to ja idę na koncert do towarzystwa dziecku. Wreszcie, po 21:00 udało mi się ją wyciągnąć do domu.

Wróciłyśmy przed 22:00.

To był najdłuższy dzień w roku :)

niedziela, 04 czerwca 2017
Raport czerwcowy

Skrót pierwszych dni czerwca, a od jutra, bardziej możliwe, że pojutrza trochę wpisów w stylu lansu intelektualnego.

W Dzień Dziecka, po tym jak wyszła z klasą do kina i miała w szkole piknik, zabrałam Wiertkę do centrum handlowego do McDonalda. Potem kupiłyśmy deskorolkę zasponsorowaną przez dziadka (miesiąc wcześniej kupił jej rolki). Korzystając z okazji, weszłyśmy też do innego sklepu, by znaleźć dla niej sandałki. Od zeszłego roku stopa ponownie urosła. Urosła już od marca, bo buty wiosenne też uwierają. W tej chwili witamy rozmiar... 36. Sandałki, też tak jakby dzięki dziadkowi, bo na deskorolkę dał dwa razy więcej pieniędzy niż potrzeba. Od czterdziestu lat nie widziałam mojego ojca tak hojnego. Umęczyłyśmy się z tymi butami. Te w rozmiarze 35 były ewidentnie za małe. Jednak te o rozmiar większe też niekoniecznie dopasowane. A to stopa latała, a to tu wystawała. Na serio, opadły mi ręce, bo odnosiłam wrażenie, że wyprodukowano je dla jakiś niewymiarowych dzieci. Dopiero siódma przymierzana para, w drugim ze sklepów okazała się dobrze leżeć. Do domu wróciłam padnięta.

W piątek impreza w pracy, dzięki której w sobotę odpoczywałam prawie do 15:00. Wtedy Wiertkę przywiózł jej ojciec. Poszłyśmy na piknik organizowany przez naszą spółdzielnię mieszkaniową. Wystałam się tam w słońcu, wyprażając ostatnie resztki kaca. Dobrze, że lubię upał.

Dziś odwiedziłam ciocię i mojego dziadka, który po tym jak w Wielkanoc minął się z kostuchą, trochę wydobrzał. Zastanawiam się, czy to zdobycze dzisiejszej medycyny i opieka rodziny, czy po prostu są ludzie, którzy nie zakończyli wszystkich swoich spraw na tej ziemi i choć chcą, to nie mogą umrzeć. Nie żebym życzyła mu śmierci. Dziadek chce odejść.

wtorek, 30 maja 2017
Jak zostałam chytrą babą z Pragi

Przyznam się wstydliwie – kolejna już rzecz – że daję się łowić na krótkoterminowe promocje w sieciach handlowych. Nie te, gdzie zbiera się punkty na jakieś noże, zestawy wędek, książki kucharskie. Mnie jako konsumentkę to nie obchodzi. Za to wchodzę w promocje, gdzie dostaje się gadżety dla dzieci. Bo sprawia mi przyjemność zbieranie małych zabawek dla Wiertki. I też, odrzucam ciułaninę naklejek, by kiedyś tam dostać maskotkę. Celuję w promocje typu zakupy za 50 zł = mini zabaweczka. Zabaweczka jest nawet nie mini, ale mikro, ale można zebrać kolekcję. Kto zna rynek, ten się orientuje, o jakie sieci handlowe może chodzić. Córka cieszy się, zbiera, wymienia z dziećmi w klasie, bawimy się figurkami razem we dwie.

Kiedyś zetknęłam się w wynikami badań mówiącymi, że w gospodarstwie domowym to dzieci decydują, jakich produktów rodzina używa. Dzieci oglądają reklamy i mają wpływ na matki. Jak widać, dzięki takim promocjom, dziś czasem dzieci mają wpływ na miejsca, gdzie rodzina robi zakupy.

To tytułem wstępu. Bo niestety z rozpędu, daję się porwać czasem innym promocjom, gdzie gratisem jest coś dla dziecka. Jak wczoraj, gdy zostałam chytrą babą z Pragi. Wizyta, jak zwykle w tym samym sklepie, by dobrać ze dwie nowe figurki do kolekcji. Wcześniej przejrzałam gazetkę, bo mimo, że robię tam zakupy, to z listą rzeczy akurat potrzebnych. Nie dokupuję nic więcej, nic mało potrzebnego, byle tylko dostać gadżet. Jednak, jak widać zaraz, nie zawsze. Zobaczyłam, że jest promocja – dwie czekolady pewnej firmy, duża i mała + maskotka w gratisie. Wiedziałam, że akurat ta maskotka spodoba się Wiertce, bo z pewnych względów lubi tę firmę. A te czekolady i tak jadamy. Wzięłam do koszyka. W gazetce, była adnotacja, że w promocji nie biorą udziału wszystkie sklepy, ale przy półce z czekoladami był duży plakat.

Doszłam do kasy, zapłaciłam i poprosiłam o maskotkę. Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że ona nic nie wie o żadnej promocji. Zrobiło mi się głupio, bo jednak za mną stał ogonek innych ludzi. Kiedyś poszłabym do domu z podkuloną kością ogonową. Teraz jakoś nie. Spytałam się o Dział Obsługi Klienta. .Kasjerka spojrzała na mnie uśmiechniętymi oczami wyrażającymi serdeczność oraz komunikat „ja tu tylko nabijam na kasę i kasuję pieniądze” i odrzekła, że kierownik siedzi tam. Zaczęłam się zastanawiać, czy w tym jej wzroku to jednak nie politowanie. Kierownik, czyli osoba siedząca na kasie nr 1? Bo tę osobę wskazała. Nie, kierownik jest tam. Spojrzałam zdezorientowana, tam gdzie mi pokazywała. Jedyną osobą z prawników sklepu, była osoba pracująca na kasie nr 1. Podeszłam do tego pana i spytałam się o promocję. A ten odrzekł, dla odmiany, że w promocji trzeba zakupić dwie duże czekolady, nie dużą i małą. Widziałam gazetkę i plakat kilkanaście metrów dalej. Powiedziałam o tym. Teraz poczułam się, jakbym robiła ból dupy o pierdołę. Jednak chodzi o  zasady. Kierownik przeszedł się ze mną do półek, gdzie mógł się przekonać, że to ja mam rację.

Maskotkę dostałam, wyszłam, ale z poczuciem, że inteligentna osoba nie zawraca innym głowy o takie pierdoły.

 

19:11, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 maja 2017
Majówka, część przechorowana

Jak się okazało, w poniedziałek na placu zabaw to ja powinnam była siedzieć w czapce. A także w rękawiczkach, grubym szaliku i kozakach ocieplanych. Już wieczorem nie mogłam zasnąć, było mi gorąco, wszystko mnie irytowało. Gdy telewizor grał, to eksplodowała mi czaszka, a gdy próbowałam zasnąć w ciszy, to myśli gnały mi po czaszce niczym plemniki po jajowodzie.

Dygresja. Wiertka miała trzy dni majówki spędzić z koleżanką u jej babci. Byłam zaskoczona, że do propozycji odniosła się z entuzjazmem i cieszyła się. Dotąd na sugestię o koloniach mówiła, że owszem, ale z mamą. Dla mnie super, bo we wtorek miałam pracować. I oto w piątek, po 20:00, dowiedziałam się, że wyjazd jest odwołany z powodu choroby zakaźnej w domu owej babci. Brałam to pod uwagę, ale nie w momencie, gdy nie jestem już w stanie nic zrobić – ani ze świetlicą, ani z pracą. Na szczęście, ojciec Wiertki zgodził się z nią posiedzieć. Jednak wiązało to się z tym, że pracował – jak zwykle w nocy – a o 6:00 przyjechał, by pospać w moim łóżku. Trudno.

Wracając do zmarznięcia. Początkowo wydawało mi się, że mam tylko lekki katar i chrypkę. Dobrze, że we wtorek w biurze byłam sama w pokoju. Kichała, smarkałam i piłam gorącą herbatę na przemian. Czas zadziwiająco szybko zleciał. Podejrzewam, że to dlatego, że miałam luźny związek z rzeczywistością. Gdy zobaczyłam swoje oczy w lustrze, plus ten obtarty już nos, to wyglądałam jakbym albo wciągała wyjątkowo zanieczyszczony towar, albo szlochała za biurkiem. O 15:30 wymknęłam się z pracy tak, by za bardzo nie rzucać się w oczy.

Po powrocie do domu, do łóżka. A w środę katar zelżał. Za to ja leżałam bez sił i drzemałam. Naiwnie sądziłam, że nie będę się już więcej przeziębiać, że to stres tak mnie osłabia fizycznie. Widocznie niekoniecznie. Oby to było już ostatni raz w tym roku.

Okazało się, że w moim przypadku najlepszym lekarstwem jest sen i lenistwo. Dziś mam jeszcze resztki kataru, ale generalnie funkcjonuję normalnie. Głupio by mi było brać zwolnienie lekarskie w trzecim tygodniu pracy. Wytrzymać dziś, jutro, a w weekend postaram się dalej leczyć snem i lenistwem.

Na szczęście, Wiertka zdrowa i mówi, że też trzeba było biegać po placu zabaw.

poniedziałek, 01 maja 2017
Majówka

Jest prawie jak w starym memie - w weekend majowy mamy 30 stopni C: 10 stopni C w sobotę, 10 stopni C w niedzielę, 10 stopni C w poniedziałek.

W sobotę przeszłyśmy się z Wiertką kupić rolki (sponsorowane przez dziadka) i zostałyśmy w centrum handlowym na dłużej. W ten dzień odbywały się tam atrakcje dla dzieci - warsztaty z mimami, żonglerskie, robienia zwierzątek z balonów, różne pokazy cyrkowe. Wiertka bawiła się tam kilka godzin, a ja siedziałam obok i czytałam książkę.

Wczoraj zabrałam ją na spotkanie z dobrymi koleżankami. Niektóre mogłam zobaczyć po raz pierwszy od dłuższego czasu, pogadać, zobaczyć, co się nowego dzieje. Mała bawiła się tylko przez pewien czas, a potem zrobiła wszystkim teatrzyk, pokaz ubrań, w które się przebierała. To typ dziecka, które lubi skupiać na sobie uwagę i być w centrum zainteresowania, dokładnie w środku, nie siedząc obok. A jeszcze kilka dni temu mówiła mi, że chciałaby zostać sławną piosenkarką, ale się wstydzi występować. Akurat. Żeby ją jakoś spacyfikować, poprosiłyśmy by w kuchni obok zrobiła wystawę obrazów. Potem AsiaJot umiejętnie znajdowała jej wyzwania plastyczne, które zajmowały dziecko na kilka minut.

Dziś poszłyśmy do kina na "Dzieciak rządzi". Dziecko się śmiało, a sentymentalna matka na koniec filmu się popłakała. Czasami mi się to zdarza na filmach dla dzieci :) Żeby nie trzymać dziecka w czterech ścianach w taką pogodę - temperatura niespecjalna, ale piękne słońce - po sensie poszłyśmy do parku. Chłodno, ale kolejka do lodów dość spora. My też kupiłyśmy sobie po jednym. Za to na placu zabaw - mamy pierwszy dzień maja, jest chłodno, ale bez przesady, za to większość dzieci miała czapeczki na głowach. I teraz się zastanawiam - czy to ja jestem taką matką ignorantką, czy polscy rodzice uznają tylko dwa rodzaje pogody: poniżej i powyżej 25 stopni C.

Dziecko dobrze się bawiło, zawierało znajomości, a ja miałam drobny kłopot. Nie wzięłam nic do czytania. Jak są ludzie, którzy muszą coś robić w domu, mają "przelot" zatapiając się w pracy, tak ja nie potrafię tak po prostu siedzieć i patrzeć się przed sobie, na ludzi, czy na cokolwiek. Oddychać, roztapiać się w chwili, być, trwać. Sytuację ratuję internet w telefonie, ale ile można. Na szczęście, miałam swój zeszycik, długopis i złożyłam połowę wiersza.

Większość dopiero rozkręca się w wypoczynku, a ja jutro na jeden dzień do pracy. Szkoda urlopu i pewnie nawet bym go nie dostała.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi