To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: teatrzyk

poniedziałek, 08 października 2012
Leniwy weekend

Taki do końca leniwy ten weekend nie był, ale jak na mój tryb życia, to od biedy obleci.

W sobotni ranek tuptając nóżkami, podjeżdżając autobusem udałyśmy się z Wiertką na poranek muzyczno-filmowy w niedalekim kinie. W niedzielę są spotkania teatrzykowo-filmowe, a soboty przychodzą panie z instrumentami, grają na nich, opowiadają, śpiewają, tańczą z dziećmi. Tym razem mała zdecydowała się zostać na części filmowej, ale chyba siedziałyśmy za blisko ekranu, bo po dwóch bajkach chciała wyjść.

W południe miał nas odwiedzić mój tata, który zostawał z wnuczką, gdy ja miałam jechać na zajęcia genderowe. Zostało jeszcze trochę czasu, ale tu skończyła się chwilowo leniwa część weekendu. Wiertka nie chciała wyjść z budynku kina, a gdy ją wyciągnęłam z rodzicielską stanowczością przypomniała sobie, że lubi być noszona na rękach. Kontynuowałam rodzicielską stanowczość i wywołałam tym bunt. Sama tego chciałam. Kawałek jeszcze podeszłyśmy towarzysząc innym dzieciom z mami, ale na 20-30 metrów przed przystankiem autobusowym, w ruchliwym punkcie komunikacyjnym, moje dziecko odmówiło dalszej wędrówki. Na swoje wytłumaczenie mam jedynie mój ośli upór oraz obecność dwóch sporych lalek w moich rękach, które Wiertka koniecznie chciała zabrać ze sobą.

Stanowiłyśmy malowniczy obrazek. Skrzyżowanie, tłumy wędrujące z jednego przystanku na drugi, a na środku szerokiego chodnika siedzi wyjące dziecko. Obok stoi matka i co jakiś czas mówi coś do dziecka. Jedni patrzyli się zmartwieni, inni rozbawieni. Starałam się być spokojna, opanowana, ale z minuty na minutę moja bezsilność rosła. Mała płakała i nic do niej nie docierało, próba rozmowy kończyła się krzykiem. Po ponad dwudziestu minutach, poprosiłam – stojącego po zamkniętymi drzwiami – mojego tatę, by po nas podjechał. Dotarł, wziął wnuczkę na ręce i pojechaliśmy do mnie. Wiertka jeszcze przez kilka minut zanosiła się płaczem, albo miała smutną minę zalewała się łzami od nowa. Pomyślałam, że to wszystko nie ma kompletnie sensu, kupy się nie trzyma. Ona wpada w taki stan, przekracza w histerii i płaczu taki punkt, gdzie nie ma już miejsca na rozmowę, na tłumaczenie, na powrót do stanu spokoju. Będzie płakać, aż do wyczerpania. Tak mi się wydaje, bo po godzinie takiego wycia nadal żyje. Jednak nie zamierza odpuścić. Już jako niemowlę tak miała – umiejętność wycia przez dowolnie wybraną część czasu. Nie podejrzewałam, że będzie tę umiejętność udoskonalać. Wracając do sytuacji – widzę, że moje przeczekanie i żelazna konsekwencja nic by nie dało. Bo ile można czekać? Już wiem, że godzina tkwienia z płaczem na chodniku, to dla niej nic trudnego. I wiem, że w takim stanie płaczu, samodzielnie się nie uspokoi. Ratunku! Psychologa dziecięcego! Mam odpuszczać i nosić ją na rękach? Czasami mam ze sobą zakupy, jej zabawki, nie zawsze to takie proste. Nie piszę o tym by się żalić. Ja po prostu nie mam pojęcia, co z tym zrobić? Na razie, wychodząc z nią z domu, zakładam, że będzie awantura o noszenie na rękach i jestem przygotowana na moją kapitulację.

Niedziela była leniwa w tym sensie, że ciężko mi się nawet wstawało z łóżka. Najchętniej ległabym na kanapie, z książką w ręku w pozycji zegara ze słynnego obrazu Salvadore Dali. Zmogłam się i pojechałyśmy z małą na inny teatrzyk – przecież i tak bym z nią wyszła na spacer. Tym razem było o bezpiecznym korzystaniu z internetu. Gdy pojawiły się groźne sieciuchy, czarne diabełki, mała chciała nawet wyjść, ale zmogła strach i byłyśmy do końca przedstawienia. Potem było oglądanie lalek, zwiedzanie sceny, a nawet nieśmiały osobisty kontakt z lalką-sieciuchem. Coś musiało się dziać z pogodą. Głowa mnie bolała. Wiertka zasnęła w spacerówce – a tak, wzięłam zapobiegawczo wózek – tuż przed dotarcie do domu. Ja też zległam pod kocem. I tak drzemałyśmy prawie trzy godziny… Ja wstałam na chwilę, dokończyłam przygotowywanie obiadu, zjadłam i ponownie położyłam się obok dziecka. Leniwie, aż do bólu.

Podobno katar leczony trwa siedem dni, a nie leczony tydzień. Mój już przekroczył granicę leczonego i nie leczonego. Dalej ciężko mi spać w nocy, bo mam zatkany nos. Na szczęście kaszel powoli mija. Sprawia to, że do pracy docieram z wyrazem twarzy lichym i wymęczonym, doskonałym w kontakcie z polskim pracodawcą, niekoniecznie – amerykańskim. Może zacznę już nosić czapkę? Tak się zaczyna, a kończy na moherowym bereciku ;)

Przypis do wyrazu twarzy polskiego pracownika – nawiązałam do słynnego cytatu cara Piotra Wielkiego „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego” :)

poniedziałek, 10 września 2012
Po weekendowo - macierzyńsko

Sobota spędzona z rodziną, czyli moją ciocią, babcia i dziadkiem. Wiertka wreszcie trochę się przełamała. Dotąd spotkania z pradziadkami spędzała u mnie na kolanach, wiercąc się, skacząc, ale do żadnego przez tyle czasu nie podeszła. Chyba cierpki na dziecięcą wersję "ejdżyzmu" i nie przepada za ludźmi starymi. Babcia ma 89 lat, zgarbiona, pomarszczona, prawie nie widzi, słabo słyszy. Dziadek - 92 lata i zaledwie trudności z chodzenie. Zaledwie piszę, bo mieć świeży umysł, ostre zmysły w tym wieku, nie jest takie oczywiste. Nasze wizyty tam dzielę na dwie części - pół godziny z nimi, potem u cioci w sąsiedztwie i znowu pół godziny. Tyle mała wytrzyma. A w sobotę podała im rączkę na pożegnanie.

A niedziela cała na świeżym powietrzu. Najpierw "Kopciuszek" pod Och Teatrem. Wiertka nawet dostała się na scenę - w momencie balu u Księcia, gdy przedstawiane były panny, chętne panny z widowni mogły też podejść. Wiertka chciała i nawet odważyła się sama iść z innymi dziećmi. Zniknęła w tłumku i przez sekundę zastanawiałam się, co jeśli wszystkie dzieci wrócą do rodziców, a jej nie będzie na scenie? Będę krzyczeć i zatrzymam przedstawienie? Poczekam do końca? Jakieś dziwaczne scenariusze zaczynają mi się roić ostatnio w głowie. Za bardzo literacko myślę. Jednak wróciła do mnie i była przedstawieniem zachwycona. Ona uwielbia teatr.

Potem podjechałyśmy nad Wisłę, do "Miasta Cypel", gdzie miała być odsłona "Bookworm Day" (nie będzie już zrzędzić, ale mogliby znaleźć polski odpowiednik tej nazwy - mamy rok 2012, nie 1992). Okazało się, że to większy teren zieleni, gdzie odbywa się coś w rodzaju pchlego targu, grupki ludzi, rodziny przyjeżdżają wypocząć i w coś sobie pograć. "BD" był tego częścią. Nie miałam książek na wymianę, jeszcze nie odważyłam się tak przesortować swojej biblioteki, ale przejrzała to co było dostępne. Wiertka zasnęła, więc z zimnym piwem bezalkoholowym przysłuchiwałam się wywiadom z pisarzami.

Mała obudziła się i ruszyłyśmy w teren. Spróbowałyśmy wegańskiego jedzenia - zestawu "wszystkiego po trochu", wegańskiej zupy pomidorowej z kokosem. Uznałam, że jest większe prawdopodobieństwo, że zje to, a nie hamburgera, a tylko takie były opcje. Słychać było wszędzie muzykę, nie podejmę się określić gatunku, ale istniało ryzyko, że dopóki grają moje dziecko nie będzie chciało nigdzie iść. Poszłyśmy w kierunku pulpitu didżeja i wielkiej kolumny, ale moje dziecko nie zaryzykowało szturmowania tego stanowiska. Może szkoda, bo didżej był przystojny i do tego czytał książkę, więc niegłupi. Wiertka znalazła w sąsiedztwie starą, rozpadającą się, małą łódź i tam siedziałyśmy dłuższy czas. Wzięła ze sobą lalkę, piłeczkę. Płynęłyśmy, to robiłyśmy inne rzeczy, nie zawsze rozgryzłam co mi tłumaczyła, trochę potańczyłyśmy. Aż w końcu usiadła, oparła się plecami o mnie i oddała się chill-outowi przy muzyce.

Wreszcie udało mi się namówić ją do powrotu, bo dotąd na nieśmiałe pytania z energią mówiła, żebyśmy zostały. Co za różnica, czy dotlenia się po prawej, czy po lewej stronie rzeki? I prawie się udało :) Idąc ku wyjściu zauważyła grupkę ludzi biegających pod mini namiotem. A co tam, możemy zobaczyć. I trafiłyśmy na jogę... Ja ćwiczyłam, bo mała nie chciała wcale iść tłumacząc, że "chce oglądać ludzi", a nie będę przecież stała jak słup soli. Towarzystwo było miłe i wiercący się pędrak im chyba nie przeszkadzał. Wiertka wyginała się na macie, kręciła i robiła różne rzeczy z ciałem udowadniając, że joga jest w ciele człowieka od pierwszych dni, tylko potem ją zapominamy. Na szczęście ćwiczenia były głównie oddechowe i na odstresowanie. Prowadząca - pokazując moją córkę opowiadała, że dzieci żyją "tu i teraz", nie martwią się przeszłością, nie martwią się o przyszłość. Fajny cytat usłyszałam: "Dziecko uśmiecha się około 400 razy dziennie bez powodu, dorosły około 17 razy dziennie i zawsze z jakiegoś powodu".

Nadeszła ta chwila, gdy ma moje ciche pytanie, czy już idziemy, dziecko zgodziło się wracać do domu. Nawet pod domem powiedziała, że chce odpoczywać, nie chce już nigdzie iść. W pełni się z nią zgadzałam - było po 18.00 i od kilku godzin byłyśmy na spacerach.

Lubię takie niedziele :)

Tagi