To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie kulturalne

czwartek, 07 marca 2019
Czy pamiętasz lata 90te? :)

Brałam wczoraj udział w zabawnym wydarzeniu – quiz na temat wiedzy o latach 90tych. Lata 90te darzę ogromnym sentymentem, może dlatego, że udało mi się je przeżyć ;) Jednak to byłby temat na oddzielny wpis.

Ograniczeń dla uczestników nie było – można było startować grupowo, pojedynczo. Każdy dostał kartkę z tabelką do wpisywania odpowiedzi, długopis. Spodobało mi się to, bo za wpisywaniem na kartkę introwertyk może się ukryć. Gdyby trzeba było się zgłaszać i wypowiadać, to bym się nie odważyła. Pytań było 60 i wszystkie dotyczyły tego okresu w Polsce. Pogrupowano je w sześć kategorii – polityka, Warszawa, architektura, „cudowne lata” (ogólnie), „kto to powiedział?” oraz „co jest na zdjęciu?”. Każde pytanie było zilustrowane zdjęciem, opisem. Dominowały budynki, miejsca w Warszawie, bo autor pytań, prowadzący quiz oraz prowadzący kawiarnię w jednej osobie jest także przewodnikiem miejskim. Miałam przyjemność brać udział w jego spacerach. Stąd też trafiłam do tej kawiarni, która znajduje się totalnie na drugim końcu miasta. Prowadzący zachęcał do odpowiadania, dzieląc się refleksją, że przy niektórych quizach (nie był to pierwszy taki konkurs) nawet 30% daje duże szanse na zwycięstwo.

Pisałam odpowiedzi, w niektórych miejscach nie pamiętałam, nie wiedziałam. Od niewiedzy, bardziej wstydziłam się trochę udzielenia odpowiedzi, za to głupiej, kretyńskiej J Doszłam do wniosku, że nie wiem aż tak wiele o latach 90tych. Widocznie za dużo imprezowałam :)

Jako, że nagrodzeni mieli być wszyscy ochotnicy, zostałam na omówienie prawidłowych odpowiedzi i ogłoszenie wyników. I byłam pozytywnie zaskoczona. Zdobyłam 7 miejsce na 15 drużyn i byłam najwyżej notowaną drużyną jednoosobową J To ma jednak wpływ, czy odpowiadasz na wszystko sama, z kimś do pomocy, czy – jak zdobywcy I i II miejsca w pięcioosobowym zespole. Dlatego uznałam, że wróciłam do domu z tarczą :) Oraz z kalendarzem i sporą grudką węgla jako upominek (kawiarnia ma tydzień śląski). Węglem moje dziecko się zafascynowało. Takie pokolenie – trzymała coś takiego w ręce pierwszy raz :)

21:34, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
wtorek, 26 lutego 2019
Weekend w DSH

Za mną fajny weekend. W sobotę byłyśmy z Wiertką na spotkaniu z moimi artystycznymi koleżankami.

 

Za to w niedzielę mogłam zostawić ją na trochę w domu i sama pojechać do Domu Spotkań z Historią na finisaż wystawy „Odzyskana” – zdjęć Warszawy z okresu dwudziestolecia międzywojennego. Byłam już na wernisażu, oglądałam zdjęcia, nawet z zacięciem intelektualnym, ale finisaż wiąże się także z fajnymi wykładami przez cały weekend. I to na nie przyszłam. Z kilku wybrałam trzy.

Najpierw była rozmowa o „Obyczajach w dwudziestoleciu międzywojennym” – rozmawiała dziennikarka Hanna Zielińska z Agnieszką Kościańską. Miałam nadzieję na fajne informacje, ale tak naprawdę to usłyszałam o tym, o czym już wiedziałam. Może dlatego, że gdzieś tam czytałam na ten temat. Skupiono się głównie na prostytucji, walce o aborcję, Krzywickiej, Boy-Żeleńskim. Z takich nieznanych mi smaczków, usłyszałam, że przedwojenna wieś była bardziej otwarta i tolerancyjna dla pozamałżeńskich zachowań seksualnych niż miasto. Zachowały się nawet zapiski, jak proboszcz z jakiejś wioski grzmiał, że coraz mniej w okolicy nieślubnych dzieci, bo ludzie używają prezerwatyw z Francji, przywożonych z emigracji ;) Dowiedziałam się też, że były rejony w Polsce, gdzie na wsi, jako kapturka antykoncepcyjnego używano… świńskiego ucha. Próbuję to sobie wyobrazić…

O wiele bardziej pasjonująca była następna opowieść – „Kreśliliśmy plany, robiliśmy szkice Warszawy – jak Starzyński Warszawę prowadził w nowoczesność”, Mai i Jana Łozińskich. Zostali poproszeni o powiedzeniu o luksusowej warstwie miasta. Jak żyło się kiedyś w stolicy, jeśli miało się pieniądze. Wykład był podparty mnóstwem fajnych zdjęć budynków. W latach 30tych ruszyła duża fala, dzięki ulgom podatkowym, budowy budynków na wynajem. Większość z nich miała bardzo ciekawą architekturę, choć losy powojenne czasami dość brutalnie skorygowały te bryły. W tej historii nie skupiono się na wynajmie dla każdego. To były budynki z garsonierami, kawalerkami. No nie z panieńskimi – widać jak życie odbija się w języku, młoda dziewczyna nie mogła sama zamieszkać. Często bywało tak, że w budynku jedno mieszkanie mieli jego właściciel, a reszta była wynajmowana. Mieszkania nie były duże – jedno, dwa pokoje, czasem tylko 30 metrów kwadratowych. Jak widać, dla samotnych mężczyzn, lub panów którzy potrzebują cichego, dyskretnego kąta. Choć ciekawe, czy wynajmowały je także kobiety. Lokatorzy byli starannie dobierani i selekcjonowani, nie przyjmowano rodzin z dziećmi. Rzeczywiście, musiało być tam cicho i dyskretnie J Mieszkanka nie miały służbówki, ani miejsca dla gospodyni, ale te oczywiście pracowały dla właścicieli. Po prostu pomieszczenia mieszkalne dla nich były na parterze. A niektóre z tych budynków miały nawet własne spalarnie śmieci. Taka ciekawostka z czasów przed wynalezieniem plastiku.

W tamtym okresie modne było okrywanie budynków kamieniem, co przepięknie widać na zdjęciach. Tynki uważano za „szminkę i puder” dla domu. Tylko w sumie nie wiem, czy chodziło o to, że są tak nietrwałe, czy o to, że upiększają.

Oglądaliśmy też zdjęcia niektórych wnętrz. Na przykład łazienkę z mieszkania Jadwigi Smosarskiej. Dziś wydałaby się ascetycznie biedna z jasnymi, jednokolorowymi płytkami. Ciekawym akcentem była malutka umywaleczka umieszczona po prawej nad umywalką właściwą – prawdopodobnie do spluwania i mycia zębów.

Z innych ciekawostek, których nie słyszałam na innych wykładach – w całej Warszawie było wtedy około 4 tysięcy samochodów. Tyle ile teraz jest zarejestrowanych na jedno 1,5 kilometra kwadratowego stolicy. A przecież jest jeszcze szara masa jeżdżących na innych rejestracjach. Jak wtedy musiały miło wyglądać ulice. Było też fajne zdjęcie z sygnalizacją uliczną sterowaną za pomocą… policjanta z budki obok J Za to, co jest bardzo ciekawe, Warszawa była bardzo nie zielonym miastem! Raptem 1,5 metra kwadratowego zieleni na mieszkańca! Dziś trudne do wyobrażenia. Dlatego prezydent Starzyński kazał zakładać nowe parki i skwery. Dziś za to mamy reaktywnie sporo zieleni, za to mnóstwo zanieczyszczeń związanych ze spalinami.

Na koniec opowiastki o tym wykładzie, dla mnie zabawne – z punktu widzenia dzisiejszego nazwy: Instytut Propagandy Sztuki, wystawa „Warszawa wczoraj, dziś i jutro” (to dlatego, że te ich jutro, to dla nas już od bardzo dawna wczoraj).

Ostatni wykład, którego wysłuchałam to „Ile lat, tyle miast! Jak zmieniała się Warszawa w 20-leciu międzywojennym” Jerzy S. Majewski. W sumie było ciekawe, tylko, że minęła godzina opowiadania, zbliżał się moment emisji filmu dokumentalnego, a prelegent nadal był w okolicach roku 1918 J A ja już musiałam wracać do dziecka.

Z ciekawostek, wielka epidemia grypy hiszpanki dziesiątkująca Europę, dotknęła Polskę w małym stopniu. Umarło w kraju relatywnie mało osób. O wiele większym zagrożeniem była gruźlica. Widocznie, nasz kraj czekały jeszcze nowe nieszczęścia i to postanowiło nas ominąć.

Egoistycznie, zachowuję w notatkach, pamięci, na blogu tylko te wrażenia, informacje, które mnie zaintrygowały. Inni zapewne zapamiętaliby coś innego. Trudno J

 

 

środa, 06 lutego 2019
O uciechach płatnych w dawnej Rzeczypospolitej, cz 1

Wymknęłam się wczoraj na fajny wykład. Miejsce - Kawiarnia KEN 54 - jest super, mają świetne pomysły na spotkania, ale dokładnie, totalnie na drugim końcu miasta. W dodatku, we wtorki mam zajęcia z dzieckiem do 18:00. A teraz są ferie, trzeba było to wykorzystać.

Tematem było "Miasto grzechu. Historia prostytucji w Warszawie". Jako, że temat jest rozległy, to była to na razie część pierwsza, wiek XVIII i XIX. Za dwa tygodnie będzie o czasach przed obiema wojnami światowymi, a w marcu część trzecia o prostytucji w PRL. Temat musiał być kuszący, bo przyszły tłumy. Knajpka nie jest duża, kilka stolików, więc i tak resztę wolnej części zajęliśmy stojąc. Spodziewałam się tego, bo latem byłam już tu na wykładzie, było podobnie, ale wtedy zapobiegawczo pojawiłam się prawie godzinę wcześniej.

Notatki robiłam hasłowe, w telefonie, raz na jakiś czas i zapisywałam tylko to, co mnie urzekło. Nie będzie więc to dokładne streszczenie materiału :) Tylko takie migdały z ciasta ;)

Czy wiecie, że :)

Prostytucja była prawnie usankcjonowana, bo uznano, że dzięki temu uniknie się gwałtów i cudzołóstwa. Pisała już o tym Nicki Roberts w "Dziwkach w historii" - to już ode mnie - raz, w pewnym księstwie podjęto próbę karania nierządu, ale szybko przywrócono jego legalność na prośbę mieszczan. Nie dlatego, że tak ich goniło do grzechu, tylko dlatego, że bezpieczeństwo ich córek i żon stało się zagrożone, przez wieczne nagabywania na ulicy,

Pierwotnie koncesję na prowadzenie burdelu miał kat miejski lub jego żona. Niedaleko warszawskiej starówki stoi domek, zwany słodko Domem Kata, gdzie taki przybytek się znajdował. Trafić tam mogły kobiety skazane za czyny niemoralne.

Jednym ze sposobów na antykoncepcję lub uniknięcie, przeleczenie choroby wenerycznej było przemywanie części intymnych octem. Dlatego nie raz, pani lekkich obyczajów marynatą pachniała - cytat prawie ;)

Także w XVIII wieku woźnica miał układy z burdelami. On woził chętnych pod wiadomy sobie adres, a tam zgarniał prowizję od klienta. To nie pomysł naszych taksówkarzy :) Woźnica czasami tylko jeździł po mieście, a para w wozie zajmowała się sobą.

W XVIII wieku także, niejaki Jezierski, wybudował w okolicach dzisiejszej ulicy Bednarskiej i Dobrej, tuż przy ówczesnym moście pontonowym, dom łazienkowy. Dom składał się z małych pokoików, w każdym stała jedna lub dwie wanny, ręczniki, kanapa do przeschnięcia. Cicho, spokojnie, intymnie, jak to w łazience. Cóż dziwnego, że pokoiki i wanny szybko do czegoś innego zaczęły być wynajmowane. Dodać trzeba, że i usługi woźniców, i łazienki służyły nie tylko płatnej miłości, ale także zwyczajnym małżeński zdradom.

Niestety, nie zanotowałam imienia i nazwiska owej francuskiej damy lekkich obyczajów, ale to ona - będąc już wtedy mocno po trzydziestce - obdarzyła wdziękami młodego, 21 letniego, Stasia Poniatowskiego i wywróżyła mu, że kiedyś zostanie królem. Ten tak był rozbawiony, że obiecał jej zaszczyty, jak wróżba się spełni. I słowa dotrzymał. Gdy dostał koronę, ściągnął prostytutkę do Warszawy i tam założył dla niej dom publiczny. Budynek już nie istnieje, ale znajdował się przy dzisiejszym skwerze Hoovera. Przez długie lata interes szedł świetnie, a król też go często odwiedzał.

I gdyby ktoś pomyślał, że orgie zostały wymyślone na potrzeby kaset wideo, to jest w błędzie. Już wtedy tak dobrze się bawiono i na dowód mogliśmy sobie pooglądać grafiki.

Wiek XIX jest tak gęsty od smaczków o prostytucji - jak to wiek uczciwej rodziny, że można by o nim godzinami opowiadać. Ja nie nadążałam :)

W XIX wiecznej Warszawie prostytutki podzielono na cztery strefy - bo Rosjanie lubią dzielić na rangi. Domy schadzek, domy publiczne, wolno pracujące w domach oraz luksusowe kokoty. Właścicielem domu publicznego był mężczyzna, ale ten chował się w cień, nie ujawniał swojego nazwiska. Dom prowadziła kobieta i to ona firmowała interes swoim nazwiskiem i twarzą. Na planie pętał się jeszcze jeden mężczyzna - szatniarz, czasami robiący za wykidajło. Dom często też odwiedzali policjanci - z przyjacielskimi wizytami, współpracując z właścicielami. 3/4 zarobku dziewczyny zabierał właściciel, 1/4 burdelmama. Wychodzi na to, że nic nie zostawało. Oprócz tego, dziewczyny musiały dokładać się do utrzymania - jedzenie, ubrania. A te sprzedawany im były na bardzo wysokiej marży. W efekcie rzadko która z dziewczyn była wypłacalna. 

Pod koniec XIX wieku właściciel burdelu wychodzi z cienia i robi karierę celebryty półświatka - pojawiają się alfonsi. 

Mogliśmy też obejrzeć sporą ilość fotografii erotycznych z tamtego czasu. Jak niewiele w ciele kobiety wystarczyło by wzbudzić męskie dreszcze - czasami uniesiona na krześle noga w trzewiku i opuszczona suknia odsłaniająca dekolt. Były także nagie kobiety - zalotnie uśmiechające się do obiektywu, albo patrzące nieobecnie gdzieś w dal, niczym nimfy. W XIX wieku wystarczyło po prostu zdjąć ubranie. gdy jeszcze sto lat wcześniej katalog bezeceństw był obszerniejszy.

Opowieści, adresów przybytków, zdjęć topograficznych, było jeszcze więcej. Nie da rady tego streścić. Fajne było posłuchać :)

20:41, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 07 stycznia 2019
Weekend kulturalny

Weekend był częściowo kulturalny, częściowo śnieżny.

 

W sobotę wybrałyśmy się z Młodą na wernisaż wystawy obrazów mojej koleżanki. Motywem przewodnim były psy i koty. Techniki różne – akryl, oleje, pastele. Mnie się podobały te z akrylu, mojej córce w oleju J Długo nie pobyłyśmy, bo moje dziecko nie ma cierpliwości do takich spędów. Obrazy obejrzała, zdjęcia porobiła, podjadła przekąski, wypiła wodę i już nie miała co robić. Ze starszymi, czyli każdym powyżej trzynastego roku życia, rozmawiać nie będzie J Po niecałej godzinie zabrałyśmy się do domu. Jeszcze tylko moje dziecko, gdy usłyszało moją rozmowę ze znajomą, która jest morsem i dziś akurat raczyła się kąpielą w jeziorze, bardzo się podekscytowało tą ideą i też chce się kąpać w lodowatej wodzie. Już jutro J

Niedziela była leniwa. Wyszłyśmy tylko przed obiadem na okoliczny plac zabaw. Jest tam górka do zjeżdżania, spora przestrzeń do ganiania się ze śnieżkami. Trzeba wykorzystywać, że jest śnieg.

 

piątek, 16 listopada 2018
Disney On Ice

Wyjść kulturalnych część kolejna. Tym razem „Disney On Ice”. Bilety na występ kupiłam już… w lipcu J Dziecko chciało iść na to już we wcześniejszych latach, ale nasza sytuacja finansowa była taka sobie. Pojawiły się pierwsze reklamy, z ciekawości kliknęłam w link, potem jakoś tak zaczęłam sprawdzać dostępność biletów na poszczególne dni, ich ceny. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że sporo jest już wykupionych. A może nie ma co się zastanawiać? Znalazłam dwa miejsca, w dobrym punkcie moim zdaniem, w środku tygodnia, więc w najtańszej możliwej opcji. Zarezerwowałam uznając to za wcześniejszy prezent urodzinowy dla dziecka. Taka tam racjonalizacja J Płacąc za te zakup weszłam na krótki czas na napiętą drogę z bankiem, bo na koncie miałam opary, ale w perspektywie za kilka dni wypłatę. Bank wybaczył, bo ciągle chce mi dawać jakieś pożyczki.

 

A potem to już tylko wystarczyło, żeby nie zapomnieć o dacie występu przez ten cały czas J Bałam się, że przypomnę sobie dzień po J Wiertka była podekscytowana.

Przedstawienie było fajne. Skondensowanych kilka bajek Disneya. Mnie najbardziej zaciekawiła choreografia i wytańczone układy. Nie jestem fanką łyżwiarstwa figurowego, nie oglądam występów w telewizji, dlatego, to co widziałam teraz na lodzie wystarczająco mnie usatysfakcjonowało J W tle leciały piosenki z filmów Disneya, można było sobie ponucić, czy pośpiewać. Generalnie fajny wieczór. I o dziwo, mimo ostrzeżeń, że na hali panuje temperatura 18 stopni, wcale nie zmarzłam J

 

niedziela, 21 października 2018
Koncertowa niedziela

Cały czas opisuję poprzedni weekend. W tę niedzielę wszyscy byli na wyborach, o czym nie zapomnieli zawalić całego facebooka. Ktoś by pomyślał, że robią to pierwszy raz w życiu.

Poprzednią niedzielę spędziłam w domu z dzieckiem. Trzeba było przysiąść do odrobienia całej listy lekcji.

 

Zaś na wieczór miałyśmy plany. Prawie co roku Wiertka wybiera się na obchody Urodzin Kinderniespodzianki. Teraz robi się już trochę za duża na ich plac zabaw, ale wieczorem organizowany był na Stadionie Narodowym bezpłatny koncert. Udało mi się zdobyć bilety na fajne miejsca. Wiertka była zawiedziona, że nie zamówiłam tych na płytę – scena blisko, można tańczyć. W formularzu proszono by nie zabierać tam osób poniżej 14 roku życia (co rodziców nie zniechęciło) i ja sama nie przepadam za skaczącym tłumem. Nie chcę ryzykować zabierania w tłum małego dziecka.

Dygresja. Nie przepadałam za tłumem od zawsze, ale utwierdziłam się w tym, kiedy we wrześniu 1993 znalazłam się w środku pogującego na koncercie Kultu kotła :) Wygrzebałam się stamtąd bez buta, ale ciesząc się, że żyję :D

W Koncercie Marzeń wzięli udział Grzegorz Hyży, Dawid Kwiatkowski, Natalia Szroeder, Katarzyna Łaska i orkiestra symfoniczna. Wiertka szczególnie cieszyła się na zobaczenie tego pierwszego artysty, bo go lubi. Byłam nastawiona na coś innego – artyści zaśpiewają własne utwory. A była to ponad godzinna wiązanka hitów od lat 70tych do dziś. Też w sumie pięknie. Ucieszy się każdy, nie tylko osoba, która zna tego piosenkarza.

Nie mogę nic napisać szczerze o atmosferze, bo od rana czułam się rozbita, kichałam, a na Narodowym panuje taka temperatura, że można już teraz wylać lodowisko. Starałam się głównie skupić na utrzymaniu dobrej ciepłoty ciała. Na smakowanie koncertu zostało niewiele energii.

Wyszłyśmy z tłumem ludzi i okazało się, że z jakiegoś powodu zamknięto Most Poniatowskiego i część tramwajów i autobusów nie jeździ. Jako, że cierpię stojąc w miejscu, a zaczęły się tworzyć korki, przeszłam się z moim dzieckiem jeden przystanek piechotą.

Reszta jest historią, czyli w poniedziałek byłam już chora.

 

sobota, 20 października 2018
Sobotnia "Przestrzeń wolności"

Sobota upłynęła pod hasłem Dnia Spotkań z Historią. W ramach akcji „Przestrzeń wolności” odbył się tam pokaz filmowego przewodnika po przedwojennej Warszawie i można było obejrzeć świeżą, otworzoną dwa dni wcześniej wystawę: „Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939”. Już idąc Krakowskim Przedmieściem mijało się mnóstwo fajnych wydarzeń – koncerty, namioty z prezentacjami, a nad głową wisiało sto papierowych (powiedzmy) biało-czerwonych ptaków. W dodatku pogoda była przepiękna.

 

Zacznę najpierw od wystawy zdjęć. Wszystkie łączy jedno – powstały i pokazują Warszawę dwudziestolecia międzywojennego. Bardziej niż chronologicznie, pogrupowane są tematycznie. Na mnie największe wrażenie zrobiły te dokumentujące ówczesną bezdomność, noclegownie dla ludzi, którzy nie mieli dachu nad głową, rozdawanie i posiłków. Najstraszniejsze było to, że na tych zdjęciach były malutkie dzieci. Coś, co dziś już nie mieści nam się w głowach. Czy udało im się wyjść z tego dołka bezdomności, czy udało się dostać jakiś fach? Czy też zaginęli w odmętach ulic, by nie dotrzeć nawet do etapu dorosłości. Obejrzenie wystawy polecam – świetnie pokazany duch tamtych czasów. Czynna będzie jeszcze do stycznia. Czasu jest sporo.

Oprócz tego, przez większość soboty w DSH puszczane były wraz z prelekcjami filmy i dokumenty słuchowe. Udało mi się posiedzieć na dwóch – mieszkańcy Warszawy wspominali swoje życie codzienne w międzywojennej Warszawie. A druga prelekcja dotyczyła budownictwa z tamtego okresu – w oparciu o urywki przedwojennych filmów, kronik, czy materiałów promocyjnych. Z ciekawostek – w okresie międzywojennym na terenach dzisiejszych Pól Mokotowskich znajdowały się wyścigi konne i lotnisko. Lotnisko – tymczasowo, na chwilę J J J - przeniesiono na Okęcie, które wtedy było daleko za miastem (chętnie poczytam w komentarzu wspomnienie panirolki, nie żeby to pamiętała ;)), a wyścigi latem 1939 roku ruszyły na Służewcu. Wykorzystano tam wtedy, bardzo nowatorskie rozwiązanie architektoniczne – daleko wysunięte zadaszenia nad trybunami, które nie potrzebowały żadnego podparcia z ziemi. Ciekawe jak dzisiaj wyglądałoby miasto, gdyby obie te rzeczy zostały na Polach i rozrosły się, tak jak dziś. Samo Lotnisko im. Chopina, wtedy daleko za granicami miasta, jest przez miasto już otoczone i stłamszone. Rozważa się jego ponowne przeniesienie.

Na jednym z filmików pokazano budowę stalowego szkieletu najwyższego wtedy budynku w Warszawie, na rogu Poznańskiej i Nowowiejskiej. Ekipa filmowa dotarła na poziom znajdujący się czterdzieści metrów nad poziomem gruntu. Widzimy robotników spacerujących po zewnętrznej krawędzi  szkieletu, coś tam zbijających, zjeżdżających po linie w dół – żaden nie ma na sobie ani centymetra zabezpieczenia. Czarny sen dzisiejszego specjalisty od BHP. Zaraz pojawiło się coś jeszcze lepszego. Pracownikom towarzyszy w pracy, na tej wysokości… wierny pies. Na tym nie koniec. By ubawić ekipę filmową, robotnicy ustawiają drabinę pomiędzy dwoma rurami i po tej drabinie pies wchodzi na górę, a potem zdrapuje się w dół. I to wszystko na tej wysokości.

Anegdotek, spostrzeżeń może miałaby więcej, ale zarzuciłam już robienie notatek na takich wydarzeniach. Może szkoda. Czasem zaraz po powrocie do domu, robię listę w punktach, by tu jak najfajniej napisać.

Gdy wyszłam z DSH właśnie zakopywano kapsułę czasu na skwerze im. Ks. Twardowskiego – pamiątki i listy dla potomnych za następne sto lat, a z balkonu Hotelu Bristol śpiewało arie trzech tenorów. Stanęłam na chwilę i poszła do domu.

Bo i w piątek, i w sobotę zostawiłam Wiertkę w domu, piątkowy wykład był godzinny. Z jej powodu, przeszłam szybko Krakowskie Przedmieście nie zaglądając w punkty z wydarzeniami, nie obejrzałam kapsuły czasu, koncertu, w DSH byłam tylko na dwóch wykładach. Nie chciałam zostawiać dziecka zbyt długo samego. Nie dlatego, że jest jej smutno, tylko jednak rodzic powinien czas spędzać też z dzieckiem. A ona teraz na wszelkie propozycje obejrzenia czegoś na mieście, od razu wyskakuje z propozycją, żebym poszła sama, a ona sobie chętnie w domu posiedzi. Nawet propozycja deseru lodowego w Wedlu ją nie skusiła. Patrzyłam na ten zgiełk, moc atrakcji i dziwiłam się, jak można chcieć kisić się w domu. Moja córka dziwi się, jak można gdzieś wychodzić.

 

piątek, 19 października 2018
O wódce w fabryce wódki

Mogę wreszcie powrócić do referowania wydarzeń kulturalnych. Będzie o całym poprzednim weekendzie. Najbliższy zamierzam spędzić w rodzinnych pieleszach i dać ostateczny odpór przeziębieniu.

 

W piątek, w pobliskiej Pijalni Czekolady Wedla, znajdującej się na terenie dawnego Konesera, odbył się fajny wykład o historii fabryki wódek i generalnie pijaniu alkoholu w narodzie.

Pierwsza ciekawostka to taka, że rok 1996 był pierwszym, kiedy Polacy wypili więcej wina i piwa niż wódki. Zaczęliśmy być bardziej wykwintni w konsumpcji alkoholu. Chciałabym zażartować, że ja wtedy też przestawiłam się z wódki na wina ;)

Dla mnie największym zaskoczeniem było to, że mit rozpitego Rosjanina nie wynika z rozwiązań systemowych. Carscy żołnierze mieli zabronione spożywanie alkoholu w miejscach publicznych, a racje jakie dostawali w jednostce były symboliczne. W Związku Radzieckim lat 20tych także wprowadzono prohibicję. A może te obostrzenia wynikły właśnie z nadużywania alkoholu.

Karol Bulski, członek Praskiej Ferajny, przewodnik miejski fajnie opowiadała o historii tego miejsca. Z sentymentem patrzyłam na zdjęcia w poprzedniej dekady, gdy wytwórnia alkoholi już nie działała, ale na jej terenie prężnie rozwijała się działalność kulturalna. Pracownie artystyczne, kluby, wydarzenia, festiwale. To był fantastyczny pomysł na to miejsce. Jednak budynki bez renowacji niszczały, a deweloper, który miał pieniądze na zajęcie się nimi, chciał stworzyć coś, co szybko zwróci mu nakłady finansowe. Dlatego jest tu teraz centrum biuro-kongresowo- niby kulturalne, ale tak spięte, że przechodząc Placem Konesera już czuję, że dostaję zaparcia :)

O sobocie będzie wkrótce :)

 

piątek, 05 października 2018
Jaki był twój rok 1989?

To będzie jeszcze wspomnienie sprzed dwóch weekendów.

 

Wybrałam się na finisaż wystawy zdjęć Krzysztofa Millera w Domu Spotkań z Historią. Czytałam o niej, już jak tylko została uruchomiona, więc jak dowiedziałam się, że to ostatnie dni, zdecydowałam się podjechać. Wszystkie zdjęcia łączyło jedno – zostały zrobione w 1989 roku, w Polsce (z drobnym wyjątkiem). Dla mnie to była taka cicha, intymna podróż w ten czas, gdy wysuwałam się z dzieciństwa i wchodziłam w głośny okres dojrzewania. Nie będę tu snuć kombatanckich opowieści – w malutkim miasteczku żyło się jak w bańce, a wszelkie polityczne wiadomości uznawałam za potwornie, ogromnie nudne (na co mam niestety dowody w moim pamiętniku J). Bardziej wtedy przeżywałam pierwsze zauroczenie chłopakiem. Moja rodzina także stała z boku wydarzeń i była skupiona na swoim życiu wewnętrznym – o zgrozo, nie mam pojęcia, czy ktoś poszedł głosować. Jednak jak patrzyłam na te zdjęcia, to wracałam do tamtego klimatu, tamtej energii, tamtego powietrza. Oprócz zdjęć, na wystawie były także telebimy z puszczanym na nim filmem dokumentalnym (do wysłuchania na słuchawkach) – kilkanaścioro osób z otoczenia Krzysztofa Millera opowiadało o nim, jego zdjęciach, tamtych czasach. Filmiki było podzielone tematycznie – polityka, życie społeczne, bum rockowy, Pomarańczowa Alternatywa. Jeden na przykład był cały poświęcony rozebraniu pomnika Dzierżyńskiego – zdjęcia Millera i opowieści ludzi, jak przeżywali ten moment. Ja pamiętam go z dziennika telewizyjnego, ale niestety nie czułam wagi wydarzenia i jego symboliczności. Na samym końcu wystawy wisiało kilka zdjęć i jeden film nie dotyczące Polski, ale jak najbardziej roku 1989 – przewrotu politycznego w Rumunii. To już pamiętam i pamiętam tamtą grozę na widok tego, co tłum potrafi zrobić ze swoim wodzem. Tamte wydarzenia były pierwszymi działaniami wojennymi fotografowanymi przez Krzysztofa Millera. Wyjeżdżał potem dokumentować inne, to zapewne niestety doprowadziło go do depresji, a później śmierci.

Trafiłam na akurat na oprowadzenie kuratorskie. Fajnie tak było posłuchać opowieści, ale nie wiem, czy jednak nie wolę oglądać zdjęcia sama, spokojnie, w skupieniu.

Potem zostałam jeszcze chwilę na części dyskusyjnej (dziecko zostawiłam w domu). Czworo fotografików – Anna Beata Bochdziewicz, Wojciech Druszcz, Chris Niedenthal, Czarek Sokołowski – wspominali rok 1989 i tamte zasady pracy. To mnie najbardziej intrygowało – czasy, gdy nie wysyłało się w czasie rzeczywistym zdjęcia cyfrowego, tylko trzeba je było najpierw wywołać, potem dopaść jakiś faks i przez 45 minut (słownie: czterdzieści pięć minut)przesyłać do redakcji. Najtrudniej i jednocześnie łatwiej miał  Niedenthal, bo wysyłał zamkniętą rolkę do redakcji, a tam dopiero ją wywoływano i wybierano najlepsze – ich zdaniem – zdjęcia. Fotograf widział je pierwszy raz na szpaltach wydania. Dla mnie, osoby która zajmuje się twórczo pewnymi rzeczami taka akceptacja takiego procesu jest do nie pomyślenia. Panowie Druszcz i Sokołowski opowiedzieli jeszcze o dokumentowaniu wyborów 4 czerwca. Jako, że jeden fotograf nie może być w kilku miejscach, a głosowało wtedy przecież tyle ważnych osób, w różnych miastach, zwyczajni ludzie w całym kraju – panowie razem z trzecim fotografem (nazwiska nie zanotowałam) weszli w spółkę, każdy pojechał w inne miejsca, a zdjęciami się podzielili. W dzisiejszych czasach, nie do pomyślenia.

A potem to już musiałam wracać do domu :)

Napiszcie, jak wspominacie swój rok 1989 :)

 

czwartek, 04 października 2018
Wieczór poetycki

Chyba będzie seria wpisów opisujących moje wyjścia.

 

Przedwczoraj udało mi się wrócić do domu o ludzkiej porze, akurat by zrobić zakupy, ugotować obiad i odrobić z dzieckiem lekcje. Po 19:00 miałam w planach wyskoczyć na chwilę na muzyczny wieczór poetycki, który odbywał się w knajpce kilkanaście ulic dalej. Śpiewano piosenki do wierszy mojej koleżanki z pracy. Dziecko wypuściło mnie z domu bez żalu. Jeszcze będzie wpis o jej zadowoleniu z przebywania w domu samotnie.

Planowo miałam być na tym wieczorku tylko przez krótki czas, by jednak pobyć w domu z dzieckiem. Osób przyszło dużo, cała kawiarnia była zajęta. Ja wyszłam na spotkanie koleżance, bo po zmroku czuła się trochę zagubiona na praskich uliczkach. Piosenek było kilka, ale i muzyka, i słowa były świetne. Zazdroszczę koleżance umiejętności pisania wierszy długich, rymowanych – takich, pod które od razu można podkładać muzykę. Do żadnych moich coś takiego by się nie udało.

Po krótkim recitalu, trochę jeszcze zostałam do towarzystwa. Ludzie znali się z jednego miejsca, łączyła ich pasja muzyczna, wspólne spotkania i wyjazdy. Dlatego więc stałam trochę z boku, milczałam, robiłam inteligentną minę i co jakiś czas rzucałam jedno zdanie. Trochę wyczerpujące emocjonalnie dla takiego introwertyka :)

Na szczęście dla mnie, i koleżanka musiała szybko wracać do rodziny, i ja musiałam wychodzić, bo zostawiłam dziecko w domu, więc mogłam z twarzą się wycofać :)

Dziecko jeszcze zadzwoniło do mnie, żebym wracając chipsy kupiła, a gdy stanowczo zaprotestowałam rzuciło:

- Tak tylko zadzwoniłam, chciałam spróbować.

:)

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi