To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie kulturalne

sobota, 02 grudnia 2017
Świąteczne przedstawienie

Tydzień zakończył się mocno nerwowo, ale ostatni punkt piątku był bardzo fajny.

Niedawno znajoma wyszukała informację o przedstawieniu świątecznym i zamówiła bezpłatne wejściówki także dla nie i Wiertki. Byłam zmęczona, nerwy miałam zszarpane i marzyłam by położyć się po prostu do łóżka, ale przemogłam się i nie odwołałam swojego przybycia. I nie żałowałam.

Trochę niepokoiłam się, czy to przedstawienie to nie jakaś przykrywka by zaproponować produkty, albo werbować do sekty. Organizowane to było wszystko przez wolontariuszy pewnej koreańskiej organizacji o podłożu chrześcijańskim. Młodzi ludzie pracują w Afryce, pomagają tamtejszej ludności, a w kresie świątecznym podróżują i dają przedstawienia. 

Przedstawienie miało dwie części. Pierwsza składała się występów - tańce koreańskie, pieśni afrykańskie, czy takie typowo bożonarodzeniowe z krajów kultury zachodniej. Mnie najbardziej podobała się część koreańska i jak dla mnie mogliby pokazywać tylko własną kulturę. Azja jest piękna. Druga część to było przedstawienie świąteczne - akcja działa się w noc przed Wigilią. Pomiędzy występami zapowiedzi były po angielsku, tłumaczone na polski. Przedstawienie było po angielsku, ale na telebimie widniał tłumaczony tekst. Cieszyłam się, że Wiertka płynnie czyta. I pomimo tego, z kontekstu, tembru głosów aktorów można by rozszyfrować akcję. 

Odprężyłam się, weszłam w świąteczny nastrój, Wiertka przytuliła się do mnie.

Po dwóch godzinach przedstawienia, wyszliśmy z budynku. Ja z koleżanką pogadałyśmy jeszcze, a nasze dzieciaki - jej syn i moja córka, biegały i rzucały w siebie śnieżkami.

Fajnie zakończony dzień. W sobotę, Wiertka pojechała to taty, a ja planuję - co już wprowadzam w czyn - spędzić dwa dni pod kocem.

środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

poniedziałek, 12 października 2015
Wieczór poetki

Kiedy Jot zaproponowała mi, bym została bohaterką "kwadransa z poetą" na otwarciu galerii w jej nowej siedzibie, było mi przyjemnie. Obawiałam się, że przecież nic nie wydałam, piszę do szuflady i jaką mam legitymację, by się mianować poetką. Ale Jot mnie docenia, a para się poezją :) W dodatku, mam jakąś fazę w życiu na tupet, by robić to, co wcześniej wydawało się poza moim zasięgiem. Nie znam literacko, ale marketingowo bardzo podziwiam Katarzynę Bondę - właśnie za tupet, pewną dozę bezczelnej arogancji podpartej dużym poczuciem własnej wartości siebie i tego co się tworzy. Żyję w specyficznych czasach, gdy jest się produktem i jak produkt trzeba się czasem traktować. Zdarza się, że jakieś trajektorie czasoprzestrzenne się przecinają i pisarz, poeta zostaje nagle odkryty, dostrzeżony, wybucha jego sława. Choć siedział cicho w kąciku. Bardzo bym tak chciała, ale jak widać, przez ostatnie 40 lat ta strategia przynosiła marne rezultaty :D

Co nie zmienia faktu, że byłam wczoraj bardzo zestresowana. O ile stwardniała mi skóra na różne uwagi życiowe, czy emocjonalne, to w kwestiach tego co tworzę nadal jestem neurotyczna. Podejrzewam, że 90% osób, które tworzą tak ma.

Jot ładnie poprowadziła "kwadrans", zadawała mi pytania, opowiadała o mnie. Czytałam kilka wierszy. Dostałam potem, w kuluarach ze trzy uwagi, że wiersze się podobały. Plus zaproszenie na spotkania twórcze stowarzyszenia, które działa w tej galerii. Będę chciała wydać niedługo tomik. Już zaproszono mnie, bym tam zrobiła promocję.

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że potrzebuję jeszcze redakcji, poprawek, podszlifowania.

Były też recital piosenki rosyjskiej, francuskiej, poetyckiej. Może się odważę i sama kiedyś zaśpiewam.

Stresujący, ale miły wieczór :)

A jutro zamiana ról - to ja poprowadzę wieczór twórczy Jot :)

18:34, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
wtorek, 28 lutego 2012
Papierowa rewolucja

Dziecko było wczoraj u ojca, więc gdybym mogła, to wróciłabym do domu, zasnęła i spała do rana. W takim byłam stanie. Dałam jednak słowo, że pomogę dziewczynom w prowadzeniu jednorazowego warsztatu pisarskiego. Miałam też napisane i wydrukowane zdania do ćwiczenia ;) Zdania napisałam na porannym zebraniu działu z szefem. Ostatnie chwile, gdy byłam jeszcze w stanie sprawnie myśleć, choć wg koleżanki z pracy byłam wymęczona i blada jak ściana.

Na warsztatach wypiłam podwójne ekspresso, zaliczyłam koło 19.00 kryzys, kiedy to udawałam, że słucham tekstów z przymkniętymi oczami, gdy tak na prawdę łapałam kilkusekundowe drzemki. Dobrze, że byłam tam tylko w charakterze pomocniczym i wsparcia, a nie prowadziłam spotkanie. Ciężar niosła moja koleżanka ze stowarzyszenia. Przybyli, a w sumie przybyłe, początkowo były trochę spięte, skrępowane, ale widać było jak z upływem czasu i czytanymi tekstami rozluźniały się, nabierały odwagi.

Ja mimo, deficytu uwagi, napisałam całkiem fajny kawałek tekstu, do rozwinięcia. Ze względu na senność wyszło mi jednak coś bardziej jak przypowieść, bajka, niż realna fabuła.

Po warsztatach, my trzy, ze stowarzyszenia zostałyśmy jeszcze na piwnym "afterku" (a może by wymyślić jakiś polski odpowiednik tego słowa?), by sobie spokojnie pogadać.

W domu padłam koło 23.00, a mimo to rano obudziłam się wypoczęta i zregenerowana. Bo obudziłam się po 7.00. Ciekawy relatywizm - gdy jeździłam do pracy na 9.00, to wydawało mi się, że godziną graniczną by czuć się wyspaną była godzina 8.00. Budzona wcześniej byłam zmęczona. Dziś, gdy jeżdżę do pracy na 8.00 z przystankiem w żłobku, okazało się, że godziną graniczną jest 7.00. Jak byłoby fajnie, gdybym mogła się wybudzać do pracy o 7.00 :)

wtorek, 14 lutego 2012
Człowiek Matka

Nie jestem Matką Polką. Człowiekiem Matką jestem. Trudno.

Ostatnio Były nigdzie nie wyjeżdżał, więc mogłam sobie wyjść w kilka miejsc, z dzieckiem chorym na rotawirusa dwa dni posiedział. Bardzo miło z jego strony. Zaczęłam się obawiać, że Wiertka więcej czasu z nim zaczyna spędzać i zaraz dostanę od niego pozew o alimenty. To i tak nie jest szczyt moich możliwości, bo gdybym miała możliwość, to codziennie się dzieje coś fajnego w mieście. Starałam się to teraz jakoś wyważyć.

Zastanawiałam się też ile potrwa ten "miesiąc miodowy", bo że się w końcu skończy, to pewne. A spytać się nie mogę, bo to wścibskie, nieeleganckie i jak to miałoby brzmieć? "Zerwaliście ze sobą / Ona ma teraz ważniejsze sprawy / Nie masz pieniędzy na bilet / Masz dozór policyjny i nie możesz opuszczać miasta?". Już widzę tę agrafkę wystającą z jego tyłka i to "nie wiem, nie wiem, skąd mam wiedzieć, co będę robić za trzy dni". Nawet Jarosław Kret nie wie.

No to teraz "mm" się skończył. Były wyjeżdża i musi, musi. Akurat kiedy mam pierwsze zajęcia, dziewczyny ze stowarzyszenia dopytują się mnie, który termin warsztatów mi odpowiada, żebym mogła je wesprzeć. Te wszystkie wykłady, wieczory autorskie to duperele, bo mogę sobie z nich zrezygnować, świat się nie zawali. W takim układzie nie mogę za bardzo - zapisać się do lekarza, umówić ze znajomymi na kolację, do kina.

Może jak on znowu wróci do tygodniowych interwałów wyjazdowych, to będę mogła ponownie sprawy ogarnąć.

Jeszcze napiszę o niedzielnym zakończeniu urodzin Mojej Dzielnicy - wernisaż zdjęć "wczoraj i dziś". Zdjęcia "wczoraj" były głównie z lat 60tych, ale zdarzały się też i takie z przełomu 70/80tych, czyli czasów, gdy odbywałam pierwsze podróże do Miasta. Podróże w celach zakupowych - na Bazar, czyli taki podmiejski szyk "pret a porte" lub do PTDu, czyli świata "haute couture". Dziś zamykam oczy i pod powiekami widzę jeszcze tamte miejsca, tamten zgiełk. Tamten Dworzec. Po wystawie były jeszcze opowieści o ulicach dzielnicy, budynkach.

piątek, 10 lutego 2012
Od ruin do socrealu

Zajrzałam na "Przystanek Historia" IPNu, na wykład "Architektura nowoczesna versus socrealizm". Tytuł nie zapowiadał fajnego wieczoru, ale zaryzykowałam. I było ciekawie, nie żałowałam.

Zaczęło się od ruin, roku 1945. Chwila statystyki - tylko 25% lewego brzegu miasta nie zostało zniszczone, 55% zrównano z ziemią. Prawy brzeg miał więcej szczęścia, bo tam 59% zabudowy ocalało. A może prawy brzeg był mniej interesujący i dlatego można tu dziś obejrzeć wiele fajnych kamienic. Oczywiście, póki stoją... Bo skąd te 55% po lewej stronie? Aż tak? O zniszczonym to mieście przewrotna ballada. Z minuty na minutę toczącego się wykładu, okazuje się, że sporą z tego część stanowiły zniszczone, nadpalone budynki, które spokojnie można było małym nakładem środków odbudować. Miasto jednak zrównano ponownie z ziemią, by zbudować Nowy Wspaniały Świat. Gdzie tu sens, gdzie tu logika? Kraj zniszczony gospodarczo, ludzie potrzebują mieszkań, a nie odbudowuje się, a buduje od nowa? Mogę sobie wyobrazić decydentów i architektów, którzy wyszli z pożogi wojennej, czasu, gdzie życie ludzkie było warte nic, gdzie śmierć była stałym elementem codzienności. Rozwalenie nadpalonych murów i postawienie nowych cegieł, to była przy tym drobnostka. Albo wręcz symboliczne rozpoczęcie Nowego Życia. Bo przecież nastał też Nowy Ład Społeczny.

Co ciekawe, odbudowywano kamienice prywatne, a na państwowych gruntach burzono. Odwrotnie niż dziś, gdzie właściciel prywatny doprowadza budynek do ruiny, dyskretnie podpala mu piwnice, by potem rozłożyć ręce i westchnąć, no nie dało się uratować. Tak znika Moja Dzielnica. Po wojnie, w tej metodzie był też sprytny cel - prywatnym właścicielom dawano nierealne terminy na odbudowanie budynku, a gdy nie potrafili ich dotrzymać, odbierano im to co już zdołali podnieść z gruzów.

Ta sama pokrętna logika dotyczyła zabytków. Ustalono "dzielnicę zabytków", gdzie mogły one pozostać - wąski pasek jednej ulicy, a wszędzie indziej zostały one zburzone. Cały dowcip w tym, że w "dzielnicy zabytków" trzeba je było odtwarzać od nowa, powstał więc taki historyczny Legoland.

Czy można się dziwić, że ludzie przyjeżdżający do Mojego Miasta widzą je brzydkim, nieestetycznym, nie poskładanym? Niech postawią świeczkę za to, że ich miasta były tak mało ważne, że nikt nad nimi tak długo nie planował...

Po zdjęciach Miasta zniszczonego wojną, budynku, które po chwili miały zostać zburzone, przyszedł czas na projekty. Projekty nie zrealizowane. Można było zobaczyć, jak Miasto mogło wyglądać - np. jedna z głównych arterii, w centrum jako wielopasmówka, z niską jednostajną zabudową (szybko jadący kierowcy nie będą skupiać wzroku na tych budynkach) i wieżowcami na tyłach. Dziś kierowcy tkwią tam w korkach, bo jezdnie są 2-3 i mogą się do upojenia napatrzeć na budynki, a raczej na płachty reklamowe.

Przyznam się do ignorancji architektonicznej, ale nie miałam pojęcia, że pomiędzy ruinami, a socrealizmem był w Mieście jeszcze modernizm. I to powstało w tym stylu sporo ważnych budynków - część Sejmu, Dom Partii (to co dziś jest jego frontem miało być tyłem, podjazdem dla samochodów, pomiędzy nim a niedalekim Placem miała być pusta przestrzeń, z tarasem, eksponująca piękno budynku), GUS i sporo innych. Budowano ile się da, zanim nastało szaleństwo socrealizmu.

Prowadzący fajnie opowiadał o odbudowywanych osiedlach, pokazywał je z rzutu samolotu by można było dokładniej zobaczyć jak były rozplanowane. Płynnie przeszedł do socrealizmu i szczerze się przyznam, że nie wiem, czy byłabym w stanie rozróżnić co jest modernizmem, co socrealizmem. Zasada chyba była taka, że tam gdzie dziwne zdobienia, nie funkcjonalne tarasy, wysokie, półkoliste bramy, rozmach i przepych, to mamy to drugie :) Gdzie prostota, ascetyzm przypominający lata 30te - mamy to pierwsze.

Żałowałam, że zapomniałam długopisu. Byłyby takie fajne notatki.

Wykład miał trwać 1,5 godziny, ale mijała druga godzina, a prowadzący wciąż fajnie opowiadał. Dobrze, że nie musiałam wcześniej wyjść. Mimo to, treść wykładu, a moja percepcja stały się dwoma kartkami, które się rozślizgnęły. Kiedy chwyciłam, że zamiast słuchać, myślę o wannie z gorącą wodą, stwierdziłam, że trzeba wracać do domu.

A za miesiąc kolejny taki wykład :)

Wiertka znowu nocowała u taty i poświęcę temu jakiś inny wpis, bo tu już się rozpisałam.

piątek, 20 stycznia 2012
Miss Representation

Byłam wczoraj na pokazie "Miss Representation" Jennifer Siebel i dyskusji po pokazie. Film mocny i wstrząsający, o tym jak media i reklama kształtują światopogląd młodych dziewczyn. Wstrząsający, po części zapewne dlatego, że umiejętnie skręcony, zlepiony, wykorzystujący wszystkie możliwe socjotechniki. Można by nakręcić wstrząsający film o dokładnie przeciwnej tezie i też wykorzystano by autentyczne materiały redakcyjne, filmowe, reklamowe. Być może to specyfika amerykańska, że jak kręcisz coś w społecznej idei, to walisz pięścią pomiędzy oczy, albo nasze społeczeństwo jest już tak zblatowane głównym nurtem przekazu, że inaczej nie dojdzie.

Idea szczytna. Świat w jaki wejdzie świadomie moja córka już niedługo, to świat szczupłych, pięknych kobiet, które by osiągnąć sukces - w mediach, biznesie, nauce, muszą być jeszcze bardziej szczupłe i piękne. Mądre, utalentowane, kompetentne - niekoniecznie. Świat, w którym nawet polityczkę, działaczkę społeczną ocenia się najpierw po tym jak jest ubrana, czy nie rozpłakała się czasem i czy aby ma męża i dzieci, czyli ktoś ją zechciał. I te punkty będą najpierw uderzać adwersarze i to już wystarczy, by zdyskredytować je w dyskursie politycznym i społecznym.

Dyskusja rozpoczęła się od tego, że w Polsce nie jest jeszcze tak tragicznie. Nasze media nie osiągnęły jeszcze tego poziomu amoku, nasi komentatorzy, dziennikarze nie dosięgli jeszcze tych poziomów chamstwa. Jednak, czy to znaczy, że jeszcze wszystko przed nami, czy też że jesteśmy - my lepszy Stary Świat - lepiej zabezpieczeni?

Dużo zależy od tego w co Wiertkę wyposażę - co będę jej opowiadać, czytać, pokazywać w tv. Moja osobowość kształtowała się w całkowicie innych warunkach społecznych. Pierwszy wstrząs światopoglądowy przeżyłam jako mała dziewczynka, po obejrzeniu serialu BBC "Królowa Elżbieta" z Glendą Jackson. Od tamtej pory marzyłam nie o tym by być Księżniczką, Królewną. Chciałam być KRÓLOWĄ. Zobaczyłam, że nie trzeba mieć męża, by być ważną, wpływową kobietą. W wieku późnego dorastania, obejrzałam zapomniany już serial "Murphy Brown" z Candice Bergen i zachwyciłam się tym, że można być niezależną, wolną kobietą i osiągnąć sukces w mediach. Tak to upraszczam, bo nie jestem przeciwniczką związków. Widzę teraz tylko, że jakoś tam kształtowałam się w oparciu o tezę, że bardziej istotny jest charakter i ambicja, a nie to, czy jesteś piękna. I, że fajnie jest być wolną :)

Nie zawsze udało mi się to pamiętać w życiu. A szkoda.

W końcu padło z sali, jak przekazywać fajny wizerunek dziewczyny, kobiety w mediach, skoro dostępne dziś media tego nie robią? Moja koleżanka przez pewien czas była naczelną jednego z pism młodzieżowych i ciężko to wspomina. Chciała wprowadzić teksty o dziewczynach organizujących się w grupy, działających lokalnie. Nie tylko jako grupy przestępcze ;) Wszystko ucinał wydawca, bardziej zainteresowany tematem... nastolatki sypiającej z księdzem... Potwierdza się teoria, że naszymi umysłami rządzi kilku facetów w zarządach firm produkcyjnych i wydawniczych. Facetów, którzy traktują odbiorców jak niepełnosprawnych umysłowo nastolatków.

Wtedy przyszło mi do głowy, że skoro na rynku nie ma mądrego czasopisma dla młodzieży, to... należy je wydać. Teraz kwestia - nie ma go, bo wielkie wydawnictwa dawno zrobiły odpowiednie badania i wyszło im, że interes padnie zanim się zacznie? Czy też nie ma go na zasadzie, którą opisuje cytat Condoleezze Rice o pierwszej amerykance w kosmosie, Kathryn D. Sullivan "gdyby czekała, aż jakaś kobieta poleci w kosmos, nigdy by w ten kosmos nie poleciała" (tak, wiem Condi ma niepełne, amerykocentryczne informacje). Czasopisma nie ma, bo nikt nie próbował? Dlaczego padła "Filipinka"? Wiem, mamy inne czasy i nie da się już skopiować identycznego wzorca, ale chodzi generalnie o klimat.

Moje rozważania na temat możliwości zostania wydawcą są tak rozległe, że może poświęcę im jakiś inny wpis.

sobota, 03 grudnia 2011
A żeby oblazły cię moje wszy

Zacznę od tradycyjnego wątku mojego życia. Gubienia. Zgubiłam czapkę. Zataszczyłam sporą paczkę na pocztę, potem przeszłam się po kilku sklepach - mięso, wędliny, warzywa. Pogoda ładna, słońce, w miarę ciepło, więc czapkę raz zakładałam, raz zdejmowałam, wkładałam do siatki z zakupami. W ostatnim ze sklepów spostrzegłam się, że czapki nie ma, w siatce pośród masy zakupów też jej nie wymacałam. Ruszyłam w drogę powrotną, zaglądając do każdego z punktów i dopytując się o zgubę. Nikt już jej nie widział. Widocznie ktoś ją sobie wziął. Złość mnie ogarnęła. Była taka fajna, kupiona w czasie Święta Chleba, w sierpniu, w 35 stopniowym upale, wyglądałam w niej pięknie, a w niewielu rzeczach wyglądam pięknie. Gdzie ja taką drugą znajdę? Ktoś sobie pewnie teraz będzie w niej chodził. A żeby cię moje wszy oblazły - pomyślałam. Po raz pierwszy w życiu żałuję, że nie mam wszy. Mam łupież. Łupież też może być.

Złość już trochę ze mnie zeszła. Rachunek tegoroczny i tak jest na plus: zgubiłam buty - odnaleziono mi je, zgubiłam portfel z dokumentami - policja mi je odwiozła. Jedna czapka stracona, to nie tragedia.

A teraz o bardziej głębokich rzeczach w moim życiu ;) Wczoraj byłam na spotkaniu poświęconym "psychologicznej analizie fabuł". Omawiany był "Kopciuszek", a z ramienia psychologii prym wiodła psychologia psychodynamiczna. Streszczać dyskusji nie będę, sobie zrobiłam notatki z najciekawszych spostrzeżeń. Nie był to wysłuchany z pietyzmem wykład, tylko od razu rozmowa ze słuchaczami, dzielenie się spostrzeżeniami. Bardzo fajny wieczór.

czwartek, 01 grudnia 2011
Czy stanę się "ostańcem"?

To refleksja po środowej promocji książki – „Ostańce, kamienice warszawskie i ich mieszkańcy, II tom”, Magdaleny Stopy z przepięknymi zdjęciami Jana Brykczyńskiego. Album wspaniale wydany i co najważniejsze, nie zajmujący się tylko architekturą, ale też ludźmi, niesamowitymi rodzinami, historiami, które są związane z tymi budynkami. Nie wiedziałam, że kilka ulic ode mnie jest kamienica z fantastycznymi freskami na sufitach!

Ledwo znalazłam miejsce na widowni, bo wszystkie krzesła były zajęte przez starszych ludzi. Skąd takie zgrupowanie staruszków? W dodatku, nawet gdy się usiadło na jakimś miejscu, to zaraz napływała kolejna fala babć i dziadków. Ciekawie to wyglądało w kontekście młodych ludzi, którzy tkwili twardo na swoich pozycjach, zajmując jeszcze krzesła obok dla spóźnionych znajomych (był taki rząd). Dopiero w trakcie wieczoru zorientowałam się, że ci starsi państwo, to mieszkańcy tych kamienic.

Wieczór, to były głównie opowieści osób mieszkających w „ostańcach” od ponad pół wieku, czasami jako któreś już z kolei pokolenie. Nieustanny sukces i oglądalność serialu „Dom” pokazuje, że takie mury, które nie są tylko zbiorem cegieł, ale też zbiorem ludzkim indywidualności, wspólnotą, to jakaś tęsknota drzemiąca w nas.

Czy mój – 10-cio piętrowy, 8-mio klatkowy blok z wielkiej płyty – stanie się kiedyś jakąś formą „ostańca”? Czymś co ma klimat, duszę, historię, wspólnotę. Czy nasze zamknięte osiedla takie będą? W sumie, za definicją „ostańca” - ostańce występują jako wyizolowane formy terenu, często o stromych, skalistych stokach, stanowiące pozostałość większego masywu skalnego, czyli resztki po jakiejś większej materii, której już nie ma. Kamienice stały się nimi w wyniku wojennej zawieruchy i przebudowy Miasta. Mojemu blokowi tego nie życzę. Dalej jest kwestia wspólnoty – dziś nie ma bliższych więzi międzyludzkich w wielorodzinnym budownictwie. Wielu to sobie bardzo chwali, ja niekoniecznie.

A może mitologizujemy kamienice i ich mieszkańców? Zaś życie wlokło się tam równie prozaicznie jak w wielkiej płycie – ten z pierwszego pietra odpowiadał „dzień dobry” półgębkiem, ta z trzeciego przemykała się przy ścianach, itd. Dopiero z upływem lat ich historie zebrane przez jakiegoś malucha, obserwującego wszystko z boku, stały się „jednym wielki domem”.

Może „ostaniec”, gdy zasłuży na swojego (foto)kronikarza?

piątek, 21 października 2011
Zasoby i osoby, czyli jak mieszkać, gdy nie ma gdzie i za co

Jednak wyszłam wczoraj z domu. Wieczorem mój poziom energii życiowej podskoczył na skali. Normalne u mnie.

W ramach Festiwalu "Miasto w budowie" (można się domyśleć jakie, ale konsekwentnie nazw miast i bliskich osób precyzować tu nie chcę) byłam na panelu dyskusyjnym "Jak mieszkać? Mieszkania czy osiedla kontenerów?".

Obecni jako eksperci i mądre głowy byli - Katarzyna Łęgiewicz z zarządu mojej dzielnicy, Adam Grzegrzółka z zarządu dzielnicy sąsiedniej (obie w zasobach mieszkaniowych mają więcej budynków komunalnych niż deweloperskich, spółdzielczych), Radosław Barek, architekt, Marek Bryx były prezes Urzędu Mieszkalnictwa i Rozwoju Miast, Piotr Ciszewski z Warszawskiego Stowarzyszenia Lokatorów, oraz Piotr Styczeń z Ministerstwa Infrastruktury.

Dużo mądrych głów, dużo okrągłych zdań, pięknych frazesów. Powtarzały się dwa ważne hasła - "uelastycznienie najmu": dziś mieszkanie komunalne, to wieczna "własność" rodziny, która je dostała, dziedziczone z pokolenia na pokolenie bez względu na sytuację finansową ludzi i dochodzi do sytuacji kuriozalnych (opowieść Grzegrzółki o prezesie spółki notowanej na giełdzie, który zajmuje mieszkanie komunalne, czy o rodzinach które mają domy pod miastem). Takie umowy powinny być, co jakiś czas, renegocjowane. "Wynajem nie jest straszny" - doprowadzić do sytuacji, gdy rodzina na każdym poziomie stopy życiowej może wynająć mieszkanie, czy od gminy, czy na rynku prywatnym (domy czynszowe). "Bezpieczeństwo" - ludzie mają potrzebę wykupywanie mieszkań komunalnych, mają potrzebę własności, bycia na swoim. Nie znam statystyk, ale podobno w innych krajach europejskich mieszkania na wynajem to 80% rynku. To Polacy mają silną potrzebę posiadania.

Ciszewski zwracał uwagę na wyśrubowane limity powyżej których nie można już dostać mieszkania komunalnego, oddawania kamiennic spadkobiercom byłych właścicieli.

Spotkanie miało być o pięknych frazesach i postulatach, więc nie dyskutowano o tym, że ceny mieszkań na wynajem są wyśrubowane, niepewność mieszkania w nich na dłużej, a w końcu - nikt nie buduje domów czynszowych dla klasy średniej. Inną sprawą jest, że dziś wystarczy ledwo dotknąć czubkami palców dłoni, stojąc na wyciągniętych palcach stóp - ledwo dotknąć średniego wynagrodzenia by stać się klasą średnią, zbyt bogatą na mieszkania komunalne, zbyt dobrze żyjącą na wszelką pomoc.

Przeglądam czasem w necie dyskusje na ten temat i różne grupy ludzi, różne podejścia do tego tematu:

  • podejście promowane przez prof. Bryxa - po co posiadać mieszkanie na własność, wynajem jest dobry, daje wolność, mobilność, co najważniejsze wolność od obciążeń kredytem, wahań kursów walut (dziś stać cię na 30 letni kredyt, za 10 lat niekoniecznie lub będziesz tkwić w toksycznej pracy tylko dla zarobków, które umożliwiają spłatę kredytu); kwestia zdobycia dachu nad głową, to wyłączne zmartwienie człowieka
  • własne mieszkanie to wolność - wolność od kaprysów najemców, windowanych stawek, bo wynajmowane mieszkanie musi się zamortyzować, rata kredytu tylko trochę przewyższa koszt najmu; tu też kwestia wynajmu mieszkania, to wyłącznie zmartwienie człowieka
  • państwo powinno zapewnić mieszkanie słabiej zarabiającym obywatelom; mieszkanie to zmartwienie całego społeczeństwa, które na mocy umowy społecznej uznało, że będzie wspomagać jednostki, którym wiedzie się gorzej (nigdy nie wiesz, czy jutro to nie będziesz ty).

Widzę, że dwie pierwsze grupy ostro krytykują przywileje mieszkaniowe udzielane tej trzeciej. Dlaczego tylko niektórzy są obarczeni ciężarem finansowym? Z drugiej strony, zawsze będą zawody opłacane stawkami, za które nie uda się opłacić dachu nad głową. Nie da się żyć w społeczeństwie złożonym ze specjalistów IT, menadżerów, pijarowców. Ktoś musi sprzątać nam biura i mieszkania, obsługiwać w sklepie, punktach usługowych, uczyć nasze dzieci, itd.

Ja należałam do pierwszej grupy, po części z wyboru, po części z konieczności - moje zarobki nigdy nie pozwolą mi na kupno mieszkania, choć nie jestem biedna. Miałam to szczęście w życiu, że na dom ciężko pracowali - także własnymi rękoma - moi rodzice i dzięki temu ja teraz mam własne mieszkanie, bez kredytu. Za to czuję się zobowiązana pomóc kiedyś mojej córce. Tylko jak?

Tak oto dotarłam do tematu Wiertki, która rano jeszcze delikatnie pokasływała, za to wieczorem i w nocy miała już silne ataki suchego kaszlu. Zostawiłam ją w żłobku obiecując, że odbiorę jeszcze przed drzemką i zbieram się teraz do rozmowy z szefem, który zgodził się niedawno byśmy jeden dzień w tygodniu mogli pracować w domu.

 
1 , 2
Tagi