To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie kulturalne

środa, 22 sierpnia 2018
Nie będzie kabaretu. Będzie chór ;)

Kocham moją córkę, lubię być matką, ale te chwile gdy możesz – bez kombinowania, selekcjonowania – po prostu wybrać sobie swobodnie wydarzenie kulturalne i na nie iść, są nieocenione.

W sobotę byłam na spacerze miejskim szlakiem „niemoralnej Warszawy” – gdzie ukrywał się Casanowa po nieudanym pojedynku, odwiedzany nawet w końcu przez adwersarza, którego omal nie zastrzelił. Gdzie były najmodniejsze lub najbardziej oblegane, bo tanie domy publiczne. Gdzie był Dom Kata :)

Niedzielę spędziłam na pogaduszkach z moją przyjaciółką.

Zaś wczoraj byłam na fajnym spotkaniu z jednym ze scenarzystów serialu „Alternatywy 4”, Januszem Płońskim. Bardzo gadatliwy, potoczyście opowiadał różne anegdotki związane z serialem. Wszystkich nie dałam rady zapamiętać, ale niektóre mogę tu przytoczyć.

Czy to intuicja, czy ktoś życzliwy podpowiedział, ale reżyser, Stanisław Bareja miał rozpocząć zdjęcia od poniedziałku, ale złożył wniosek o przesunięcie startu z poniedziałku na piątek. W piątek, 11 grudnia, rozpoczęli nagrania w studiach Telewizji Polskiej. Jak się można domyśleć, w niedzielę, 13 grudnia ogłoszono Stan Wojenny. Co ciekawsze, do ekipy nikt już się nie przyczepiał. Kontynuowali swoje prace. Specjalnie nakręcono więcej ryzykownych komediowo scen, podejrzewając, że cenzor będzie je wycinał. Wycinał jeden żart, drugi, a przy którymś z kolei Bareja zaczynał protestować i miał już jakieś argumenty w dłoni.

Przy jednej rozmowie z cenzorem był sam Płoński, więc mógł opowiedzieć, jak to wyglądało. Pokazano scenę kłótni Kotka i Kołka, którzy jako mężczyźni nie mogli przecież mieszkać razem i padło kultowe stwierdzenie, nie podam dosłownie:

- W Charkowie to dwóch mężczyznom ślub dali. Wszyscy mówili pomyłka, pomyłka. I co? Po roku urodziły im się dwojaczki.

- A czy to musi być w Charkowie? – spytała cenzorka

Zebrani na sali gruchnęli śmiechem. Chyba większość pomyślała, że dziś cenzor nie miasta by się przyczepił ;)

Wszyscy wiedzą, że Bareja obsadzał się w epizodycznej rólce w każdej swojej produkcji. Teraz się dowiedziałam, że tak samo był uprzejmy dla scenarzystów. Płoński zagrał tajniaka zakładającego podsłuch w mieszkaniu profesora, a potem podsłuchującego mieszkającego tam docenta. Maciej Rybiński zagrał pijaczka podróżującego tym samym autobusem, co nauczycielka i przewożącej z nią meble dzieci – to on zasiadł za jadącym stołem i zamówił dla siebie setkę, dla dziecka lody :)

Samo spotkanie było w ciekawej, klimatycznej knajpce mającej ambicję kultywować tradycje Ursynowa i integrować jego mieszkańców. Jej założycielem jest chłopak, który w weekendy oprowadza na spacerach miejskich. Sama na nich bywałam.Przed spotkaniem kupiłam sobie pszeniczne piwo, więc by móc swobodnie wracać do siebie na Pragę, chciałam jeszcze przed wyjściem skorzystać z toalety. I traf chciał, że w długaśnej kolejce natknęłam się na dziewczynę, z którą stałam – w króciutkiej wtedy – kolejce do tego samego miejsca przed spotkaniem. Zgadałyśmy się. To znaczy nie ja, bo ja rzadko wychodzę do ludzi, ona wręcz przeciwnie. Zaprosiła mnie nawet do stolika ze znajomymi :) Nie skorzystałam, ale miło wiedzieć, że mam jeszcze szansę na szalone wieczory :)

niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

poniedziałek, 12 lutego 2018
Urodziny Pragi - 370

Warszawska Praga obchodziła właśnie swoje 370 urodziny jako miasto :) 10-go lutego 1648 roku, król Władysław IV Waza, na prośbę biskupów kamienieckich ustanowił tu miasto na prawie magdenburskim :)

Od kilku lat, w okolicach tej daty, dzielnica świętuje przez kilka dni. A w tym roku nawet ponad tydzień. Na większość wydarzeń się nie wybrałam, bo wieczory spędzam z dzieckiem w domu. Plan był bardzo fajny i rozległy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie fajnego. Akurat spacery miejskie po dzielnicy już zaliczyłam, na potańcówki i koncerty głupio mi było wybierać się samej. Trochę żałowałam, że nie wybrałam się w sobotę na rekord jedzenia pyz :) Zjadło je jednocześnie ponad 370 osób :)

Za to wykłady uwielbiam i to jest mój typ energii :) Udało mi się dotrzeć na dwa. Oba miały miejsce bardzo blisko mojego domu, w pewnej klimatycznej kwiaciarni prowadzonej także przez pasjonatów historii dzielnicy. Jedno spotkanie poświęcone było ciekawostkom i przy okazji prowadzący opowiedział o dwóch, nieistniejących już kolejkach - jabłonowsko-karczewskiej i mareckiej. Obie linie należały do kolejek wąskotorowych, w dodatku (do czasów PRL) należących do prywatnych towarzystw. obie zostały zlikwidowane na rzecz poszerzania arterii, ulic. Istotnym argumentem za ich zniknięciem było także zagrożenie wypadkami (ludzie jeździli nimi "na winogronka" wisząc ze schodków) oraz kwestia ekologiczna (ogromne zadymienie). Zobaczyłam kawałek materiału filmowego z jazdy kolejką marecką i z nostalgią popatrzyłam na trasę, którą tyle razy pokonywałam autobusem, okolice gdzie mieszkałam z rodzicami. 

Na drugim wykładzie, w fajny sposób, przystępnie, przedstawił historię dzielnicy. Zaczął od ciekawej hipotezy, że to Praga jest starsza od Warszawy :) To tu najpierw osiedlali się przybysze. Z prawej strony rzeki ciągnęły się pola, lasy z dogodnym dostępem do wody i żeglugi, wyładowania towarów z łodzi. Gdy na lewym brzegu nad wodą widniała wysoka skarpa. Dobra ochronnie, co historia potem pokaże. I pierwsze osadnictwo na tych terenach, to gród na miejscu dzisiejszego Bródna. By zbudować chaty trzeba było usunąć drzewa. Ciężko było je wyrąbywać. Szybciej można to było zrobić wypalając las. Prażąc go. Stąd nazwa - Praga.

Gdyby Zygmunt II August doczekał się męskiego potomka, może Praga wyglądała by dziś inaczej. Jednak nastąpiły czasy wolnej elekcji i to na tutejszych terenach. Szlachta, duchowieństwo zaczęli wykupywać tutaj ziemie, by stawiać domy, w których można by się na czas wyborów zatrzymać. I to na prośbę duchowieństwa, król ustanowił w praskiej osadzie miasto. W XVIII wieku zaczęli ściągać także Żydzi, bo - ciekawostka - nie mieli wstępu do Warszawy bez opłacenia biletu za pobyt. A Praga przyjęła ich bez pytania. Dodam tylko, że osiedlali się nie w granicach miasta, bo to było długie wąskie, ciągnące się wzdłuż rzeki, ale tuż za rogatkami (dzisiejsza ul. Marecka). Potem te tereny - dziś Szmulki - także dołączyły do Pragi.

Z Warszawą Praga była połączona trzy razy mostami. Najpierw w XVII wieku, most drewniany (na wysokości ul. Ratuszowej), rozpinany przy brzegu (na łodziach), by przepuszczać statki. Most był niski - 2-3 metry nad wodą, więc po kilkunastu latach wczesnowiosenne kry lodowe zniszczyły go na dobre. W XVIII wieku zbudowano most na łodziach. Do dziś stoi budynek komory wodnej, gdzie pobierano opłaty za przejazd - jest tam praski Urząd Stanu Cywilnego. Przejście osoby kosztowało 2 grosze, zwierzęcia - 4 grosze, przejazd karety - 2 złote, wozu z towarem sporo drożej, a rozpięcie mostu by przepłynął statek jeszcze sporo drożej. Z opłat zwolnieni byli żebracy i żołnierze :) Na zimę most rozpinano i holowano do brzegu. Zimy były wtedy, jak zimy i po Wiśle można był bez problemu przejechać ;) I w końcu trzeci most, zbudowany w połowie XIX wieku - Most Aleksandryjski oficjalnie, ale zawsze nazywany Mostem Kierbedzia (od budowniczego), dziś na jego oryginalnych przęsłach stoi most Śląsko-Dąbrowski.

Oraz super ciekawostka - to na Pradze powstała pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa. Najpierw były to tramwaje konne, potem elektryczne. Jeszcze dziś, na budynku, na ul. Inżynierskiej, można zobaczyć oryginalne sztukaterie, obok kawałek torów, a w bramie (jeśli mieszkańcy pozwolą) ławeczkę dla motorniczych oraz tablicę na ogłoszenia. Potem zajezdnię przeniesiono na ul. Kawęczyńską.

Praga nigdy nie była spokojnym miejscem. Coś ma w sobie, co generuje napięcia. Najpierw najechały ją wojska szwedzkie, w czasie Potopu Szwedzkiego. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, Suworow dokonał rzezi Pragi, mordując większość mieszkańców. Miało to za zadanie złamanie oporu Warszawy - skutecznie. W roku 1868 (o ile nie pomyliłam roku, plus minus 3 lata), miasto strawił pożar. O ironio, Powstanie Warszawskie, które zrównało stolicę z ziemią, dla Pragi okazało się litościwe. Jedyną raną w obrazie dzielnicy było wysadzenie w powietrze Katedry św. Floriana. Wieść niesie, że katedra ocaliła sąsiedni Szpital Praski. Niemcy wysadzić chcieli oba budynki, jednak świątynia okazała się na tyle mocna, że dynamitu zużyto jak na dwie budowle. Za to potem, polityka lokalowa, wobec mieszkańców, sprawiła, że dzielnica stała się jedną z tych mrocznych, niebezpiecznych, zaniedbanych.

XXI staje się dla Pragi czasem, kiedy wreszcie nikt nie najeżdża, PR się poprawia. Tylko, czasami, niestety, w starych kamienicach wybuchają pożary... Niby jest spokojnie, ale dzielnica ma ochotę na kolejną awanturę.

Na wykładzie padło jeszcze sporo fajnych informacji, ale wpis byłby strasznie zagracony. Wybrałam to, co było dla mnie najciekawsze :)

wtorek, 30 stycznia 2018
Magiczna psychologia

Niedziela nie była tylko poświęcona roztrząsaniom :) Przeszłam się także do SWPS na fajny wykład, spotkanie pod hasłem "Dlaczego psychologia bywa magiczna?".

Pomysł by połączyć w jednym pokazie opowieści o psychologii i sztuczki magiczne był strzałem w dziesiątkę. Bo wiodącym tematem spotkania było, jak nie dać się zwieść fake newsom w internecie i krytycznie podchodzić do wszelki informacji. Powinni jeździć z tym po szkołach :) Może młodzież, zainteresowana sztuczkami karcianymi, także nabierze trochę dystansu do tego, co czyta. A może młodzież - wychowana od zawsze w zalewie wiadomości - już ten rys ma. Tylko nasze pokolenia ciągle jeszcze mają złudną nadzieję, że wolne media, to szczere media. Dwaj bardzo młodzi pracownicy naukowi, pasjonaci sztuczek magicznych na zmianę opowiadali o jakimś wycinku związanym z badaniem informacji, to pokazywali - z udziałem publiczności - sztuczki karciane.

Dla mnie to była także sentymentalna podróż w świat dwie dekady wcześniejszy, gdy chodziłam na wykłady z metodologii badań socjologicznych. Bo większość informacji merytorycznych była mi znana.

Z ciekawszych rzeczy, które zapamiętałam, oparte na wynikach badań:

* jeśli jakaś teoria jest nam bliska, to poświęcamy o wiele mniej czasu, by wyszukać materiały naukowe do jej potwierdzenia, ale szybko je przyswajamy jako swoje; za to gdy nie zgadzamy się z pewnym twierdzeniem, spędzamy dużo czasu na odnalezienie tekstów, które miałyby ją uwiarygodnić, a i tak ledwo przyjmujemy ich prawdę

* im większa wizualizacja, im bardziej odbiegająca od aktualnego stanu wizja celu do którego dążymy, tym... mniejszy efekt :)

* okazało się, że jeśli chodzi o kłamstwo, to - zaskoczenie ;) - wszyscy kłamią; nie ma większej różnicy pomiędzy płciami; różnica jest w motywach - kobiety częściej kłamią altruistycznie ("dobrze wyglądasz"), a mężczyźni by się usprawiedliwić ("musiałem dłużej zostać w pracy"); dla mnie osobistym zaskoczeniem, była informacja, że wykonywany zawód nie ma wpływu na lepsze wykrywanie bycia okłamywanym; policjanci, nauczyciele mieli te same wyniki, co inne zawody;

W związku z ostatnią opowieścią, jeden z prowadzących przeprowadził sztuczkę. Osoba z sali miała wybrać kartę i zapamiętać, a on pytał ją wymieniając po kolei różne z nich. Jednak najpierw poprosił by powiedziała szczerze jak ma na imię, a potem skłamała. W kolejnej sztuczce, drugi z prowadzących robił to samo, ale korzystając dla odmiany nie z mimikry twarzy, ale z tembru głosu. Choć nie wykluczone, że o tak sztuczka była ustawiona.

Początkowo myślałam, że może na sali są ukryci asystenci prowadzących. Jednak sztuczek było tyle, że wykorzystano prawie połowę sali. W dodatku, w jednej z nich, wziął udział kolega, z którym przyszłam. Miał z listy w notatniku wybrać napój. Wybrał Mirindę. Okazało się, że napój stoi w torebce na ławce. Z drobna pomyłką - w torebce znalazła się puszka Pepsi. Jednak po otwarciu, ze środka wylała się do kubka Mirinda. Widziałam puszkę, była kilkanaście centymetrów od mojej głowy - była fabrycznie zamknięta, otwierając słychać było charakterystyczny dźwięk. Napój spróbowała osoba obok - był pomarańczowy. Na pewno sztuczka ma swoje logiczne wyjaśnienie, ale ja jestem typem człowieka, który lubi przyjmować takie rzeczy, nie odczuwam potrzeby dokopywania się do tego, jak zostały zrobione. Magia, to magia :)

sobota, 02 grudnia 2017
Świąteczne przedstawienie

Tydzień zakończył się mocno nerwowo, ale ostatni punkt piątku był bardzo fajny.

Niedawno znajoma wyszukała informację o przedstawieniu świątecznym i zamówiła bezpłatne wejściówki także dla nie i Wiertki. Byłam zmęczona, nerwy miałam zszarpane i marzyłam by położyć się po prostu do łóżka, ale przemogłam się i nie odwołałam swojego przybycia. I nie żałowałam.

Trochę niepokoiłam się, czy to przedstawienie to nie jakaś przykrywka by zaproponować produkty, albo werbować do sekty. Organizowane to było wszystko przez wolontariuszy pewnej koreańskiej organizacji o podłożu chrześcijańskim. Młodzi ludzie pracują w Afryce, pomagają tamtejszej ludności, a w kresie świątecznym podróżują i dają przedstawienia. 

Przedstawienie miało dwie części. Pierwsza składała się występów - tańce koreańskie, pieśni afrykańskie, czy takie typowo bożonarodzeniowe z krajów kultury zachodniej. Mnie najbardziej podobała się część koreańska i jak dla mnie mogliby pokazywać tylko własną kulturę. Azja jest piękna. Druga część to było przedstawienie świąteczne - akcja działa się w noc przed Wigilią. Pomiędzy występami zapowiedzi były po angielsku, tłumaczone na polski. Przedstawienie było po angielsku, ale na telebimie widniał tłumaczony tekst. Cieszyłam się, że Wiertka płynnie czyta. I pomimo tego, z kontekstu, tembru głosów aktorów można by rozszyfrować akcję. 

Odprężyłam się, weszłam w świąteczny nastrój, Wiertka przytuliła się do mnie.

Po dwóch godzinach przedstawienia, wyszliśmy z budynku. Ja z koleżanką pogadałyśmy jeszcze, a nasze dzieciaki - jej syn i moja córka, biegały i rzucały w siebie śnieżkami.

Fajnie zakończony dzień. W sobotę, Wiertka pojechała to taty, a ja planuję - co już wprowadzam w czyn - spędzić dwa dni pod kocem.

środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

wtorek, 11 kwietnia 2017
Na obiedzie u Słowian

W niedzielę wybrałam się na ciekawe wydarzenie. Polscy Słowianie (brzmi to trochę dziwnie, bo w końcu większość z nas należy do grupy Słowian ;) ) zorganizowali spotkanie i dwa fajne wykłady - o seksualności Słowian i o kuchni naszych przodków 1000 lat temu. Bardzo zainteresował mnie temat pierwszy, a okazało się, że wciągnął ten drugi.

Zaczynając od seksualności - w opisie było "ostrzeżenie", że to wykład akademicki :) Na szczęście słuchało się dobrze. Nie było slajdów, rysuneczków, zdjęć. Prelegent tylko opowiadał. Trochę byłam rozczarowana, że oparł się na środkowej części średniowiecza - XI-XII wiek. Podszedł jednak do rzeczy rozsądnie - oparł się na tekstach źródłowych (pamiętnikach, kronikach, listach). Wszystko, co wcześniej jest bardzo boleśnie nieweryfikowalne.

Ze Słowianami - ich wierzeniami, rytuałami, życiem codziennym smutny kłopot jest taki, że nie pozostawili dowodów piśmiennych. Jedyne źródło to chrześcijańscy księża. A informacje przez nich zapisane mogły być subiektywne, przekręcone, część przemilczana. Na przykład, gdyby ktoś za tysiąclecia chciał ocenić dzisiejsze kobiety na podstawie niektórych internetowych wpisów, mogło by się okazać, że rozkładamy nogi przed każdym "ciapatym" i marzymy o rytualnym gwałcie.

W każdym razie, zdarzało się wielożeństwo, wielomęstwo, we wcześniejszych czasach kobiety miały dość niezależną pozycję. W Noc Kupały pary mogły się dobierać, by zawierać związki.  A ojcostwo potwierdzała kobieta, nie mężczyzna - ona mówiła, że ów jest ojcem, a ten nie oponował. Do seksu podchodzono dość swobodnie. Może nie jak na Tinderze :)

Z sali padło pytanie, czy u Słowian homoseksualizm był tępiony. Co do nich nie ma żadnych źródeł. Są jednak teksty potwierdzające, że zjawisko nie było potępiane u Celtów, Germanów, Gallów. Być może także i u nas.

A potem przyszło chrześcijaństwo i spięło wszystkim tyłki agrafką aż do dziś :)

Co do kuchni, to też chrześcijaństwo zmieniło podejście do jedzenia. Słowianie lubili jeść, uważali to za ważny element życia, niektóre posiłki czarowano. I pomysł by pościć przyjęli jako absurdalny. Jednak idea postu powoli się przyjęła i jest popularna do dziś - patrząc na wszechobecne diety, wykluczanie to glutenu, to laktozy, to czegokolwiek, to chrześcijańskie poganianie bacikiem ciała za pomocą odsuwania sobie jedzenia od ust bardzo mocno w nas tkwi. Za każdym razem, gdy się objadam - robię to ku czci pradziadów i prababek Słowian ;)

Wykład o kuchni Słowian był już poparty badaniami archeologicznymi ich chat oraz resztek z ich garnków. Ogień był dla nich bardzo ważny, palił się w chacie przez cały rok. W Noc Kupały rytualnie rozniecany był ponownie, by pielęgnować go do kolejnego święta. Gotowano w glinianych garnkach i to długo, wolno. Głównym składnikiem posiłku były kasze (wbrew pozorom gryczana dotarła do nas kilka wieków później). Z warzyw znano - ogórki, cebulę, kapustę, marchew. Pierwotna marchew była biała. Pomarańczowa, to mutacja, która się pojawiła i stała się popularna. Mięso traktowano bardziej jak przyprawę, niż dania główne. Hodowano świnie, krowy, kury, jadano też kaczki i gęsi, ale trudno ustalić, czy były dzikie, czy hodowane. Łowiono sporo ryb. Gdy tak spojrzeć, na skład kolacji wigilijnej, to jest w 100% słowiańskim posiłkiem. I taki też jest jej rodowód. W lasach nie polowano.

I teraz część najciekawsza - jako przypraw używano ziół, które powoli dopiero teraz wracają do łask. W końcu papryki, pieprzu nie było, sól była rzadkim dobrem. Zioła zbierano w lesie, kilka z nich dało się wyhodować w ogrodzie. Nie zapisałam, niestety, nazw tych roślin.

I na koniec rzecz jeszcze bardziej ciekawa - powszechnym napojem było piwo. Dopiero na tym wykładzie uświadomiono mnie, że chmiel nie jest najważniejszym składnikiem piwa, tylko ziarna. Chmiel jest nadającą smak przyprawą. A w czasach Słowian, piwo przyprawiano także innymi ziołami. Chmiel był gdzieś w tyle listy. Chciałabym spróbować takiego napoju. Być może jakieś lokalne, małe browary już wracają do tego.

W ogóle, chciałabym się kiedyś przejść na takie warsztaty kulinarne, gdzie od początku do końca przygotowywano by posiłek, tak jak tysiąc lat temu. To musiałby być ciekawe :)

niedziela, 09 kwietnia 2017
Utracona cześć Katarzyny Blum - dyskusja

Po szczegóły historii o tym, jak media mogą sprawnie, w kilka dni zniszczyć życie człowieka, odsyłam do poprzedniego wpisu. Po projekcji filmu, nastąpiła cześć dyskusyjna. Niestety, miała jedną wadę - mogła trwać maksymalnie godzinę, ze względu na kolejną projekcję, a temat zasługuje na więcej czasu.

Panelistów było czworo - Roman Kurkiewicz z Collegium Civitas jako moderator, Magdalena Chrzczonowicz, sekretarz redakcji OKO.press, Joanna Grabarczyk, z organizacji HejtStop, Jan Świerszcz, z Fundacji na rzecz Różnorodności Społecznej.

Dla mnie poruszone zostały trzy ciekawe kwestie. Pierwsza podniosła mi lekko ciśnienie. Bo oto Pani Magdalena Chrzczonowicz odrzekła, że dzisiejszy czytelnicy mediów doskonale wiedzą, że news może okazać się fałszywy, potrafią to wytropić i wykazać. A tak w ogóle, to do każdej wiadomości podchodzą od razu, jako do fałszywej i to bardzo fajnie, że mamy takich wyrobionych odbiorców. A ja się pytam w duchu - przepraszam za język - jeśli każdy news ma być na wstępie kłamstwem, a ja mam go weryfikować, to na chuj mi takie media? Jestem kobietą, przepraszam - na pizdę mi takie media? Może w takim razie je zlikwidować? Zostawić tylko część komentującą, felietonistyczną. Dziś ludzie puszczają, nawet poważne opiniotwórcze portale, jakąś informację bez sprawdzenia jej w źródle. Od tego stają włosy na głowie. Autentyczność sprawdzają blogerzy. Włosy stają ponownie. Po co nam dziennikarze? Napiszę o tym kiedyś inny wpis.

Na szczęście, pan Kurkiewicz trochę zripostował w moim duchu, ale i tak zbyt delikatnie. Za to wspomniał, że ze swoimi studentami robi pewne ćwiczenie warsztatowe. Każdy ma na zajęcia napisać dwa teksty na ten sam temat - jeden prawdziwy, drugi fałszywy. Potem, w grupie ustalają, który jest który. I o ile, studentom nie sprawia żadnej trudności napisanie obu wersji, to nie potrafią wyłapać u kogoś, kiedy sporządził coś kłamliwego. Nadzieja jest, że może niektórych nauczy się warsztatu weryfikacyjnego. Jednak nie wiadomo, czy akurat ci zdecydują się na bezpłatne staże z wpisem do CV, w mediach, które czytamy.

Bardzo ciekawie opowiadała też Joanna Grabarczyk o młodych ludziach, hejcie w sieci, tym, że to od nas rodziców powinni się nauczyć bezpiecznego korzystania z sieci, podchodzenia do informacji z dystansem, chronienia ich. Trudno mi uwierzyć, jak powiedziała, że aktualnie najpopularniejszym wyzwiskiem w niektórych szkołach jest "ty uchodźco".

Czasu było zbyt mało na pytania z sali, a szkoda.

Utracona cześć Katarzyny Blum

Jak wspomniałam wcześniej, zabiegany czwartek nie skończył się szybko, bo na 18:00 poszłam do Kina Praha na jeden z filmów wyświetlanym w ramach Wiosny Filmów. Nie wybrałabym go, gdybym nie wiedziała, że po projekcji będzie jeszcze dyskusja z panelistami.

O powieści "Utracona cześć Katarzyny Blum" Heinricha Böll'a już kiedyś pisałam, trochę streszczałam. Zrobię to jeszcze raz, bo choć od jej wydania minęły cztery dekady, choć krytykowała ówczesną, niemiecką prasę tabloidową, to najgorsze jest to, że cała ta machina jest nadal aktualna i nadal sprawnie działa. Gdy czytałam ją po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, jeszcze była dla mnie ciekawostką. Potem ze zgrozą zobaczyłam, że ta historia się aktualizuje.

Katarzyna jest zamkniętą w sobie kobietą w okolicach trzydziestki, nazywaną przez koleżanki "mniszką". Trafia jej się coś, co łatwo można by przerobić w łzawą, wzruszającą historyjkę miłosną. Na zabawie karnawałowej u ciotki (w miejscu absolutnie zaufanym) poznaje nieznajomego mężczyznę, który przypadkiem (jak się okaże, nie do końca) został tam ściągnięty z jakiejś restauracji. Ot, gość idąc na przyjęcie, zabiera nowo poznaną osobę ze sobą. Dwoje ludzi rozmawia ze sobą, czuje nić porozumienia i Katarzyna decyduje się spędzić z tym mężczyzną noc w swoim mieszkaniu. 

Rankiem, gdy budzi się sama, do jej mieszkania włamuje się brygada antyterrorystyczna, z policją, prokuratorem. A pod blokiem czekają przedstawiciele prasy i telewizji z kamerami aparatami fotograficznymi. Okazuje się, że tajemniczy mężczyzna jest anarchistą. Przypomnę, że powieść powstała w 1974 roku, więc świeżo po atakach Frakcji Czerwonej Armii. To tak, jakby dziewczyna poznała dziś śniadego, uroczego chłopaka, który rano okazuje się islamskim terrorystą świeżo po ataku bombowym.

Cała powieść o jest o tym, jak traktowana jest osoba - przypadkowo wplątana w sytuację, a uznana za zaangażowanego członka wydarzeń - przez policję, media. Prokurator i śledczy traktują ją jak puszczalską, tabloid dociera do członków jej rodziny, znajomych i puszcza na pierwszej stronie artykuły z kompletnie wymyślonymi słowami tych osób. Katarzyna odbiera obelżywe telefony, dostaje mnóstwo obscenicznych listów. Jest narażona na chamskie komentarze w miejscach publicznych. Wie, że media kłamią, ale też wie, że ludzie wierzą mediom. To jest prawda. Böll krok po kroku, kartka po kartce - a reżyserzy Volker Schlöndorff i Margarethe von Trotta scena po scenie - pokazują, jak kobieta traci twarz, godność, prawo do swojego ciała. Aż do momentu, gdy bezsilna robi coś tragicznego.

Ogląda się to i czuje, że taka sytuacja mogłaby się wydarzyć dzisiaj. Wystarczy poczytać komentarze w mediach społecznościowych. Obraźliwe wyzwiska o "rozkładaniu nóg", "puszczaniu się z ciapatym" oraz oczywiście tradycyjne życzenie "rytualnego gwałtu zbiorowego przez muzułmanów". Dygresja - ktoś mi poda jakiś element sacrum, który mówi, że jakikolwiek gwałt zbiorowy ma cechy rytuału? Wiem, autorzy tego powiedzenia nie są zbyt lotni. Z jednej strony, zjawisko oblewania jakiejś osoby kubłem pomyj ma dziś jeszcze większy zasięg. Z drugiej strony - jest jakiś okruch szansy na obronę.

Jednak nie zawsze. Na koniec pokażę przykład, na jaki się niedawno natknęłam. Jakaś dziewczyna napisała na FB na stronie sieci kawiarń wpis o tym, że barista zrobił jej nie taki szlaczek z mleka na kawie i zniszczył jej całą koncepcję. Podobno, to kolega zrobił jej głupi żart, pisząc z jej konta. I jej wpis, jako screen (więc usunięcie go nic nie pomoże), zaczął krążyć po FB, a wiele instytucji (ha, ha, ha, to takie zabawne), nie zadało sobie trudu by zamalować dane osobowe. Wpis był posyłany dalej przez setki ludzi i setki ludzi. Z komentarzami - obraźliwymi, wulgarnymi. Jej zdjęcie, imię, nazwisko wycierano po internecie przez kilka dni. Tego szaleństwa nie można było zatrzymać. I to może spotkać każdego z nas - nawet jeśli napisał coś rozsądnego, inteligentnego. To coś może zostać zniszczone przez internetowych kretynów.

Jeśli wydaje ci się, że strzeżesz swoich danych osobowych, zdjęć jak oka w głowie i jesteś niewinny niczym lilijka, to tylko ci się wydaje. W momencie, w którym media postanowią ustanowić cię bohaterem serii newsów, nie masz szans. A mogą to zrobić z błahego powodu. I nikt nie będzie dociekał, czy jest prawdziwy. Przecież skoro napisał to jego ulubiony portal, to jest to prawdą.

O dyskusji napiszę w innym wpisie, bo tu już powoli brakuje miejsca :)

 

PS: Książkę mam, mogę pożyczyć ;)

poniedziałek, 13 marca 2017
Seksualność niczym damska torebka, cz. 2

Jeszcze tylko jedna ciekawa rzecz związana ogólnie z seksualnością i preferencjami, jaką wyniosłam z wykładu doktor Długołęckiej.

W Polsce mamy przyjęte trzy orientacje seksualne - hetero, homo i bi. Okazuje się, że w latach 60tych, Kinsley - pół wieku temu (sic!) - wyróżnił ich kilka poziomów. My jeszcze do tego nie dotarliśmy. I tak była: orientacja ekskluzywna hetero (osoba absolutnie nie miała nigdy i unikała kontaktów homoseksualnych), przypadkowy epizod homoseksualny (osoba dała się skusić, czy też ponieść chwili, okazji), nieprzypadkowy epizod homoseksualny (osoba świadomie spróbowała kilka razy seksu z osobą tej samej płci), biseksualizm, homoseksualizm. Jak widać, od jednego numerku, nikt homoseksualny się nie staje. W sumie dość intuicyjne.

Jak wspomniałam, to było już pół wieku temu. Bo oto, w latach 90tych - dwie dekady temu, w zachowaniach seksualnych wprowadzono rozróżnienie na komponent instrumentalny (zachowania) i emocjonalny (zaangażowanie). Idąc tym tropem - by być osobą homoseksualną lub biseksualną, nie wystarczy uprawiać seks z osobami tej samej płci, ale trzeba także wchodzić lub być gotowym na związek emocjonalny z osobą tej samej płci. Czyli mężczyzna, przebywający w miejscu odosobnienia na koszt podatnika, sypiający z kolegą z celi, bo obaj są samotni i wygłodniali - nie jest homoseksualny. Kobieta chodząca do sobotę na imprezy LGTB i wychodząca z nich z nową koleżanką na jedną noc, nie musi być ani lesbijką, ani biseksualistką, jeśli nigdy nie zaangażowała się relację emocjonalną z kobietą, ani nigdy o tym nie pomyślała.

Okazuje się, że bycie bi nie jest wcale takie proste ;)

Ciekawa jestem, co w takim razie można powiedzieć o osobie uprawiającej seks, ekskluzywnie, z osobami tej samej płci - komponent instrumentalny, ale która nigdy nie zaangażowała się emocjonalnie? Czy istnieje możliwość istnienia osoby, która jest aktywna seksualnie, ale na pytanie z jakiej płci osobą weszłaby w związek, odpowie, że nie ma pojęcia i nie obchodzi ją to?

I na wykładzie doktor, oraz w opracowaniach, podawanych badaniach, nie podano jeszcze jednej orientacji seksualnej, która zaczęła od niedawna dochodzić do głosu - aseksualnych. Bo jeśli popęd seksualny jest charakterystyczny dla wszystkich ssaków, jest składową ludzkiego temperamentu i na skali może co najniżej być gdzieś koło zera, może nie być wyznacznikiem zachowań seksualnych? Teraz zapewne wydaje się to dziwne. Zobaczymy, co powiedzą naukowcy za kilka lat.

A przypominam, że Polska ciągle jest na etapie hetero, homo, bi, gdzie możesz zostać gejem, bo przytuliłeś się do kolegi i twierdzić, że jesteś biseksualna, bo raz dałaś się chłopakowi namówić na trójkącik z koleżanką.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 12
Tagi