To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie kulturalne

piątek, 16 listopada 2018
Disney On Ice

Wyjść kulturalnych część kolejna. Tym razem „Disney On Ice”. Bilety na występ kupiłam już… w lipcu J Dziecko chciało iść na to już we wcześniejszych latach, ale nasza sytuacja finansowa była taka sobie. Pojawiły się pierwsze reklamy, z ciekawości kliknęłam w link, potem jakoś tak zaczęłam sprawdzać dostępność biletów na poszczególne dni, ich ceny. Ze zdziwieniem zobaczyłam, że sporo jest już wykupionych. A może nie ma co się zastanawiać? Znalazłam dwa miejsca, w dobrym punkcie moim zdaniem, w środku tygodnia, więc w najtańszej możliwej opcji. Zarezerwowałam uznając to za wcześniejszy prezent urodzinowy dla dziecka. Taka tam racjonalizacja J Płacąc za te zakup weszłam na krótki czas na napiętą drogę z bankiem, bo na koncie miałam opary, ale w perspektywie za kilka dni wypłatę. Bank wybaczył, bo ciągle chce mi dawać jakieś pożyczki.

 

A potem to już tylko wystarczyło, żeby nie zapomnieć o dacie występu przez ten cały czas J Bałam się, że przypomnę sobie dzień po J Wiertka była podekscytowana.

Przedstawienie było fajne. Skondensowanych kilka bajek Disneya. Mnie najbardziej zaciekawiła choreografia i wytańczone układy. Nie jestem fanką łyżwiarstwa figurowego, nie oglądam występów w telewizji, dlatego, to co widziałam teraz na lodzie wystarczająco mnie usatysfakcjonowało J W tle leciały piosenki z filmów Disneya, można było sobie ponucić, czy pośpiewać. Generalnie fajny wieczór. I o dziwo, mimo ostrzeżeń, że na hali panuje temperatura 18 stopni, wcale nie zmarzłam J

 

niedziela, 21 października 2018
Koncertowa niedziela

Cały czas opisuję poprzedni weekend. W tę niedzielę wszyscy byli na wyborach, o czym nie zapomnieli zawalić całego facebooka. Ktoś by pomyślał, że robią to pierwszy raz w życiu.

Poprzednią niedzielę spędziłam w domu z dzieckiem. Trzeba było przysiąść do odrobienia całej listy lekcji.

 

Zaś na wieczór miałyśmy plany. Prawie co roku Wiertka wybiera się na obchody Urodzin Kinderniespodzianki. Teraz robi się już trochę za duża na ich plac zabaw, ale wieczorem organizowany był na Stadionie Narodowym bezpłatny koncert. Udało mi się zdobyć bilety na fajne miejsca. Wiertka była zawiedziona, że nie zamówiłam tych na płytę – scena blisko, można tańczyć. W formularzu proszono by nie zabierać tam osób poniżej 14 roku życia (co rodziców nie zniechęciło) i ja sama nie przepadam za skaczącym tłumem. Nie chcę ryzykować zabierania w tłum małego dziecka.

Dygresja. Nie przepadałam za tłumem od zawsze, ale utwierdziłam się w tym, kiedy we wrześniu 1993 znalazłam się w środku pogującego na koncercie Kultu kotła :) Wygrzebałam się stamtąd bez buta, ale ciesząc się, że żyję :D

W Koncercie Marzeń wzięli udział Grzegorz Hyży, Dawid Kwiatkowski, Natalia Szroeder, Katarzyna Łaska i orkiestra symfoniczna. Wiertka szczególnie cieszyła się na zobaczenie tego pierwszego artysty, bo go lubi. Byłam nastawiona na coś innego – artyści zaśpiewają własne utwory. A była to ponad godzinna wiązanka hitów od lat 70tych do dziś. Też w sumie pięknie. Ucieszy się każdy, nie tylko osoba, która zna tego piosenkarza.

Nie mogę nic napisać szczerze o atmosferze, bo od rana czułam się rozbita, kichałam, a na Narodowym panuje taka temperatura, że można już teraz wylać lodowisko. Starałam się głównie skupić na utrzymaniu dobrej ciepłoty ciała. Na smakowanie koncertu zostało niewiele energii.

Wyszłyśmy z tłumem ludzi i okazało się, że z jakiegoś powodu zamknięto Most Poniatowskiego i część tramwajów i autobusów nie jeździ. Jako, że cierpię stojąc w miejscu, a zaczęły się tworzyć korki, przeszłam się z moim dzieckiem jeden przystanek piechotą.

Reszta jest historią, czyli w poniedziałek byłam już chora.

 

sobota, 20 października 2018
Sobotnia "Przestrzeń wolności"

Sobota upłynęła pod hasłem Dnia Spotkań z Historią. W ramach akcji „Przestrzeń wolności” odbył się tam pokaz filmowego przewodnika po przedwojennej Warszawie i można było obejrzeć świeżą, otworzoną dwa dni wcześniej wystawę: „Odzyskana. Fotoreportaż z Warszawy 1918-1939”. Już idąc Krakowskim Przedmieściem mijało się mnóstwo fajnych wydarzeń – koncerty, namioty z prezentacjami, a nad głową wisiało sto papierowych (powiedzmy) biało-czerwonych ptaków. W dodatku pogoda była przepiękna.

 

Zacznę najpierw od wystawy zdjęć. Wszystkie łączy jedno – powstały i pokazują Warszawę dwudziestolecia międzywojennego. Bardziej niż chronologicznie, pogrupowane są tematycznie. Na mnie największe wrażenie zrobiły te dokumentujące ówczesną bezdomność, noclegownie dla ludzi, którzy nie mieli dachu nad głową, rozdawanie i posiłków. Najstraszniejsze było to, że na tych zdjęciach były malutkie dzieci. Coś, co dziś już nie mieści nam się w głowach. Czy udało im się wyjść z tego dołka bezdomności, czy udało się dostać jakiś fach? Czy też zaginęli w odmętach ulic, by nie dotrzeć nawet do etapu dorosłości. Obejrzenie wystawy polecam – świetnie pokazany duch tamtych czasów. Czynna będzie jeszcze do stycznia. Czasu jest sporo.

Oprócz tego, przez większość soboty w DSH puszczane były wraz z prelekcjami filmy i dokumenty słuchowe. Udało mi się posiedzieć na dwóch – mieszkańcy Warszawy wspominali swoje życie codzienne w międzywojennej Warszawie. A druga prelekcja dotyczyła budownictwa z tamtego okresu – w oparciu o urywki przedwojennych filmów, kronik, czy materiałów promocyjnych. Z ciekawostek – w okresie międzywojennym na terenach dzisiejszych Pól Mokotowskich znajdowały się wyścigi konne i lotnisko. Lotnisko – tymczasowo, na chwilę J J J - przeniesiono na Okęcie, które wtedy było daleko za miastem (chętnie poczytam w komentarzu wspomnienie panirolki, nie żeby to pamiętała ;)), a wyścigi latem 1939 roku ruszyły na Służewcu. Wykorzystano tam wtedy, bardzo nowatorskie rozwiązanie architektoniczne – daleko wysunięte zadaszenia nad trybunami, które nie potrzebowały żadnego podparcia z ziemi. Ciekawe jak dzisiaj wyglądałoby miasto, gdyby obie te rzeczy zostały na Polach i rozrosły się, tak jak dziś. Samo Lotnisko im. Chopina, wtedy daleko za granicami miasta, jest przez miasto już otoczone i stłamszone. Rozważa się jego ponowne przeniesienie.

Na jednym z filmików pokazano budowę stalowego szkieletu najwyższego wtedy budynku w Warszawie, na rogu Poznańskiej i Nowowiejskiej. Ekipa filmowa dotarła na poziom znajdujący się czterdzieści metrów nad poziomem gruntu. Widzimy robotników spacerujących po zewnętrznej krawędzi  szkieletu, coś tam zbijających, zjeżdżających po linie w dół – żaden nie ma na sobie ani centymetra zabezpieczenia. Czarny sen dzisiejszego specjalisty od BHP. Zaraz pojawiło się coś jeszcze lepszego. Pracownikom towarzyszy w pracy, na tej wysokości… wierny pies. Na tym nie koniec. By ubawić ekipę filmową, robotnicy ustawiają drabinę pomiędzy dwoma rurami i po tej drabinie pies wchodzi na górę, a potem zdrapuje się w dół. I to wszystko na tej wysokości.

Anegdotek, spostrzeżeń może miałaby więcej, ale zarzuciłam już robienie notatek na takich wydarzeniach. Może szkoda. Czasem zaraz po powrocie do domu, robię listę w punktach, by tu jak najfajniej napisać.

Gdy wyszłam z DSH właśnie zakopywano kapsułę czasu na skwerze im. Ks. Twardowskiego – pamiątki i listy dla potomnych za następne sto lat, a z balkonu Hotelu Bristol śpiewało arie trzech tenorów. Stanęłam na chwilę i poszła do domu.

Bo i w piątek, i w sobotę zostawiłam Wiertkę w domu, piątkowy wykład był godzinny. Z jej powodu, przeszłam szybko Krakowskie Przedmieście nie zaglądając w punkty z wydarzeniami, nie obejrzałam kapsuły czasu, koncertu, w DSH byłam tylko na dwóch wykładach. Nie chciałam zostawiać dziecka zbyt długo samego. Nie dlatego, że jest jej smutno, tylko jednak rodzic powinien czas spędzać też z dzieckiem. A ona teraz na wszelkie propozycje obejrzenia czegoś na mieście, od razu wyskakuje z propozycją, żebym poszła sama, a ona sobie chętnie w domu posiedzi. Nawet propozycja deseru lodowego w Wedlu ją nie skusiła. Patrzyłam na ten zgiełk, moc atrakcji i dziwiłam się, jak można chcieć kisić się w domu. Moja córka dziwi się, jak można gdzieś wychodzić.

 

piątek, 19 października 2018
O wódce w fabryce wódki

Mogę wreszcie powrócić do referowania wydarzeń kulturalnych. Będzie o całym poprzednim weekendzie. Najbliższy zamierzam spędzić w rodzinnych pieleszach i dać ostateczny odpór przeziębieniu.

 

W piątek, w pobliskiej Pijalni Czekolady Wedla, znajdującej się na terenie dawnego Konesera, odbył się fajny wykład o historii fabryki wódek i generalnie pijaniu alkoholu w narodzie.

Pierwsza ciekawostka to taka, że rok 1996 był pierwszym, kiedy Polacy wypili więcej wina i piwa niż wódki. Zaczęliśmy być bardziej wykwintni w konsumpcji alkoholu. Chciałabym zażartować, że ja wtedy też przestawiłam się z wódki na wina ;)

Dla mnie największym zaskoczeniem było to, że mit rozpitego Rosjanina nie wynika z rozwiązań systemowych. Carscy żołnierze mieli zabronione spożywanie alkoholu w miejscach publicznych, a racje jakie dostawali w jednostce były symboliczne. W Związku Radzieckim lat 20tych także wprowadzono prohibicję. A może te obostrzenia wynikły właśnie z nadużywania alkoholu.

Karol Bulski, członek Praskiej Ferajny, przewodnik miejski fajnie opowiadała o historii tego miejsca. Z sentymentem patrzyłam na zdjęcia w poprzedniej dekady, gdy wytwórnia alkoholi już nie działała, ale na jej terenie prężnie rozwijała się działalność kulturalna. Pracownie artystyczne, kluby, wydarzenia, festiwale. To był fantastyczny pomysł na to miejsce. Jednak budynki bez renowacji niszczały, a deweloper, który miał pieniądze na zajęcie się nimi, chciał stworzyć coś, co szybko zwróci mu nakłady finansowe. Dlatego jest tu teraz centrum biuro-kongresowo- niby kulturalne, ale tak spięte, że przechodząc Placem Konesera już czuję, że dostaję zaparcia :)

O sobocie będzie wkrótce :)

 

piątek, 05 października 2018
Jaki był twój rok 1989?

To będzie jeszcze wspomnienie sprzed dwóch weekendów.

 

Wybrałam się na finisaż wystawy zdjęć Krzysztofa Millera w Domu Spotkań z Historią. Czytałam o niej, już jak tylko została uruchomiona, więc jak dowiedziałam się, że to ostatnie dni, zdecydowałam się podjechać. Wszystkie zdjęcia łączyło jedno – zostały zrobione w 1989 roku, w Polsce (z drobnym wyjątkiem). Dla mnie to była taka cicha, intymna podróż w ten czas, gdy wysuwałam się z dzieciństwa i wchodziłam w głośny okres dojrzewania. Nie będę tu snuć kombatanckich opowieści – w malutkim miasteczku żyło się jak w bańce, a wszelkie polityczne wiadomości uznawałam za potwornie, ogromnie nudne (na co mam niestety dowody w moim pamiętniku J). Bardziej wtedy przeżywałam pierwsze zauroczenie chłopakiem. Moja rodzina także stała z boku wydarzeń i była skupiona na swoim życiu wewnętrznym – o zgrozo, nie mam pojęcia, czy ktoś poszedł głosować. Jednak jak patrzyłam na te zdjęcia, to wracałam do tamtego klimatu, tamtej energii, tamtego powietrza. Oprócz zdjęć, na wystawie były także telebimy z puszczanym na nim filmem dokumentalnym (do wysłuchania na słuchawkach) – kilkanaścioro osób z otoczenia Krzysztofa Millera opowiadało o nim, jego zdjęciach, tamtych czasach. Filmiki było podzielone tematycznie – polityka, życie społeczne, bum rockowy, Pomarańczowa Alternatywa. Jeden na przykład był cały poświęcony rozebraniu pomnika Dzierżyńskiego – zdjęcia Millera i opowieści ludzi, jak przeżywali ten moment. Ja pamiętam go z dziennika telewizyjnego, ale niestety nie czułam wagi wydarzenia i jego symboliczności. Na samym końcu wystawy wisiało kilka zdjęć i jeden film nie dotyczące Polski, ale jak najbardziej roku 1989 – przewrotu politycznego w Rumunii. To już pamiętam i pamiętam tamtą grozę na widok tego, co tłum potrafi zrobić ze swoim wodzem. Tamte wydarzenia były pierwszymi działaniami wojennymi fotografowanymi przez Krzysztofa Millera. Wyjeżdżał potem dokumentować inne, to zapewne niestety doprowadziło go do depresji, a później śmierci.

Trafiłam na akurat na oprowadzenie kuratorskie. Fajnie tak było posłuchać opowieści, ale nie wiem, czy jednak nie wolę oglądać zdjęcia sama, spokojnie, w skupieniu.

Potem zostałam jeszcze chwilę na części dyskusyjnej (dziecko zostawiłam w domu). Czworo fotografików – Anna Beata Bochdziewicz, Wojciech Druszcz, Chris Niedenthal, Czarek Sokołowski – wspominali rok 1989 i tamte zasady pracy. To mnie najbardziej intrygowało – czasy, gdy nie wysyłało się w czasie rzeczywistym zdjęcia cyfrowego, tylko trzeba je było najpierw wywołać, potem dopaść jakiś faks i przez 45 minut (słownie: czterdzieści pięć minut)przesyłać do redakcji. Najtrudniej i jednocześnie łatwiej miał  Niedenthal, bo wysyłał zamkniętą rolkę do redakcji, a tam dopiero ją wywoływano i wybierano najlepsze – ich zdaniem – zdjęcia. Fotograf widział je pierwszy raz na szpaltach wydania. Dla mnie, osoby która zajmuje się twórczo pewnymi rzeczami taka akceptacja takiego procesu jest do nie pomyślenia. Panowie Druszcz i Sokołowski opowiedzieli jeszcze o dokumentowaniu wyborów 4 czerwca. Jako, że jeden fotograf nie może być w kilku miejscach, a głosowało wtedy przecież tyle ważnych osób, w różnych miastach, zwyczajni ludzie w całym kraju – panowie razem z trzecim fotografem (nazwiska nie zanotowałam) weszli w spółkę, każdy pojechał w inne miejsca, a zdjęciami się podzielili. W dzisiejszych czasach, nie do pomyślenia.

A potem to już musiałam wracać do domu :)

Napiszcie, jak wspominacie swój rok 1989 :)

 

czwartek, 04 października 2018
Wieczór poetycki

Chyba będzie seria wpisów opisujących moje wyjścia.

 

Przedwczoraj udało mi się wrócić do domu o ludzkiej porze, akurat by zrobić zakupy, ugotować obiad i odrobić z dzieckiem lekcje. Po 19:00 miałam w planach wyskoczyć na chwilę na muzyczny wieczór poetycki, który odbywał się w knajpce kilkanaście ulic dalej. Śpiewano piosenki do wierszy mojej koleżanki z pracy. Dziecko wypuściło mnie z domu bez żalu. Jeszcze będzie wpis o jej zadowoleniu z przebywania w domu samotnie.

Planowo miałam być na tym wieczorku tylko przez krótki czas, by jednak pobyć w domu z dzieckiem. Osób przyszło dużo, cała kawiarnia była zajęta. Ja wyszłam na spotkanie koleżance, bo po zmroku czuła się trochę zagubiona na praskich uliczkach. Piosenek było kilka, ale i muzyka, i słowa były świetne. Zazdroszczę koleżance umiejętności pisania wierszy długich, rymowanych – takich, pod które od razu można podkładać muzykę. Do żadnych moich coś takiego by się nie udało.

Po krótkim recitalu, trochę jeszcze zostałam do towarzystwa. Ludzie znali się z jednego miejsca, łączyła ich pasja muzyczna, wspólne spotkania i wyjazdy. Dlatego więc stałam trochę z boku, milczałam, robiłam inteligentną minę i co jakiś czas rzucałam jedno zdanie. Trochę wyczerpujące emocjonalnie dla takiego introwertyka :)

Na szczęście dla mnie, i koleżanka musiała szybko wracać do rodziny, i ja musiałam wychodzić, bo zostawiłam dziecko w domu, więc mogłam z twarzą się wycofać :)

Dziecko jeszcze zadzwoniło do mnie, żebym wracając chipsy kupiła, a gdy stanowczo zaprotestowałam rzuciło:

- Tak tylko zadzwoniłam, chciałam spróbować.

:)

 

wtorek, 02 października 2018
Niedziela w Koneserze

Na niedzielę także miałam wielkie plany. Trwał właśnie mój ukochany Festiwal Nauki, na którego wykłady chodzę od dwudziestu lat. Najbardziej mnie ciekawiące były akurat w sobotę, w trakcie szkolenia firmowego. Jednak w niedzielę także znalazłam trzy fajne wydarzenia.

 

Niewykluczone, że już się zestarzałam. Lata temu po sobocie całej na zajęciach, w niedzielę poszalałabym jeszcze gdzieś indziej. W poniedziałek byłabym umęczona, ale zadowolona. Teraz energia mi opadła. Bez żalu stwierdziłam, że wychodzić na poranne wykłady nie będę. Może gdyby były później, ale 10-12:00 to było dla mnie za wcześnie. Inną sprawą było to też to, że Wiertka całą sobotę spędziła sama w domu beze mnie. Twierdziła, że było fajnie, ale nie chciałam zostawiać dziecka na kolejny dzień samego. W dodatku wisiało nad nami odrabianie lekcji – matematyka bieżąca i zaległa, oraz język polski bieżący i zaległy.

Za to po odrobieniu lekcji i obiedzie pomyślałam, że możemy się obie gdzieś wybrać. Akurat pod bokiem, przez cały weekend odbywał się Festiwal Konesera – uroczyste otwarcie tego kompleksu. Co do samego miejsca mam uczucia mieszane. Pomysł by zrewitalizować zabudowania po fabryce alkoholi uważałam za świetny. W praktyce za to widziałam, że polegało to głównie na zburzeniu wszystkiego do gruntu i postawieniu nowych budynków stylizowanych na tamte. Zaiste zajebiste. Chyba tylko jeden budynek ocalał w historycznym zarysie.

W Koneserze na dużej scenie odbywały się koncerty, występy kabaretów, otworzony był ciąg handlowy, z miejscami gdzie eksponowano różne zdjęcia, wystawy (choćby polskiego designu). Był także Targ Rzeczy Ładnych, ale za wstępem 10 zł – aż tak nie pragnęłam kontaktu z rzeczami ładnymi. Jest tam także Pijalnia Czekolady Wedla oraz centrum medyczne. A na placu pomiędzy budynkami stały – żelazny punkt programu, no nie może ich przecież być – food trucki. Zapewne nigdy nie będę miała porządnie urządzonego życia, bo jednak lubimy z Wiertką tak sobie pochodzić, kupić z trucka gofra, dla mnie kawę, dla niej lemoniadę, usiąść sobie (ławek, w fajnym designie, było trochę) i pocieszyć życiem. Dodam tylko, że w ten dzień Muzeum Polskiej Wódki, znajdujące się na tym terenie, miało bilety za pół ceny (normalnie za 40 zł). Pomyślałam przez chwilę, ale moje dziecko nie chciało iść – co mnie nawet cieszy J  Trafiłyśmy, na obrzeżach kompleksu, na trawnik, gdzie przedstawienie dawali aktorzy z Teatru Baj. I wcale dla dzieci, moim zdaniem, to nie było. Był to zbiór scenek, historyjek opartych na wspomnieniach, rozmowach, dialogach mieszkańców Pragi. W warstwie wierzchniej zabawne i Wiertka świetnie się ubawiła, ale gdy odbierać dialogi, monologi bardziej dogłębnie, to te historie były smutne i gorzkie. Ale oglądało się to pięknie.

Generalnie, popołudnie spędzone fajnie. Można było zapoznać się z nowym punktem na mapie dzielnicy. Wygląda to wszystko niezwykle nobliwie, elegancko, z gustem, jak dla kogoś kto wydał zapewne ponad 10 tys za m kw mieszkania. I to, że na parterze umieszczono Żabkę i Biedronkę tego wrażenia nie zatrze :) 

 

środa, 22 sierpnia 2018
Nie będzie kabaretu. Będzie chór ;)

Kocham moją córkę, lubię być matką, ale te chwile gdy możesz – bez kombinowania, selekcjonowania – po prostu wybrać sobie swobodnie wydarzenie kulturalne i na nie iść, są nieocenione.

W sobotę byłam na spacerze miejskim szlakiem „niemoralnej Warszawy” – gdzie ukrywał się Casanowa po nieudanym pojedynku, odwiedzany nawet w końcu przez adwersarza, którego omal nie zastrzelił. Gdzie były najmodniejsze lub najbardziej oblegane, bo tanie domy publiczne. Gdzie był Dom Kata :)

Niedzielę spędziłam na pogaduszkach z moją przyjaciółką.

Zaś wczoraj byłam na fajnym spotkaniu z jednym ze scenarzystów serialu „Alternatywy 4”, Januszem Płońskim. Bardzo gadatliwy, potoczyście opowiadał różne anegdotki związane z serialem. Wszystkich nie dałam rady zapamiętać, ale niektóre mogę tu przytoczyć.

Czy to intuicja, czy ktoś życzliwy podpowiedział, ale reżyser, Stanisław Bareja miał rozpocząć zdjęcia od poniedziałku, ale złożył wniosek o przesunięcie startu z poniedziałku na piątek. W piątek, 11 grudnia, rozpoczęli nagrania w studiach Telewizji Polskiej. Jak się można domyśleć, w niedzielę, 13 grudnia ogłoszono Stan Wojenny. Co ciekawsze, do ekipy nikt już się nie przyczepiał. Kontynuowali swoje prace. Specjalnie nakręcono więcej ryzykownych komediowo scen, podejrzewając, że cenzor będzie je wycinał. Wycinał jeden żart, drugi, a przy którymś z kolei Bareja zaczynał protestować i miał już jakieś argumenty w dłoni.

Przy jednej rozmowie z cenzorem był sam Płoński, więc mógł opowiedzieć, jak to wyglądało. Pokazano scenę kłótni Kotka i Kołka, którzy jako mężczyźni nie mogli przecież mieszkać razem i padło kultowe stwierdzenie, nie podam dosłownie:

- W Charkowie to dwóch mężczyznom ślub dali. Wszyscy mówili pomyłka, pomyłka. I co? Po roku urodziły im się dwojaczki.

- A czy to musi być w Charkowie? – spytała cenzorka

Zebrani na sali gruchnęli śmiechem. Chyba większość pomyślała, że dziś cenzor nie miasta by się przyczepił ;)

Wszyscy wiedzą, że Bareja obsadzał się w epizodycznej rólce w każdej swojej produkcji. Teraz się dowiedziałam, że tak samo był uprzejmy dla scenarzystów. Płoński zagrał tajniaka zakładającego podsłuch w mieszkaniu profesora, a potem podsłuchującego mieszkającego tam docenta. Maciej Rybiński zagrał pijaczka podróżującego tym samym autobusem, co nauczycielka i przewożącej z nią meble dzieci – to on zasiadł za jadącym stołem i zamówił dla siebie setkę, dla dziecka lody :)

Samo spotkanie było w ciekawej, klimatycznej knajpce mającej ambicję kultywować tradycje Ursynowa i integrować jego mieszkańców. Jej założycielem jest chłopak, który w weekendy oprowadza na spacerach miejskich. Sama na nich bywałam.Przed spotkaniem kupiłam sobie pszeniczne piwo, więc by móc swobodnie wracać do siebie na Pragę, chciałam jeszcze przed wyjściem skorzystać z toalety. I traf chciał, że w długaśnej kolejce natknęłam się na dziewczynę, z którą stałam – w króciutkiej wtedy – kolejce do tego samego miejsca przed spotkaniem. Zgadałyśmy się. To znaczy nie ja, bo ja rzadko wychodzę do ludzi, ona wręcz przeciwnie. Zaprosiła mnie nawet do stolika ze znajomymi :) Nie skorzystałam, ale miło wiedzieć, że mam jeszcze szansę na szalone wieczory :)

niedziela, 27 maja 2018
Weekend kinowo-leśny

Sobota burzowa, deszczowa, senna, leniwa jak koc. Tak jak ostatni dzień mojego cyklu.

Wybrałyśmy się z Wiertką do fryzjerki, w bloku obok, na podcięcie włosów. U jednej, i u drugiej. Na prośbę mojego dziecka, ustawiam weekend tak, by jeden dzień był domowy, z nic nierobieniem. Ona tak odpoczywa i regeneruje siły po szkole. Wspomniałam jednak, że na Pradze będzie w sobotnie noce kino plenerowe i Wiertka strasznie się zapaliła do tego pomysłu. Oglądanie filmów pod gołym niebem! Do momentu wyjścia z domu, po 21:00 dopytywałam się, czy aby na pewno chce wyjść. Jasne, że chce.

Okazało się, że ciągle pada mały deszcz i zastanawiałam się, czy się zaraz z tego seansu nie wrócimy do domu. Dziecko nie traciło nadziei. Było fajnie. Kino plenerowe odbywało się w knajpce, która mieści się na terenie plomby pomiędzy dwoma kamienicami. Organizatorzy rozwiesili brezentowe płachty, więc można było sobie bezpiecznie usiąść na leżaku, lub puchowej kanapie. Ja zapobiegawczo wzięłam kocyk, którym Wiertka się okryła. Trochę poleżała pod kocem, trochę potańczyła przy muzyce i śpiewie Florence Jenkins. Bo leciała "Boska Florence". Co najciekawsze, Wiertka nie miała problemu z oglądaniem filmu z napisami. Nadążała z czytaniem. Pamiętam z dzieciństwa, że dla mnie był to poważny skok w konsumpcji kultury popularnej, którego dokonałam dopiero koło 11-12 roku życia. Ale może to cecha pokolenia wychowywanego na filmach ściąganych z sieci. Inna kwestia, to taka, że mojemu dziecku film się podobał i nie uznała głównej bohaterki za fałszującej, czy ośmieszającej się. Kochała śpiewać, to śpiewała. Chciała śpiewać przed ludźmi, to śpiewała. Myśląc nad tym, zaczęłam się zastanawiać, czy Florence Foster Jenkins nie była prekursorką dzisiejszych bohaterów sieci - gdzie nie musisz idealnie śpiewać, grac, tańczyć, ale jeśli robisz to z pasją i kochasz, to co robisz, to ludzie ci to wybaczą.

W niedzielę, dziecko tradycyjnie nie chciało wyjść z domu, zasłaniając się kinem plenerowym i powrotem do domu przed północą. Nie negocjowałam, tylko kazałam się zbierać z łóżka. Wybierałyśmy się z koleżanką na wernisaż wystawy zdjęć, których bohaterką jest Puszcza Kampinowska. Oczywiście, wystawa odbywała się w puszczy, w skansenie, tuż obok muzeum. Pogoda była przepiękna, okoliczności przyrody były przepiękne, chaty, które przy okazji obejrzałyśmy także były piękne. Fajnie spędzony na świeżym powietrzu dzień.

poniedziałek, 12 lutego 2018
Urodziny Pragi - 370

Warszawska Praga obchodziła właśnie swoje 370 urodziny jako miasto :) 10-go lutego 1648 roku, król Władysław IV Waza, na prośbę biskupów kamienieckich ustanowił tu miasto na prawie magdenburskim :)

Od kilku lat, w okolicach tej daty, dzielnica świętuje przez kilka dni. A w tym roku nawet ponad tydzień. Na większość wydarzeń się nie wybrałam, bo wieczory spędzam z dzieckiem w domu. Plan był bardzo fajny i rozległy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie fajnego. Akurat spacery miejskie po dzielnicy już zaliczyłam, na potańcówki i koncerty głupio mi było wybierać się samej. Trochę żałowałam, że nie wybrałam się w sobotę na rekord jedzenia pyz :) Zjadło je jednocześnie ponad 370 osób :)

Za to wykłady uwielbiam i to jest mój typ energii :) Udało mi się dotrzeć na dwa. Oba miały miejsce bardzo blisko mojego domu, w pewnej klimatycznej kwiaciarni prowadzonej także przez pasjonatów historii dzielnicy. Jedno spotkanie poświęcone było ciekawostkom i przy okazji prowadzący opowiedział o dwóch, nieistniejących już kolejkach - jabłonowsko-karczewskiej i mareckiej. Obie linie należały do kolejek wąskotorowych, w dodatku (do czasów PRL) należących do prywatnych towarzystw. obie zostały zlikwidowane na rzecz poszerzania arterii, ulic. Istotnym argumentem za ich zniknięciem było także zagrożenie wypadkami (ludzie jeździli nimi "na winogronka" wisząc ze schodków) oraz kwestia ekologiczna (ogromne zadymienie). Zobaczyłam kawałek materiału filmowego z jazdy kolejką marecką i z nostalgią popatrzyłam na trasę, którą tyle razy pokonywałam autobusem, okolice gdzie mieszkałam z rodzicami. 

Na drugim wykładzie, w fajny sposób, przystępnie, przedstawił historię dzielnicy. Zaczął od ciekawej hipotezy, że to Praga jest starsza od Warszawy :) To tu najpierw osiedlali się przybysze. Z prawej strony rzeki ciągnęły się pola, lasy z dogodnym dostępem do wody i żeglugi, wyładowania towarów z łodzi. Gdy na lewym brzegu nad wodą widniała wysoka skarpa. Dobra ochronnie, co historia potem pokaże. I pierwsze osadnictwo na tych terenach, to gród na miejscu dzisiejszego Bródna. By zbudować chaty trzeba było usunąć drzewa. Ciężko było je wyrąbywać. Szybciej można to było zrobić wypalając las. Prażąc go. Stąd nazwa - Praga.

Gdyby Zygmunt II August doczekał się męskiego potomka, może Praga wyglądała by dziś inaczej. Jednak nastąpiły czasy wolnej elekcji i to na tutejszych terenach. Szlachta, duchowieństwo zaczęli wykupywać tutaj ziemie, by stawiać domy, w których można by się na czas wyborów zatrzymać. I to na prośbę duchowieństwa, król ustanowił w praskiej osadzie miasto. W XVIII wieku zaczęli ściągać także Żydzi, bo - ciekawostka - nie mieli wstępu do Warszawy bez opłacenia biletu za pobyt. A Praga przyjęła ich bez pytania. Dodam tylko, że osiedlali się nie w granicach miasta, bo to było długie wąskie, ciągnące się wzdłuż rzeki, ale tuż za rogatkami (dzisiejsza ul. Marecka). Potem te tereny - dziś Szmulki - także dołączyły do Pragi.

Z Warszawą Praga była połączona trzy razy mostami. Najpierw w XVII wieku, most drewniany (na wysokości ul. Ratuszowej), rozpinany przy brzegu (na łodziach), by przepuszczać statki. Most był niski - 2-3 metry nad wodą, więc po kilkunastu latach wczesnowiosenne kry lodowe zniszczyły go na dobre. W XVIII wieku zbudowano most na łodziach. Do dziś stoi budynek komory wodnej, gdzie pobierano opłaty za przejazd - jest tam praski Urząd Stanu Cywilnego. Przejście osoby kosztowało 2 grosze, zwierzęcia - 4 grosze, przejazd karety - 2 złote, wozu z towarem sporo drożej, a rozpięcie mostu by przepłynął statek jeszcze sporo drożej. Z opłat zwolnieni byli żebracy i żołnierze :) Na zimę most rozpinano i holowano do brzegu. Zimy były wtedy, jak zimy i po Wiśle można był bez problemu przejechać ;) I w końcu trzeci most, zbudowany w połowie XIX wieku - Most Aleksandryjski oficjalnie, ale zawsze nazywany Mostem Kierbedzia (od budowniczego), dziś na jego oryginalnych przęsłach stoi most Śląsko-Dąbrowski.

Oraz super ciekawostka - to na Pradze powstała pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa. Najpierw były to tramwaje konne, potem elektryczne. Jeszcze dziś, na budynku, na ul. Inżynierskiej, można zobaczyć oryginalne sztukaterie, obok kawałek torów, a w bramie (jeśli mieszkańcy pozwolą) ławeczkę dla motorniczych oraz tablicę na ogłoszenia. Potem zajezdnię przeniesiono na ul. Kawęczyńską.

Praga nigdy nie była spokojnym miejscem. Coś ma w sobie, co generuje napięcia. Najpierw najechały ją wojska szwedzkie, w czasie Potopu Szwedzkiego. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, Suworow dokonał rzezi Pragi, mordując większość mieszkańców. Miało to za zadanie złamanie oporu Warszawy - skutecznie. W roku 1868 (o ile nie pomyliłam roku, plus minus 3 lata), miasto strawił pożar. O ironio, Powstanie Warszawskie, które zrównało stolicę z ziemią, dla Pragi okazało się litościwe. Jedyną raną w obrazie dzielnicy było wysadzenie w powietrze Katedry św. Floriana. Wieść niesie, że katedra ocaliła sąsiedni Szpital Praski. Niemcy wysadzić chcieli oba budynki, jednak świątynia okazała się na tyle mocna, że dynamitu zużyto jak na dwie budowle. Za to potem, polityka lokalowa, wobec mieszkańców, sprawiła, że dzielnica stała się jedną z tych mrocznych, niebezpiecznych, zaniedbanych.

XXI staje się dla Pragi czasem, kiedy wreszcie nikt nie najeżdża, PR się poprawia. Tylko, czasami, niestety, w starych kamienicach wybuchają pożary... Niby jest spokojnie, ale dzielnica ma ochotę na kolejną awanturę.

Na wykładzie padło jeszcze sporo fajnych informacji, ale wpis byłby strasznie zagracony. Wybrałam to, co było dla mnie najciekawsze :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13
Tagi