To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: święta

środa, 13 grudnia 2017
Gdy odchodzi św. Mikołaj

W piątek, gdy wracałyśmy z Mikołajkowej zabawy, Wiertka podzieliła się ze mną spostrzeżeniem:

- Czy może być tak, że prezenty pod choinkę przynoszą rodzice, zamiast świętego Mikołaja?

Tradycyjnie, dopytałam się ją, co by wolała.

- W muzeum opowiadali, że żył w średniowieczu, umarł, więc nie może już teraz rozdawać prezentów.

Jej słowa brzmiały rozsądnie, były poukładane i dałam się temu zwieść. Potwierdziłam. Wydawało mi się, że Wiertka przyjęła to naturalnie i życie potoczyło się dalej. Jednak, w poniedziałek, oczywiście o zwyczajowej dla tych zachowań porze, czyli przed snem, moja córka zaczęła popłakiwać.

- Już nigdy nie pójdę do muzeum. Tam dowiedziałam się, że święty Mikołaj nie istnieje.

Spytałam ją, dlaczego w piątek nic nie wspomniała. Przyznała, że ukrywała smutek. Zaczęłam ją pocieszać. Tłumaczyć, że Mikołaj jest wyrazem miłości, magii świąt. Dodałam jeszcze, że ma za sobą kilka lat wiary w niego i chyba nie wolałaby, bym od razu mówiła jej cała prawdę. Wydaje mi się, że nie tylko samej magii było jej żal. Mikołaj był kimś wszechmogącym, mógł przynieść każdy prezent, jaki mogła sobie zamarzyć. A jeśli prezenty przynosi uboga matka, to nie ma co oczekiwać rzeczy wielkich. 

Wiertka dodaje też ze smutkiem:

- Wtorek był ostatnim dniem, gdy wierzyłam w świętego Mikołaja. Niech mi nie mówią jeszcze, że zajączek wielkanocny nie istnieje. Nie istnieje mamo?

Cóż mogłam zrobić. Stwierdziłam, że zajączek wielkanocny istnieje, choć u licha nie przypominam sobie byśmy hołdowały tej tradycji.

Teraz tylko czasami, gdy lecą świąteczne reklamy z Mikołajem, Wiertka rzuca ze złością, że przecież nie istnieje. Dodaje też, że nigdy już nie pójdzie do muzeum na wykład. Chyba, że ze mną. Ma także inne dylematy:

- Tata dostał kiedyś od Mikołaja poduszeczkę z rysunkiem. To od KOGO ją dostał???

Zastanawiała się też, jak dostała kiedyś list od Mikołaja, ale tej tajemnicy nie chcę jej wyjawić. Pewna fundacja, w zamian za datek wysyła takie listy dzieciom.

Brałam kiedyś udział w dyskusji na ten temat. Jest pewna grupa rodziców, która uważa, że mówienie o Mikołaju jest utrzymywaniem dziecka w kłamstwie i iluzji, nie należy tego robić. To oszustwo, Zło (wielka litera jak najbardziej wskazana). Wypowiadali się głównie ci, którzy mocno przeżyli rozczarowanie. Ja kompletnie nie pamiętam momentu, gdy to rodzice dawali prezenty. Przeszło to płynnie, niezauważalnie. Pamiętam, jak pisałam list do Mikołaja i to chyba z wiarą.

Jest mi przykro, że Wiertka jest smutna z tego powodu. Żałuję, że wtedy nie zaprzeczyłam. Jak głupia uznałam, że ktoś kto nie chce być okłamywany, na serio nie chce :) Rzadko tak bywa w życiu :)

A czy wierzyliście kiedykolwiek w świętego Mikołaja? Jak dowiedzieliście się, że nie istnieje?

A może istnieje?

15:48, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
środa, 28 grudnia 2016
Po świętach

O świętach wszyscy zapewne już zapomnieli, a ja dopiero teraz doczłapałam się do bloga i piszę z poślizgiem :)

Wigilia u mojego dziadka i taty, pierwszy dzień świąt u ciotki i drugiego dziadka. Za to w drugi dzień świąt, razem z Wiertką wylegiwałyśmy się w łóżku czytając książki, oglądając telewizję (ja), grając w gry (ona). Jeszcze wczoraj moją główną aktywnością było czytanie i trochę grania z dzieckiem. Dopiero dziś wyszłyśmy z domu na świeże powietrze. O tym może w innym wpisie. Mam międzyświąteczny urlop. W tym roku jeszcze tylko w piątek idę do pracy. Obawiam się, że tak stracę orientację czasową, że połapię się dopiero koło soboty :) Na razie jest tak, że dziecko zasypia koło północy, ja gdzieś w okolicach 3-4:00. Nie napiszę, do której śpimy... Żyję chyba według czasu nowojorskiego.

W tym roku rozluźniła się moja dyscyplina i o tym, że trzeba kupić dziecku prezent przypomniałam sobie na półtora tygodnia przed Gwiazdką. Ostatni dzwonek. Akurat Wiertka napisała list do Mikołaja. Odszukałam zabawkę w sklepie internetowym, złożyłam zamówienie. A potem się przeziębiłam. W efekcie, dopiero po kilku dniach zorientowałam się, że paczka jeszcze nie nadeszła. Klikam w status zamówienia, a tam jedynie "płatność zaksięgowana"... Dodzwonić się oczywiście nie można. Napisałam maila, z marną nadzieją, że go ktoś z obsługi zobaczy. Jednak szybko odpisali. Sami zdziwieni. Bo w kilka godzin po złożeniu przeze mnie zamówienia, wysłali mi przepraszającego maila, że zabawka została szybko wyprzedana oraz zwrócili pieniądze na konto. Sprawdziłam, rzeczywiście chora wrzuciłam tego maila do kosza. Wtorek przed Wigilią sobotnią, a ja bez prezentu. Ani też zbytnio bez okazji by bez dziecka iść do sklepu. Na sprzedaż wysyłkową już bym o tej porze nie liczyła.

Tymczasem, Wiertka napisała drugi list do Mikołaja. Z inną zabawką. Wyguglałam, co to w ogóle jest. Czy to naprawdę istnieje? Niedawno otworzyli w sąsiednim bloku punkt odbioru pewnego sklepu internetowego z zabawkami. Na miejscu jest sporo rzeczy do kupienia. Sprawdziłam, że gdybym zamówiła zabawkę z obiorem na miejscu, to czas dostawy wyniósłby 3 dni i kilka godzin - czyli akurat na kolację wigilijną, w sobotę, kiedy będą już zapewne zamknięci. Zajrzałam tam szybko, przed odebraniem dziecka ze świetlicy. Dopytałam, czy nie mają tego akurat na półce. Nie mieli, ale przemiłe panie sprawdziły i okazało się, że ostatnie sztuki są w ich punkcie w centrum Warszawy. Tylko, że lada moment te też się wyprzedadzą. I tu zdarzył się moment świątecznej życzliwości - panie zadzwoniły na prywatny numer jednego z pracowników, poprosiły o odłożenie zabawki, złożyły ze swojego komputera zamówienie i wytłumaczyły mi, jak mam następnego dnia, od tego pracownika odebrać.

W środę, na szczęście, byłam umówiona na wino z moimi literatkami, więc pomiędzy pracą, a spotkaniem podjechałam do punktu odbioru w centrum. I zobaczyłam różnicę - na Pradze spokój, pusto, w sklepie w porywach do trzech osób, a w Centrum stała kolejka jak z lat osiemdziesiątych. Godzina albo półtorej stania. Starając się nie rzucać w oczy podeszłam do tej części, gdzie miał być ów pracownik. Pracownik był niczym informatyk, czyli odzywał się monosylabami i uznawał, że kontakt wzrokowy to zło. Patrząc na to, co działo się dookoła, mogła to być przemyślana strategia. Pomimo tego, znalazł moje zamówienie, zabawka stała obok. Zapłaciłam i po minucie wyszłam. Szybko, żeby się kolejka nie zorientowała. A nawet gdyby, to miałam przygotowane: "Zapraszam na Pragę Północ po złożenie ustnego zamówienia".

Następnego wieczoru, Wiertka nie mogła sobie przypomnieć, czy wysłała list do Mikołaja. I czy wysłała właściwy. Prawie się popłakała. Zapewniłam ją, że list poszedł, Mikołaj na pewno coś kupił. Nie obiecywałam, że to co sobie wymarzyła - w tym roku się udało. Nie wiem, co będzie w następnym. Zakładając, że nadal będzie wierzyć w istnienie wyżej wymienionego.

U nas prezenty Mikołaj przynosi w poranek Wigilijny - może dlatego, żeby uniknąć korków w kominie. Wieczór wcześniej, Wiertka zostawiła mu pod choinką poczęstunek - kawałek makowca i kubek mleka.

Mikołaj był, poczęstunek zjadł i wypił, prezent zostawił. Jak w korpo - ty się natrudzisz, a sława spływa na jednego kolesia, który zjawia się w biurze raz w miesiącu ;)

środa, 09 grudnia 2015
Świątecznie cz. 1

Na razie nie będzie wpisów o zacięciu intelektualnym, ale trochę kiczu.

Lubię przed świętami te piosenki, które tłuką radia i galerie handlowe. Trudno.

Rozpoczynam świąteczną serię.

Tagi: święta
18:41, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 25 kwietnia 2011
święta

Nie uciekłam przed nimi.

Trzeciego dnia, sama z dzieckiem w domu, poczułam, że zwariuję tak z małą, w czterech ścianach. Pojechałam do babci, cioci, taty i brata.

Mam nadzieję, że Wiertek nie pochoruje się od tych wycieczek.

Tagi: święta
21:33, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 26 grudnia 2010
Święta, święta i święta

Nie czuję atmosfery świąt. Coś odeszło na zawsze. Czuję się jak Neo po wybraniu pigułki, w Zionie, gdzie wcale super nie jest. Różnica ta, że ja żadnej pigułki nie wybierałam. Czuję się jak Tewje mleczarz po wygnaniu z Anatewki. Kiedyś czekałam na święta, kupowałam prezenty, ubierałam choinkę, chłonęłam atmosferę. Zmieniło się, gdy zmarła moja mama. Od tamtej pory nie ma świąt, choć teoretycznie są. Choć aktorzy się starają.

Wiem, że jestem matką, stworzyłam własną rodzinę i powinnam stworzyć też własną wersję świąt. W tym roku nawet choinkę ubrałam bez przekonania.

Nie było tragicznie. Kolacja wigilijna była u mojego brata i taty. Był jeszcze dziadek z wujkiem. Do momentu przyjechania do nich nie mogam się pozbierać, potem wszystko poszło utartym wigilijnym trybem. Z jednym drobnym wyjątkiem. Mój brat, tłumacząc się kredytami, poprosił byśmy się ograniczyli tylko do symbolicznych prezentów dla dzieci. Ok. Okazało się, że symboliczny to był mój prezent dla bratanka. Wiertek od wujka dostała bardziej okazały. Poczułam się cholernie głupio. Może mamy inne definicje symboliczności?

Dziś wizyta u mojej ciotki i babci z dziadkiem. Mała trochę przyklejona do mnie, a potem dostała najprostszy zestaw do zabawy - pudełko, kilka łyżek. Wkładanie, wykładanie, wkładanie, wykładanie. Większość wieczoru jej na tym zeszło. A Fisher Price kosi na tym ostrą forsę. Dotąd moje dziecko bazowało na mało stymulujących zabawach, czyli wyjmowaniu wszystkiego z kuchennych szafek i waleniu tym o posadzkę. Gwiazdka i urodziny to okazja na zakup czegoś megastymulującego, czym ona nudzi się po kilku minutach. Może mam głupie dziecko? ;)

Tata Wiertka w dołku i obrażony. Chciał świąt we trójkę. Jakoś zapomniał, że rozstał się ze mną w drugi dzień świąt dwa lata temu. Los odegrał się na nim z nawiązką. Jutro ma być. Mała, gdy słyszy dźwięk domofonu, woła "dada" i piszczy. Co jej będę odbierać radość.

00:42, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi