To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: święta

piątek, 29 grudnia 2017
Nietypowe Święta, czyli magia istnieje

Uzupełnię jeszcze wspomnienia ostatnich świąt. Bo pod pewnym względem były nietypowe.

Gdy już w październiku wiedziałam, że stracę pracę, miałam też przed sobą perspektywę trudnego grudnia - Mikołajki, urodziny dziecka, prezent gwiazdkowy. Jak to urządzić, by dziecko było zadowolone i spiąć budżet.

Od razu dodam, że nie chodzi o to, że moje dziecko musi mieć drogie i wystrzelone prezenty. Przez cały rok nie kupuje jej nic szczególnego, dostaje czasem jakieś drobiazgi. Uważam, że są dwie, trzy okazje w roku, gdy dziecko ma prawo dostać piękny, wymarzony prezent. Nawet drogi. Urodziny, gwiazdka, Dzień Dziecka. Choć dla mnie drogi, to maksymalnie do 100-150 zł, nie kilkuset.

Jednak, w tym roku, nawet te 100 zł razy dwa, to trochę za dużo.

Jestem też w pewnej sieciowej grupie kobiet, znamy się od prawie dziesięciu lat - czasami uda się spotkać osobiście, rozmowy są głównie w sieci. W ramach anegdotki, opowiedziałam, jaką miałam ostatnio jesień i że mam trochę życiowo w plecy. I tak okazało się, że przejęły się moją sytuacją. Jedna z nich upiekła tort urodzinowy Wiertki za sporą tańszą cenę, inna przesłała odrobinę ubrań dla małej. Myślałam, że ubrania mają być po jej dziecku, ale okazało się, że po prostu kupiła nowe. Część po prostu pytała mnie w prywatnych wiadomościach. I właśnie jedna z nich zaproponowała, że prześle mi mały zestaw lego, bo jej córka ma zdublowany. Pomyślałam, że przynajmniej problem prezentu gwiazdkowego będę miała rozwiązany.

I tak, na Mikołajki Wiertka dostała kalendarz adwentowy, bo akurat bardzo chciała mieć, a w sklepach można je było znaleźć za niewielkie pieniądze. Na urodziny kupiłam jej album do stikersów, które zbierała. W porównaniu z poprzednimi latami, to był drobny kwotowo prezent. Pod choinkę miałam ten zestaw lego (koleżanka przysłała jeszcze jedną paczuszkę, która okazała się być zestawem naklejek świątecznych), miałam też maskotkę, którą dostałam w pracy na Mikołajki. W czasie zakupów zobaczyłam opakowanie czekoladek, które moja córka bardzo chciałaby spróbować, ale cena nigdy nie zachęcała do kupna bez okazji. A teraz kosztowały tanio, w świątecznej promocji. I tak okazało się, że gwiazdkowo trochę tych paczuszek będzie. Tuż przed świętami spacerowałyśmy jeszcze po lokalnej księgarni. Niebezpiecznie :) I Wiertka zauważyła box z czterema książkami - "Zniszcz ten dziennik" i trzy inne z tej samej serii. Od wielu miesięcy marzyła o tej książce. Zachwyciła się tym. I jednocześnie:

- Widziałam cenę mamo, nie stać nas na to. - powiedziała ze smutkiem.

Zestaw na pudełku miał cenę 69,00 zł i naklejkę z nową - 58,00 zł. Jednak moja córka nie zauważyła, że była ona przekreślona, a pod spodem widniało 19,90 zł. Uznałam, że nie potrafię tak strasznie oszczędzać, gdy mogę zobaczyć szczęście na twarzy mojego dziecka. Wróciłam tam sama następnego dnia. 

Wiertka pod choinką znalazła kilka paczuszek z prezentami. Plus cztery dla mnie. O czym za chwilę.

Ale dziwna magia świąteczna dotknęła także mnie. Najpierw jedna z koleżanek zamówiła moje tomiki wierszy jako prezenty świąteczne, ale na konto przelała kwotę jakby ich autorka była co najmniej nominowana do Nike, albo Paszportów Polityki. Potem okazało się, że na moim koncie ponownie pojawiła się dodatkowa kwota - koleżanki zrobiły dla mnie zbiórkę. I na tym nie koniec. Ta która przysłała lego i naklejki, dorzuciła paczuszkę dla mnie. To pewnie dlatego, że kiedyś marudziłam, że od lat nie dostaję już gwiazdkowych prezentów i to trochę smutne. I na tym nie koniec.

W sobotni poranek, ten przed Wigilią, usłyszałam dzwonek do drzwi. Jeszcze spałam (z Wiertką prowadzimy nocny tryb życia, więc śpimy do późna). Za drzwiami nikogo nie było, a ja boję się w takich sytuacjach otwierać. Poszłam do łazienki, a wtedy znowu ktoś zadzwonił. Nikogo nie było. Zadzwonił domofon, więc wpuściłam. Jednocześnie dostałam sms-a, ale tkwiłam przy wizjerze by złapać tego żartownisia. Wróciłam do łóżka i przeczytałam wiadomość - koleżanka pisała, że na przed drzwiami czeka na mnie niespodzianka.

Na korytarzu zobaczyłam siatkę z kilkoma rzeczami z chemii gospodarczej, herbatą, kawą. Dostałam kolejną praktyczną pomoc. Była tam też ładnie opakowana paczka z adnotacją, że do otwarcia dopiero w święta. Tak więc, nawet ja - w te święta - odczuwałam dreszczyk emocji i zaciekawienia, co przyniósł mi Mikołaj.

Bo sama też siebie obdarowałam dwiema paczuszkami. Jedno z wydawnictw zorganizowało świąteczną promocję. Na spółkę z koleżanką zamówiłyśmy kilka tytułów, dzięki czemu każdy z nich kosztował kilkanaście złotych. To na prawdę niewiele. Dzięki temu mogę teraz cieszyć się czytaniem "Nie hańbi" Olgi Gitkiewicz oraz "Wszystkie dzieci Luisa" Kamila Bałuka.

W grudniu spłynęło do mnie mnóstwo dobra i życzliwości. Jestem za to wdzięczna, komu tylko mogłam wysłałam moje wiersze z dedykacją. Jednocześnie czuję się z tym dziwnie. Jako ktoś, komu trzeba pomagać, współczuć, kto nie potrafi poradzić sobie w życiu. Bo ta pomoc jest piękna, ale przecież nie przyjdzie ponownie za miesiąc, dwa. Nawet tego nie oczekuję. Z trudem potrafię przyjmować ryby, szukam wędki.

Nie wiem, czy uda mi się kiedyś za to wszystko odwdzięczyć.

wtorek, 26 grudnia 2017
Święta wędrowne

Święta były w tym roku trochę zabiegane. Tak jakoś wyszło.

Tradycyjnie, tata zaprosił mnie na kolację Wigilijną do mojego dziadka i wujka (jego ojca i brata). Dziadek skończył latem 90 lat i od dłuższego czasu nigdzie nie podróżuje, nie jeździ komunikacją publiczną. Samochodem też chyba nie miałby już ochoty nigdzie pojechać. W kilka dni później zadzwoniła do mnie matka rodzeństwa przyrodniego Wiertki. Także zapraszała na Wigilię. Podziękowałam i odmówiłam. Nieopatrznie powiedziałam o tym Wiertce. I zaczął się wieczór szlochów i rozpaczy, zarzucanie mi, że chcę jej zepsuć święta. Nie kryła, że kompletnie nie ma ochoty na jechanie do pradziadka i podała kilka różnych argumentów. I każdy z tych argumentów rozumiałam. Dom dwojga starszych panów, kolacja z trzema, to nie jest super miejsce dla ośmiolatki. W jej wieku, miałabym takie samo podejście. Jednak ze swojej strony, uważam, że pielęgnowanie kontaktów - nawet raz do roku, co nie jest jakimś ogromnym poświęceniem - jest istotne. W wieku mojego dziadka, każda taka Wigilia jest być może ostatnią.

Wyrzuty sumienia miałam, więc skontaktowałam się z - zawiły język nie ma określenia na to powiązanie rodzinne, bo rodził się w czasach, gdy poprzednia żona była uprzejma umierać, kolejna także, zanim pojawiła się nowa - by dopytać o godzinę rozpoczęcia kolacji, bo może uda nam się na chwilę zajrzeć. Okazało się, że uda. Następnie pobiegłam do centrum handlowego, by kupić jakieś drobne upominki.

Efekt był taki, że pierwszą kolację Wigilijną miałyśmy o 16:00 pod Warszawą. Mój tata chciał wracać do domu taksówką - pierwszy raz w życiu, pamiętam z dzieciństwa jak odległość pomiędzy naszym, a domem dziadków, lasem, kilka kilometrów, pokonywaliśmy na piechotę. Opłacił też taksówkę, by zawiozła nas na miejsce kolejnej kolacji. A, że byliśmy tam godzinę przed czasem, to zadzwoniłam do Byłego, który też zapraszał. Zapraszał nadal. Wieczór spędzał ze swoimi dziećmi. Tam też coś podjadłam - wegańską rybę po grecku, czyli selera w marchewce :) Młoda, siostra Wiertki, jest weganką. I o 19:00 przeszliśmy się, ja z dziećmi, kilka bloków dalej na ostatnią kolację. Nie wiem, jak moja wątroba to wszystko wytrzymała :)

Od lata nastąpiły pewne zmiany - Młoda przeprowadziła się do ojca, a Młody został z matką. Nie dziwię się. Dwoje nastolatków, płci przeciwnej w pokoiku około 10 m kw, to prosi się o kłopoty. Pokój Młodej już kilka razy widziałam. Teraz Młody pokazał mi jak się urządził po swojemu. Teraz lepiej się w nim rozmawia. Nie mam kompletnie pojęcia o zabawach i świecie małych chłopców. Prawie pełnoletni chłopak opowiadający o swojej kolekcji książek filozoficznych i politycznych, to coś innego.

Wyszłyśmy stamtąd po 22:00, w domu byłyśmy koło 23:00.

Pierwszego dnia świąt odwiedziłam ciocię i mojego drugiego dziadka, który niedawno skończył 97 lat. Wiosną, przed Wielkanocą jego stan zdrowia gwałtownie się pogorszył. Myśleliśmy, że umiera. Przeżył, ale jest coraz gorzej :( Leży bez sił, nie może wstawać, ma zmieniane pampersy, materac przeciwodleżynowy. Kiedy ostatni raz go widziałam, jeszcze można było trochę z nim porozmawiać, kontaktował. Teraz nie jestem tego taka pewna. Słyszy, mówi, ale przyznaje, że miesza mu się w głowie. Ciocia powiedziała mi, że potrafi cześć dnia po prostu krzyczeć, przeklinać. Może traci rozum, może to z bezsilności.

Wiertka dostała o pradziadka prezent pieniężny, a że ma teraz fazę na układanie klocków lego, to chciała kupić sobie zestaw. Ja przypomniałam sobie, że przecież jest wystawa budowli z lego, całkiem niedaleko nas. Wykorzystałyśmy na zwiedzanie dzisiejszy dzień. Wystawa jest piękna, bajkowa, aż nie chciało mi się wychodzić. Można się przyglądać i zachwycać detalami. Bilet nie ogranicza czasowo. Jedna, jeśli ktoś chce obejrzeć i nie ma małego dziecka, to spokojnie zmieści się w godzinę. Piszę to, bo są o wiele, wiele tańsze bilety wieczorne - ważne od 19:00 do 20:30. Żałuję, że nie skorzystałam z tej opcji, bo obie z Wiertką jesteśmy nietoperzyce i godzina nam nie straszna. Obawiałam się, że półtorej godziny to będzie dla niej za mało. Ktoś inny może jednak skorzystać z dobrej rady :) Na wystawie jest część, gdzie można samemu budować coś z klocków, dlatego napisałam, że osoby z młodszymi dziećmi mogą utknąć na długo.

Święta za moment można uznać za te, które przeminęły. Oddzielnie napiszę, że Mikołaj jednak potrafi się pojawić.

18:32, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 23 grudnia 2017
Tropem Mikołaja

Nad moją córką świeci szczęśliwa gwiazda, która kieruje ją tam, gdzie powinna być :)

O upominkach gwiazdkowych jeszcze będzie. Teraz stanęłam przed zadaniem, jak je ukryć. Część się udało, część dotarła później. Schowałam paczuszki w miejscu, do którego Wiertka nigdy nie zaglądała. Do czasu. Postanowiła wysprzątać kuchnię. Wyszorowała blaty, fronty szafek, zmywak kuchenny, pozmywała. Do przecierania potrzebne jej były pieluchy tetrowe, które są w specjalnej szufladzie na ściereczki kuchenne. To tam nigdy nie zagląda. Od razu podzieliła się ze mną tą nowiną i kazała mi paczuszki schować gdzieś indziej.

W kilka godzin później, oglądam coś w telewizji, a Wiertka była w łazience. Nagle słyszę głośny śmiech mojego dziecka. Przyszła i opowiedziała, że siedziała sobie na toalecie, wpatrywała się w wiszącą szafkę w łazience i przyszło jej do głowy, że jakoś nigdy do niej nie zaglądała. No i znalazła paczuszki.

Dziś rano, znowu chciała mi pokazać coś, co uważała, że leży w pudłach pomiędzy lodówką a ścianą. Zdążyłam ją odesłać. Paczuszki są tam, tyle że owinięte w płócienną torbę :)

Chyba każę jej poszukać moich zaginionych dokumentów :)

środa, 20 grudnia 2017
Święty Mikołaj powraca

Kiedy prawda i micie św. Mikołaja wyszła na jaw, nie sądziłam, że Wiertka tak szybko wyciągnie kolejne wnioski.

Pierwszy wniosek z tego, że prezenty przynoszę ja, to taki, że te prezenty są może już gdzieś w domu, jest szansa, że dam je szybciej, już teraz. I muszę odpierać lawiny próśb ;)

Drugi wniosek to taki, że ona także może mi podarować prezent. I oto Wiertka wczoraj tworzyła dla mnie upominki gwiazdkowe. Ja miałam czytać książkę i nie patrzeć się. Do opakowania wykorzystała stare pudełka, podarty papier prezentowy oraz całą taśmę klejącą, jaka nam w domu została. Następnie, ułożyła te paczki pod choinką. Teraz ja też miałam cierpliwie czekać aż do niedzieli. Co bez problemu obiecałam ;)

Tu rozpoczęły się negocjacje - ona pozwoli mi rozpakować moje prezenty, a ja mogę jej podarować jej już teraz :) Oświadczyłam, że potrafię czekać na niespodziankę.

W końcu, po godzinie, Wiertka nie wytrzymała i powiedziała, że mogę obejrzeć. Sama nie mogła się doczekać mojej reakcji :) W paczkach były rysunki i laurki dla mamy :)

Przypominam sobie, jaka ja byłam w dzieciństwie. Nigdy nie szukałam prezentów, nawet nie zastanawiałam się, gdzie mogą być (albo wyparłam to z pamięci). Lubiłam to uczucie oczekiwania, nawet tak długiego i dreszcz emocji, gdy rozpakowywałam prezent. Podglądanie przed czasem, cały ten wir uczuć by zniszczył. Nie ma tego smakowania atmosfery. Moja córka lubi odwrotnie :) 

19:33, bezcielesna
Link Komentarze (5) »
środa, 13 grudnia 2017
Gdy odchodzi św. Mikołaj

W piątek, gdy wracałyśmy z Mikołajkowej zabawy, Wiertka podzieliła się ze mną spostrzeżeniem:

- Czy może być tak, że prezenty pod choinkę przynoszą rodzice, zamiast świętego Mikołaja?

Tradycyjnie, dopytałam się ją, co by wolała.

- W muzeum opowiadali, że żył w średniowieczu, umarł, więc nie może już teraz rozdawać prezentów.

Jej słowa brzmiały rozsądnie, były poukładane i dałam się temu zwieść. Potwierdziłam. Wydawało mi się, że Wiertka przyjęła to naturalnie i życie potoczyło się dalej. Jednak, w poniedziałek, oczywiście o zwyczajowej dla tych zachowań porze, czyli przed snem, moja córka zaczęła popłakiwać.

- Już nigdy nie pójdę do muzeum. Tam dowiedziałam się, że święty Mikołaj nie istnieje.

Spytałam ją, dlaczego w piątek nic nie wspomniała. Przyznała, że ukrywała smutek. Zaczęłam ją pocieszać. Tłumaczyć, że Mikołaj jest wyrazem miłości, magii świąt. Dodałam jeszcze, że ma za sobą kilka lat wiary w niego i chyba nie wolałaby, bym od razu mówiła jej cała prawdę. Wydaje mi się, że nie tylko samej magii było jej żal. Mikołaj był kimś wszechmogącym, mógł przynieść każdy prezent, jaki mogła sobie zamarzyć. A jeśli prezenty przynosi uboga matka, to nie ma co oczekiwać rzeczy wielkich. 

Wiertka dodaje też ze smutkiem:

- Wtorek był ostatnim dniem, gdy wierzyłam w świętego Mikołaja. Niech mi nie mówią jeszcze, że zajączek wielkanocny nie istnieje. Nie istnieje mamo?

Cóż mogłam zrobić. Stwierdziłam, że zajączek wielkanocny istnieje, choć u licha nie przypominam sobie byśmy hołdowały tej tradycji.

Teraz tylko czasami, gdy lecą świąteczne reklamy z Mikołajem, Wiertka rzuca ze złością, że przecież nie istnieje. Dodaje też, że nigdy już nie pójdzie do muzeum na wykład. Chyba, że ze mną. Ma także inne dylematy:

- Tata dostał kiedyś od Mikołaja poduszeczkę z rysunkiem. To od KOGO ją dostał???

Zastanawiała się też, jak dostała kiedyś list od Mikołaja, ale tej tajemnicy nie chcę jej wyjawić. Pewna fundacja, w zamian za datek wysyła takie listy dzieciom.

Brałam kiedyś udział w dyskusji na ten temat. Jest pewna grupa rodziców, która uważa, że mówienie o Mikołaju jest utrzymywaniem dziecka w kłamstwie i iluzji, nie należy tego robić. To oszustwo, Zło (wielka litera jak najbardziej wskazana). Wypowiadali się głównie ci, którzy mocno przeżyli rozczarowanie. Ja kompletnie nie pamiętam momentu, gdy to rodzice dawali prezenty. Przeszło to płynnie, niezauważalnie. Pamiętam, jak pisałam list do Mikołaja i to chyba z wiarą.

Jest mi przykro, że Wiertka jest smutna z tego powodu. Żałuję, że wtedy nie zaprzeczyłam. Jak głupia uznałam, że ktoś kto nie chce być okłamywany, na serio nie chce :) Rzadko tak bywa w życiu :)

A czy wierzyliście kiedykolwiek w świętego Mikołaja? Jak dowiedzieliście się, że nie istnieje?

A może istnieje?

15:48, bezcielesna
Link Komentarze (8) »
środa, 28 grudnia 2016
Po świętach

O świętach wszyscy zapewne już zapomnieli, a ja dopiero teraz doczłapałam się do bloga i piszę z poślizgiem :)

Wigilia u mojego dziadka i taty, pierwszy dzień świąt u ciotki i drugiego dziadka. Za to w drugi dzień świąt, razem z Wiertką wylegiwałyśmy się w łóżku czytając książki, oglądając telewizję (ja), grając w gry (ona). Jeszcze wczoraj moją główną aktywnością było czytanie i trochę grania z dzieckiem. Dopiero dziś wyszłyśmy z domu na świeże powietrze. O tym może w innym wpisie. Mam międzyświąteczny urlop. W tym roku jeszcze tylko w piątek idę do pracy. Obawiam się, że tak stracę orientację czasową, że połapię się dopiero koło soboty :) Na razie jest tak, że dziecko zasypia koło północy, ja gdzieś w okolicach 3-4:00. Nie napiszę, do której śpimy... Żyję chyba według czasu nowojorskiego.

W tym roku rozluźniła się moja dyscyplina i o tym, że trzeba kupić dziecku prezent przypomniałam sobie na półtora tygodnia przed Gwiazdką. Ostatni dzwonek. Akurat Wiertka napisała list do Mikołaja. Odszukałam zabawkę w sklepie internetowym, złożyłam zamówienie. A potem się przeziębiłam. W efekcie, dopiero po kilku dniach zorientowałam się, że paczka jeszcze nie nadeszła. Klikam w status zamówienia, a tam jedynie "płatność zaksięgowana"... Dodzwonić się oczywiście nie można. Napisałam maila, z marną nadzieją, że go ktoś z obsługi zobaczy. Jednak szybko odpisali. Sami zdziwieni. Bo w kilka godzin po złożeniu przeze mnie zamówienia, wysłali mi przepraszającego maila, że zabawka została szybko wyprzedana oraz zwrócili pieniądze na konto. Sprawdziłam, rzeczywiście chora wrzuciłam tego maila do kosza. Wtorek przed Wigilią sobotnią, a ja bez prezentu. Ani też zbytnio bez okazji by bez dziecka iść do sklepu. Na sprzedaż wysyłkową już bym o tej porze nie liczyła.

Tymczasem, Wiertka napisała drugi list do Mikołaja. Z inną zabawką. Wyguglałam, co to w ogóle jest. Czy to naprawdę istnieje? Niedawno otworzyli w sąsiednim bloku punkt odbioru pewnego sklepu internetowego z zabawkami. Na miejscu jest sporo rzeczy do kupienia. Sprawdziłam, że gdybym zamówiła zabawkę z obiorem na miejscu, to czas dostawy wyniósłby 3 dni i kilka godzin - czyli akurat na kolację wigilijną, w sobotę, kiedy będą już zapewne zamknięci. Zajrzałam tam szybko, przed odebraniem dziecka ze świetlicy. Dopytałam, czy nie mają tego akurat na półce. Nie mieli, ale przemiłe panie sprawdziły i okazało się, że ostatnie sztuki są w ich punkcie w centrum Warszawy. Tylko, że lada moment te też się wyprzedadzą. I tu zdarzył się moment świątecznej życzliwości - panie zadzwoniły na prywatny numer jednego z pracowników, poprosiły o odłożenie zabawki, złożyły ze swojego komputera zamówienie i wytłumaczyły mi, jak mam następnego dnia, od tego pracownika odebrać.

W środę, na szczęście, byłam umówiona na wino z moimi literatkami, więc pomiędzy pracą, a spotkaniem podjechałam do punktu odbioru w centrum. I zobaczyłam różnicę - na Pradze spokój, pusto, w sklepie w porywach do trzech osób, a w Centrum stała kolejka jak z lat osiemdziesiątych. Godzina albo półtorej stania. Starając się nie rzucać w oczy podeszłam do tej części, gdzie miał być ów pracownik. Pracownik był niczym informatyk, czyli odzywał się monosylabami i uznawał, że kontakt wzrokowy to zło. Patrząc na to, co działo się dookoła, mogła to być przemyślana strategia. Pomimo tego, znalazł moje zamówienie, zabawka stała obok. Zapłaciłam i po minucie wyszłam. Szybko, żeby się kolejka nie zorientowała. A nawet gdyby, to miałam przygotowane: "Zapraszam na Pragę Północ po złożenie ustnego zamówienia".

Następnego wieczoru, Wiertka nie mogła sobie przypomnieć, czy wysłała list do Mikołaja. I czy wysłała właściwy. Prawie się popłakała. Zapewniłam ją, że list poszedł, Mikołaj na pewno coś kupił. Nie obiecywałam, że to co sobie wymarzyła - w tym roku się udało. Nie wiem, co będzie w następnym. Zakładając, że nadal będzie wierzyć w istnienie wyżej wymienionego.

U nas prezenty Mikołaj przynosi w poranek Wigilijny - może dlatego, żeby uniknąć korków w kominie. Wieczór wcześniej, Wiertka zostawiła mu pod choinką poczęstunek - kawałek makowca i kubek mleka.

Mikołaj był, poczęstunek zjadł i wypił, prezent zostawił. Jak w korpo - ty się natrudzisz, a sława spływa na jednego kolesia, który zjawia się w biurze raz w miesiącu ;)

niedziela, 27 grudnia 2015
Święta, święta i po

Miałam ochotę na samotną Wigilię Taką spędzoną tylko sama ze sobą. I to nie dlatego, że byłam przygnębiona, smutna, załamana. Po prostu nie czułam ducha świąt. Nie czuję go od kilku lat. Odkąd moja rodzina się rozsypała. Gdy w listopadzie ruszyła kampania reklamująca święta, drażniło mnie to strasznie. W grudniu mi przeszło.

Poprosiłam Byłego by zabrał Wiertkę na kolację wigilijną, na którą sam będzie szedł. A ja sobie posiedzę w domu. Zrobiło mu się smutno w moim imieniu. Okazało się, że idzie do swoich dzieci i byłej żony. Po kilku minutach ona zadzwoniła i zaprosiła mnie. Na moje wahanie, odrzekła, że smucić się będę po świętach. Nie wiem, czy zaproszenie było szczere. Głupio mi było wykręcać się.

Tradycyjnie, jak co roku, w Wigilię byłam w pracy odsiedzieć "dupogodziny". Tradycyjnie zabrałam ze sobą dziecko. Na świąteczną kolację zrobiłam sałatkę i upiekłam dwa dni wcześniej piernik (pierwszy raz w życiu).

Rozmowy o Wigilii odbywały się kilka dni wcześniej, ale dopiero na dwa dni przed świętami uwiadomiłam sobie, że przecież muszę im wszystkim kupić prezenty. Dziecko dłużej posiedziało na świetlicy, a ja w wtorek po pracy buszowałam w księgarni. Jestem płytka, ale uznałam, że skoro ja kocham książki, to innym też się spodobają. Nie miałam czasu, by wędrować po sklepach. Dziecko nadal wierzy w św. Mikołaja i musiałabym to jakoś jej wytłumaczyć.

Kolacja Wigilijna była miła. Pod choinką wylądowała ogromna ilość paczek od Mikołaja. A ja pierwszy raz od kilku lat dostałam prezent na gwiazdkę - i to nawet kilka. Na wyznanie Młodej, że chce sobie zrobić niedługo dredy (po osiemnastce), wykazałam entuzjazm, bo sama też chciałabym mieć taką fryzurę. Okazało się, że wręcz przeciwny stosunek ma jej matka :) A Młody pokazywała mi w sieci zabawne komiksy z Sartre'm i Nietzschem. Cieszyłam się, że jeszcze nie zapomniałam na tyle z filozofii i wiem, dlaczego dana puenta powinna mnie w danym obrazu bawić :)

Dla mnie taki zestaw osób przy świątecznym stole, to nic oryginalnego. Miałam jednak komentarze, że to bardzo dziwne świętowanie i nie typowe. Usilnie nie potrafię uczynić mojego życia normalnym. Nie nienawidzę ludzi, nie krytykuję ludzi, którzy są dla mnie przeszłością i oni nie robią tego w stosunku do mnie (przynajmniej otwarcie). Mogło być gorzej - mogłabym się przecież związać z rozwodnikiem z dziećmi i urodzić nasze wspólne. To byłaby rodzina.

A reszta dni już tradycyjna. Pierwszy dzień świąt u jednego i drugiego dziadka. Drugi dzień świąt u ojca i brata.

Dziś obudziłam się totalnie zmęczona. Bez siły. Święta to nie jest czas wypoczynku.

14:28, bezcielesna
Link Komentarze (10) »
środa, 09 grudnia 2015
Świątecznie cz. 1

Na razie nie będzie wpisów o zacięciu intelektualnym, ale trochę kiczu.

Lubię przed świętami te piosenki, które tłuką radia i galerie handlowe. Trudno.

Rozpoczynam świąteczną serię.

Tagi: święta
18:41, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
sobota, 04 kwietnia 2015
Wesołych Świąt...

Już od wczoraj na portalach społecznościowych, sms-ami, z apogeum dziś, posypały się życzenia świąteczne. Jak rozumiem, autorom chodzi o święta Wielkiej Nocy, święto, gdy prorok Jezus został ukrzyżowany w mękach na krzyżu, złożony martwy do grobu i... No właśnie... Zmartwychwstać, to on zmartwychwstanie jutro. Dziś to on jeszcze leży martwy. A wszyscy się cieszą i życzą sobie dobrze.

To tak jakby osobie, której ktoś bliski leży po wypadku w śpiączce farmakologicznej, pisać - to super, że cało wyszliście z wypadku, otwieram szampana. Radość, to będzie po wybudzeniu.

W dawnych czasach, czasach sprzed internetu, czasach, gdy święta miały inny wymiar, w niedzielny poranek strzelano i wiwatowano by okazać radość ze zmartwychwstania proroka. Dziś wiwatuje się na rozpoczęcie kilku dni wolnego i smacznego posiłku.

I piszę tu o kraju, gdzie ponad 90% populacji twierdzi, że są katolikami i nie goni do apostazji.

Życzenia dostawałam dziś też od moich koleżanek ateistek :) Sama jestem agnostyczką, która bardziej czuje związek z pogańską przyrodą. Dziś pierwsza wiosenna pełnia księżyca. Jak najbardziej korelacja z Wielkanocą zgodna, bo specjalnie wybiera się taki termin co roku. Jak ponad tysiąc lat temu, gdy o proroku tu nie słyszano.

W każdym razie - by z budzącą się, płodną przyrodą, na resztę roku w Was także odezwało się to co twórcze :) A tym, którzy wierzą w Boga i jego syna, życzę dziś dnia zadumy, a jutro radości. Członkom innych wspólnot, życzę podobnie :)

środa, 24 grudnia 2014
Wesołych Świąt :)

 
1 , 2
Tagi