To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: żłobek

czwartek, 02 sierpnia 2012
Żegnaj żłobku

Oficjalnie rok szkolny zakończył się w czerwcu, ale Wiertka chodziła jeszcze do żłobka w lipcu. Mogłam jej znaleźć żłobek zastępczy na sierpień, ale niech dziecka ma choć miesiąc wakacji i swobody.

We wtorek był dzień ostatni. Nostalgia mnie ogarnęła. Ostatni raz pokonuję tę trasę o poranku, ostatni raz tak wracam z pracy, ostatni i raz idę nieśpiesznie tymi uliczkami, ta trasą do domu. Kiedy będzie jeszcze okazja zajrzeć w tę część dzielnicy? Pożegnałam mury żłobka, zabrałam wszystkie rzeczy. Wiertka też się pożegnała, ale raczej nie zdawała sobie sprawy jakiej wagi rzecz się dokonuje. Bardziej ja to przeżywałam :)

W dodatku, jak to bywa pod koniec, rodzice zaczęli się bardziej integrować. Było więcej rozmów na korytarzu, na przystanku, czy w tramwaju. Dzień dobry z uśmiechem przy mijaniu. I teraz już tych ludzi nie zobaczę, a polubiłam :)

Paniom opiekunkom dałam na pożegnanie, z podziękowaniami, po pudełku czekoladek. Wcześniej były plany samej coś upiec, zrobić jakiś rysunek z małą. W końcu jednak lenistwo zwyciężyło. Taki sam upominek dałam też pielęgniarce i kierowniczce. Przyszło mi też do głowy - a co z kucharkami, intendentką, sprzątaczką, panem technicznym? Też dbali, by mojemu dziecku dobrze się tam funkcjonowało. Taki mało widoczny daleki plan. Ale nie mam aż takiego budżetu na czekoladki :)

Dobra. Wracałam z małą ostatni raz trasą żłobek-dom, oddawałam się refleksji i nagle pomyślałam sobie, że lepiej dać sobie spokój z tym roztrząsaniem, że to "ostatni raz", bo zaraz coś w nas trafi i na prawdę to będzie ostatni raz. I zaraz potem dopadło mnie to uczucie lekkiego niepokoju, drążenia w środku, coś jest nie tak, coś się wydarzy. Odkąd rozpętał się Cyklon Metro, w tej okolicy jest duży ruch samochodów. A jeśli któryś będzie miał wypadek, zjedzie z trasy prosto w nas? Mam czasami takie lęki.

Weszłam na pasy dla pieszych, na zielonym świetle. Do pasów nadjeżdża samochód, do skrętu w prawo, dość wolno, ale nie zamierza się wcale zatrzymywać. Zawahałam się przez chwilę, czy przyśpieszyć i zdążyć przed nim, ale zrezygnowałam. Przejechał na pasach milimetr przed moją spacerówką i skręcił. Ciekawe czy byłby w stanie zatrzymać się, gdybym jednak podbiegła? Czy wywaliłby dziecko w wózku? Kierowca najzwyczajniej w świecie "wymusił" na mnie pierwszeństwo. Nie wierzę, że nie widział, bo tylko ślepy by nie zauważył kobiety ze spacerówką po lewej. W dodatku kobieta. Nie, nie twierdzę, że baba za kierownicą jest czymś gorszym. Wydawało mi się, że kierowca płci żeńskiej będzie bardziej wyczulony na matki z dzieckiem :) Czy zachowałam się jak święta krowa, która urodziła bachora i teraz wszystko jej wolno? Tak! Na pasach, na zielonym świetle jako pieszy jestem święta krową. Ale nie poświęcę zdrowia dziecka, by to komuś udowodnić i dać mu nauczkę.

Przynajmniej przeczucie, że zaraz dojdzie do wypadku mam odhaczone tego dnia :)

A co w sierpniu z dzieckiem? O tym będzie jutro :)

15:55, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
środa, 06 czerwca 2012
Gdy buntem dwulatka można diamenty szlifować

Powrót do pracy ma swoją smutną stronę. Już nie mam tego porannego luzu w wyprawianiu Wiertki do żłobka. Spóźnimy się na śniadanie - co tam, świat się nie zawali. Teraz jednak staram się pojawić w biurze o 8.00, trzymać choć trochę dyscypliny. Budzę się wcześniej, dziecko budzę wcześniej, by mieć jakiś margines.

Pomimo to, bunt dwulatka wyślizguje się wszystkim marginesom. Było ok. Mała sama się obudziła. Widząc jak się ubieram, sama poszła do swojej komody, wybrała zestaw ubrań (dziś w spódnicy, tak jak mama). Wszystko szło gładko do momentu wyjścia z domu. Poprzedniego dnia machnęłam ręka, gdy postanowiła iść do żłobka w kaloszach. Nie robię trudności, gdy chce wyjść w złotych, brokatowych bucikach z klamerkami, choć do piaskownicy to głupi pomysł. Teraz chciała iść w cieplejszej kurtce wiosennej, w dodatku poplamionej świeżo lodami. Może moja wina, trzeba było wrzucić od razu do kosza na brudne rzeczy w łazience. Krzyk, płacz, szloch, "nie nie nie". Nie da się siłą założyć kurtki wierzgającemu 2,5 latkowi, a następnie utrzymać rzeczoną kurtkę na wierzgającym ciele.

Nie pomogło cierpliwe tłumaczenie, argumenty w idei porozumienia bez przemocy. Krzyk, szloch i "nienienie". Ja się zaparłam, ona się zaparła. Udałam, że wychodzę sama, ale osiągnęłam tylko tyle, że w tym wrzasku na cały pion klatki schodowej utknęłyśmy przy drzwiach wyjściowych z bloku. Wiertka szła, ale nie życzyła sobie założyć kurtki. W międzyczasie minęło nas kilku sąsiadów, podążających do pracy, a dziecko rozszerzyło repertuar o kładzenie na podłogę. Mój margines na wyjście do pracy bez spóźnienia już się skończył. Bunt trwał już kwadrans.

I wtedy to ja eksplodowałam. Dałam dziecku kilka klapsów, ale takie metody nie działają na nią. Twarda sztuka. Jej uporem można by szlifować diamenty. Dotarłam do ściany mojej cierpliwości i dokonałam aktu ostatecznego, bezsilnego, infantylnego. Drasnęłam ją zębami w dłoń... Efekt był taki, że - przestraszona - założyła kurtkę i usiadła w wózku. Rozpłakałam się, przeprosiłam, przytuliłam. Pokazywała mi rączkę. A ja dla odmiany przeraziłam się, że w żłobku będzie widać, albo ona coś powie paniom. Naślą na mnie policję, kuratora i psychiatrę. Po chwili nic nie było widać, a mała po krótkim płaczu już kontaktowała się ze mną spokojnie. Ale ja czuję się podle i szmatławie. Nie powinnam w ogóle przyznawać się do tego publicznie, bo zaraz jakiś czytelnik zadzwoni na policję, do kuratora, psychiatry.

Przebrnęłam już kilka takich buntów, ale zazwyczaj nie mam presji czasu i po prostu siadam obok z książką, pytam co jakiś czas, czy chciałaby się już przytulić. Wiertka szlocha, leży na podłożu płaskim, ale po 10-15 minutach przychodzi się przytulić. Pewnie teraz trzeba by zrobić to samo. Czasowo skończyłoby się identycznie.

Szkoda, że moja złość wywala się ze mnie w starciu z bezbronnym dzieckiem, a nie kiedyś z jej ojcem, który też doprowadzał mnie do wkurwu. Jego trzeba było ugryźć.

Margines brał pod uwagę szybki spacer do żłobka, a trafiłyśmy na przejeżdżający autobus. Do pracy spóźniłam się tylko 10 minut.

15:46, bezcielesna
Link Komentarze (4) »
czwartek, 31 maja 2012
Puchnę z dumy

Pytano mnie ostatnio o zgodę, by opinię na temat Wiertki napisał psycholog żłobkowy. Zgodziłam się, ale serce mi się trochę ścisnęło. Bo ona dla mnie jest najzdolniejsza, najbardziej bystra, a tu się okaże, że nie. Chcesz rozśmieszyć Boga, powiedz mu o swoich planach. Chcesz mieć kłopot z dzieckiem, podeślij je psychologowi.

Dygresja - przypomina mi się pewna forumowa mama, która mając jedno dziecko autystyczne, poszła na diagnozę z młodszym, tak dla spokoju, by potwierdzić oficjalnie swoje  dobre obserwacje. I okazało się, że u młodszego też zdiagnozowali zaburzenia i zalecili terapię. Mama na szczęście tylko się uśmiała.

Opinię dostałam wczoraj i kamień mi spadł z serca. Nie mam w niej nic, czego bym nie wiedziała i jest coś, czego nie wiedziałam jednocześnie :) Dojrzałość ruchowa (wchodzenie po schodach, rzucanie piłki, zajęcia muzyczne) - dobrze, społeczna (samodzielne jedzenie, mycie, fizjologia) - dobrze, koordynacja wzrokowo-ruchowa - dobrze, ale trzeba popracować nad nawlekaniem koralików na sznurek i modelowaniem kółek z plasteliny. Tylko czynności poznawcze - słabiej. Sama widzę, że dziecko mało mówi i jest w tyle za rówieśnikami. Ale prawidłowo określa wielkości mniejszy/większy i rozumie niektóre zaimki. Pewnie gdyby była ze mną w domu, to tak by nie było, bo ciągle by mi się wydawało, że jest jeszcze za malutka by to rozumieć. Przy okazji - sprawdzić w googlach co to zaimki ;)

Na koniec coś co mnie zbiło z nóg i aż zacytuję: "Kontakty społeczne, w tym samodzielna zabawa oraz w interakcji z innymi dziećmi, a także organizacja zabawy tematycznej jest mocną stroną dziewczynki". Dobra, odłóżmy na bok kwestie literackie w tym zdaniu. Wiertka ma mocną stronę :) W domu nigdy bym ją nie posądzała o samodzielną zabawę, czy organizację zabawy tematycznej. W domu jej ulubioną zabawą tematyczną jest "zabawa z mamą". A może to ja jej pokazałam, że można budować lalom łóżeczka z klocków, domki, garaże dla samochodzików oraz, że lale i samochodziki mogą ze sobą gadać.  Że kocyk na środku pokoju może być wyspą, z której się skacze do wody-podłogi i pływa jak ryby. Do tego nie sądziłam, że celuje w kontaktach społecznych, bo na razie to sprawiała wrażenie aspołecznej, skupionej tylko na sobie, ignorującej inne osoby. Po tatusiu ;)

15:07, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 28 maja 2012
Kolaż późnomajowy majowy - matczyny

W piątek miałam przyjemność oglądać pierwsze przedstawienia z okazji Dnia Matki. Grupa Wiertki, w żłobku, zaśpiewała kilka piosenek, zatańczyła. Coś w tym stylu, bo dało się zauważyć kilka strategii przetrwania tego występu przez maluchy – jedne ładnie wszystko robiły, inne kręciły się i skakały po swojemu (moje), kolejne machały do mam rączkami (moje), a jeszcze inne z płaczem siadały mamom na kolana. Kolejny raz przypomniałam sobie, że powinnam kupić aparat fotograficzny. Wszyscy rodzice pstrykali zdjęcia, tylko ja nie mogłam i pozbawiłam dziecko fajnej pamiątki. Może odbiję jakieś sztuki od innej z mam. Na koniec dostałam laurkę z odbita rączką córeczki i kwiatek zrobiony razem z panią. Kwiatek stał się zarzewiem sporu, bo Wiertka uważa, że jednak to on jest jej. Generalnie byłam wzruszona J

W sobotę podskoczyłyśmy na jednorazowe zajęcia dla dzieci w niedalekim domu kultury. Część z rysowaniem nas ominęła, za to załapałyśmy się na tańce z animatorką. Wiertka nie chciała dołączyć do dzieci, bo grupa składała się głównie z 6-8 latków. Kiedy jednak i ja dołączyłam do układu, to z chęcią się bawiła. Czułam się przez chwilę głupio wyginając w otoczeniu dzieci, ale te mamy, które też przyszły z maluchami na chwilę same potańczyły, by zachęcić swoje pociechy J Potem małej tak się spodobało, że sama już skakała.

Niedziela to wyprawa do zoo i dla takiej 2,5 latki to strzał w dziesiątkę. Udowodniła, że daje sobie coraz lepiej radę z literą „R” wykrzykując „ryby! ryby! ryby!”. W salach z akwariami spędziła najwięcej czasu. Oglądanie goryli i szympansów było lepsze niż telenowela „Klan”. Naciągnęła mnie na przejażdżkę ciuchcią po zoo. Spędziłyśmy w zoo prawie cztery godziny, a obejrzałyśmy niewiele ponad połowę zwierząt. W najbliższym czasie przejdę się z nią jeszcze raz.

Odkąd pogoda zrobiła się fajna, to odpadły dylematy, w co się bawić z dzieckiem, jak spędzać czas. Praktycznie cały dzień spędzamy na dworze, z przerwą na gotowanie obiadu i drzemkę. Chodzimy na różne place zabaw, krótkie przejażdżki tramwajem, gdzie Wiertka jedzie jak duże dziecko, czyli na siedzeniu. Dzięki „nierobociu” odbieram dziecko ze żłobka wcześniej i wracamy do domu, godzinę-półtorej, zahaczając o różne ciekawe miejsca. W domu coś do przekąszenia i znowu na plac zabaw. Powrót do domu dopiero koło 19.30. Liczę, że dużo ruchu dobrze mi zrobi ;) Nie narzekam, bo wychowałam się w domu z ogrodem, w czasach gdy młodzież zamiast spotykać się na czacie, łaziła po okolicy watahami. Po przeprowadzce do bloku nadal wychodziłam, ale do parku z książką. Przy takiej pogodzie nie potrafię tak całego dnia spędzić po prostu w czterech ścianach.

A Wiertka, co już kiedyś wspominałam, odkąd skończyła dwa lata, z miesiąca na miesiąc robi się coraz fajniejsza, coraz ciekawiej odkrywa świat.

15:23, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi