To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie towarzyskie

poniedziałek, 08 października 2018
Weekendowy wiatr we włosach

Dalej w temacie poza domowym.

 

Człowiek planuje, że w weekend będzie odpoczywał, posprząta może nawet. Mojemu dziecku wychodzi (część pierwsza), mnie nie bardzo.

W sobotę miałam spotkanie urodzinowe mojej artystycznej koleżanki, wiernej czytelniczki tego bloga (za co dziękuję). Zebrałyśmy się w kilka kobiet, niektóre z dziećmi, przy pysznej zupie dyniowej i szarlotce. Jesień przybrała cieplejsze tony, więc trochę posiedziałyśmy w ogrodzie. Były pogaduchy, wymiana plotek, co tam się u której dzieje. Ani się obejrzałam, a minęła prawie cała sobota. Wiertkę wzięłam ze sobą, choć marudziła, stawała w poprzek („zawsze coś wymyślisz, zawsze coś zaplanujesz, nie możemy po prostu zostać w domu”). Zgodziłam się nawet już by wzięła ze sobą tablet. Na szczęście, zajęła się rozbijaniem orzechów dla pieska, potem skakaniem na dużej piłce.

Na niedzielę także miałam pomysły. Mogłam zabrać Wiertkę na festiwal kultury japońskiej. Ale idealny weekend według mojego dziecka, to leżenie na kanapie i nic nie robienie. Jakimś wytłumaczeniem jest to, że początek IV klasy, to dużo bodźców – co lekcja inny temat, inna sala, inny nauczyciel, codziennie do odrobienia zadania z matematyki, przy których mózg mojego dziecka zgrzyta i trzeszczy. Niby wraca po lekcjach od razu domu, zahaczając z koleżanką o plac zabaw, gdzie szaleje dwie, trzy godziny. Jednak rozumiem, że po tych pięciu dniach, w weekend Mała chce po prostu odpocząć i nic nie musieć. I ona jest bardziej człowiekiem zagrodowym, mówi, że jak jest w domu, to czuje się jak w azylu. Sobotę nabijał jej wydarzeniami. Skoro chce w niedzielę odpoczywać, to jej prawo.

Ja także, obudziłam się w niedzielę i uznałam, że chyba wolę po prostu pobyć w domu. Poczytałam, coś tam ogarnęłam, zaczęłam przygotowywać obiad. Rzuciłam okiem za okno, na to słońce, migoczące kolorem liście i poczułam, że jednak coś bym zrobiła. Jeden ciekawy wykład o historii ubioru już mi przepadł, ale jakbym się sprężyła z gotowaniem i jedzeniem, to bym zdążyła na spacer miejski. Oczywiście, bez córki, bo ta gorąco kibicowała mi, żeby się wyrobiła, poszła sobie i zostawiła ją samą :)

A o niedzielnym spacerze już w kolejnym wpisie.

 

niedziela, 18 marca 2018
Ostatni weekend zimy

Ostatni weekend zimy - oby nie tylko tej astronomicznej. Bo już rozumiem dlaczego kiedyś, by przywołać wiosnę, ludzie robili kukłę, palili ją i wrzucali do rzeki. A znajdowali się w o wiele gorszej sytuacji, mając pustawe spiżarnie :) Ja, po tych kilku dniach ciepła i śpiewu ptaków, gdy ponownie wrócił mróz i śnieg, miałam już ochotę kopać. Tylko nie wiadomo kogo :)

Także kolejny weekend z Wiertką. Miałam ochotę iść na wykłady Tygodnia Mózgu. Mieli tam także zajęcia dla dzieci. Moja córka jednak mocno protestowała wobec pójścia na coś co jest, o zgrozo, wykładem, nawet jeśli dzieci mogą zająć się czymś innym. Ona by teraz najchętniej odpoczywała leżąc i grając w gry. Mam nadzieję, że wiosną trochę się jej zmieni.

Plan się jednak zmienił i pojechałam na spotkanie z moimi koleżankami ze stowarzyszenia literackiego. Pretekstem było podpisanie różnych papierów związanych z organizacją. Przy okazji można się było spotkać i fajnie pogadać.

Zaś dziś udało mi się namówić dziecko na wyjście na sanki - ostatni rzut śniegu, oby. Pozjeżdżała trochę z górki, pociągałam ją po śniegu. I chyba to ostatni rok, gdy to robię, bo ona na serio ma już wzrost i ciało dziesięciolatki. A potem przespacerowałyśmy się na festiwal wielkanocny, który odbywał się niedaleko. Deweloper, który buduje osiedle na terenie po dawnych fabrykach, próbuje się troszeczkę wkupić w okoliczną ludność, którą nigdy na zakup mieszkania nie będzie u niego stać. W namiocie, przy akompaniamencie kapeli grającej praskie i dawne warszawskie przeboje, można było pooglądać wystawę pisanek świątecznych, zobaczyć kramy z różnymi specjałami. Był też kącik, gdzie chętni mogli robić jajka wielkanocne. Wyklejało się je serwetkami, jak do dekupażu. I ja, i Wiertka, robiłyśmy swoje jajo oddzielnie. I gdy skończyłyśmy, to jej wyglądało, jak zrobione przez dorosłego, a moje jakby je klecił trzylatek :) Nie mam zdolności manualnych :)

Na pożegnanie mogłyśmy zabrać żonkila w doniczce :)

środa, 28 lutego 2018
Aby tradycji stało się zadość

Aby tradycji stało się zadość... przeziębiłam się :)

Lata mijają, rządy upadają, zmieniają się kroje spódnic i fryzury, ale bezcielesna musi zaliczyć przeziębienie pod koniec zimy i zapewne jeszcze jakieś do końca roku. 

Może to przez to przewianie i siedzenie boso w piątek, może to przez te przeciągi w sobotę. A najbardziej prawdopodobne, że przez moją głupotę. W sobotni wieczór postanowiłam napić się piwa. I to jeszcze nie byłoby takie dziwne. Ja włożyłam to piwo do lodówki i wypiłam lodowate. Po dwóch dniach w chłodzie, spacerach na mrozie, ja jeszcze sobie wymroziłam gardło. Musiałam je sobie tym podrażnić i choróbsko weszło.

W niedzielny poranek obie byłyśmy z Wiertką zmęczone. Mnie pobolewało gardło, ale myślałam, że to kwestia wypicia kilku gorących herbat i przejdzie. W niedzielę urodziny miała moja przyjaciółka. Obiecałam, że odwiedzę ją. Ona zrobi obiad, pogadamy sobie. Gdyby to było większe przyjęcie, to bym ją przeprosiła i została w domu. Ale z Wiertką miałyśmy być jedynymi gośćmi i głupio mi było tak odwoływać, gdy ona już stała przy garnkach. Biedna Wiertka się popłakała i doskonale ją rozumiem. Miała prawo być zmęczona. Ja w międzyczasie zaczęłam kichać i smarkać. Pojechałyśmy. Trochę posiedziałam, pogadałam, Wiertka nawet dobrze się bawiła ze zwierzakami. Wróciłyśmy do domu po trzech godzinach wizyty.

Tradycyjnie, jedna noc nie przespana przez zatkany nos. Poniedziałek byłam rozbita, we wtorek czułam się lepiej, ale nie wychodziłam z domu. Bardzo pomogła mi sąsiadka - nasze dzieci chodzą razem do klasy - i w poniedziałek, i we wtorek jej mąż zaprowadził dzieci do szkoły. Ona odebrała we wtorek. W poniedziałek sama poszłam, ale potem zwaliło mnie z nóg na dwie godziny.

W sumie, dziś już całkiem dobrze się czuję. Katar zniknął, został lekki kaszel opanowywany syropem. Jutro do pracy, powinnam więc być na chodzie.

A w tym wszystkim, Wiertka zdrowa i zahartowana. A była w tych samych miejscach co ja i siedziała obok mnie, gdy byłam bombą biologiczną. Powinnam się cieszyć.

wtorek, 27 lutego 2018
Chiński weekend

Za mną i Wiertką dość intensywne dni.

W piątkowe popołudnie byłam umówiona z kilkoma koleżankami. Jedna właśnie przyjechała z dziećmi na ferie z Francji. To była okazja, byśmy wszystkie mogły się spotkać. Zazwyczaj gadamy w sieci, nawet codziennie. Jako, że obecne miały być dzieciaki, które w restauracjach się nudzą, wybór padł na salę zabaw w kącikiem dla rodzica. Dzieciaki szalały, a my gadałyśmy przy kawie i herbacie. Dzieci były spocone od biegania, ja niekoniecznie. Siedziałam bez butów i uchylone było okno.

Zaś sobota to Chiński Targ Noworoczny w Muzeum Etnograficznym. Cały dzień wydarzeń dla dorosłych i dzieci. Zaczęłyśmy od warsztatów kulinarnych - pieczenia chińskich ciasteczek z wróżbą. Zobaczyłam, że jestem trochę kwokowata. Ręce mi się rwały by pomóc dziecku, wyręczyć je w czymś. A Wiertka warczała na mnie, bym siedziała i nic nie robiła, bo ona chce zrobić wszystko sama. Zwinęłam jej tylko karteczki z wróżbami. Tak by nie zobaczyć tekstu, to miała być niespodzianka. Ciasteczek wyszło osiem.

Dla dzieci było jeszcze malowanie buziek, chińskie karaoke (wspólne śpiewanie piosenek), malowanie lampionów, kaligrafia, ubrania dziecięce do przymierzenia. Dorośli mogli przejść się po targu, wystawionym na zadaszonym patio - stoiska z medycyną chińską, książkami, upominkami, grami (można było zagrać w chińskie gry z animatorami), jedzeniem. Wiertka na jednym ze stoisk zobaczyła śliczną bransoletkę w zaporowej cenie 20 złotych. Pani zobaczyła w jej ręce torebkę, usłyszała, że mała piekła ciasteczka z wróżbą i dokonała się wymiana - bransoletka za ciasteczko. Chyba tylko moje dziecko tak działa na ludzi. Przy okazji, w ramach obiadu, Wiertka dostała naleśniki w muzealnej kafejce, a ja kupiłam sobie na targu sajgonki.

W oddzielnej sali odbywały się różne wykłady i pokazy. Udało mi się przejść na jeden - w godzinę, w wielkiej pigułce przedstawione pięć tysięcy lat historii Chin :) Wiertka w tym czasie śpiewała piosenki. Potem znalazła sobie do zabawy dwóch chińskich chłopców (na targu było mnóstwo osób pochodzących z Azji) i miałam ją z głowy przez resztę dnia. Mogłam usiąść i pogadać sobie z moim kolegą, który do nas dołączył.

- Ja chłopcy mają na imię. - spytałam ją w przelocie.

- Nie wiem. Po co? Przecież i tak widzę ich pierwszy i ostatni raz.

Pierwszą zasadę jednorazowej przygody ma już opanowaną.

Późnym popołudniem było jeszcze spotkanie z mopsami i opowieść o ich historii na dworze cesarskim, pokaz Tańca Lwa oraz pokazy ćwiczeń Tai Chi. Wiertka zgłodniała, więc kupiłam jej chińskiego makaronu z sałatką. Sama też podjadłam, bo połowę zostawiła.

Od tego chodzenia z sali do sali, przez korytarz przed wejściem, trochę mnie przewiało. Wiertka szalała, skakała, więc temperatury nie odczuwała.

Byłyśmy tam od 12:00 do 19:00. Do domu wróciłyśmy padnięte. Nie mówiąc o powrocie w tym nieznośnym mrozie. Ubrana jestem jak tułub, byle było ciepło. Niby człowiekowi jest ciepło, ale nie jest ciepło, bo mróz wdziera się w nos, oko, usta, myśli. Nie założę sobie hełmu na głowę. 

Resztę zostawiam na kolejny wpis, bo ten się już zrobił za rozwlekły. Bo dalsza część weekendu spokojna nie była.

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

niedziela, 24 września 2017
Wieczór panieński

W przyszły weekend wychodzi za mąż moja siostra cioteczna. I oto dostałam zaproszenie na jej wieczór panieński. Kompletnie nie mój klimat, moje pokolenie wstępowało w więzy małżeńskie bez tego zwyczaju. Choć pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu, wychodziła za mąż moja przyjaciółka, to rozważałam to przez moment, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

Teraz widzę, że to obowiązkowy zestaw, gdy ślub bierze pokolenie urodzone w latach 90tych. O czym za chwilę.

Obawiałam się, że będę najstarsza na tej imprezie (siostra jest młodsza ode mnie o dziewięć lat) i będzie dziwnie, ale co tam. Fajnie jest spotkać się z ludźmi i pobawić w kuzynkami. Dopóki żyły nasze mamy, rodzina trzymała się blisko i często odwiedzała, teraz to się porozluźniało. Potem dostałam informację o wysokości składki i trochę oklapłam, bo mocno to przejechało się po mojej rezerwie tuż przed wypłatą. Nie chciałam jednak rezygnować z takiego powodu. Dodam tylko, że składka była dla mnie wysokości zaporowej i gdyby była wyższa, to jednak bym wycofała się. 

Wczoraj zebrałyśmy się pewnej kręgielni, która jest też salonem gier, knajpką, dyskoteką. A w soboty pełno tam wieczorów panieńskich. Jako, że pięć z naszej szóstki urodziło się przed 1989 rokiem, to jako jedyna ekipa wyglądałyśmy zwyczajnie :) Widziałam grupkę, gdzie panowie mieli te same koszulki z nadrukiem "Pan Młody", a panie identyczne czarne sukienki i wianki na głowie. Ciekawe jaką oni mieli zrzutkę. W innej grupce, dziewczyny miały dowolność ubioru (widać, że z własnej szafy), ale wszystkie były całe na czarno, w białych szpilkach i wiankach na głowie. Mogłam nie doszacować, ale wyglądali właśnie na osoby maks dwudziestokilkuletnie, czyli w ich życiu Walentynki i Halloween były od zawsze :)

Tak się złożyło, że na wieczorze pojawiły się prawie wszystkie wnuczki mojej babci (jedna jest za granicą) - ja i dwie siostry panny młodej, przyszła szwagierka młodej (jednocześnie żona naszego wspólnego brata stryjecznego) i przyjaciółka młodej :)

Przez godzinę grałyśmy w kręgle. Z całej grupy jak miałam największe doświadczenie w tej grze - grałam raz w 2003 roku i raz w 2008 :D A tak reszta, robiła to pierwszy raz i była trochę zestresowana pierwszymi rzutami. Potem siedziałyśmy przy stoliku pijąc drinki i robiąc pannie młodej krótki quiz z wiedzy o jej narzeczonym. Więcej zabaw w tym stylu nie znałyśmy. Jeszcze trochę potańczyłam na parkiecie. I okazało się, że jedziemy taksówką do innego klubu. Tam na młodą czekała niespodzianka, czyli jej ukochany :) Znowu były drinki i tańczenie. Tak gdzieś przed północą zrobiłam się już mocno zmęczona. Moja siostra (o dwadzieścia lat młodsza) wybiła mi z głowy powrót do domu komunikacją miejską, wsadziła do taksówki, razem z orientacyjną, podaną przez kierowcę opłatą za kurs. To ona była organizatorką i pilnowała funduszy.

Dziś miałam jechać jeszcze na dwa wykłady Festiwalu Nauki, ale jakoś zdecydowałam się odpoczywać w domu :) Pytałam się siostry, czy czasem nie przekroczyłyśmy budżetu i czy nie potrzeba czegoś dopłacić, ale twierdzi, że jest ok :)

niedziela, 06 sierpnia 2017
Weekendowe imprezy

Nie sądziłam, że weekend będzie tak wyglądał.

W piątek, o 17:00, odbierałam Wiertkę z Lata w Mieście, zadzwonił jej ojciec z pytaniem, czy znalazłam opiekę na piątkową noc. No nie znalazłam, więc zostaję w domu z dzieckiem. Na to on odrzekł, że w takim razie mogę zostawić u niego małą i sama przenocować, bylebym wróciła do 23:00 (on idzie wtedy do pracy). 

Zostało mi niewiele czasu, by przyszykować się do przyjęcia. Zaczęłam oczywiście od poinformowania gospodyni. Kłopot był też z Wiertką, której przecież obiecałam wspólne popołudnie i która gwałtownie sprzeciwiała się zmianom planów. Małej najbardziej zależało na wyprawie do McDonalda i na lody rzemieślnicze. Przeszłyśmy się w oba miejsca i gdy wpadłam do domu, miałam godzinę na prysznic, umycie włosów, ubranie się, umalowanie, zapakowanie nam rzeczy na zmianę. Dobrze, że nie mam w zwyczaju drobiazgowego podkreślania swojej urody.

Przyjęcie było fajne, spotkałam znajomych, pogadałam. Niestety, gdy zaczęły się tańce, musiałam już wychodzić. A na serio miałam ochotę poszaleć na parkiecie. Chyba się starzeję. Do Byłego wprowadza się właśnie jego starsza córka, mogłam więc przenocować w jej łóżku. Ona bawiła się na Przystanku Woodstock.

W sobotni wieczór, poszłyśmy na przyjęcie urodzinowe AsiJot. Poszłyśmy, bo przyjęcie było "przyjazne dzieciom" i można było je zabrać. Z powodów lokalowych poprzestano na przekąskach, winie, rozmowie, grze na gitarze i śpiewie. Tańców nie było. Wiertka przez większą część wieczoru oglądała bajkę w sąsiednim pokoju, a pod koniec zrobiła coś, co określiła "rozkręceniem imprezy".

Zaczęło się niewinnie, czyli weszła pod stół, malowała obrazy, których motywem przewodnim były chipsy (świat zbudowany z chipsów) - "artystowała" (cytat z niej). Potem, w korytarzu, urządziła wernisaż i można było zakupywać obrazy płacąc chipsami. Każdy dostał talerzyk z walutą. Niektórzy swoją nieopatrznie zjedli :) Na koniec, gdy zaczął się koncert gospodyni, Wiertka tańczyła na środku pokoju - niedużego raczej - i wymyśliła, że kogo dotknie stopą, ten powinien z nią zatańczyć. I nawet dwoje biedaków musiało to zrobić. Zbliżała się 23:00 i uznałam, że to najlepsza pora, by uwolnić obecnych od mojego dziecka i pozwolić im się bawić, jak normalni, dorośli ludzie. Protestowali, co dawało argumenty do ręki mojemu dziecku, ale wyciągnęłam ją stamtąd. Wiertka lubi skupiać na sobie uwagę. Wystarczy, że jedna osoba, z kurtuazyjnej życzliwości ją poprze i jest to niczym benzyna do ogniska jej temperamentu.

W tramwaju dopytywała mnie, dlaczego musiałyśmy już iść. Tłumaczyłam, że zaczyna się noc, na przyjęciu jest alkohol, dorośli chcą porozmawiać, pośpiewać, to już nie jest miejsce dla dziecka, nawet jeśli dziecko próbuje ich rozbawić.

- Wszystkim się podobało. Tylko tobie nie. - odrzekła.

I wtedy pomyślałam sobie, że staję się dla mojego dziecka jakimś przygaszaczem, ale w jakimś stopniu powinnam być. Opiszę to później.

Zaś niedziela, to spóźnione imieniny mojego taty. Rodzinny obiad i siedzenie w ogrodzie.

Wiertka po 18:00 pojechała na dwa tygodnie wakacji z tatą.

Chwilowo mam dość życia towarzyskiego.

sobota, 07 stycznia 2017
Sałatka życiowo-macierzyńska

W tym aby ojciec Wiertki był zdrowy, miałam swój interes. Dlatego spędziłam kolejnego sylwestra z dzieckiem, bo na wieczór Trzech Króli miałam zaproszenie na fajne spotkanie towarzyskie. Mój "Sylwester" był tydzień później :)

Byłego trzymali ponad kilkanaście godzin na Izbie Przyjęć, porobili jakieś badania i wypisali z receptami po 21:00. Nie miał siły chodzić, ale wsiadł w samochód i pojechał szukać apteki całodobowej. Chyba bał się, że bóle wrócą i nie będzie mógł nic wziąć. Szpital uznał, że było to silne zatrucie, albo wirus. Następnego dnia poszedł do lekarza w przychodni i dostał skierowanie na kilka badań - być może to coś z trzustką, albo woreczkiem żółciowym.

- Tatę boli brzuch, bo niezdrowo je, nie wychodzi z domu, leni się i pali papierosa. - podsumowała Wiertka.

Wczoraj czuł się na tyle ok, że zabrał dziecko do siebie na noc.

Ja pojechałam na przyjęcie, które miało też trochę charakter balu przebierańców. Zawiozłam trochę akcesoriów Wiertki i dzięki temu dorośli chodzili ze skrzydełkami wróżki, kapeluszem maga, hełmem, czy wiankiem dziewicy ;) Poznałam trochę fajnych ludzi, pogadałam :)

W sobotę zaprowadziłam dziecko na gimnastykę korekcyjną. W ramach budżetu partycypacyjnego zorganizowano bezpłatne zajęcia dla dzieci i dorosłych. Wiertka była trochę oburzona, że jest dzień wolny, a ona musi chodzić na jakieś zajęcia. W dzień wolny się odpoczywa :)

Plusem mrozu i śniegu jest to, że można wreszcie wyjść z dzieckiem na sanki, na pobliską górkę. Byłyśmy wczoraj, dzisiaj, jutro też się wybierzemy.

niedziela, 23 października 2016
Piękna sobota

Żeby nie było, że tylko marudzę i mam problemy :)

Poszłam wczoraj na pierwsze zajęcia z gender studies. O seksualności. Tematyka super i będzie kopalnią tematów na tego bloga :)

Po zajęciach umówiłam się z kumplem na obiad. Potem poszliśmy na kawę, a wieczorem do kina na "Bridget Jones", gdzie mogłam się śmiać głośno przez dwie godziny. Film wybrałam specjalnie - chciałam w tej wilgotnej, zimnej jesieni doświadczyć, czegoś prostego, zabawnego, zwyczajnego. Kusi mnie jeszcze "Ostatnia rodzina", ale większość znajomych ma pikujący nastrój i boi się iść. Może ktoś z czytelników do mnie dołączy?

Z kina pobiegłam do koleżanki, która zwołała spontaniczne spotkanie towarzyskie przy winie.

Piękny dzień :)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
Tagi