To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie towarzyskie

poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

niedziela, 24 września 2017
Wieczór panieński

W przyszły weekend wychodzi za mąż moja siostra cioteczna. I oto dostałam zaproszenie na jej wieczór panieński. Kompletnie nie mój klimat, moje pokolenie wstępowało w więzy małżeńskie bez tego zwyczaju. Choć pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu, wychodziła za mąż moja przyjaciółka, to rozważałam to przez moment, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

Teraz widzę, że to obowiązkowy zestaw, gdy ślub bierze pokolenie urodzone w latach 90tych. O czym za chwilę.

Obawiałam się, że będę najstarsza na tej imprezie (siostra jest młodsza ode mnie o dziewięć lat) i będzie dziwnie, ale co tam. Fajnie jest spotkać się z ludźmi i pobawić w kuzynkami. Dopóki żyły nasze mamy, rodzina trzymała się blisko i często odwiedzała, teraz to się porozluźniało. Potem dostałam informację o wysokości składki i trochę oklapłam, bo mocno to przejechało się po mojej rezerwie tuż przed wypłatą. Nie chciałam jednak rezygnować z takiego powodu. Dodam tylko, że składka była dla mnie wysokości zaporowej i gdyby była wyższa, to jednak bym wycofała się. 

Wczoraj zebrałyśmy się pewnej kręgielni, która jest też salonem gier, knajpką, dyskoteką. A w soboty pełno tam wieczorów panieńskich. Jako, że pięć z naszej szóstki urodziło się przed 1989 rokiem, to jako jedyna ekipa wyglądałyśmy zwyczajnie :) Widziałam grupkę, gdzie panowie mieli te same koszulki z nadrukiem "Pan Młody", a panie identyczne czarne sukienki i wianki na głowie. Ciekawe jaką oni mieli zrzutkę. W innej grupce, dziewczyny miały dowolność ubioru (widać, że z własnej szafy), ale wszystkie były całe na czarno, w białych szpilkach i wiankach na głowie. Mogłam nie doszacować, ale wyglądali właśnie na osoby maks dwudziestokilkuletnie, czyli w ich życiu Walentynki i Halloween były od zawsze :)

Tak się złożyło, że na wieczorze pojawiły się prawie wszystkie wnuczki mojej babci (jedna jest za granicą) - ja i dwie siostry panny młodej, przyszła szwagierka młodej (jednocześnie żona naszego wspólnego brata stryjecznego) i przyjaciółka młodej :)

Przez godzinę grałyśmy w kręgle. Z całej grupy jak miałam największe doświadczenie w tej grze - grałam raz w 2003 roku i raz w 2008 :D A tak reszta, robiła to pierwszy raz i była trochę zestresowana pierwszymi rzutami. Potem siedziałyśmy przy stoliku pijąc drinki i robiąc pannie młodej krótki quiz z wiedzy o jej narzeczonym. Więcej zabaw w tym stylu nie znałyśmy. Jeszcze trochę potańczyłam na parkiecie. I okazało się, że jedziemy taksówką do innego klubu. Tam na młodą czekała niespodzianka, czyli jej ukochany :) Znowu były drinki i tańczenie. Tak gdzieś przed północą zrobiłam się już mocno zmęczona. Moja siostra (o dwadzieścia lat młodsza) wybiła mi z głowy powrót do domu komunikacją miejską, wsadziła do taksówki, razem z orientacyjną, podaną przez kierowcę opłatą za kurs. To ona była organizatorką i pilnowała funduszy.

Dziś miałam jechać jeszcze na dwa wykłady Festiwalu Nauki, ale jakoś zdecydowałam się odpoczywać w domu :) Pytałam się siostry, czy czasem nie przekroczyłyśmy budżetu i czy nie potrzeba czegoś dopłacić, ale twierdzi, że jest ok :)

środa, 23 marca 2016
Kuchnia Spotkań

Na pewnym forum (które tan naprawdę przeniosło się na FB) koleżanka rzuciła pomysł spotkania. I super. A dopiero potem okazało się, że miała na myśli wybranie się do Kuchni Spotkań Ikea na wspólne gotowanie. Wszystkie (babskie forum) przyjęły to z entuzjazmem. Mój entuzjazm był co najwyżej umiarkowany. Tkwienie nad garami to ja mam w domu i wolałabym spokojnie posiedzieć z ludźmi. Jednak zwyciężyła chęć spotkania się z dawno nie widzianymi osobami.

Najpierw trzeba było to spotkanie w tym miejscu wygrać na FB i to także się udało. Wieczór gotowania był wczoraj. Każda deklarowała, co chce ugotować, co przyniesie. Ja jak zwykle przyniosłam wodę i wino. Lojalnie ostrzegłam, że w kuchni czuję się jak saper na polu minowym pod obstrzałem z ziemi i powietrza.

Od jakiegoś czasu w nastroju jestem nie szczególnym, więc na początku kiepsko się czułam. Każda wiedziała, co ma robić, zabrała się za jakieś krojenie, ucieranie. Mnie też kazały robić sałatkę. Ale to nie ja znałam przepis. Miałam ochotę rozpłakać się i wyjść. To nie samo gotowanie mnie tak dobija, tylko mam ostatnio jakąś nadwrażliwość i byle pierdół doprowadza mnie w dołek. Na głos oświadczyłam, że gotować nie potrafię, więc powiedziały mi co i jak mam robić. A potem, to nosiłam talerze, garnki, nabijałam zmywarkę. Jakoś się przydawałam.

Samo miejsce i pomysł na nie jest fajne. Kompletnie wyposażona kuchnia - sprzęty, akcesoria, garnki, talerze. Obok był salonik ze stołem, krzesłami, kanapą, szafką z radiem. Składniki na posiłek trzeba było przynieść ze sobą. Wspólne gotowanie może integrować. Narobiłyśmy tego tyle, że już przed głównym daniem byłam pełna.

Ludzie nie zawsze mają możliwość wpuszczania znajomych do swojej kuchni, a wspólne gotowanie staje się modne, więc to może być pomysł na ciekawy biznes. Choć zapewne czynsz, media, wyposażenie, amortyzacja sprzętu, możliwe zniszczenia - opłata za taką imprezę byłaby za wysoka.

Zastanawiam się, czy kiedyś ludziom chciałby się spotykać przy rzeczy tak prozaicznej, jak gotowanie. Jednak bywało tak - "darcie pierza" w dawnych wsiach mogło też polegać na wspólnym robieniu kiełbas, przetworów. Dziś kobiety wracają do takich kręgów. A mężczyźni nie. I dlatego mężczyźni żyją krócej. Bo co to za życie ;)

Wieczór zakończył się o 22:00, ale to dlatego, że o tej godzinie kuchnia była zamykana. Gdyby nie to jeszcze zapewne by się przeciągnął.

 

Pojawiło się coś nowego na praskimlajfstajlu.

niedziela, 29 stycznia 2012
Gdy druga młodość nadchodzi

Sobota zapowiadała się być dniem zajętym. Najpierw walne zebranie stowarzyszenia. Vice przewodnicząca raczej powinna być obecna. Potem miałam jechać na fajne wydarzenie kulturalne połączone z wymianą książek. A dzień uwieńczył miała impreza. Plany trochę się pokrzyżowały, jak sobie uświadomiłam, że jednak mam dziecko, które już mnie w tym tygodniu trzy dni nie widziało i nie mogę wpakować je do ojca na kolejny dzień. W sumie mogę, ale kiepsko bym się z tym czuła.

Tak oto, Wiertka pojechała ze mną na walne, gdzie zachowywała się w miarę grzecznie. Zjadła ogromny obiad i furę słodyczy, wzbudzając obawę o stan jej żołądka wieczorem. Nie patrzyłam na to nigdy od tej strony, dla mnie takie zachowanie jest naturalne. Chyba hedonizm i zachłanność zmysłową odziedziczyła po rodzicach ;) Szczęściem w nieszczęściu, nasze stowarzyszenie nie zrobiło w ostatnim roku wielu rzeczy, więc podsumowanie poszło szybko i sprawnie.

Wymianę książek odpuściłam, wróciłam z małą do domu na szybką kawę, odświeżenie, przebranie, stuningowanie twarzy i pojechałam zastawić ją u byłego na noc. Całkiem niedaleko, w Moim Miasteczku, odbywało się spotkanie mojej klasy z podstawówki. Niektórych zobaczyłam pierwszy raz po dwudziestu latach. Byłam ciekawa, co się wydarzy teraz, bo ostatnim razem, kilka lat temu, zaczęło się od grzecznej kawy i herbaty, a skończyło na popijawie i imprezie. Niedawno też przypomniałam sobie, wygrzebałam z głębin mroków pamięci, że to przecież pierwsi chłopcy, z którymi się w życiu całowałam lub, przez których byłam pierwszy raz w życiu molestowana na lekcjach.

Standardowe opowieści, co kto robi, ile ma dzieci. Moje należy do grona najmłodszych, bo co poniektórym potomstwo już się do gimnazjum wybiera. Co ciekawe, duża grupa z nas straciła już po jednym z rodziców, głównie matce. Krytyczny wiek, to jakieś 50-55 lat.  Pogrom zapanował w tym Miasteczku, albo to pokolenie przełomu lat 40/50tych takie kruche. Pokolenie naszych dziadków żyło o wiele dłużej, jeśli jeszcze nadal nie trwają na posterunku.

To były rozmowy na początku. Generalnie, albo panowie nie inwestowali w rozwój emocjonalny, albo w dzisiejszych czasach pierwszy kryzys i druga młodość dopada facetów już w okolicach 36 roku życia. Zachowywali się tak, jak ich zapamiętałam te dwie dekady temu, czyli było śmiesznie. Żonaci, ojcowie, a zachowywali się jak nastolatki.

Usłyszałam od jednego z kolegów, że nic się przez te lata nie zmieniłam i nadal wyglądam jak „niunia”. Nie wiedziałam, czy traktować to jako dziwaczny komplement, czy jako przytyk? Czy zachowałam młodość, czy nadal mam rysy idioty? Kilka kieliszków wódki później zaproponował, że „roztoczy opiekę nade mną i moim dzieckiem”, więc może to pierwsze? Z oferty nie skorzystałam. Poczułabym się jak Malena, krucha kobieta pozbawiona wsparcia mężczyzny, gdybym miała urodę Monici Belluci. Z MB to ja mam może figurę wspólną.

W popłoch lekki wpadłam jak zaczął wspominać, że mu w lekcjach pomagałam. Za cholerę nie mogłam sobie tego przypomnieć. Za to pamiętam, jak to pomaganie w lekcjach zazwyczaj wyglądało – stawał taki w drzwiach i pytał się, czy rozwiążemy razem zadania z fizyki, gdy ja byłam równie głupia i też na przerwie przepisywałam. To były naprawdę niewinne czasy, gdy 14 latek posuwał się do takich wybiegów.

Po 22.00 część ekipy postanowiła kontynuować wieczór w jakiejś dyskotece. Ja zdecydowałam się wracać do domu. Nie dlatego, że knajpy z tańcami raczej nigdy mnie nie kręciły. Dopadło mnie zmęczenie po całym dniu spędzonym w biegu. Napiłam się trochę wódki i albo to nie był mój dzień, ale w tym lokalu podawali coś wyjątkowo podłego. Po każdym łyku w moim żołądku odzywała się fala przyboju. W wyniku czego upiłam się raczej skromnie. Chłopcy nie puścili mnie samej w tę noc i mróz siarczysty, gdzie wilki wyją. Znalazłam się w samochodzie, z na szczęście trzeźwym wydzwonionym kierowcą, w otoczeniu, któremu średnia wieku jeszcze się obsunęła. W pewnej chwili zaczęłam się zastanawiać, czy aby na pewno mnie pod dom odstawią. Wyciskaną na pożegnanie odstawili.

Było ciekawie i chciałabym jeszcze. Byle bym była wyspana, a wódka wchodziła.

sobota, 14 stycznia 2012
Spotkanie rocznika 199x

Piątek 13go spędziłam na spotkaniu mojego rocznika ze studiów. Wszyscy zaczęliśmy jeden kierunek październiku, tak w połowie lat 90tych, ale nie wszyscy go razem skończyliśmy. Jedni zmienili studia. Ja obroniłam się z półrocznym poślizgiem i byłam bodajże piąta osobą, która podjęła to wyzwanie. Organizator imprezy studiuje jeszcze coś do dziś. Dlatego rocznik w nazwie spotkania jest od roku rozpoczęcia studiów, nie uzyskania tytułu magistra, czy zrobienia absolutorium.

Spotkania są, co rok, ale miałam dłuższą przerwę, bo wypadłam z listy mailingowej. A tak, co roku skład osobowy bywa inny.

Gdy patrzę w lustro, widzę kobietę, którą omija czas. Gdy patrzyłam na zebranych przy stoliku, doszłam do wniosku, że jednak czas doskonale o nas pamięta. Jednak, jeszcze się nie sypiemy. Szczególnie panowie się zmienili – twarze im się zaokrągliły, obwody w pasie także. Ciekawe, co oni pomyśleli o nas, paniach?

Na początku, główny temat rozmowy, irytujący mnie cholernie, ale na takich spotkaniach uciec się od niego nie uda – co robisz, gdzie pracujesz. Wszyscy mają fajną, prestiżową pracę, własne formy, stowarzyszenia fundacje. A ja mam zwyczajne, zwykłe życie i zarabiam by mieć, co jeść, a nie satysfakcję. Przetrwałam.

Potem, z biegiem schłodzonej czystej, tematy w końcu się zmieniły. Pamiętam gorącą dyskusję na temat ateizmu, agnostycyzmu i wiary generalnie. Kolega miał refleksje na temat moich wpisów na FB, uznając, że strasznie dużo piszę o dziecku, jakbym była z nim zbyt mocno związana. Subtelnie zapytałam, czy ma dzieci i okazało się, że jedno, z których ma sądownie ustalone kontakty. Już nie drążyłam tematu, by nie wyjść na wścibską, ale jak dla mnie projektuje swoje problemy z byłą partnerką na inne matki. Czy każdy z nas wychodzi z dłuższego związku z jakimś przetrąconym, wewnętrznym żebrem?

Do domu wróciłam po północy i dyplomatycznie to określając, połowę dzisiejszego dnia odpoczywałam.

Do przyszłego roku.

środa, 28 grudnia 2011
Życie towarzyskie

Jestem na urlopie poświątecznym. O zgrozo, uroczyste odgruzowywanie mieszkania zrobiłam w Drugi Dzień Świąt.

Wczoraj spotkanie z dawno nie widzianą koleżanką. Cztery lata temu na dobre wyjechała do NY, wykorzystała to, że znalazła się w odpowiedniej sekundzie w odpowiednim miejscu i ma dobrą, prestiżową pracę. Tyle, że od 1,5 roku nie była na urlopie, nawet chyba boi się o niego poprosić.  Nie wiem, czy osobiście powinnam się z tego cieszyć, bo w pierwszych latach tam przeżywała tak ciekawe rzeczy, że aż stała się pierwowzorem jednej z postaci w mojej książce. To jej pierwsze wolne dni. Nie widziałyśmy się tyle czasu, maile są coraz rzadsze, na FB czasem coś się napisze, ale gadałyśmy tak, jakbyśmy się ostatni raz widziały kilka dni wcześniej. Nie ma żadnej obcości, skrępowania. Przerywnikiem było moje dziecko, kręcące się pomiędzy nami, próbujące dorwać się do mojego kieliszka z winem, bawiące się nowymi prezentami. Koleżanka uznała, że Wiertka jest o wiele bardziej sympatyczna niż to wynika z mojego blogu :D :D :D Do tego ciągle się uśmiecha i jest bardzo podobna do swojego taty (z kieliszka wina na kieliszek wina koleżanka powtarzała to ostatnie z coraz większą dobitnością). Doceniam jej sympatię do mojego dziecka, bo to typ kobiety, która z mężczyznami głównie randkuje, a na hasło dziecko jedyne co jej przychodzi do głowy, to "to coś co tam przeraźliwie wyło przez połowę lotu samolotem". Pod koniec wieczoru Wiertka dała krótki pokaz - pokazywała poproszona właściwe elementy obrazka, mówiła jakie dźwięki wydają zwierzątka, a koleżanka zachwycona powtarzała jaki to z małej geniusz. Dla niej były to niezwykłe jak na takiego maluszka umiejętności, dla mnie spasionej forami, blogami innych matek taki sobie standard. Powinnam częściej patrzeć na moje dziecko, jak ktoś kto nigdy nie był jeszcze matką :D

Koleżanka wylatuje do NY w Nowy Rok rankiem, więc raczej nici ze wspólnego Sylwestra. Jest za to szansa, że latem może znowu zawita do kraju, bo teraz będzie miała uregulowaną sytuację z wizami i kartą. Pogubiłam się w tym, o co chodzi. Ciekawsze jest to, że może uda jej się wynająć sama mieszkanie i wtedy będzie chętna na zaproszenie gościa :)

Dziś najpierw bilans dwulatka. Wiertka próbowała zdekonstruować gabinet pani doktor. I nawet jej się nie chciała słuchać. Ćwiczyła przystawianie pieczątki z datą, więc może poświęci się karierze medycznej. Ma 89 cm i 12,3 kg, jest strzelista jak modelka :)

Po południu pojechałyśmy do koleżanki, opisywanej już tutaj. Jest prezeską stowarzyszenia, którego jak jestem vice prezeską :D A ostatnio jej nowo zabrana ze schroniska suczka powiła dwoje maluchów. Wiertka miała okazję pobawić się ze szczeniaczkami, które z takim entuzjazmem ogląda na filmikach. Tyle, że od piesków bardziej zaintrygowała ja kotka. Puszysta ruda kocica przemycona kiedyś, jako maluszek, z Ukrainy. Temperament też ma kozacki. Wiertka robiła kilka podchodów do kotki, z czego jeden skończył się pogryzioną rączką, drugi zadrapaną dłonią. Mojego dziecka to nie zniechęciło :) Koleżanka skomplementowała moje dziecko - mała jest bardzo ruchliwa i ani sekundy nie pozostaje w bezruchu (uznałam to za komplement), bez przerwy się uśmiecha. Oby przebywanie ze mną nie pozbawiło ją tego nieustannego uśmiechu :)

Wróciłyśmy wieczorem. Staram się nie wychodzić z dzieckiem z domu o tej porze dnia (wystarczy, że z praco-żłobka wtedy wracamy). Ale czasem wpadam już w lekką paranoję. Grudzień jest w tym roku ciepły, wieczór też był bardzo przyjemny. Dziecko jest ciepło ubrane, nie przeziębi się. Przez te wszystkie zapalenia oskrzeli, katary, permanentne gile z nosa teraz trzęsę się, że byle drobiazg i Wiertka znowu się rozchoruje. Jechałyśmy przez całe miasto tramwajem, a już czułam desanty wirusów i bakterii atakujące małą. Muszę jakoś nabrać do tego dystansu.

sobota, 19 listopada 2011
Konspekt warsztatów, bożole, cava i mała niespodzianka :)

Wczoraj o 17.00 rozpoczęłam kolejny weekend "słomianej matki", który to potrwa do jutrzejszego przedpołudnia.

Zaczęło się od spotkania z dziewczynami ze stowarzyszenia, które to miało być poświęcone stworzeniu konspektu ćwiczeń na najbliższe warsztaty literackie. Był to trochę wyścig z czasem i winem - drugim bohaterem wieczoru było wino Beaujolais Nouveau - by zrobić coś konstruktywnego zanim poziom alkoholu we krwi  skłoni nas do plotek, nie tworzenia. Już sam Jerzy Pilch, znawca tematu, mówił, że pisać o alkoholu, alkoholiźmie, pisać w ogóle należy na trzeźwo.

Zadanie wykonałyśmy z sukcesem, pisząc nawet próbne pantumy, by sobie odświeżyć metodę :) Kto napisał, ten napisał. Ja odeszłam w połowie mojego pantuma, by pomóc koleżance otworzyć butelkę cavy. Bożole zostało już wypite i uznane za sprytny, ale tylko chwyt marketingowy francuskich producentów wina. Cava nie chciała się otworzyć z łagodnym wdziękiem popularnych win musujących, więc chytrze postanowiłyśmy wziąć ją korkociągiem. Efekt była taki, że korek złamał się w pół, a twardsza połowa utkwiła na dobre w butelce. Może za dużo bożole we krwi? W sukurs przyszła trzecia koleżanka, bardziej kompatybilna z rzeczywistością i rozgryzła tajemnicę  korzystania z kolejnego korkociągu. Przypomniał mi się inny nasz wieczór, gdy koleżanka otwierała wino korkociągiem i dopiero po jego wkręceniu zauważyła, że butelka ma zakrętkę nie korek. Wspomnę tylko, że to też nie było wtedy nasz pierwszy napój.

Odeprę ataki, że bardziej skupiamy się na piciu niż tworzeniu. Po prostu opisywanie potyczek z piciem wychodzi zabawniej ;) Wkrótce popracuję nad ciekawym opisywaniem pisania, obiecuję.

Świętowałyśmy też to, że jedna z nas oprócz dwóch wygranych konkursów na opowiadania, wydania książki, została właśnie nominowana do pewnej nagrody literackiej :) Ale to efekt jej ciężkiej pracy w ciągu ostatnich lat, a nie biadolenia jak to się nie da pisać :) To  mój przytyk do siebie samej :)

Na koniec wzruszająca historia dla miłośników zwierząt. Kolejna  z nas, użyczająca nam od lat stołu, kuchni, niedawno pożegnała wieloletnią towarzyszkę spacerów, suczkę. Podziwiam ją, bo ja po stracie ukochanego zwierzęcia nie zdecydowałabym się szybko na kolejnego. Po siedmiu latach z kochaną świnką morską do dziś nie mam nowego zwierzaka. Ona niemal następnego dnia przygarnęła ze schroniska kolejną suczkę. Pieska obejrzało, zbadało, obmacało trzech weterynarzy, miała na poniedziałek wyznaczoną sterylizację. Zabieg odroczono w czasie  z powodu kuracji antybiotykowej. A wczorajszego ranka, koleżanka budzi się, wchodzi do salonu i widzi na kanapie - ładnie wyczyszczonej i usprzątniętej po nocnych wydarzeniach - swoją nową towarzyszkę spacerów z... dwójką maleństw. Cały wieczór, oprócz pisania i picia wina, poświęciłyśmy na zachwycanie się maleństwami. Aż słabo mi się robi, co by było gdyby suczka nie zdążyła przed sterylizacją i wszystko by się wydało dopiero na stole, pod nożem weta. Psina ma szczęście, bo ktoś inny byłby oburzony, że wciśnięto mu, zapewne podstępnie, ciężarną suczkę, albo po prostu utopiłby po cichu szczeniaki. Koleżanka jest w szoku, ale chyba pozytywnym. Mówiłyśmy, że to jej zmarła towarzyszka spacerów zesłała jej taką właśnie następczynię, by pomóc w oderwaniu się od smutnych myśli.

sobota, 29 października 2011
Nasze pierwsze warsztaty pisarskie

Nasze, nasze :) Tyle z nimi miałam wspólnego, że jestem w stowarzyszeniu, które je organizuje i prowadzi :)

Cieszę się jednak, że wreszcie ruszyłyśmy do przodu i znowu coś robimy.

Dziewczyny fajnie przygotowały ćwiczenia, materiały do ćwiczeń, poprowadziły. Na prawdę masę fajnej pracy wykonały. Ja się do niczego ostatnio nie nadawałam, bo miałam sałatkę jarzynową zamiast mózgu.

Obawiałam się, że nikt się nie pojawi i będziemy siedziały we własnym gronie. A tu przybyło kilka osób, tak z 5-6, czyli całkiem fajna kameralna grupa. Oby tylko wrócili na kolejne spotkanie! Bo to by znaczyło, że im się podobało i warsztaty spełniają choć część ich oczekiwań.

A teraz kilka moich uwag i mam nadzieję, że dziewczyny nie utną mi głowy, za to, że piszę to na blogu, a nie najpierw na naszą listę mailingową (choć i tak nie da się tego pewnie uniknąć):

  • Brakowało części rozluźniającej przybyłych - nie wystarczy czasem samo powiedzenie imienia, można powiedzieć krótko coś o sobie, czym się człowiek zajmuje, czy pisze od dawna, czy po prostu teraz dopiero próbuje. Takie coś co wstępnie zintegruje grupę. A i dla prowadzącego, to czasem ważna informacja ;)
  • Jakie są oczekiwania przybyłych, albo ich brak - nie po to by je spełnić, bo raczej się nie da, ale choćby po to by wiedzieć jaki to typ osoby.
  • Czas pisania ćwiczenia - moim zdaniem trochę zbyt długi, większość grupy już kończyła, odłożyła ołówki, czekała, na tych, którzy pisali by nawet gdyby im dać czas do rana :)

Może za dużo nasiedziałam się na różnych warsztatach, gdzie tego typu rzeczy są praktykowane. Miałyśmy niecałe dwie godziny na to spotkanie, bo w Klubie zaczynało się inne wydarzenie i siłą rzeczy - albo integracja, albo więcej pisania.

Ja przybyłam na ćwiczenia z Wiertką, bo nie dało się inaczej. To nie był jednak początek tego wieczoru. Najpierw pojechałyśmy do żłobka na wspólne warsztaty plastyczne dla rodziców i dzieci. Robiliśmy "Ocean Przyjaźni". Mogłam olać, bo ten dzień spędzałyśmy w domu, ale uznałam, że fajnie jest razem we dwie przyłączyć się do jakiejś pracy. Zobaczyłam jak mści się na mnie moje unikanie prac manualnych, plastycznych. W domu też tego nie robimy, bo mała kompletnie nie chce się na tym skupić. Moja wyobraźnia zgrzytała i skrzypiała na zakrętach. Pomalowałyśmy flamastrami naszą ośmiornicę, gdzie Wiertka postawiła na dominujący kolor fioletowy. Widziałam, co robią inni rodzice i byłam pełna podziwu, oraz lekkiego wstydu, że ja tak nie potrafię. Ruszyłam trochę wyobraźnią i podoklejałam różne rzeczy, ponaklejałam plasteliną. Mimo to po pół godzinie kusiło mnie by dyskretnie spojrzeć na zegarek, a 10 minut później Wiertka zarzuciła karierę plastyczną i poszła się bawić samochodzikami.

Wreszcie dojechałyśmy na warsztaty pisarskie i moja córka pozytywnie mnie zaskoczyła. Zarzuciła wścieklicę i zajęła się rysowaniem ołówkiem na kartce, stole (widziałam, że dobrze się zmywa, więc może nas tam nie znienawidzą). Udało mi się napisać kilka zdań fajnego tekstu w ramach ćwiczenia. Po godzinie dziecko zrobiło się bardziej ruchliwe i sama widziałam, że jak dla niej, to tego wieczoru zbyt dużo. By nie przeszkadzać dalej innym, pojechałyśmy do domu.

Reszta dalej pracowała :)

Ten wieczorny płacz Wiertka, to jednak chyba nie przez Opiekunkę. Trwa już któryś z kolei wieczór. Mała zasypia o 20.00,  a tak od 20.30 do północy czasem, są wybudzenia ze strasznym płaczem. Nie daje się wtedy dotknąć, kopie nogami, odpycha mnie,  mówi "nie nie nie", by po 5-10 minutach jednak się przytulić i zasnąć. Może to jakieś koszmary senne, albo bolą ją rosnące szybko kości nóg (bo dotyka swoich nóg)? Czy jeśli te kości pobolewają tak dużo starsze dzieci, to dwulatki też to dotyka?

czwartek, 20 października 2011
Stowarzyszenie moje, a w nim

Wczoraj miałyśmy spotkanie naszego kółka pisarskiego. Były czasy, gdy zbierałyśmy się co tydzień i ambitnie pisałyśmy teksty. Dyscyplina była :) Potem częstotliwość spadła do co dwa tygodnie i spotkania częściej stały się współczesną formą "darcia pierza", czyli kobiecymi pogaduchami o związkach, rodzinach, życiu, "miłości i przemijaniu". Przy winie, nalewkach własnej roboty. Też pięknie. Taka fajniejsza wersja "Baby są jakieś inne" ;)

Tym razem nie udało się pisać, ale udało się ustalić kilka rzeczy związanych z najbliższym projektem, który - jak się odbędzie - zostanie tu zapewne opisany :)

A o spotkaniu wspomniałam na blogu, bo one go podczytują i wypadałoby czasem też je tu uhonorować :)

Wczoraj byłam w biegu - z pracy, do żłobka, do przychodni (karteczka od pediatry, że dziecko może z wysypką chodzić do żłobka), szybkie przekazanie dziecka ojcu w gabinecie i na spotkanie stowarzyszenia. W domu byłam przed 23.00, prysznic, zęby i do łóżka.

W nocy dziecko zerwało mnie o 2.00 i jęczało do 4.00. Chyba znowu ząb wybija się na niepodległość. Niestety, znowu cierpliwości mi nie starczyło - czułam się taka zmęczona i niewyspana. Widziałam jak noc umyka i topnieje kupka czasu do przespania.

Rano ledwo dobudziłam się ja, ledwo dobudziłam dziecko. W pracy wypiłam do 13.00 cztery kawy, podrzemałam przed laptopem i nikt z pokoju, z innych współpracowników litościwie nie zwrócił mi uwagi. Dopiero po 13.00 zaczęła mi wracać energia życiowa i odpuściła lekko implozja twórcza.

Waham się, czy gdy dziś eks przyjdzie do dziecka iść w miasto na zaplanowaną rzecz, czy zamknąć się w mniejszym pokoju i iść spać.

środa, 12 października 2011
Postanowiłam iść do kina na "Ki"

Wczoraj w pizzerii odbyło się spotkanie po latach. Pracowaliśmy kiedyś razem w pewnym małym wydawnictwie. Chciałam ich zobaczyć choć na chwilę, a nie miałam z kim zostawić dziecka. Zabrałam więc Wiertkę ze żłobka (pierwszy dzień po zapaleniu oskrzeli, jeszcze kaszle), po dziesięciu godzinach pobytu tam i pojechałyśmy. Wiedziałam, że długo nie posiedzi spokojnie, nie da się czymś zająć, ale nie sądziłam, że spokoju będzie tylko kawałek sekundy.

Oczywiście, zobaczyłam wszystkich do upojenia, ale chyba tylko tyle. Głównie zajmowałam się trzymaniem machającej odnóżami ośmiornicy. Zamówienie pizzy nie pomogło, wsadzenie w krzesełko do karmienia też nie, danie kartki i kredek - także nie. Ośmiornica zapragnęła iść pobiegać po lokalu, ale że to były godziny szczytu, nie mogłam do tego dopuścić. Skończyło się na trzymaniu za sweter tarzającego się w akcie buntu dziecka. Trzymaniu, by nie wyrwało się na wycieczkę. Kelnerka zaofiarowała się, że pospaceruje z nią. Tylko, że wtedy byłam już wycieńczona i chciałam sama do domu. Kwadrans wcześniej mogłabym ją odstąpić na jakiś czas bezdomnym by zbierali dzięki niej pieniądze na ulicy, ale w tamtej chwili nawet na to nie miałam już sił. Tego wieczoru Wiertek przebiła siebie samą.

Przez chwilę zajęli się nią dwaj graficy, próbując płakać głośniej od niej. Wiertek zasłoniła twarz palcami, potem w milczeniu podpatrywała ich spoza tych palców. A koniec zrobiła "pa pa pa". Następni poproszę.

Planowałam, że i tak zostanę tylko godzinę, bo dziecko ledwo zdrowe, zmęczone po całym dniu, ale miałam nadzieję, że jakieś wrażenia w tym czasie powymieniam. Mam wrażeniem, jedno - nie udało mi się nic.

Za to usłyszałam, żartobliwie, że moje dziecko to "mały diabełek". Jeszcze jedno określenie do kolekcji, do towarzystwa "rozwydrzonej" i "ogromnie absorbującej".

Trudno, nie wyszło. Nie jestem już w nastoletnim wieku, gdy jedna opuszczona impreza miała tragiczny wymiar dziesięciu przepitych.

Postanowiłam iść do kina na "Ki", by się przekonać, że są gorsze matki ode mnie ;)

 
1 , 2 , 3
Tagi