To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: życie towarzyskie

niedziela, 21 stycznia 2018
Raport życiowy :)

Za mną intensywny tydzień. Można by pomyśleć, że skoro matka jest na bezrobociu, a córka ma ferie, to obie wylegują się do góry brzuchem. Dobrze się złożyło, że akurat teraz nie mam pracy. Zadałam Wiertce retoryczne pytanie, czy chce chodzić na szkolną Zimę w Mieście i wiedziałam, że nie będzie chciała. Miała w planach odpoczynek i lenistwo. A mnie odpadła oplata za posiłki. Jednak znalazłam jej kilka pojedynczych zajęć z dzielnicowym Domu Kultury. Miałyśmy też zajęcia korekcyjne. Ja pojechałam na dwie rozmowy w sprawie pracy, miałam spotkania towarzyskie.

Efekt był taki, że - przynajmniej ja - byłam w ciągłym biegu. Zawieźć dziecko na zajęcia, na chwilę do domu, pojechać po nią, potem na rozmowę w sprawie pracy, potem na jakiś wykład. Dzień w dzień kursowałam po kilka razy, a pogoda nie sprzyjała bieganiu po mieście. Pogoda, o właśnie! Wreszcie spadł śnieg i zachwycona Wiertka koniecznie chciała zjeżdżać na sankach, więc szłyśmy jeszcze na pobliską górkę i ona szalała, a ja tuptałam zmarzniętymi nóżkami.

Te zajęcia dla dzieci to była m. in. zumba, zajęcia plastyczne, kulinarne oraz pokazy filmowe. Pierwszy z filmów, obawiam się, wstrząsnął moim dzieckiem, bo była to historia o chłopcu, który odnajduje na strychu pamiętnik dziewczynki i stara się odkryć przyczynę jej śmierci. Z opowiadań Wiertki, bo mówiła mi o tym w emocjach, wynikało, że dziewczynka zgubiła leki na padaczkę, dostała ataku na schodach i zabiła się spadając. Przepraszam za spoiler :) Przeczytałam opinie na filmwebie i były z gatunku "nuuudne". Widocznie moje dziecko ma zbyt wrażliwą strukturę emocjonalną, boi się śmierci, boi się tego, co się z nią stanie po śmierci. Takie rzeczy roztrząsała zanim obejrzała ten film. Po tym "Opowieści z Narni" przyjęła całkiem lekko.

O moich rozmowach o pracę pisałam. Na szczęście, Wiertka jest już w miarę duża, gdy jest sama w domu, to jest rozsądna, przejęta odpowiedzialnością i mogę ją zostawić na półtorej, do dwóch godzin.

W piątkowy wieczór była ze mną na spotkaniu z koleżankami, z którymi głównie kontaktujemy się wirtualnie, ale raz na jakiś czas udaje się spotkać. Wzięła ze sobą tablet i dzięki temu dopiero po dwóch godzinach marudziła by wracać do domu. W sobotę pojechała ze mną na spotkanie z dziewczynami ze stowarzyszenia literackiego i tam już siedziałyśmy cały dzień przy jedzeniu, słodyczach i dość sporej ilości grzanego wina. Wspomniałam, że będziemy robiły kolaże noworoczne, bo był taki pomysł. Jednak my się zagadałyśmy o naszych życiowych zakrętach, a Wiertka biedactwo była bardzo rozczarowana. Specjalnie wzięła ze sobą gazetki i naklejki. Dlatego zrobiłam razem z nią kolaż. Efekt był taki, że ona swój zarzuciła po kilkunastu minutach, a ja swój musiałam kończyć dłużej :)

Tak minęło ostanie sześć dni. Nic dziwnego, że dziś Wiertka spała do 11:30, a ja wylegiwałam się równie długo czytając książkę i przeglądając gównoburze na faceboku (lubię, nie udzielam się ;) ). Reszta dnia też upływa nam raczej w pozycji horyzontalnej :)

Cieszę się, że moja córka ma wreszcie ferie takie, jakie ja pamiętam z dzieciństwa.

poniedziałek, 02 października 2017
Weselnie

W ostatni weekend bawiłyśmy się z Wiertką na weselu mojej siostry ciotecznej.

 

Termin wypadł dość niefajnie dla mnie, bo mam teraz okres w życiu na przetrwanie za możliwe małe kwoty. Za to rok temu pieniądze bym miała, ale stres w pracy we wrześniu był taki, że nie byłabym w stanie się na tym przyjęciu bawić. Jest jak jest. Na szczęście, nie mam ciśnienia na bale i szykowanie się jak dama J Rozesłałam wici, spotkałam się z kilkoma dobrymi duszami i sukienka została mi pożyczona. Są na świecie kobiety z podobną budową ciała J Umalowałam się sama. Nie jest to szczyt finezji, ale na zdjęciach jestem ładna J Wizażystka, manikiurzystka, kosmetyczna odpadły. Niestety, musiałam iść do fryzjera, ale nie po to by zrobić sobie loki, czy stelaż z włosów niczym Maria Antonina. Z pewnym przyczyn zdrowotnych mam bardzo zniszczone włosy, które wychodzą garściami. Musiałam je podciąć. Zrobiłam to najtaniej jak można. Było mi przykro, że muszę rozważać, jaką kwotę chciałabym dać na prezent dla młodych (mieszkają ze sobą od lat, więc to najbardziej im się przyda) – wypadkowa pomiędzy tym, ile wypada, a ile na serio mogę dać, by mieć co zjeść w tym miesiącu, a tym by nie okazać się skąpą. Wiem, że takie kwoty można sobie odkładać przez kilka miesięcy, ale najpierw nie miałam pracy, a potem zawsze coś ważnego wypadało. W każdym razie, przetrwam J

Uroczystość była skromna. Zaproszona była najbliższa rodzina i trochę przyjaciół. Część nie mogła się, z różnych przyczyn, pojawić, a nawet najbliższą rodzinę mamy sporą. Moi dziadkowie mają dziesięcioro wnuków i wszyscy mamy ze sobą na tyle bliskie kontakty, że wypada się zaprosić na takie wydarzenie. Inna sprawa, czy ktoś przyjedzie. Gości było około pięćdziesięcioro, więc w kategoriach wesele było kameralnie, w – niektórych rodzinach – w kategoriach chrzciny, czy komunia to standardowa ilość gości J Było kameralnie, ale bardzo fajnie. Zamiast zespołu, był DJ puszczający muzykę i animujący zabawę. Dla mnie super, bo zespołów jakoś nie mogę znieść. Pewnym minusem, przy takiej liczbie bawiących się jest to, że jeśli część wyjdzie wcześniej do domu, to widać te braki na sali. Mój tata, ojciec chrzestny panny młodej, pasjonat spędzania samotnych godzin w swojej ciemnej jaskini, takie imprezy przeżywa traumatycznie. Wytrzymał do 20:00, pierwszych tańców i mój brat odwiózł go do domu.

Bawiła się też piątka dzieciaków – prawnuków mojego dziadka i babci. I to szalały na całego. Wynajęto animatorkę, która w holu, na kanapach miała prowadzić dla nich zajęcia – malowanie, czy coś tam jeszcze. Młodziutka dziewczyna, którą chyba to przerosło. Bo piątka dzieciarni w wieku od ośmiu do trzech lat, jak poczuła atmosferę weselną, to zaczęli odlatywać. Biegali po sali, po parkiecie, potem zaczęli się chować pod stołami. Chyba dopiero koło północy się trochę uspokoili i dali namówić na układanie klocków. Wiertka wreszcie nie zaznała głodu i jadła spore ilości jedzenia, deserów, piła napoje z kieliszka do wina (chciałam jej zabronić, ale jej kuzyn też pił podobnie). Już od rana była podekscytowana, nie mogła się doczekać przyjęcia i powiedziała, że to była najpiękniejsza sobota jej życia J

Jadłam, piłam, tańczyłam. Wszystko na szpilkach, w których chodzę raz do roku. Dlatego miałam też balerinki na zmianę. O dziwo, stopy protestowały tylko przez pierwsze dwie godziny, a potem weszły z butami w coś w stylu syndromu sztokholmskiego. Obuwie zmieniła dopiero po północy. Przed 1:00 nawet Wiertka zaczęła przejawiać objawy zmęczenia. Wróciłyśmy do domu taksówką i padłyśmy od razu po powrocie.

Z mojego bardzo skromnego doświadczenia weselnego (chodzę na uroczystości rodziny i bliskich przyjaciół), im skromniejsze wesele, mniejsze wodotryski, tym lepsza zabawa J

W niedzielę, z Wiertką, pojechałyśmy na obiad z moimi twórczymi pisarsko-malarsko koleżankami. Towarzyskie spotkanko J A wieczorem znowu padłam J

 

 

niedziela, 24 września 2017
Wieczór panieński

W przyszły weekend wychodzi za mąż moja siostra cioteczna. I oto dostałam zaproszenie na jej wieczór panieński. Kompletnie nie mój klimat, moje pokolenie wstępowało w więzy małżeńskie bez tego zwyczaju. Choć pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu, wychodziła za mąż moja przyjaciółka, to rozważałam to przez moment, ale nie wiedziałam jak się do tego zabrać.

Teraz widzę, że to obowiązkowy zestaw, gdy ślub bierze pokolenie urodzone w latach 90tych. O czym za chwilę.

Obawiałam się, że będę najstarsza na tej imprezie (siostra jest młodsza ode mnie o dziewięć lat) i będzie dziwnie, ale co tam. Fajnie jest spotkać się z ludźmi i pobawić w kuzynkami. Dopóki żyły nasze mamy, rodzina trzymała się blisko i często odwiedzała, teraz to się porozluźniało. Potem dostałam informację o wysokości składki i trochę oklapłam, bo mocno to przejechało się po mojej rezerwie tuż przed wypłatą. Nie chciałam jednak rezygnować z takiego powodu. Dodam tylko, że składka była dla mnie wysokości zaporowej i gdyby była wyższa, to jednak bym wycofała się. 

Wczoraj zebrałyśmy się pewnej kręgielni, która jest też salonem gier, knajpką, dyskoteką. A w soboty pełno tam wieczorów panieńskich. Jako, że pięć z naszej szóstki urodziło się przed 1989 rokiem, to jako jedyna ekipa wyglądałyśmy zwyczajnie :) Widziałam grupkę, gdzie panowie mieli te same koszulki z nadrukiem "Pan Młody", a panie identyczne czarne sukienki i wianki na głowie. Ciekawe jaką oni mieli zrzutkę. W innej grupce, dziewczyny miały dowolność ubioru (widać, że z własnej szafy), ale wszystkie były całe na czarno, w białych szpilkach i wiankach na głowie. Mogłam nie doszacować, ale wyglądali właśnie na osoby maks dwudziestokilkuletnie, czyli w ich życiu Walentynki i Halloween były od zawsze :)

Tak się złożyło, że na wieczorze pojawiły się prawie wszystkie wnuczki mojej babci (jedna jest za granicą) - ja i dwie siostry panny młodej, przyszła szwagierka młodej (jednocześnie żona naszego wspólnego brata stryjecznego) i przyjaciółka młodej :)

Przez godzinę grałyśmy w kręgle. Z całej grupy jak miałam największe doświadczenie w tej grze - grałam raz w 2003 roku i raz w 2008 :D A tak reszta, robiła to pierwszy raz i była trochę zestresowana pierwszymi rzutami. Potem siedziałyśmy przy stoliku pijąc drinki i robiąc pannie młodej krótki quiz z wiedzy o jej narzeczonym. Więcej zabaw w tym stylu nie znałyśmy. Jeszcze trochę potańczyłam na parkiecie. I okazało się, że jedziemy taksówką do innego klubu. Tam na młodą czekała niespodzianka, czyli jej ukochany :) Znowu były drinki i tańczenie. Tak gdzieś przed północą zrobiłam się już mocno zmęczona. Moja siostra (o dwadzieścia lat młodsza) wybiła mi z głowy powrót do domu komunikacją miejską, wsadziła do taksówki, razem z orientacyjną, podaną przez kierowcę opłatą za kurs. To ona była organizatorką i pilnowała funduszy.

Dziś miałam jechać jeszcze na dwa wykłady Festiwalu Nauki, ale jakoś zdecydowałam się odpoczywać w domu :) Pytałam się siostry, czy czasem nie przekroczyłyśmy budżetu i czy nie potrzeba czegoś dopłacić, ale twierdzi, że jest ok :)

niedziela, 06 sierpnia 2017
Weekendowe imprezy

Nie sądziłam, że weekend będzie tak wyglądał.

W piątek, o 17:00, odbierałam Wiertkę z Lata w Mieście, zadzwonił jej ojciec z pytaniem, czy znalazłam opiekę na piątkową noc. No nie znalazłam, więc zostaję w domu z dzieckiem. Na to on odrzekł, że w takim razie mogę zostawić u niego małą i sama przenocować, bylebym wróciła do 23:00 (on idzie wtedy do pracy). 

Zostało mi niewiele czasu, by przyszykować się do przyjęcia. Zaczęłam oczywiście od poinformowania gospodyni. Kłopot był też z Wiertką, której przecież obiecałam wspólne popołudnie i która gwałtownie sprzeciwiała się zmianom planów. Małej najbardziej zależało na wyprawie do McDonalda i na lody rzemieślnicze. Przeszłyśmy się w oba miejsca i gdy wpadłam do domu, miałam godzinę na prysznic, umycie włosów, ubranie się, umalowanie, zapakowanie nam rzeczy na zmianę. Dobrze, że nie mam w zwyczaju drobiazgowego podkreślania swojej urody.

Przyjęcie było fajne, spotkałam znajomych, pogadałam. Niestety, gdy zaczęły się tańce, musiałam już wychodzić. A na serio miałam ochotę poszaleć na parkiecie. Chyba się starzeję. Do Byłego wprowadza się właśnie jego starsza córka, mogłam więc przenocować w jej łóżku. Ona bawiła się na Przystanku Woodstock.

W sobotni wieczór, poszłyśmy na przyjęcie urodzinowe AsiJot. Poszłyśmy, bo przyjęcie było "przyjazne dzieciom" i można było je zabrać. Z powodów lokalowych poprzestano na przekąskach, winie, rozmowie, grze na gitarze i śpiewie. Tańców nie było. Wiertka przez większą część wieczoru oglądała bajkę w sąsiednim pokoju, a pod koniec zrobiła coś, co określiła "rozkręceniem imprezy".

Zaczęło się niewinnie, czyli weszła pod stół, malowała obrazy, których motywem przewodnim były chipsy (świat zbudowany z chipsów) - "artystowała" (cytat z niej). Potem, w korytarzu, urządziła wernisaż i można było zakupywać obrazy płacąc chipsami. Każdy dostał talerzyk z walutą. Niektórzy swoją nieopatrznie zjedli :) Na koniec, gdy zaczął się koncert gospodyni, Wiertka tańczyła na środku pokoju - niedużego raczej - i wymyśliła, że kogo dotknie stopą, ten powinien z nią zatańczyć. I nawet dwoje biedaków musiało to zrobić. Zbliżała się 23:00 i uznałam, że to najlepsza pora, by uwolnić obecnych od mojego dziecka i pozwolić im się bawić, jak normalni, dorośli ludzie. Protestowali, co dawało argumenty do ręki mojemu dziecku, ale wyciągnęłam ją stamtąd. Wiertka lubi skupiać na sobie uwagę. Wystarczy, że jedna osoba, z kurtuazyjnej życzliwości ją poprze i jest to niczym benzyna do ogniska jej temperamentu.

W tramwaju dopytywała mnie, dlaczego musiałyśmy już iść. Tłumaczyłam, że zaczyna się noc, na przyjęciu jest alkohol, dorośli chcą porozmawiać, pośpiewać, to już nie jest miejsce dla dziecka, nawet jeśli dziecko próbuje ich rozbawić.

- Wszystkim się podobało. Tylko tobie nie. - odrzekła.

I wtedy pomyślałam sobie, że staję się dla mojego dziecka jakimś przygaszaczem, ale w jakimś stopniu powinnam być. Opiszę to później.

Zaś niedziela, to spóźnione imieniny mojego taty. Rodzinny obiad i siedzenie w ogrodzie.

Wiertka po 18:00 pojechała na dwa tygodnie wakacji z tatą.

Chwilowo mam dość życia towarzyskiego.

sobota, 07 stycznia 2017
Sałatka życiowo-macierzyńska

W tym aby ojciec Wiertki był zdrowy, miałam swój interes. Dlatego spędziłam kolejnego sylwestra z dzieckiem, bo na wieczór Trzech Króli miałam zaproszenie na fajne spotkanie towarzyskie. Mój "Sylwester" był tydzień później :)

Byłego trzymali ponad kilkanaście godzin na Izbie Przyjęć, porobili jakieś badania i wypisali z receptami po 21:00. Nie miał siły chodzić, ale wsiadł w samochód i pojechał szukać apteki całodobowej. Chyba bał się, że bóle wrócą i nie będzie mógł nic wziąć. Szpital uznał, że było to silne zatrucie, albo wirus. Następnego dnia poszedł do lekarza w przychodni i dostał skierowanie na kilka badań - być może to coś z trzustką, albo woreczkiem żółciowym.

- Tatę boli brzuch, bo niezdrowo je, nie wychodzi z domu, leni się i pali papierosa. - podsumowała Wiertka.

Wczoraj czuł się na tyle ok, że zabrał dziecko do siebie na noc.

Ja pojechałam na przyjęcie, które miało też trochę charakter balu przebierańców. Zawiozłam trochę akcesoriów Wiertki i dzięki temu dorośli chodzili ze skrzydełkami wróżki, kapeluszem maga, hełmem, czy wiankiem dziewicy ;) Poznałam trochę fajnych ludzi, pogadałam :)

W sobotę zaprowadziłam dziecko na gimnastykę korekcyjną. W ramach budżetu partycypacyjnego zorganizowano bezpłatne zajęcia dla dzieci i dorosłych. Wiertka była trochę oburzona, że jest dzień wolny, a ona musi chodzić na jakieś zajęcia. W dzień wolny się odpoczywa :)

Plusem mrozu i śniegu jest to, że można wreszcie wyjść z dzieckiem na sanki, na pobliską górkę. Byłyśmy wczoraj, dzisiaj, jutro też się wybierzemy.

niedziela, 23 października 2016
Piękna sobota

Żeby nie było, że tylko marudzę i mam problemy :)

Poszłam wczoraj na pierwsze zajęcia z gender studies. O seksualności. Tematyka super i będzie kopalnią tematów na tego bloga :)

Po zajęciach umówiłam się z kumplem na obiad. Potem poszliśmy na kawę, a wieczorem do kina na "Bridget Jones", gdzie mogłam się śmiać głośno przez dwie godziny. Film wybrałam specjalnie - chciałam w tej wilgotnej, zimnej jesieni doświadczyć, czegoś prostego, zabawnego, zwyczajnego. Kusi mnie jeszcze "Ostatnia rodzina", ale większość znajomych ma pikujący nastrój i boi się iść. Może ktoś z czytelników do mnie dołączy?

Z kina pobiegłam do koleżanki, która zwołała spontaniczne spotkanie towarzyskie przy winie.

Piękny dzień :)

czwartek, 07 lipca 2016
Towarzyski tydzień

Ten tydzień towarzyski to miał być w planach. Spotkania we wtorek, środę, czwartek. Na dwa ostatnie dni Wiertka pojechała do taty.

We wtorek, weszłam do pracy i zaczęłam kichać. Szybko doszło smarkanie, budyń w głowie. Uznałam, że to alergia. Łyknęłam proszek. Trochę pomogło. Po pracy pojechałam z Wiertką do Parku. Jedna z internetowych znajomych, sekcja śląska, przyjechała do Warszawy i my, tubylczynie, zorganizowałyśmy piknik na trawie. Niektóre przyszły z dziećmi, więc młodzi się bawili. Było miło. Nie czułam nawet zmęczenia.

Położyłam się spać i totalnie zatkało mi nos. Noc smacznie przespałam, oddychając ustami. Podejrzewam, że - jak zawsze gdy tak śpię - dopadł mnie bezdech. Równie dobrze mogłam założyć sobie foliową torebkę na twarz. Obudziłam się tak jakbym w ogóle nie spała. Zmęczona, słaniająca się na nogach, z IQ gdzieś w okolicach 80 pkt. Do pracy dowlokłam się, bo musiałam dokończyć materiały związane z przetargiem. A te musiały być sprawdzone. Potem poprawki. Potem kolejne poprawki. Potem czekanie na podpisy. Miałam wrócić do domu jak najszybciej, a tkwiłam tam półprzytomna do 14:00.

Wróciłam do domu. Padłam pod kołdrę, w ubraniu, koło 16:00. O 22:00 ocknęłam się, wzięłam prysznic, umyłam zęby, założyłam koszulę i poszłam dalej spać.

Spałam ciągiem kilkanaście godzin. I muszę przyznać, że obudziłam się w 90% zdrowa. Jakieś drobne pokasływanie, ale syrop pomaga. Pomyślałam, jak dobrym lekiem jest sen. I jak mało docenianym. Uczy się nas całe życie, że by dbać o siebie, trzeba dokonać czynnego aktu. A sen to bezmierna bierność. Czyli lenistwo, niedbalstwo. Po cholerę te wszystkie diety cud, gdy to może wystarczająca ilość snu załatwi zdrowe ciało i cofnie raka? Tylko kto na tym zarobi?

Przez większość czwartku kusiło mnie, by pojechać na spotkanie towarzyskie, które miało być wieczorem. Niby trzymam się na nogach. Gdybym nie miała dziecka, przetrwała w pracy piątek i poleżała w weekend. Jednak od jutra krążyć koło mnie będzie dziecko niczym sześćdziesiąt siedem księżyców Jowisza.

Żałowałam, że spotkanie środowe nie miało być w czwartek, bo do koleżanek literatek bym pojechała :)

Jednak wróciłam po pracy do domu. I chyba zrobiłam dobrze, bo jest 17:30, a mnie kleją się oczy.

wtorek, 14 czerwca 2016
Migawki z Polski

W tamten czwartek spotkałam się na pogaduszkach z koleżanką, która w weekend wróciła za Ocean. Ciekawe były jej spostrzeżenia, tego co tu się dzieje dookoła (choć nie ma czasu na czytanie informacji z kraju).

Najpierw spotkałyśmy się na "patelni" przy wyjściu z Metra Centrum. Tuż przed nami po prawej pikietowano za złagodzeniem ustawy antyaborcyjnej i zbierano podpisy, a po lewej agitowano za jej zaostrzeniem (tak się jakoś ze stronami porobiło). Zaś w środku stała policja, sztuk osobowych dwoje czy troje :) Ja podpisałam listę po prawej, znaczy się ideologicznie raczej lewej. Poszłyśmy się dalej, a koleżanka spytała się mnie:

- Czy też dostajesz tu na każdej wizycie u ginekologa Plan B?

Dawno już straciła kontakt z Polską :) Od razu, zarezerwowałam, przy jej kolejnej wizycie, że może te zapasy pigułki przywieźć dla mnie :) Tylko, czy amerykańskie hormony będą działać na polskie jajniki?

Odebrałyśmy Wiertkę ze szkoły i ta od razu zażyczyła sobie spacer do McDonalda. Trochę głupio zapraszać do Maca kogoś, kto wrócił z jego ojczyzny :D Koleżanka, gdy dowiedziała się, jakie jeszcze fast-foody są obok niego, była zachwycona - bo to tak super zjeść KFC w Polsce. Bo tu mięso i panierka są smaczne. Tam nie mają smaku. Generalnie, tam dla niej nic nie ma smaku, je niewiele, a tyje. Przyjeżdża do Polski, je jak noworodek, czyli co 2-3 godziny i chudnie.

Na koniec przeszłyśmy się do parku. Dziecko bawiło się na placu zabaw, a my na ławeczce gadałyśmy. I tu kolejne spostrzeżenie patrząc na bawiące się dzieci - dla niej one wszystkie wyglądają tak samo. Jasna cera, jasne włosy. Jak stado Chińczyków. 

- Gdybym zostawiła tu swoje dziecko, to bym go nie rozpoznała. Ja ich nie rozróżniam.

Można się śmieć, że przesiąknęła tą różnorodnością ras i kolorów. Po tylu latach można się przyzwyczaić. Polecam lekturę "Ukrytego wymiaru: Halla, m.in. o tym jak przestrzeń w jakiej żyjemy wpływa na postrzeganie świata. Słynne - Eskimosi znając ponad 20 określeń na śnieg, a idąc w zamieci, nas oślepiającej, wyczuwają przeszkody przed sobą. Albo prościej - moja prababka wypuszczona na trawnik przed moim blokiem, zapewne potrafiła nazwać większość tego, co rośnie, a nawet z większości przyrządzić obiad.

Ciekawie czasami spojrzeć na przestrzeń dookoła oczami kogoś innego.

poniedziałek, 30 maja 2016
Weekend NieMatki dzień 3 i 4

Dokończę opowieść o tym, jak wypoczywałam w weekend. W sobotę zaprosiłam na plenerowe piwko, na leżakach w Parku Praskim, kumpelę, która znowu zjechała z dużego miasta. Przy jej mieście Warszawa to wieś :) Co jakiś czas opisuję tu jej wizyty, ale to ten typ znajomości, gdzie nie wymieniasz maili, nie dzwonisz, nie lajkujesz na FB, spotykasz człowieka dwa razy do roku, a i tak masz wrażenie, że gadaliście wczoraj. Ona ma niewiele czasu na życie w sieci, bo praktykuje "Diabeł ubiera się u Prady" i pracuje po kilkanaście godzin na dobę, prawie dzień w dzień. Jest cień szansy na zmianę. Leżałyśmy sobie na tych leżakach, sączyłyśmy grzecznie drugie piwo żebym mogła godnie dziecko przyjąć w domu wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moje dziecko nie wyjechało wcale z ojcem na trzy dni. To znaczy, on uparcie twierdzi, że wyjechało. Zabrał je w czwartek rano - "na piątek, sobotę i niedzielę". Na trzy dni przecież. To jest człowiek, który nie tylko czas potrafi zaginać.

W toku sms-ów ustaliłam wreszcie, kiedy moje dziecko wraca, odwołałam niedzielnego grilla u ojca i brata. A następnie poszłyśmy z koleżanką na kolejne piwo, bo przecież sobotni wieczór miałam już wolny.

W niedzielę, by ukarać się za to popijanie wina w czwartek i piwa w sobotę poszłam na spacer miejski po Bródnie. Z pozoru dzielnica wydaje się młoda. Co tu pokazywać i oglądać? A jednak można fascynująco opowiadać o pomyśle z lat 60tych na zbudowanie wspaniałego skupiska osiedli. Gdzie od razu razem z blokami zaplanowano: żłobek, przedszkole, szkołę, dom kultury i przychodnię. A w środku park. Realizacja początkowo odbiegła od marzeń, ale dziś to całkiem przyjemne miejsce. Zobaczyliśmy miejsce gdzie zaczynał karierę Lech Grobelny, oraz miejsce gdzie swoją karierę z życiem jednocześnie skończył.

Spacer planował trwał dwie godziny. Ja przeszłam się jeszcze z przewodnikiem i częścią grupy obejrzeć kilka punktów ekstra - co zajęło godzinę. Plus powrót do domu. Łaziłam jakieś cztery godziny. Odpokutowałam :)

Dziecko wróciło w niedzielę po 21:00 zadowolone :)

A dziś w biurze panowała bolesna aklimatyzacja do pracy :)

piątek, 27 maja 2016
O skutkach zbyt dużej ilości tlenu

Wczoraj o 10:00 rano, rozpoczęłam Weekend NieMatki. Dziecko wsiadło do samochodu ojca i pojechało, odbierając po drodze dziewczynę taty z jej córką, aż ku Leśnej Dolinie. O tym, że Leśnej i Dolinie dowiedziałam się dziś z sms-a i to nie od Byłego. Ja wsiadłam do samochodu znajomych i pojechaliśmy do Zalesia Górnego.

Niewiele jest miejsc w kraju, gdzie kościół katolicki mieści się przy ulicy Leśnych Boginek, więc należy to zapamiętać. Leśny Boginkom dali widocznie spokój. Nie to co Róży Luksemburg. W sumie cieszę się - niedoceniany wróg, to silny wróg ;)

Babski dzień, spędzony w ogrodzie w stylu mocno angielskim. Mocno angielskim, bo od kilku lat nikt im się nie zajmował i nie było jeszcze okazji go skosić. Wyglądał super. Domek letni jeszcze z czasów dwudziestolecia międzywojennego, tak klimatyczny, że aż się chce pisać historie w stylu Edgara Allana Poe. Ale to ja tak mam. Miałyśmy pisać, coś tworzyć, ale czas tak galopował. Ani się obejrzałam, a minął cały dzień.

Kilka z nas przespacerowało się po okolicy. Miasto zanurzone w lesie lub las zanurzony w miasto. Nie wiem, jak tam jest zimą, ale w maju nie chce się stamtąd wyjeżdżać. Mam też refleksję po naszym rozmowach, właśnie o takim domu za miastem. Temat kręcił się wokół tego, że fajnie byłoby mieć takie miejsce, na weekendowy wyjazd, odpoczynek.

Jestem zwierzęciem miejskim. Spodobał mi się cytat z Marii Czubaszek (ostatnio wysypało nimi z wiadomych względów), że nie ma ona ciekawości świata, wszystko czego potrzebuje ma tu w Warszawie. Dotąd myślałam, że tylko ze mną jest coś nie tak, ale jest nas minimum dwie :) Przechodziła mi przez głowę myśl, że dobrze jest odetchnąć w zieleni, ciszy za miastem. Patrzeć na drzewa, krzewy, trawę i słuchać krzyku bażanta, czy co tam się nie kotłuje za płotem. Jednak przychodzi weekend i wpada mi w oko informacja o jakiś wydarzeniach, piknikach, koncertach w parkach. Mogłoby się okazać, że do tej swojej Arkadii nie miałabym czasu dotrzeć. W dodatku, taka działka, ogród to praca - skosić, wypielić, posadzić. Wiosną uporządkować, ogrzać pomieszczenia. Jesienią uporządkować, zabezpieczyć przed zimą. I nie można tego odłożyć na "jak będę miała chwilę". Zima nie poczeka. Jak czytam czasem wpisy posiadających ogrody, to robi mi się słabo. Własnego mieszkania nie mogę wysprzątać, a tu nowy obowiązek na głowie. Moja sąsiadka, miła kobieta, a co weekend wyjeżdża do domku z ogrodem gdzieś w okolicach Nowego Dworu Mazowieckiego. Nigdy nie ma szansy zostać tu w Warszawie. Tak mi jej szkoda. Bo dla mnie byłby to obowiązek. Nie spotkasz się ze znajomymi, nie zobaczysz ciekawych rzeczy. Jej zapewne szkoda mnie :D

Jest jeszcze inna opcja, która przyszła mi do głowy wczoraj. Pod wpływem zbyt dużej ilości tlenu, naporu drzew iglastych i haju od ciszy :) Wspólny domek letniskowy - dzieli się go z kilkoma osobami, wpada wtedy kiedy ma się ochotę, kilka razy do roku, dzieli kosztami opieki nad posesją i robi dyżury, kto i kiedy co kosi. Pomysł zapewne mało kogo interesuje, bo ludzie lubią mieć coś na własność, tylko dla siebie, urządzone pod siebie.

Do domu wróciłam wczoraj o 19:00. Rzeczywiście musiałam zażyć dużej dawki tlenu, bo zjadłam kolację, wzięłam prysznic i o 21:00 spałam jak niemowlę.

A dziś dzień kanapowania w ciszy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9
Tagi