To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Praska Ferajna

środa, 20 września 2017
Spacer po dawnym letnisku

Wczoraj miałam apogeum swojego złoszczenia i dziś obudziłam się spokojniejsza. Nadal jednak czuję, że straciłam serce do szkoły. Piszę tak tutaj, bo przecież nie nakrzyczę na dziecko, nie będę chodzić po domu i warczeć. A złość jest. Na szczęście, wiem jaka jest wewnętrzna przyczyna tej emocji, co jest tego źródłem i potrafię mniej więcej sobie wyliczyć, kiedy to minie. A jak wiesz, że zaraz minie, to po prostu starasz się doczekać bez szkód. Kiedyś było inaczej. Miotałam się, odreagowywałam. To jest trochę, jak u niemowlęcia – gdy czuje głód, to myśli, że tak było od zawsze i tak będzie zawsze, więc reaguje adekwatnie.

Żeby odejść na chwilę od tematu dziecka :)

W sobotę byłam na fajnym spacerze miejskim, po warszawskiej Falenicy. Podobał mi się już nie koniecznie ze względu na tematykę, ale przez to, że to przepiękna okolica, najbardziej chyba zielona, zanurzona w lesie dzielnica miasta (Falenica jest jej częścią). Po prostu fajnie było tak chodzić i oglądać różne artefakty :) Na jednej z ulic, ktoś rozpalił jesienne ognisko w ogrodzie i ten zapach w powietrzu, inaczej już padające światło, a pod koniec lekka szarówka, przypomniały mi czasy mojego dzieciństwa. Poczułam zmysłowo tamten czas. Grabiło się ogród, robiło kopczyk z pierwszych liści, patyków, papieru – śmierdzącego plastiku nie było, bo takie opakowania były rzadkie – i rozpalało ognisko. Uwielbiałam tak siedzieć i przyglądać się ogniowi. Robili tak inni sąsiedzi i cała okolica pachniała dymem z ognisk. Tak pachniała jesień. Wczesną wiosną było analogicznie, tyle, że – dla mnie – inaczej pachnie dym w ciepławym jeszcze powietrzu po lecie, inaczej w ledwo odmrożonym po zimie. Inaczej pachniała jesień, inaczej pachniała wczesna wiosna.

Wiem, dziś można za to dostać mandat.

Wracając do spaceru. Tematem była historia przedwojenna, wojenna i powojenna okolicy, a trasa obejmowała tylko jej część. Nie można było tego zrobić chronologicznie, tylko najwygodniej logistycznie, po możliwie krótkiej trasie. Dlatego raz była anegdotka z przełomu XIX i XX wieku, potem historia żydowska i przejście do PRL-owskiego obiektu. Dla mnie najciekawsze były początki. Linia kolejowa, którą dziś sporo ludzi jeździ do pracy, z taką trasą istnieje dopiero od lat 30tych XX wieku. Wcześniej, w Falenicy była stacja, ale najbliższa wcześniejsza to była dopiero… Warszawa Gdańska. Istniała też kolejka z Jabłonny do Karczewa, poprzez Warszawę Most (przy moście Kierbedzia). Dziś tory zostały zasypane, gdzieniegdzie wychodzą spod piachu, a budyneczek dworca jest małym zabytkiem.

Zrobię dygresję związaną z ową kolejką. W czasie II wojny światowej przewożono nią nielegalnie mięso świń – Karczew zwano Świniakowem. Oczywiście, Niemcy robili łapanki – zamykali barykadą okolice którejś ze stacji i przeszukiwali wszystkich. Wtedy, ze stacji wysyłano na rowerze gońca, który miał określony sygnał ustalony z maszynistami. Ci, widząc sygnał, gwizdali trzy razy. Z pasażerów, kto wiedział, ten widział, o co chodzi. Parowóz zwalniał, puszczał spory obłok pary i zainteresowani wyskakiwali.

Jeszcze do lat 80tych XIX wieku, Wawer to były lasy. Dopiero wtedy, w zakolu rzeki Świder (dziś to jest bliska okolica pod Warszawą), została przez Elwiro Andriolliego zakupiona i podzielona na działki ziemia. Dekadę później, było tam 40 letnisk, ale po I wojnie światowej, ich liczba zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie. W dwudziestoleciu międzywojennym była to okolica letniskowa. Z rzadka mieszkano tam zimą, zjeżdżano na lato. Stałymi mieszkańcami byli Żydzi – w czasie II wojny światowej, część Falenicy zajęło getto, potem zlikwidowane, a mieszkańcy wywiezieni do obozów. Przewodnik pokazał nam fajny reprint przedwojennego folderu reklamowego. W formie książeczki – reklamy, ogłoszenia pensjonatów, domów wynajmujących pokoje.

Typowe stałe zasiedlenie na stałe, często zamieniając świdermajery na domy komunalne, to czasy powojenne. Świdermajery to temat na oddzielny spacer (były takie), oddzielne opowieści. Strasznie żal, że te budynki niszczeją i płoną :( Spacer trwał trzy godziny, przeszliśmy prawie pięć kilometrów. Wróciłam do domu, mocno zmęczona, ale takim fajnym zmęczeniem. Z uczuciem, że zrobiłam coś ciekawego.

piątek, 18 sierpnia 2017
Miejskie wędrówki

Chciałam się jeszcze podzielić zaległymi refleksjami nad dwoma spacerami miejskimi. O zwiedzaniu Placu za Żelazną Bramą, czyli Warszawy, której już nie ma pisałam. Spacer zakończył się opowieścią o osiedlu Za Żelazną Bramą – jego genezie, budowie. I ironii losu – w 1972 roku wysadzono w Stanach Zjednoczonych skupisko bloków inspirowane marzeniami Corbusiera. Od tego momentu datowano zakończenie modernizmu w architekturze. Traf chciał, że w Polsce modernizm akurat zaczął się rozpędzać – Targówek, Bródno, osiedle za Żelazną Bramą, potem Ursynów. Taki los.

 

Architektonicznie los zatacza koło. Corbusier planował swoje jednostki mieszkaniowe patrząc na dynamicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny i zwiększającą się ilość samochodów. Miasta po których jeździły karety, bryczki, to nie były dobrze przygotowane miejsca na ruch samochodowy. Trzeba było je odpowiednio zaprojektować od nowa. Czyli stworzyć siatkę ulic, gdzie spotykały się one pod kątem prostym. Żadnych zakrętów, zawijasów. Mija jeden wiek z drobnym hakiem i okazuje się, że ponownie przemysł motoryzacyjny zaczyna wpływać na rozwój miasta. Tym razem od drugiej strony. Miasta są zakorkowane, zasmrodzone. Rozpoczęto projektować je tak, by zniechęcić kierowców do poruszania się po centrach – płatne parkingi, ale także by zachęcić ich do korzystania z komunikacji miejskiej – parkingi pod miastem typu Park & Ride. Czas będzie płynąć, a miasto za sto lat ponownie nie będzie już przypominało tego, które znamy.

A w ostatnią niedzielę byłam na spacerze miejskim po Utopijnym Ursynowie. Miałam do tego zdystansowany stosunek. Bo dla mnie ta dzielnica ciągle kojarzy się z blokowiskiem z cytatów z Balcerkowej. Pomyślałam nawet żartobliwie, czy za trzydzieści lat ktoś nie będzie oprowadzał ludzi po osiedlach Zielonej Białołęki, bo staną się dowodem na szlachetne idee architektury.

Przewodnik okazał się być pasjonatem Ursynowa, zakochanym w nim i potrafił pokazać go jak piękną, choć w młodości nieznośną kobietę. I rzeczywiście, spacerując pomiędzy blokami, widzę tę zieleń, spokój i sielankę. Czas zdecydowanie działał na korzyść Ursynowa, który stał się taką Monicą Belluci wśród dzielnic J Interesujące jest to – i utopijne już wtedy – że na etapie planowania osiedla zaproszono do konsultacji nie tylko architektów, ale także innych specjalistów z dziedzin związanych z życiem społecznym. Nie chodziło tylko o zgarnięcie kasy za grunt – miasto, i mieszkania – deweloper, ale stworzenie miejsca do dobrego życia. Kto dziś się tym przejmuje? Przypomniało mi się też, że architektom zależało, aby nie była to dzielnica „stempelkowa”, jak np. Bródno, gdzie ulice przecinają się pod kątem prostym i ma się takie prostokąty z koloniami bloków w środku. Na Ursynowie uliczki miały się snuć. Każdy kto próbował choć raz znaleźć jakiś adres na Ursynowie, zapewne ciepło wspomina pomysł architektów :)

 

wtorek, 01 sierpnia 2017
Od Placu Żelaznej Bramy do pogromu alfonsów

Będzie teraz o niedzielnym spacerze miejskim. Dziecko wyjechało, a ja chciałam wykorzystać piękną pogodę. Tak, upały jeszcze mnie nie zniechęciły. Po ostatnich tygodniach, grilluję się niczym fiński drwal na urlopie zdrowotnym (podobno, w niektórych krajach skandynawskich urlop w słonecznym miejscu, to zalecenie lekarskie, może nawet na receptę i refundowane).

 

Odpadł spacer do parku, by posiedzieć na ławeczce i poczytać książkę. Kiedyś często to robiłam w sezonie wiosenno-letnim,. Odkąd po kilka godzin kibluję na placach zabaw, na myśl o tej formie wypoczynku trochę mną wstrząsa. Nie o czytanie chodzi, raczej o tkwienie bez ruchu w pięknych okolicznościach przyrody.

Dlatego wybrałam się na spacer miejski po okolicach Placu za Żelazną Bramą. Przewodnik oprowadzał nas w kwartale pomiędzy Marszałkowską, Grzybowską, Aleją Jana Pawła II, a Elektoralną. Trudny był to spacer, bo chodziliśmy po mieście, którego od dawna już nie ma – mieście przełomu XIX i XX wieku. Przewodnik pokazywał nam stare mapy, zdjęcia, rysunki. Można było przymknąć oczy i wyobrażać sobie. Nawiązując do upału – na szczęście niemal wszystkie przystanki były w cieniu.

Wstyd przyznać, ale mieszkam w Warszawie, tyle słyszałam o osiedlu za Żelazną Bramą, ale nigdy nie miałam pojęcia skąd właśnie taka nazwa. A brała się od autentycznej Żelaznej Bramy. Kiedyś Ogród Saski był o wiele bardziej rozleglejszy – wychodził kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód . Ulica Marszałkowska kończyła się właśnie na tym ogrodzie, a po drugiej stronie był Plac Bankowy. Od zachodniej strony do ogrodu wchodziło się prze żelazną bramę, a przed nią na placu były punkty handlowe. Na początku XX wieku bramę cofnięto do, mniej więcej, punktu pomiędzy dwiema jezdniami dzisiejszej Marszałkowskiej. Zaś, na tym odcinku, tranzyt północ – południe odbywał się ulicą Graniczną, wtedy dość szeroką, pełną samochodów, zabudowaną budynkami. A dziś to wąska wewnętrzna uliczka pomiędzy blokami, przypominająca parking. Mocno się to wszystko zmieniło.

Nie będę opowiadać o wszystkim punktach wycieczki. Zainteresowało mnie zatrzymanie się na nie istniejącym dziś już odcinku ul. Krochmalnej. W tej chwili jest tam Park Mirowski – uroczy zakątek z trawnikami, drzewami, ławkami. Zaś sto lat temu były w tym miejscu biedne, żydowskie kamienice z wychodkami w podwórzu, gdzie można było zaznać kontaktu ze szczurami przemykającymi się pomiędzy nogami i ponad głową. Gdzie nie trudzono się wywalać śmieci do specjalnie stworzonych miejsc, tylko czasem po prostu na schody. Gdzie działała spora ilość domów publicznych. Takich zapewne nisko budżetowych. Oraz, gdzie w 1905 roku odbył się… pogrom alfonsów :) Otóż lewicowi żydowscy działacze z Bundu byli oburzeni tym, że prostytucję łączy się ze środowiskiem żydowskim. Postanowili oczyścić szeregi z osób działających na szkodę reputacji. Bójki na Krochmalnej nazwano „pogromem alfonsów” – kilka osób zostało zabitych, sto było rannych. Obawiam się, że prostytucji nie zwalczono.

Wycieczka rozpoczęła się w miejscu, gdzie stała żelazna brama i po dwóch i pół godziny wróciła do tego samego punktu, by przewodnik mógł opowiedzieć krótko o Osiedlu za Żelazną Bramą. Ale o tym będzie w innym wpisie :)

 

niedziela, 11 września 2016
Weekendowo

Sobotni wieczór to wyjście na koncert. Koncert był po sąsiedzku, w Ogrodach Ząbkowskiej. Grał i śpiewał Limboski. Nie znałam go wcześnie, ale namówił mnie kolega, z którym byłam. Mam ochotę wrócić do słuchania muzyki, a by słuchać trzeba coś znaleźć. Limboski ma głos Maleńczuka, ale muzycznie i tekstowo jest bardziej w rejonach "Raz dwa trzy". Fajnie spędzony wieczór.

W niedzielę wybrałam się na spacer miejski po warszawskim Aninie. Dawno nie byłam w tych rejonach prawobrzeżnej Warszawy. Okolica cudowna - domy jednorodzinne zatopione w lasach. Cała ta dzielnica jest tak klimatyczna - sokramka potwierdzi, jako tubylczyni :) Jestem człowiekiem blokowiska, betonu i miejskich atrakcji, ale taki spacer potrafi człowieka złamać :) Odwiedziliśmy dom, w którym bywał i mieszkał ksiądz Jan Twardowski. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć tylko pamiątkowy kamień przed posesją, ale wyszła do nas gospodyni, opowiedziała o księdzu, zaprowadziła do ogrodu, gdzie jest wystawa zdjęć mu poświęconych. Z innych ciekawych miejsc - widzieliśmy dawny dom Tuwima, wcześniej przedszkole, a w latach 90tych miejsce tragicznej zbrodni na małżeństwie Jaroszewiczów. Hipotetyczne miejsce, gdzie mieszkał Gałczyński. Oglądaliśmy też świdermajery, które ocalały - nie spłonęły, nie rozpadły się lub nie zostały rozebrane. Piękne, charakterystyczne dla tej okolicy (linia otwocka) budynki mieszkalne. Czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Są takie, które przy wkładzie finansowym i determinacji nowych właścicieli są tak atrakcyjne jak niemal wiek temu, gdy je budowano. Równie fascynujące architektonicznie są nowo wybudowane wille, stylizowane na modernizm.

Oprócz tego, trochę posprzątałam, trochę po odpoczywałam. I tak minął weekend bez dziecka :)

niedziela, 16 sierpnia 2015
Po praskich knajpach

Zmieniły się moje plany na weekend i okazało się, że sobotę mam wolną. Trafiłam też na info, że Praska Ferajna będzie prowadzić spacer szlakiem praskich knajp. Tylko tak głupio iść tam samej. Przez chwilę szukałam jakiejś osoby do towarzystwa, ale w końcu odpuściłam. Pomyślałam, że jeśli idziesz z parawanem w postaci koleżanek, to nikogo nie poznasz. Idąc sama nie będę miała wyjścia. Oczywiście, nie żebym miała ciśnienie, że na pewno coś mi się na tym spacerze trafi :D

Dygresja. Spacer był biletowany. Trzeba było przynieść na miejsce zbiórki potwierdzenie przelewu. Od czego ma się nowoczesny telefon. I tu szybko zrozumiałam, dlaczego np. sokramka na dźwięk firmy, która wyprodukowała mój aparat, sama wyprodukowała nieładne komentarze. Dobrze, że zajęłam się tym przed wyjściem z domu. Nie mogłam otworzyć załącznika w mailu, bo musiałam najpierw zainstalować ze sklepu program. Ok. Nie mogłam zainstalować dopóki nie założę konta w pewnym M. Poklęłam pod nosem, ale ok. Zajęło to kilka minut, logowań na pocztę. Aż i tak okazało się, że jeszcze muszę zrobić jakiś "program rodzicielski" na tym koncie. Co??? Ja muszę już wyjść z domu. Zapewne to dlatego, że podałam lipną datę urodzenia i jestem niemowlęciem. Ostatecznie, niczym blondynka, zrobiłam zdjęcie potwierdzenia na ekranie monitora komputera :D

Tak na prawdę, spacer był dla mnie bardziej elementem towarzyskim, nie poznawczym. Ta trasa (będzie jeszcze spacer numer 2 po Nowej Pradze) prowadziła po Szmulowiznie, a te knajpy to ja znam. Było kilka historycznych anegdotek (np. o Wincentym Andruszkiewiczu i jego "U Marynarza" na Brzeskiej) . Niestety, Praga, to miejsce gdzie nie zachował się ani jeden historyczny lokal. Wszystko co działa, ma najwyżej dekadę. W ramach spaceru były także przystanki w knajpach i konsumpcja w ramach biletu. Najpierw posiedzieliśmy w "Skamiejce", gdzie zjadłam trochę solianki i wypiłam cydr słowiański o smaku aronii (mają jeszcze agrestowe, malinowe, truskawkowe). Pyszny, orzeźwiający i nieźle mocny - 7,5%. A mój towarzysz ze stolika opowiedział mi i swojej podróży koleją transyberyjską i dał do spróbowania lemoniady estragonowej (potwornie słodka, zielona i intensywnie ziołowa). Pogadałam sobie też z jednym z przewodników, który zaczyna mnie rozpoznawać na tych spacerach.

Potem reszta spaceru i kilka historyjek. Końcowym przystankiem była "Retro Praga", gdzie można się było poczęstować setką wódki lub mały piwem oraz kanapeczkami ze śledzikiem. Miał tam być też koncert kapeli praskiej. Jednak tego wieczoru był mecz Legii i wydarzenie to było raczej nienegocjowalne ze stałymi bywalcami. Panowie byli bardziej rozłożyści niż wysocy, podgoleni, mocno wytatułowani, a jeden miał pięć zębów - wszystkich razem. Koncert był, ale przed meczem, w przerwie i po meczu :) Trochę napiłam się piwa, pogadałam z jedną z pań i grubo po 22:00 zmyłam się do domu. Mecz się skończył i bywalcy zaczęli zauważać kobiety w sąsiedztwie. 

Na przystanku natknęłam się na kilka młodych dziewczyn robiących sobie selfi z kija. Pierwszy raz zobaczyłam to urządzenie i zrozumiałam, że to nie jaja, ludzie na serio tego używają. Dziewczęta miały wydekoltowane, sukienki tak krótkie, że doskonale umożliwiały wentylację warg sromowych. Wybierały się na wieczór panieński. Chyba jestem już stara. Po nie przyjechała limuzyna, po mnie autobus 170. Wieczór był piękny, posiedziałam sobie jeszcze przed blokiem na murku.

Zdjęć nie będzie, bo aparat został z dzieckiem w górach.

Tagi