To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Praska Ferajna

poniedziałek, 15 stycznia 2018
Dworce, których nie ma, czyli Weekend NieMatki cz. 2

Teraz czas na refleksje po wczorajszym spacerze miejskim. Zapobiegawczo, ubrałam się ciepło, choć czułam się idiotycznie. Nie lubię mieć na sobie wielu warstw. Okazało się, że i to jest za mało. Po godzinie, w połowie spaceru, wymiękłam, ale akurat weszliśmy pod dach Dworca Wschodniego i namagazynowałam ciepła. Zapamiętam jednak moje wcześniejsze stwierdzenie, że zimowymi spacerami piekło jest wybrukowane. Szybko się na kolejny, w tej temperaturze, nie zdecyduję. 

Tematem przewodnim spaceru był Dworzec Terespolski, poprzednik dzisiejszego Dworca Wschodniego. Widziałam go na zdjęciach - piękny, klasyczny, dostojny, elegancki. Dziś został z niego jeden zabrudzony, zniszczony kawałek budynku, w którym mieści się skup złomu. Brawo PKP. Chylę czoła.

Spotkanie i opowieść przewodnik rozpoczął od pokazania nam na mapach, jakie były plany związane z linią średnicową. Pod koniec XIX wieku, na prawym brzegu bieg torów kończył się na dwóch dworcach - Terespolskim i Petersburskim. W dodatku były to tory o rozstawie rosyjskim. Na lewym brzegu linia kolejowa, o torach europejskich, urywała się na Dworcu Wiedeńskim. Wisła była symboliczną granicą pomiędzy Azją a Europą ;) Dodam tylko, że była linia kolejowa obwodnicowa, okrążające Warszawę - jej pozostałości to tory idące od Dworca Gdańskiego. Wtedy to było okrążenie miasta :) Już wtedy planowano, że dworce trzeba mostem połączyć. I jakoś poprowadzić w tkance miejskiej. Jeden z projektów planował poprowadzenie torów Saską Kępą i potem wzdłuż Wisły. Po I wojnie światowej myślano także by połączyć, puszczając pociągi Mostem Kierbedzia, Dworzec Petersburski (dziś Warszawa Wileńska) z Dworcem Głównym. Pomyślałam sobie, jak wyglądałaby Praga, życie podwarszawskich miasteczek, gdyby to linia kolejowa z Wołomina, Tłuszcza miała bezpośrednie połączenie z centrum Warszawy, a ci z Otwocka, czy Sulejówka mieli urwane tory na Dworcu Terespolskim (który zapewne nie zostałby nazwany Warszawą Wschodnią).

Stało się inaczej. Pomiędzy latami 1921-1933 zbudowano linię średnicową nad Wisłą. Już wtedy okazało się, że dotychczasowy dworzec jest zbyt blisko rzeki, nasyp kolejowy nachodzi na niego i trzeba przesunąć perony. Te perony istnieją do dziś, a wiaty na nich są autentyczne z dwudziestolecia międzywojennego. To perony 1-5 (podróże dalekobieżne) Dworca Wschodniego (perony 6 i 7, dla podróży podwarszawskich powstały po II wojnie). Sam Dworzec Wschodni z prawdziwego zdarzenia wybudowano w 1969 roku i wtedy uznano go za najnowocześniejsze rozwiązanie architektoniczne roku. Lata biegły, dekady mijały i gdy ja do pamiętałam z lat 80 i 90 tych XX wieku, był to twór na wskroś archaiczny, wschodni, trochę wstydliwy. Zaś w 2008 roku wygrał plebiscyt na najbrzydszy budynek w mieście. Uratowało go Euro 2012, bo z tej okazji został totalnie wyremontowany. Na szczęście, z zachowaniem pierwotnych założeń i rozwiązań architektonicznych. Przewrotnie - choć poprzedni budynek był brzydki i brudny, to żegnano go z żalem i nostalgią. Mnie osobiście było tamtego klimatu szkoda. Pamiętam, że gdy patrzyłam na ten wyremontowany dworzec, czułam się jakbym patrzyła na ciotkę po botoksie, liposukcji i powiększeniu biustu. Niby ona, ale jakby ktoś obcy :)

Przy okazji trafiliśmy pod jeden z najbardziej ukrytych adresów, czyli Kijowska 22. W życiu bym nie powiedziała, że taki numer istnieje i coś tam stoi - za dworcem, tuż przy torach i domkach działkowych. Teraz, gdy przebito obwodnicę, jest już lepiej widoczny. Kiedyś, kiedy ciągnęły się tu głównie działki, nie było szans. Sam budynek należy chyba do kolei i są tam jakieś pomieszczenia gospodarcze.

Dowiedziałam się także, że na mojej Szmulowiźnie, oprócz kilku kamienic, na obszarze od torów terespolskich do petersburskich ciągnęły się warsztaty, hale, budynki gospodarcze, wszystko związane z koleją. Po wojnie, w latach 70 i 80 tych stanęły na ich miejscu osiedla z wielkiej płyty.

Ze smutkiem patrzę jak burzy się niektóre budynki na Pradze, stawia na ich miejscu nowe udające te stare, tylko po to by sprzedać tam mieszkania po 12 tys za metr. Bo dzielnica się zmienia, bo traci dawny charakter. Jednak to samo działo się te czterdzieści lat temu. Gdy burzono te warsztaty, dziwne składowiska by mogły wyrosnąć mieszkania, takie jak moje. A za pięćdziesiąt lat ktoś zorganizuje spacer miejski śladami budowy drugiej linii metra :)

środa, 20 września 2017
Spacer po dawnym letnisku

Wczoraj miałam apogeum swojego złoszczenia i dziś obudziłam się spokojniejsza. Nadal jednak czuję, że straciłam serce do szkoły. Piszę tak tutaj, bo przecież nie nakrzyczę na dziecko, nie będę chodzić po domu i warczeć. A złość jest. Na szczęście, wiem jaka jest wewnętrzna przyczyna tej emocji, co jest tego źródłem i potrafię mniej więcej sobie wyliczyć, kiedy to minie. A jak wiesz, że zaraz minie, to po prostu starasz się doczekać bez szkód. Kiedyś było inaczej. Miotałam się, odreagowywałam. To jest trochę, jak u niemowlęcia – gdy czuje głód, to myśli, że tak było od zawsze i tak będzie zawsze, więc reaguje adekwatnie.

Żeby odejść na chwilę od tematu dziecka :)

W sobotę byłam na fajnym spacerze miejskim, po warszawskiej Falenicy. Podobał mi się już nie koniecznie ze względu na tematykę, ale przez to, że to przepiękna okolica, najbardziej chyba zielona, zanurzona w lesie dzielnica miasta (Falenica jest jej częścią). Po prostu fajnie było tak chodzić i oglądać różne artefakty :) Na jednej z ulic, ktoś rozpalił jesienne ognisko w ogrodzie i ten zapach w powietrzu, inaczej już padające światło, a pod koniec lekka szarówka, przypomniały mi czasy mojego dzieciństwa. Poczułam zmysłowo tamten czas. Grabiło się ogród, robiło kopczyk z pierwszych liści, patyków, papieru – śmierdzącego plastiku nie było, bo takie opakowania były rzadkie – i rozpalało ognisko. Uwielbiałam tak siedzieć i przyglądać się ogniowi. Robili tak inni sąsiedzi i cała okolica pachniała dymem z ognisk. Tak pachniała jesień. Wczesną wiosną było analogicznie, tyle, że – dla mnie – inaczej pachnie dym w ciepławym jeszcze powietrzu po lecie, inaczej w ledwo odmrożonym po zimie. Inaczej pachniała jesień, inaczej pachniała wczesna wiosna.

Wiem, dziś można za to dostać mandat.

Wracając do spaceru. Tematem była historia przedwojenna, wojenna i powojenna okolicy, a trasa obejmowała tylko jej część. Nie można było tego zrobić chronologicznie, tylko najwygodniej logistycznie, po możliwie krótkiej trasie. Dlatego raz była anegdotka z przełomu XIX i XX wieku, potem historia żydowska i przejście do PRL-owskiego obiektu. Dla mnie najciekawsze były początki. Linia kolejowa, którą dziś sporo ludzi jeździ do pracy, z taką trasą istnieje dopiero od lat 30tych XX wieku. Wcześniej, w Falenicy była stacja, ale najbliższa wcześniejsza to była dopiero… Warszawa Gdańska. Istniała też kolejka z Jabłonny do Karczewa, poprzez Warszawę Most (przy moście Kierbedzia). Dziś tory zostały zasypane, gdzieniegdzie wychodzą spod piachu, a budyneczek dworca jest małym zabytkiem.

Zrobię dygresję związaną z ową kolejką. W czasie II wojny światowej przewożono nią nielegalnie mięso świń – Karczew zwano Świniakowem. Oczywiście, Niemcy robili łapanki – zamykali barykadą okolice którejś ze stacji i przeszukiwali wszystkich. Wtedy, ze stacji wysyłano na rowerze gońca, który miał określony sygnał ustalony z maszynistami. Ci, widząc sygnał, gwizdali trzy razy. Z pasażerów, kto wiedział, ten widział, o co chodzi. Parowóz zwalniał, puszczał spory obłok pary i zainteresowani wyskakiwali.

Jeszcze do lat 80tych XIX wieku, Wawer to były lasy. Dopiero wtedy, w zakolu rzeki Świder (dziś to jest bliska okolica pod Warszawą), została przez Elwiro Andriolliego zakupiona i podzielona na działki ziemia. Dekadę później, było tam 40 letnisk, ale po I wojnie światowej, ich liczba zwiększyła się ponad dziesięciokrotnie. W dwudziestoleciu międzywojennym była to okolica letniskowa. Z rzadka mieszkano tam zimą, zjeżdżano na lato. Stałymi mieszkańcami byli Żydzi – w czasie II wojny światowej, część Falenicy zajęło getto, potem zlikwidowane, a mieszkańcy wywiezieni do obozów. Przewodnik pokazał nam fajny reprint przedwojennego folderu reklamowego. W formie książeczki – reklamy, ogłoszenia pensjonatów, domów wynajmujących pokoje.

Typowe stałe zasiedlenie na stałe, często zamieniając świdermajery na domy komunalne, to czasy powojenne. Świdermajery to temat na oddzielny spacer (były takie), oddzielne opowieści. Strasznie żal, że te budynki niszczeją i płoną :( Spacer trwał trzy godziny, przeszliśmy prawie pięć kilometrów. Wróciłam do domu, mocno zmęczona, ale takim fajnym zmęczeniem. Z uczuciem, że zrobiłam coś ciekawego.

piątek, 18 sierpnia 2017
Miejskie wędrówki

Chciałam się jeszcze podzielić zaległymi refleksjami nad dwoma spacerami miejskimi. O zwiedzaniu Placu za Żelazną Bramą, czyli Warszawy, której już nie ma pisałam. Spacer zakończył się opowieścią o osiedlu Za Żelazną Bramą – jego genezie, budowie. I ironii losu – w 1972 roku wysadzono w Stanach Zjednoczonych skupisko bloków inspirowane marzeniami Corbusiera. Od tego momentu datowano zakończenie modernizmu w architekturze. Traf chciał, że w Polsce modernizm akurat zaczął się rozpędzać – Targówek, Bródno, osiedle za Żelazną Bramą, potem Ursynów. Taki los.

 

Architektonicznie los zatacza koło. Corbusier planował swoje jednostki mieszkaniowe patrząc na dynamicznie rozwijający się przemysł motoryzacyjny i zwiększającą się ilość samochodów. Miasta po których jeździły karety, bryczki, to nie były dobrze przygotowane miejsca na ruch samochodowy. Trzeba było je odpowiednio zaprojektować od nowa. Czyli stworzyć siatkę ulic, gdzie spotykały się one pod kątem prostym. Żadnych zakrętów, zawijasów. Mija jeden wiek z drobnym hakiem i okazuje się, że ponownie przemysł motoryzacyjny zaczyna wpływać na rozwój miasta. Tym razem od drugiej strony. Miasta są zakorkowane, zasmrodzone. Rozpoczęto projektować je tak, by zniechęcić kierowców do poruszania się po centrach – płatne parkingi, ale także by zachęcić ich do korzystania z komunikacji miejskiej – parkingi pod miastem typu Park & Ride. Czas będzie płynąć, a miasto za sto lat ponownie nie będzie już przypominało tego, które znamy.

A w ostatnią niedzielę byłam na spacerze miejskim po Utopijnym Ursynowie. Miałam do tego zdystansowany stosunek. Bo dla mnie ta dzielnica ciągle kojarzy się z blokowiskiem z cytatów z Balcerkowej. Pomyślałam nawet żartobliwie, czy za trzydzieści lat ktoś nie będzie oprowadzał ludzi po osiedlach Zielonej Białołęki, bo staną się dowodem na szlachetne idee architektury.

Przewodnik okazał się być pasjonatem Ursynowa, zakochanym w nim i potrafił pokazać go jak piękną, choć w młodości nieznośną kobietę. I rzeczywiście, spacerując pomiędzy blokami, widzę tę zieleń, spokój i sielankę. Czas zdecydowanie działał na korzyść Ursynowa, który stał się taką Monicą Belluci wśród dzielnic J Interesujące jest to – i utopijne już wtedy – że na etapie planowania osiedla zaproszono do konsultacji nie tylko architektów, ale także innych specjalistów z dziedzin związanych z życiem społecznym. Nie chodziło tylko o zgarnięcie kasy za grunt – miasto, i mieszkania – deweloper, ale stworzenie miejsca do dobrego życia. Kto dziś się tym przejmuje? Przypomniało mi się też, że architektom zależało, aby nie była to dzielnica „stempelkowa”, jak np. Bródno, gdzie ulice przecinają się pod kątem prostym i ma się takie prostokąty z koloniami bloków w środku. Na Ursynowie uliczki miały się snuć. Każdy kto próbował choć raz znaleźć jakiś adres na Ursynowie, zapewne ciepło wspomina pomysł architektów :)

 

wtorek, 01 sierpnia 2017
Od Placu Żelaznej Bramy do pogromu alfonsów

Będzie teraz o niedzielnym spacerze miejskim. Dziecko wyjechało, a ja chciałam wykorzystać piękną pogodę. Tak, upały jeszcze mnie nie zniechęciły. Po ostatnich tygodniach, grilluję się niczym fiński drwal na urlopie zdrowotnym (podobno, w niektórych krajach skandynawskich urlop w słonecznym miejscu, to zalecenie lekarskie, może nawet na receptę i refundowane).

 

Odpadł spacer do parku, by posiedzieć na ławeczce i poczytać książkę. Kiedyś często to robiłam w sezonie wiosenno-letnim,. Odkąd po kilka godzin kibluję na placach zabaw, na myśl o tej formie wypoczynku trochę mną wstrząsa. Nie o czytanie chodzi, raczej o tkwienie bez ruchu w pięknych okolicznościach przyrody.

Dlatego wybrałam się na spacer miejski po okolicach Placu za Żelazną Bramą. Przewodnik oprowadzał nas w kwartale pomiędzy Marszałkowską, Grzybowską, Aleją Jana Pawła II, a Elektoralną. Trudny był to spacer, bo chodziliśmy po mieście, którego od dawna już nie ma – mieście przełomu XIX i XX wieku. Przewodnik pokazywał nam stare mapy, zdjęcia, rysunki. Można było przymknąć oczy i wyobrażać sobie. Nawiązując do upału – na szczęście niemal wszystkie przystanki były w cieniu.

Wstyd przyznać, ale mieszkam w Warszawie, tyle słyszałam o osiedlu za Żelazną Bramą, ale nigdy nie miałam pojęcia skąd właśnie taka nazwa. A brała się od autentycznej Żelaznej Bramy. Kiedyś Ogród Saski był o wiele bardziej rozleglejszy – wychodził kilkadziesiąt kilometrów dalej na zachód . Ulica Marszałkowska kończyła się właśnie na tym ogrodzie, a po drugiej stronie był Plac Bankowy. Od zachodniej strony do ogrodu wchodziło się prze żelazną bramę, a przed nią na placu były punkty handlowe. Na początku XX wieku bramę cofnięto do, mniej więcej, punktu pomiędzy dwiema jezdniami dzisiejszej Marszałkowskiej. Zaś, na tym odcinku, tranzyt północ – południe odbywał się ulicą Graniczną, wtedy dość szeroką, pełną samochodów, zabudowaną budynkami. A dziś to wąska wewnętrzna uliczka pomiędzy blokami, przypominająca parking. Mocno się to wszystko zmieniło.

Nie będę opowiadać o wszystkim punktach wycieczki. Zainteresowało mnie zatrzymanie się na nie istniejącym dziś już odcinku ul. Krochmalnej. W tej chwili jest tam Park Mirowski – uroczy zakątek z trawnikami, drzewami, ławkami. Zaś sto lat temu były w tym miejscu biedne, żydowskie kamienice z wychodkami w podwórzu, gdzie można było zaznać kontaktu ze szczurami przemykającymi się pomiędzy nogami i ponad głową. Gdzie nie trudzono się wywalać śmieci do specjalnie stworzonych miejsc, tylko czasem po prostu na schody. Gdzie działała spora ilość domów publicznych. Takich zapewne nisko budżetowych. Oraz, gdzie w 1905 roku odbył się… pogrom alfonsów :) Otóż lewicowi żydowscy działacze z Bundu byli oburzeni tym, że prostytucję łączy się ze środowiskiem żydowskim. Postanowili oczyścić szeregi z osób działających na szkodę reputacji. Bójki na Krochmalnej nazwano „pogromem alfonsów” – kilka osób zostało zabitych, sto było rannych. Obawiam się, że prostytucji nie zwalczono.

Wycieczka rozpoczęła się w miejscu, gdzie stała żelazna brama i po dwóch i pół godziny wróciła do tego samego punktu, by przewodnik mógł opowiedzieć krótko o Osiedlu za Żelazną Bramą. Ale o tym będzie w innym wpisie :)

 

niedziela, 11 września 2016
Weekendowo

Sobotni wieczór to wyjście na koncert. Koncert był po sąsiedzku, w Ogrodach Ząbkowskiej. Grał i śpiewał Limboski. Nie znałam go wcześnie, ale namówił mnie kolega, z którym byłam. Mam ochotę wrócić do słuchania muzyki, a by słuchać trzeba coś znaleźć. Limboski ma głos Maleńczuka, ale muzycznie i tekstowo jest bardziej w rejonach "Raz dwa trzy". Fajnie spędzony wieczór.

W niedzielę wybrałam się na spacer miejski po warszawskim Aninie. Dawno nie byłam w tych rejonach prawobrzeżnej Warszawy. Okolica cudowna - domy jednorodzinne zatopione w lasach. Cała ta dzielnica jest tak klimatyczna - sokramka potwierdzi, jako tubylczyni :) Jestem człowiekiem blokowiska, betonu i miejskich atrakcji, ale taki spacer potrafi człowieka złamać :) Odwiedziliśmy dom, w którym bywał i mieszkał ksiądz Jan Twardowski. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć tylko pamiątkowy kamień przed posesją, ale wyszła do nas gospodyni, opowiedziała o księdzu, zaprowadziła do ogrodu, gdzie jest wystawa zdjęć mu poświęconych. Z innych ciekawych miejsc - widzieliśmy dawny dom Tuwima, wcześniej przedszkole, a w latach 90tych miejsce tragicznej zbrodni na małżeństwie Jaroszewiczów. Hipotetyczne miejsce, gdzie mieszkał Gałczyński. Oglądaliśmy też świdermajery, które ocalały - nie spłonęły, nie rozpadły się lub nie zostały rozebrane. Piękne, charakterystyczne dla tej okolicy (linia otwocka) budynki mieszkalne. Czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Są takie, które przy wkładzie finansowym i determinacji nowych właścicieli są tak atrakcyjne jak niemal wiek temu, gdy je budowano. Równie fascynujące architektonicznie są nowo wybudowane wille, stylizowane na modernizm.

Oprócz tego, trochę posprzątałam, trochę po odpoczywałam. I tak minął weekend bez dziecka :)

poniedziałek, 30 maja 2016
Weekend NieMatki dzień 3 i 4

Dokończę opowieść o tym, jak wypoczywałam w weekend. W sobotę zaprosiłam na plenerowe piwko, na leżakach w Parku Praskim, kumpelę, która znowu zjechała z dużego miasta. Przy jej mieście Warszawa to wieś :) Co jakiś czas opisuję tu jej wizyty, ale to ten typ znajomości, gdzie nie wymieniasz maili, nie dzwonisz, nie lajkujesz na FB, spotykasz człowieka dwa razy do roku, a i tak masz wrażenie, że gadaliście wczoraj. Ona ma niewiele czasu na życie w sieci, bo praktykuje "Diabeł ubiera się u Prady" i pracuje po kilkanaście godzin na dobę, prawie dzień w dzień. Jest cień szansy na zmianę. Leżałyśmy sobie na tych leżakach, sączyłyśmy grzecznie drugie piwo żebym mogła godnie dziecko przyjąć w domu wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moje dziecko nie wyjechało wcale z ojcem na trzy dni. To znaczy, on uparcie twierdzi, że wyjechało. Zabrał je w czwartek rano - "na piątek, sobotę i niedzielę". Na trzy dni przecież. To jest człowiek, który nie tylko czas potrafi zaginać.

W toku sms-ów ustaliłam wreszcie, kiedy moje dziecko wraca, odwołałam niedzielnego grilla u ojca i brata. A następnie poszłyśmy z koleżanką na kolejne piwo, bo przecież sobotni wieczór miałam już wolny.

W niedzielę, by ukarać się za to popijanie wina w czwartek i piwa w sobotę poszłam na spacer miejski po Bródnie. Z pozoru dzielnica wydaje się młoda. Co tu pokazywać i oglądać? A jednak można fascynująco opowiadać o pomyśle z lat 60tych na zbudowanie wspaniałego skupiska osiedli. Gdzie od razu razem z blokami zaplanowano: żłobek, przedszkole, szkołę, dom kultury i przychodnię. A w środku park. Realizacja początkowo odbiegła od marzeń, ale dziś to całkiem przyjemne miejsce. Zobaczyliśmy miejsce gdzie zaczynał karierę Lech Grobelny, oraz miejsce gdzie swoją karierę z życiem jednocześnie skończył.

Spacer planował trwał dwie godziny. Ja przeszłam się jeszcze z przewodnikiem i częścią grupy obejrzeć kilka punktów ekstra - co zajęło godzinę. Plus powrót do domu. Łaziłam jakieś cztery godziny. Odpokutowałam :)

Dziecko wróciło w niedzielę po 21:00 zadowolone :)

A dziś w biurze panowała bolesna aklimatyzacja do pracy :)

niedziela, 16 sierpnia 2015
Po praskich knajpach

Zmieniły się moje plany na weekend i okazało się, że sobotę mam wolną. Trafiłam też na info, że Praska Ferajna będzie prowadzić spacer szlakiem praskich knajp. Tylko tak głupio iść tam samej. Przez chwilę szukałam jakiejś osoby do towarzystwa, ale w końcu odpuściłam. Pomyślałam, że jeśli idziesz z parawanem w postaci koleżanek, to nikogo nie poznasz. Idąc sama nie będę miała wyjścia. Oczywiście, nie żebym miała ciśnienie, że na pewno coś mi się na tym spacerze trafi :D

Dygresja. Spacer był biletowany. Trzeba było przynieść na miejsce zbiórki potwierdzenie przelewu. Od czego ma się nowoczesny telefon. I tu szybko zrozumiałam, dlaczego np. sokramka na dźwięk firmy, która wyprodukowała mój aparat, sama wyprodukowała nieładne komentarze. Dobrze, że zajęłam się tym przed wyjściem z domu. Nie mogłam otworzyć załącznika w mailu, bo musiałam najpierw zainstalować ze sklepu program. Ok. Nie mogłam zainstalować dopóki nie założę konta w pewnym M. Poklęłam pod nosem, ale ok. Zajęło to kilka minut, logowań na pocztę. Aż i tak okazało się, że jeszcze muszę zrobić jakiś "program rodzicielski" na tym koncie. Co??? Ja muszę już wyjść z domu. Zapewne to dlatego, że podałam lipną datę urodzenia i jestem niemowlęciem. Ostatecznie, niczym blondynka, zrobiłam zdjęcie potwierdzenia na ekranie monitora komputera :D

Tak na prawdę, spacer był dla mnie bardziej elementem towarzyskim, nie poznawczym. Ta trasa (będzie jeszcze spacer numer 2 po Nowej Pradze) prowadziła po Szmulowiznie, a te knajpy to ja znam. Było kilka historycznych anegdotek (np. o Wincentym Andruszkiewiczu i jego "U Marynarza" na Brzeskiej) . Niestety, Praga, to miejsce gdzie nie zachował się ani jeden historyczny lokal. Wszystko co działa, ma najwyżej dekadę. W ramach spaceru były także przystanki w knajpach i konsumpcja w ramach biletu. Najpierw posiedzieliśmy w "Skamiejce", gdzie zjadłam trochę solianki i wypiłam cydr słowiański o smaku aronii (mają jeszcze agrestowe, malinowe, truskawkowe). Pyszny, orzeźwiający i nieźle mocny - 7,5%. A mój towarzysz ze stolika opowiedział mi i swojej podróży koleją transyberyjską i dał do spróbowania lemoniady estragonowej (potwornie słodka, zielona i intensywnie ziołowa). Pogadałam sobie też z jednym z przewodników, który zaczyna mnie rozpoznawać na tych spacerach.

Potem reszta spaceru i kilka historyjek. Końcowym przystankiem była "Retro Praga", gdzie można się było poczęstować setką wódki lub mały piwem oraz kanapeczkami ze śledzikiem. Miał tam być też koncert kapeli praskiej. Jednak tego wieczoru był mecz Legii i wydarzenie to było raczej nienegocjowalne ze stałymi bywalcami. Panowie byli bardziej rozłożyści niż wysocy, podgoleni, mocno wytatułowani, a jeden miał pięć zębów - wszystkich razem. Koncert był, ale przed meczem, w przerwie i po meczu :) Trochę napiłam się piwa, pogadałam z jedną z pań i grubo po 22:00 zmyłam się do domu. Mecz się skończył i bywalcy zaczęli zauważać kobiety w sąsiedztwie. 

Na przystanku natknęłam się na kilka młodych dziewczyn robiących sobie selfi z kija. Pierwszy raz zobaczyłam to urządzenie i zrozumiałam, że to nie jaja, ludzie na serio tego używają. Dziewczęta miały wydekoltowane, sukienki tak krótkie, że doskonale umożliwiały wentylację warg sromowych. Wybierały się na wieczór panieński. Chyba jestem już stara. Po nie przyjechała limuzyna, po mnie autobus 170. Wieczór był piękny, posiedziałam sobie jeszcze przed blokiem na murku.

Zdjęć nie będzie, bo aparat został z dzieckiem w górach.

wtorek, 23 czerwca 2015
Przesilenie letnie, cz. 2

Będzie kontynuacja ostatniego weekendu. W niedzielę doładowałam już akumulatory i odczułam potrzebę czynu :) Rowery i bieganie "no fucking way", ale spacery jak najbardziej :)

Najpierw przeszłam się na piknik sąsiedzki, tuż obok. To już chyba trzecia edycja. Pokręciłam się trochę, przyniosłam paluszki, by też mieć swój udział.

O 15:00 zaczynał się spacer miejski z Praską Ferajną do Koziej Górki. Miałam nawet sokramkę wyciągnąć i wstyd mi strasznie, że przypomniałam sobie dopiero jadąc na miejsce zbiórki. A zbiórka była na stacji PKP Olszynka Grochowska. Niczym blondynka, pomyślałam przez chwilę, że to będzie jakiś wypad za miasto, w zieleń, uroczyska. Gdzie tam Kozia Górka do Warszawy? A proszę bardzo. Uroczysko to miało być jak najbardziej - miejsce jest najbardziej znane z osiedla Dudziarska. Większość zapewne nie ma pojęcia, o co chodzi. Chyba, że ktoś namiętnie czyta szpalty kryminalne. Dwie dekady temu zbudowano na odludziu trzy bloki, do których wykwaterowano mieszkańców domów komunalnych, którzy zalegali z czym się dało. Budynki nie mają gazu, ani centralnego ogrzewania. Przynajmniej prąd jest. Bardziej więc już od miasta kopa nie można dostać. Zła plotka niesie, że nie mieszkają tam Amisze, ani Mormoni, a raczej ludzie, którzy mało mają do stracenia.

Większość spacerów ma krótką trasę, dużo punktów do obgadania. Ten miał mało punktów, za to spacerowania po kokardę na czubku głowy. Kozia Górka została brutalnie potraktowana przez rozwój przemysłowy. Z jednej strony odcina ją od świata jedna linia kolejowa, z drugiej strony kilometry torów stacji postojowej, obsługującej pociągi PKP. A w środku lasy, łąki, chaszcze. Ostatnio PKP zablokowało jedyny przejazd samochodowy łączący to miejsce z Olszynką Grochowską (5 minut jazdy) i teraz dostać się tam można tylko od strony sąsiedniej dzielnicy (pół godziny jazdy bez korków, a te zazwyczaj są).

Obejrzeliśmy sobie zakład karny dla kobiet, który tam jest. Na przeciw zakładu, na płocie powieszono baner reklamowy zaczynający się od zdania: "Dzwoń z aresztu. Tanio razem". Zrobiłam zdjęcie, bo nikt nie uwierzy :) Był jeszcze budynek teatru cyrkowego Akt, który działa w okolicy i spacer nad plażę, którą społecznie jego członkowie zorganizowali. Na plaży przywitała nas ludność tubylcza, która charakteryzowała się żartobliwym nastrojem ocierającym się o niebezpieczny sarkazm.

I wreszcie na koniec dotarliśmy do osiedla Dudziarska. Jak wspomniałam już wyżej, z dwóch stron zamknięte jest torami kolejowymi, z trzeciej jest łąka, chaszcze i ogródki działkowe zasiedlone przez ludzi, którzy nie lubią się już ujawniać światu. Do cywilizacji jest kwadrans drogi, za to pustkowiem. Dodatkowo za jednym nasypem kolejowym wybudowano spalarnię śmieci, która lubi dymić.

W takich momentach mam mieszane uczucia. Spacer, by zobaczyć czyjąś biedę i ciężką sytuację. Albo przeświadczenie, że ktoś znalazł się w gorszej sytuacji? Przychodzi stado ludzi i przewodnik coś opowiada. Na szczęście, było też o projektach aktywizujących młodych ludzi na osiedlu, czytaniu książek przez wolontariuszy.

Zapraszam zaraz na mojego fotobloga.

http://praskilajfstajl.blox.pl/html

Będzie można zobaczyć bok budynku pomalowany w "czarny kwadrat na białym tle" Malewicza. Podobno nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem. To chyba tylko Filipa Springera by ucieszyło ;) Drugi bok zapewne także by mu się spodobał, ale tylko dlatego, że to miał być Mondriani. Gdyby nie wymyślił tego Piet, to byłaby może pasteloza ;)

To było intensywne dwie i pół godziny wędrówki.

poniedziałek, 31 marca 2014
Rodzinne dylematy - po weekendzie

Jestem po macierzyńskim weekendzie :) Trochę lata na początku wiosny :)

W sobotę zabrałam Wiertkę na spacer miejski. W zeszłą niedzielę zwiedzałam tak Powiśle, tym razem była Nowa Praga. Piękna pogoda, więc przyszły tłumy. Przewodnik był bez nagłośnienia, więc było trudno. Kiedyś chodziłam z małą na takie spacery, była jeszcze spacerówkowa i dawało się ją ogarnąć. Miałam nadzieję, że jest już na etapie, że takie rzeczy mogą ją zainteresować. Okazało się, że jeszcze niekoniecznie. Wytrzymała jakąś połowę trasy, kilka punktów do obejrzenia, a potem kategorycznie odrzekła, że ma dość.

Zdążyłam się jeszcze dowiedzieć, że w dzięki Sokratesowi Starynkiewiczowi mieliśmy jedne z większych kamienicznych podwórek studni w tej części Europy. Zarządził, że mają być tak duże, by wóz strażacki dał radę wjechać i zakręcić z powrotem. Dlaczego hydranty do wody na tych podwórkach mają francuskie napisy? Carskie władze zarządziły, że jeśli pojawią się napisy polskie, to muszą być koniecznie także rosyjskie. Innych języków ten nakaz nie dotyczył, dlatego pisano po francusku, czy niemiecku. Byle nie pojawił się rosyjski. Widziałam kamienicę, w której powieszono Okrzeję - dwa razy, za pierwszym sznur się zerwał, nie skorzystano z prawa do darowania skazańcowi życia, gdy jedno powieszenie się nie powiedzie. Jego zdjęcia, kolportowane przez siostrę, miały potem status fotosów gwiazdora, bo był młodziutki i przystojny. Posłuchałam opowieści o Dworcu Petersburskim. Moje osiedle zostało wybudowane na terenie dawnego torowiska z czasów carskich. Przynajmniej ziemia nie obciążona chyba niczym strasznym :) Przewodnik ustawił nas po niezabudowanej stronie ulicy Wileńskiej i poprosił o wyobrażenie sobie jak widział ją kiedyś podróżny wychodzący z dworca - patrzeliśmy na kamienice przed nami. Dla nas dziś to ruiny. Sto lat temu była to reprezentacyjna, elegancka ulica miasta. Jak los potrafi być ironiczny. I na koniec - dla mnie - resztki dawnej carskiej zajezdni tramwajów konnych :)

W niedzielę odwiedziłam dziadka i ciocię. Umówiłam się tam z moim kuzynem (syn mojego wujka, brata mojej mamy) na rodzinny obiad. Widziałam, że zaręczył się i planuje ślub. Byłam ciekawa, czy mnie zaprosi. Takie oczywiste to nie było. Od śmierci mojej mamy, mój tata zerwał kontakt z jej rodziną. To pewnie temat na oddzielny wpis. Powody mogą być różne. Najbardziej banalny to taki, że mój ojciec ma znikomą potrzebę kontaktów rodzinnych, cygańskie spędy charakterystyczne dla rodziny mojej mamy zawsze go męczyły. Kuzyn jest jego chrześniakiem, z nim kontakt też zamarł. Tata argumentuje, że chłopak też mógł się do niego czasem odezwać. Dylemat - komu ma bardziej zależeć na kontakcie: dorosłemu chrześniakowi, czy rodzicowi chrzestnemu?

Kuzyn ma to prawdopodobnie gdzieś. Rodzinną listę gości układa jego matka, żona mojego wujka. Gdyby wyciągnąć z "Rancza", czy "Plebanii" najbardziej ograniczoną postać i mentalnie osadzoną na wsi (typem myślenia) - to taka kobieta. Przed przyjazdem syna zadzwoniła do ciotki i pouczyła ją, że wizyta ma się odbyć w domu ciotki, nie dziadka (on ma do niej przyjść), bo ten mieszka w stuletnim, zniszczonym domu, ma stare meble, jest tam dość brudno i nie można tego pokazać narzeczonej. Niechybnie zerwała by zaręczyny ;)

Dlatego mój tata i zapewne też jego dzieci mogły być na wylocie z listy gości. Pomyślałam jednak, że dla niej większym wstydem towarzyskim będzie nie zaproszenie chrzestnego młodego niż uraza. I miałam rację.

Kwas wyszedł z innej strony. Tata dostał zaproszenie, ja dostałam, mój brat dostał. Inni także. Nie dostało tylko troje dzieci mojej śp. cioci. Wiem, że to ciężki weselny dylemat. W tym pokoleniu jest nas dziesięcioro - wnuki dziadka i zmarłej babci (z ich czworga dzieci). Wszyscy plus osoby towarzyszące, to już spora grupa gości. Kuzyn (ma brata) z reszty ośmiorga wnuków zaprosił pięcioro. I to głupio, bo z dzieci mojej cioci na weselu będą dwie najstarsze dziewczyny, ich troje młodszego rodzeństwa nie.

Znowu podejrzewam, że to robota żony wujka. Hołduje zasadzie, że są rodziny dobre i rodziny złe. Nazwiska podaje przypadkowe: Wiśniewski jest porządnym człowiekiem, bo rodzina Wiśniewskich jest szanowana, Kowalski jest zły, bo jego rodzina nie jest porządna. Trójka mojego kuzynostwa jest dziećmi alkoholika przemocowca, który poszedł w Polskę i matki, która przez długi czas była zmuszona korzystać z pomocy społecznej i pomocy rodziny. Dwie starsze dziewczyny mają mężów, weszły więc już do dobrych rodzin. Młodsi jako dzieci / nastolatki przeżyli nagłą śmierć matki, powrót alkoholizmu ojca i z tego powodu mają dość harde charaktery. Mogą zrobić coś wstydliwego na weselu.

Smutne i przykre. Taka selekcja. Aż mi było głupio, bo zaproszenia zostały rozdane w domu mojej cioci, gdy oni byli w domu sąsiednim, u dziadka. Słabe to. Pomyślałam nawet z rozbawieniem, że jako osobę towarzyszącą wezmę jedną z sióstr, a tata drugą. A żona wujka padnie trupem :D Korci mnie by puścić taką informację przez telefon potwierdzając przybycie :D Niech babsko dostanie sraczki.

W niedzielny wieczór byłam jeszcze na wieczorze autorskim Agnieszki Drotkiewicz, znajomej pisarki, ale już się rozpisałam.

Tagi