To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: samochód w mieście

poniedziałek, 06 kwietnia 2015
Nie mam prawa jazdy. Jestem z Warszawy.

W pierwszych słowach mego wpisu, upraszam o nie hejtowanie Warszawy, warszawiaków oraz o nie wyzywanie mnie od słoików :)

Tytuł jest trawestacją pewnego zdania zasłyszanego w starym serialu i które to świetnie oddaje, to co będę chciała przekazać: "On nie ma prawa jazdy. Jest z Nowego Jorku" (rzecz dzieje się w Los Angeles).

Bo miało być o (bez)sensie posiadania prawa jazdy, w mojej sytuacji życiowej i pewnej odpowiedzialności społecznej, jaką podjęłam, nie robiąc tego prawa jazdy wcześniej.

Być może kłopot był w tym, że moi rodzice nie mieli samochodu, ani nie nauczyli się prowadzić żadnego. Samochód został zakupiony późno, gdy "prawko" zrobił mój brat. I tu zaczyna się trochę feministycznego bełkotu. Brat był dwa lata młodszy, ale to mu nie przeszkadzało, bez przerwy krytykować moich umiejętności technicznych. Komputer zakupiony dla nas obojga, błyskawicznie zaanektował i zamknął w swoim pokoju. Musiałam się do klawiatury dobijać. Oświadczył, że moje prawo jazdy nic nie będzie znaczyć i będę musiała zdać egzamin jeszcze przed nim. Jest to typ mendy, który bardzo źle znosi utratę kontroli nad pojazdem na siedzeniu pasażera. Prawdopodobieństwo, że pojadę dalej niż pierwszy zakręt było marne.

Bo istnieje jeszcze kwestia mojego charakteru i emocji. Ja na prawdę nie uważałam, że jestem gotowa na to by prowadzić jakikolwiek pojazd. Każdy kierowca wiele razy spotkał na swojej szosie delikwenta za kółkiem, który absolutnie nie powinien za tę kierownicę siadać. Niektórzy kierowcy dzięki takowym stracili życie lub życie stracili ich bliscy. Ja po prostu czułam, że jako kierowca będę zagrożeniem na drodze. Oczywiście, z czasem mogłam się otrzaskać. Tylko kto chciałby otrzaskać się ze mną? Cmentarze wybrukowane są tymi, którzy "mają prawo jazdy, bo są pełnosprawni" oraz ich ofiarami.

Mój były partner był typem jeszcze gorszej chyba mendy i jęczydupy za kierownicą. Przy nim nie wyjechałabym nawet z parkingu. Chyba, że bym mu wpierdoliła.

Dobra, dobra. Od dawna już nie mieszkam z Bratem Wiem Lepiej oraz Mężczyzną Wiem Lepiej. W dodatku, im dalej od 30tych urodzin, a bliżej tych 40tych, czułam się coraz bardziej okrzepnięta emocjonalnie i niełatwo już wprowadzić mnie w stan paniki oraz łez.

Dlaczego więc nie zrobiłam prawa jazdy?

Śpieszę z odpowiedzią. Bo to nie jest mi do niczego potrzebne. Mogę zaliczyć kurs, zdać egzamin, wydać trochę kasy, a następnie wrzucić dokument do szuflady. Za kilka miesięcy moje umiejętności będą takie, jak przed przystąpieniem do kursu. O to ma chodzić? To ma być jakiś "rite de passage"? Na samochód mnie nie stać. A nawet gdybym się wypruła, to zakup jest początkiem wysysania funduszy - benzyna, ubezpieczenie, amortyzacja, garaż.

Bo gdzie miałabym nim jeździć? Poruszanie się po Warszawie samochodem, w godzinach 7:00-8:00 oraz 16:00-17:00 (bo wtedy się poruszam), z lewego na prawy brzeg jest chyba tylko wyrazem jakiegoś perwersyjnego potlaczu (http://pl.wikipedia.org/wiki/Potlacz). Zamiast być w pracy w pół godziny, byłabym w godzinę z hakiem i wydała na benzynę kilka razy więcej niż na Kartę Miejską.

Samochodem można jeździć na wycieczki, w odwiedziny do rodziny, na groby rodzinne. Co jeśli cała rodzina jest w odległości do niecałej godziny jazdy komunikacją miejską? Do większości ładnych miejsc także da się dojechać ogólnie dostępną komunikacją. Fakt, że nie zawsze. Jednak nie wydam kasy na samochód, po to by raz, czy dwa razy w roku gdzieś nim pojechać. Inną sprawą jest to, że korzystanie z komunikacji publicznej dobrze robi na kondycję. A umiejętność spakowania siebie i dziecka w jedną walizkę ćwiczy minimalizm życiowy. Chodzenie piechotą mnie nie zabije.

W innych okolicznościach, w innym miejscu na świecie, niewykluczone, że prawo jazdy bym zrobiła. Byłam dziś u brata z wizytą. Mieszkają niedaleko, na słodkich przedmieściach. Niestety, w tej słodyczy, gdy ma się małe dzieci, brak samochodu to sznurek na szyję.

Dlatego uważam, że prawo jazdy jest potrzebne. Nie każdemu.

Tagi