To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Praska Światoteka

sobota, 24 czerwca 2017
Nasz wiankowy najdłuższy dzień w roku

To był bardzo długi, ten jeden z trzech najdłuższych dni w roku.

Przed południem, przeszłyśmy się z Wiertką do lokalnej grupy animującej społeczność lokalną. Organizowali tam rodzinne warsztaty kulinarne. To tam też, mała chodzi co piątek na warsztaty kulinarne dla dzieci. Tym razem hasłem była kuchnia ukraińska. Przewodziła jedna z mieszkanek pochodząca z Ukrainy. Najpierw ugniataliśmy i smażyliśmy chlebek. Potem była sałatka warzywno śledziowa w ogromną ilością majonezu. Anna Lewandowska nie objęłaby patronatem tego spotkania :) Ale było miło, smacznie i pożywnie. Co okazało się ważne dla dalszej części dnia.

Potem poszłyśmy sobie na plac zabaw. Wiertka bawiła się z dzieciakami, a ja czytałam książkę.

Mała usłyszała od któregoś z dzieci, że będzie jechało na Wianki nad Wisłą. Też chciała ta iść. Wydawało mi się, że to głównie wieczorny koncert, ale sprawdziłam w internecie i okazało się, że wydarzenia są już od południa. Tak więc, od razu z placu zabaw, pojechałyśmy nad Wisłę. Ukraińska strawa zapełniała nam żołądki, nie miałam więc obaw.

Tak jak trochę się obawiałam, o tej porze, w strefie Wianków były głównie stragany z wiankami, jedzeniem i rzemiosłem. Czyli samotna matka, której w portfelu zostało 25 złotych do wypłaty musiała być bardzo czujna. Gdy przebiłyśmy się przez jarmark, dalej była scena z fajnymi koncertami, różne animacje. Oraz gwóźdź programu, czyli mała fontanna. Składała się ona z kilkunastu mini dysz, wystających z posadzki, wypluwających co jakiś czas wodę. Pomiędzy była bardzo długa chwila, gdy woda nie leciała. Ja w końcu usiadłam na ławce, a Wiertka z innymi dziećmi bawiła się przy wodzie. I jak można się domyśleć, po kilkunastu minutach, nie uskoczyła i nadziała się na strumień wody. I tak miała szczęście, bo godzinę wcześniej, jakiś maluch, w momencie wytryśnięcia z dysz, znalazł dokładnie w środku pomiędzy nimi wszystkimi.

Wiertce bardzo zależało, żeby jeszcze pobyć na Wiankach, ale była cała przemoknięta. Zabrałam ją do domu. Ona brała gorący prysznic, przebierała się, a ja szybko podgrzewałam kotlety z wczorajszego obiadu i robiłam sobie kawę. Po pół godzinie, najedzone, wracałyśmy nad Wisłę. Czyli ponownie, nie musiałam się stresować straganami.

Tym razem trafiłyśmy na wrzucanie wianków do wody. Wrzucano jeden zbiorczy, taki ogromny i każdy chętny dorzucał swój mniejszy. Po wodzie płynęła ich spora ilość. Można było sobie postać przy rzeki, obok śpiewał zespół ludowy :) Zbliżała się też godzina głównego koncertu. I Wiertka mnie zaskoczyła - ona chce zostać na koncert. Koncert jest ważny. Bez koncertu, Wianki nad Wisłą są nie zaliczone. Była tak zdeterminowana, że czekałam z nią godzinę na trawie. A potem podekscytowana i zachwycona słuchała muzyki. I musiałam zanotować nazwę zespołu, by mogła sobie w domu wyszukać sama ich piosenki. Czasem tańczyła. Pomyślałam, że to już taki mój wiek - to ja idę na koncert do towarzystwa dziecku. Wreszcie, po 21:00 udało mi się ją wyciągnąć do domu.

Wróciłyśmy przed 22:00.

To był najdłuższy dzień w roku :)

Tagi