To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: praski basen

piątek, 24 kwietnia 2015
Topielice

Moja dzielnica rozpoczęła fajną inicjatywę. Od początku kwietnia w wybrane dni i popołudniowe godziny przedszkolaki i uczniowie klas I (+opiekun) mają bezpłatne wejście na basen. Praskie szkoły od II klasy wprowadzają lekcje na basenie, więc zapewne te dzieci i tak mają kontakt z wodą.

Wiadomo już, że ja z akwenami wodnymi nie za bardzo, ale chciałabym by moje dziecko miało inne podejście do pływania. Odezwała się także moja oszczędna natura - jak coś jest za darmo, to trzeba korzystać.

Pierwszy raz Wiertka poszła z ojcem. Ja podjechałam z nimi, wylegitymowałam się jako zameldowana w dzielnicy. Był mały problem, bo dziecko ma inne nazwisko niż ja, ma to samo co ojciec, ale on jest z innej dzielnicy, więc promocja nie obejmuje. W końcu stanęło kompromisowo, że na liście Wiertka została wpisana pod moim nazwiskiem. Być może wyglądało to dla pani z recepcji jakby mieszkanka dzielnicy wpuszczała dziecko z obcego terenu.

I klapa. Okazało się, że basen nie ma brodzika dla dzieci. Są tylko tory głębokie jak dla dorosłych i młodzieży. Wiertka gdy to zobaczyła, to się przestraszyła i odmówiła wejścia do wody. Siedziała na brzegu i protestowała. Tata próbował ją zachęcić, ale nic to nie dało. Z drugiej strony cnota cierpliwości nie jest jego mocnym atutem. Powiedziałabym, że los mu jej odmówił, nagradzając w innych jakiś obszarach. Po kilku minutach wyszli.

Początkowo Wiertka zarzekała się, że jak pójdzie ze mną także nie wejdzie do wody. Minęło prawie dwa tygodnie, nie miałyśmy okazji tam iść. Aż wreszcie moje dziecko uznało, że chce iść na basen.

Ok, pomyślałam, że trzeba działać metodą małych kroczków. Posiedzi na drabince raz, dwa i za którym wejściem się przełamie.

A to mnie nie było na basenie ponad dwadzieścia lat. Cudem jakiś jednoczęściowy kostium wygrzebałam. Jak zobaczyłam ten basen to i mnie zatkało, a jak weszłam do wody to zatkało mnie nie metaforycznie. Strasznie głęboko. Tak, metr dwadzieścia dla kogoś metr siedemdziesiąt to głęboko... Postanowiłam jednak zachować twarz, by dziecka nie zrażać.

Tradycyjnie, Wiertka jakiś czas spędziła siedząc na drabince. Potem jednak zgodziła się wejść mi na ręce i odsunąć. Liczyłyśmy do trzech i wracała. Potem do pięciu. I tak po jakimś czasie spacerowałam po torze z dzieckiem na ręku. A jej się to bardzo spodobało. Widocznie do mnie ma więcej zaufania. Mnie też to dobrze robi - nic tak nie oswaja z wodą, jak konieczność trzymania fasonu przed własnym dzieckiem. Raz próbowała się nawet położyć na wodzie. Na razie nie ma mowy o deskach, kamizelkach, czy innych akcesoriach (są udostępniane), ale i tak sądzę, że to ogromny postęp.

Najważniejsze, że dziecko po godzinie nie chciało wyjść z wody i wracać do domu :)

A bezpłatne wejścia nie cieszą się jakimś wielkim szturmem. Razem z nami było może z czterech rodziców z dziećmi.

Tagi