To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: spacer miejski

piątek, 07 września 2018
Spacer po Powiślu

Wysłałam wczoraj dziecko do ojca i skorzystałam z jeszcze pięknej pogody. Wybrałam się na spacer miejski z przewodnikiem. Tematem było Powiśle. O dziwo, najbardziej ciekawe dla mnie historyjki usłyszałam na pierwszym etapie wędrówki, na ulicy Karowej, nie na samym Powiślu. Zacząć można od pomnika Bolesława Prusa, który jako pierwszy opisał ubogie, zapuszczone uliczki tej części miasta. Wyjaśniła się zagadka dlaczego cokół jego pomnika jest taki niziutki. Otóż pisarz cierpiał na lęk wysokości i artyści postanowili mu tego oszczędzić także w warstwie symbolicznej :)

 

Co do ulicy Karowej, tego miejsca z którym byłam związana emocjonalnie – z racji studiów – przez kilka lat, to nie była początkowo tak uroczą uliczką. Było Krakowskie Przedmieście, elegancki, wypełniony zamożnymi kamienicami trakt, a w miejscy, gdzie zaczynała się Karowa stała ogromna murowana brama. Za nią zaś, schodziła dość ostro do rzeki, wąska na trzy metry, pełna piachu, uboga uliczka. Z biegiem lat była zabudowywana budynkami o większym prestiżu. Na przykład w kamienicy, w której teraz znajduje się Dom Spotkań z Historią znajdował się kiedyś bank. Bank posiadał w piwnicach tak zwany „mokry skarbiec” (albo „wodny skarbiec”) – pod sejfem znajdował się basen wypełniony wodą… A to po to, by nie zrobić do niego podkopu J Obok tego budynku, na miejscu zapewne też i dzisiejszego Wydziału Socjologii UW stała Panorama. Był to duży, dwunastokątny budynek, wybudowany specjalnie by pokazywać – modne na przełomie XIX i XX wieku – ogromne obrazy panoramiczne. Można było obejrzeć w środku „Golgotę” Jana Styki, obraz który miał kilkadziesiąt metrów szerokości i podobnie wysokości. Podobno największy obraz religijny na świecie.

W związku z „Golgotą” była ciekawa dygresja. Na początku XX wieku obraz popłynął do Stanów Zjednoczonych, by tam zostać bohaterem wielkiej wystawy. Niestety, agent nie znalazł, nie zbudował odpowiedniego budynku, zaczęły rosnąć jakieś koszta, malarz nie był w stanie ich zapłacić i w końcowym efekcie „Golgota” została zaaresztowana i przeszła w końcu na własność osoby ją magazynującej. W latach 40tych XX wieku została wykupiona przez pewnego znawcę sztuki i teraz jest wystawiana w Kalifornii. Ciężkie pieniądze zarabia ktoś inny, nie spadkobiercy Styki. Przeskoczę teraz trochę w wycieczce, ale będzie w temacie Panoram. Na sam jej koniec na Dynasach – będzie o tym – zobaczyliśmy pozostałości innej Panoramy. Tam dla odmiany pokazywano ogromny obraz Tatr – widok z jednego ze szczytów. Podobno dwóch malarzy przez dwa lata nocowało w schronisku nad Morskim Okiem i dzień w dzień wdrapywali się na górę by robić szkice na zamówienie właściciela Panoramy. Potem obraz można było oglądać z podwyższenia, dla podkreślenia górskiej atmosfery dookoła rozsypane były różne kamienie. „Golgota” i Tatry trochę konkurowały ze sobą. Z czasem popularność panoram spadła do zera, właściciel zbankrutował, a widoczek Tatr zakupił Styka i zamalował go swoim obrazem. Ciekawa jestem, czy to było przed, czy po podróży do Stanów Zjednoczonych. Bo może karma wraca.

Z innych ciekawych planów architektonicznych, to były pomysły by z Placu Piłsudzkiego puścić drogę tunelem, pod Karową, aż do Wisły i tam mostem na Pragę. Przy okazji chcieli jeszcze dorzucić stację metra w tej okolicy.

Mieliśmy tego popołudnia szczęście. Gdy staliśmy grupką na skwerze ks. Jana Twardowskiego – za moich czasów zwanym Parkiem Socjologa, ze względu na grupki studentów okupujących ławki  - zza niedalekiej furty wyszedł miły starszy pan. Zaprosił nas za wysoki mur, zabudowań kościelnych, gdzie w zacisznym ogrodzie stoi malutki domek. W tym domku mieszkał przez wiele lat ksiądz Jan Twardowski. Mogliśmy przez kilka minut tam postać, porozmawiać chwilę z tym panem, który spędził w tym miejscu sześćdziesiąt pięć lat swojego życia. Niesamowite miejsce, bo kilkanaście metrów dalej jeżdżą samochody, przetaczają się tłumy ludzi, a tu panuje cisza, spokój, zieleń, wiatr i ptaki. Oko cyklonu, punkt ciszy.

Teraz skrócę opis, bo wędrowaliśmy zakręconym zjazdem, który pierwotnie był pomalowany na… różowo, do stacji wodnej, BUW-u, potem pod pozostałości elektrociepłowni (było o jej roli w Powstaniu Warszawskim), zobaczyliśmy stojący jeszcze przed nią bunkier, w którym robotnik miał wypatrywać bomb zrzucanych przez kapitalistów J

A na końcu Dynasy, czyli zielony, schodzący zboczem w dół rejon pomiędzy Oboźną a Tamką. Dawne ziemie pewnego Francuza (od jego nazwiska nazwa), gdzie sto lat temu istniał tor cyklistów, a w dwudziestoleciu międzywojennym zbudowano piękne domu, wpasowujące się w spadzistość terenu.

Kończyliśmy o 20:00 i był to ostatni moment. Zmrok zapadał, zapadał i tam na tych Dynasach to już trochę w mroku staliśmy :)

 

poniedziałek, 15 stycznia 2018
Dworce, których nie ma, czyli Weekend NieMatki cz. 2

Teraz czas na refleksje po wczorajszym spacerze miejskim. Zapobiegawczo, ubrałam się ciepło, choć czułam się idiotycznie. Nie lubię mieć na sobie wielu warstw. Okazało się, że i to jest za mało. Po godzinie, w połowie spaceru, wymiękłam, ale akurat weszliśmy pod dach Dworca Wschodniego i namagazynowałam ciepła. Zapamiętam jednak moje wcześniejsze stwierdzenie, że zimowymi spacerami piekło jest wybrukowane. Szybko się na kolejny, w tej temperaturze, nie zdecyduję. 

Tematem przewodnim spaceru był Dworzec Terespolski, poprzednik dzisiejszego Dworca Wschodniego. Widziałam go na zdjęciach - piękny, klasyczny, dostojny, elegancki. Dziś został z niego jeden zabrudzony, zniszczony kawałek budynku, w którym mieści się skup złomu. Brawo PKP. Chylę czoła.

Spotkanie i opowieść przewodnik rozpoczął od pokazania nam na mapach, jakie były plany związane z linią średnicową. Pod koniec XIX wieku, na prawym brzegu bieg torów kończył się na dwóch dworcach - Terespolskim i Petersburskim. W dodatku były to tory o rozstawie rosyjskim. Na lewym brzegu linia kolejowa, o torach europejskich, urywała się na Dworcu Wiedeńskim. Wisła była symboliczną granicą pomiędzy Azją a Europą ;) Dodam tylko, że była linia kolejowa obwodnicowa, okrążające Warszawę - jej pozostałości to tory idące od Dworca Gdańskiego. Wtedy to było okrążenie miasta :) Już wtedy planowano, że dworce trzeba mostem połączyć. I jakoś poprowadzić w tkance miejskiej. Jeden z projektów planował poprowadzenie torów Saską Kępą i potem wzdłuż Wisły. Po I wojnie światowej myślano także by połączyć, puszczając pociągi Mostem Kierbedzia, Dworzec Petersburski (dziś Warszawa Wileńska) z Dworcem Głównym. Pomyślałam sobie, jak wyglądałaby Praga, życie podwarszawskich miasteczek, gdyby to linia kolejowa z Wołomina, Tłuszcza miała bezpośrednie połączenie z centrum Warszawy, a ci z Otwocka, czy Sulejówka mieli urwane tory na Dworcu Terespolskim (który zapewne nie zostałby nazwany Warszawą Wschodnią).

Stało się inaczej. Pomiędzy latami 1921-1933 zbudowano linię średnicową nad Wisłą. Już wtedy okazało się, że dotychczasowy dworzec jest zbyt blisko rzeki, nasyp kolejowy nachodzi na niego i trzeba przesunąć perony. Te perony istnieją do dziś, a wiaty na nich są autentyczne z dwudziestolecia międzywojennego. To perony 1-5 (podróże dalekobieżne) Dworca Wschodniego (perony 6 i 7, dla podróży podwarszawskich powstały po II wojnie). Sam Dworzec Wschodni z prawdziwego zdarzenia wybudowano w 1969 roku i wtedy uznano go za najnowocześniejsze rozwiązanie architektoniczne roku. Lata biegły, dekady mijały i gdy ja do pamiętałam z lat 80 i 90 tych XX wieku, był to twór na wskroś archaiczny, wschodni, trochę wstydliwy. Zaś w 2008 roku wygrał plebiscyt na najbrzydszy budynek w mieście. Uratowało go Euro 2012, bo z tej okazji został totalnie wyremontowany. Na szczęście, z zachowaniem pierwotnych założeń i rozwiązań architektonicznych. Przewrotnie - choć poprzedni budynek był brzydki i brudny, to żegnano go z żalem i nostalgią. Mnie osobiście było tamtego klimatu szkoda. Pamiętam, że gdy patrzyłam na ten wyremontowany dworzec, czułam się jakbym patrzyła na ciotkę po botoksie, liposukcji i powiększeniu biustu. Niby ona, ale jakby ktoś obcy :)

Przy okazji trafiliśmy pod jeden z najbardziej ukrytych adresów, czyli Kijowska 22. W życiu bym nie powiedziała, że taki numer istnieje i coś tam stoi - za dworcem, tuż przy torach i domkach działkowych. Teraz, gdy przebito obwodnicę, jest już lepiej widoczny. Kiedyś, kiedy ciągnęły się tu głównie działki, nie było szans. Sam budynek należy chyba do kolei i są tam jakieś pomieszczenia gospodarcze.

Dowiedziałam się także, że na mojej Szmulowiźnie, oprócz kilku kamienic, na obszarze od torów terespolskich do petersburskich ciągnęły się warsztaty, hale, budynki gospodarcze, wszystko związane z koleją. Po wojnie, w latach 70 i 80 tych stanęły na ich miejscu osiedla z wielkiej płyty.

Ze smutkiem patrzę jak burzy się niektóre budynki na Pradze, stawia na ich miejscu nowe udające te stare, tylko po to by sprzedać tam mieszkania po 12 tys za metr. Bo dzielnica się zmienia, bo traci dawny charakter. Jednak to samo działo się te czterdzieści lat temu. Gdy burzono te warsztaty, dziwne składowiska by mogły wyrosnąć mieszkania, takie jak moje. A za pięćdziesiąt lat ktoś zorganizuje spacer miejski śladami budowy drugiej linii metra :)

niedziela, 11 września 2016
Weekendowo

Sobotni wieczór to wyjście na koncert. Koncert był po sąsiedzku, w Ogrodach Ząbkowskiej. Grał i śpiewał Limboski. Nie znałam go wcześnie, ale namówił mnie kolega, z którym byłam. Mam ochotę wrócić do słuchania muzyki, a by słuchać trzeba coś znaleźć. Limboski ma głos Maleńczuka, ale muzycznie i tekstowo jest bardziej w rejonach "Raz dwa trzy". Fajnie spędzony wieczór.

W niedzielę wybrałam się na spacer miejski po warszawskim Aninie. Dawno nie byłam w tych rejonach prawobrzeżnej Warszawy. Okolica cudowna - domy jednorodzinne zatopione w lasach. Cała ta dzielnica jest tak klimatyczna - sokramka potwierdzi, jako tubylczyni :) Jestem człowiekiem blokowiska, betonu i miejskich atrakcji, ale taki spacer potrafi człowieka złamać :) Odwiedziliśmy dom, w którym bywał i mieszkał ksiądz Jan Twardowski. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć tylko pamiątkowy kamień przed posesją, ale wyszła do nas gospodyni, opowiedziała o księdzu, zaprowadziła do ogrodu, gdzie jest wystawa zdjęć mu poświęconych. Z innych ciekawych miejsc - widzieliśmy dawny dom Tuwima, wcześniej przedszkole, a w latach 90tych miejsce tragicznej zbrodni na małżeństwie Jaroszewiczów. Hipotetyczne miejsce, gdzie mieszkał Gałczyński. Oglądaliśmy też świdermajery, które ocalały - nie spłonęły, nie rozpadły się lub nie zostały rozebrane. Piękne, charakterystyczne dla tej okolicy (linia otwocka) budynki mieszkalne. Czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Są takie, które przy wkładzie finansowym i determinacji nowych właścicieli są tak atrakcyjne jak niemal wiek temu, gdy je budowano. Równie fascynujące architektonicznie są nowo wybudowane wille, stylizowane na modernizm.

Oprócz tego, trochę posprzątałam, trochę po odpoczywałam. I tak minął weekend bez dziecka :)

niedziela, 28 sierpnia 2016
Weekendowo

Ostatni weekend wakacji i chyba ostatnie dni z +30 stopni w tym roku :)

W sobotę przeszłam się na spacer miejski po Pradze, pod hasłem "codziennego życia dawnej Pragi". Spacer był ciekawy i nie był ciekawy. Odbywał się w ramach Festiwalu Singera. Dla osób, które są na Pradze pierwszy raz lub słabo ją znają, ciekawostki o okolicy były inspirujące. Ja to niemal wszystko już znałam. Uznałam jednak, że nie będę wycofywać się w trakcie i potraktuję to jako aktywność fizyczną. Dwie i pół godziny wędrowania w trzydziestostopniowym upale - mam nadzieję, że jeśli nie zrzuciłam kilograma, to choć tyle wypociłam :)

Pospacerowałam po Otwartej Ząbkowskiej. Dochodzę do wniosku, że pomysł i inicjatywa są wspaniałe, ale realizacja wymaga jeszcze pracy. Bo łatwo tu ludzi przyciągnąć. Przyjdą z ciekawości. Jednak jeśli jedyne, co zobaczą, to stoiska z książkami, winylami oraz knajpy, gdzie na piwo i jedzenie zostawisz sporo grosza, to za mało. Przyjdą raz i drugi nie wrócą, bo po co im kolejne przeglądanie książek i picie piwa. Mają tu miejsce ciekawe wydarzenia, ale są mało rozpropagowane choćby wizualnie na samej ulicy. Ktoś kto wie, jak grzebać, znajdzie info na FB. Ktoś kto akurat spaceruje, może się nie połapać, co się dzieje tuż obok.

W niedzielę za to wybrałam się - też w ramach Otwartej Ząbkowskiej - na Turniej Wiedzy o Pradze. Miałam w planach posiedzieć i posłuchać. Formułę turnieju szybko trzeba było zmienić, bo zgłosiło się mało chętnych uczestników. Do tego stopnia, że sama została wciągnięta ;) Kanapę i fotele przeniesiono z ogródka BalBaru na samą ulicę. Nieoceniony Pan Mieczysław Janiszewski - skarbnica wiedzy o Pradze i kopalnia anegdotek - sam zaczepiał przechodzących i namawiał ich do wzięcia udziału w konkursie. Pytania zadawał łatwe, pomagał znaleźć odpowiedź, okraszał żartami, praską gwarą. Na pożegnanie sama dostałam dyplom za udział :)

Sam weekend był leniwy. Uznałam, że jeśli Wszechświat mówi mi - połóż się i zaopiekuj sobą, to nie będę z nim polemizować. Potem wrócę do porządków.

A za moment wróci moje dziecko z wakacji. Mają być pomiędzy 18:00 a 20:00, a jest już po 19:00.

niedziela, 21 sierpnia 2016
Raport z niematkowania

Średnio odpoczywam na tym bezmatkowaniu ;)

Wczoraj wybrałam się na spacer miejski, o dziwo nie po Pradze. Prowadził on szlakiem filmów Stanisława Barei - tym razem wędrowaliśmy oglądając miejsca związane z filmami "Poszukiwana, poszukiwany" i "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz?". Plus mnóstwo fajnych anegdotek. Między innymi lista scen, jakie cenzura kazała wyciąć z drugiego z tych filmów. Było ich ponad dwadzieścia i wszystkie kultowe dziś. Dobrze, że zostały. A historia z pierwszego z filmów niemal się wydarzyła. Opowiedziała ją reżyserowi jego żona pracująca w Muzeum Narodowym. Otóż, przybył tam pewnego dnia rzeźbiarz, by odebrać swoją pracę. Tylko, że rzeźby nigdzie nie było - ani w magazynie, ani na ekspozycji. Awantura. Po kilku dniach okazało się, że rzeźbiarz swoje dzieło odebrał kilka dni wcześniej, tylko zapomniał podpisać pokwitowanie :)

Wycieczka skończyła się na Płycie Desantu i wieczór spędziłam z kolegą (razem też byliśmy na tym spacerze miejskim) trochę w "Cudzie nad Wisłą", trochę spacerując nad rzeką w kierunku mostu Poniatowskiego. Wracąjąc, już sama, zahaczyłam jeszcze na moment o Otwartą Ząbkowską.

Sobotnia pogoda była przepiękna. W niedzielę, w strugach deszczu, wybrałam się do Domu Spotkań z Historią, by obejrzeć "Strachy" z Eugeniuszem Bodo. Bardzo fajny film, jak na dramat przedwojenny. Nie przesłodzony, nie dydaktyczny. W sam raz.

Codziennie sortuję rzeczy w pokoju dziecka i wyniosłam już do zsypu kilka siatek zdekompletowanych drobiazgów, wycinanek, karteczek, malowanek. Do większych zabawek trudno mi się dobrać, bo pokój zajęły szafki. Ale o tym będzie oddzielny wpis.

Od czwartku do jutra (oby) raz dziennie kursowałam na trasie dom - weterynarz - dom. Ale o tym oddzielny wpis.

Poziom tęsknoty za dzieckiem jakoś spadł jak poszłam do pracy i zajęłam się sprzątanie. Jednak dziś pomyślałam, że wypadało by do niej zadzwonić. Ciężko się rozmawiało, bo głównie komentowała moje zdania jednym słowem, sama nie chciała za dużo mówić. Jeszcze chwilę zamieniłam kilka zdań z jej ojcem i kiedy kazałam mu spytać ją, czy chce jeszcze ze mną pogadać, usłyszałam w tle "nieee". Muszę pogodzić się z tym, że dobrze się bawi :)

poniedziałek, 30 maja 2016
Weekend NieMatki dzień 3 i 4

Dokończę opowieść o tym, jak wypoczywałam w weekend. W sobotę zaprosiłam na plenerowe piwko, na leżakach w Parku Praskim, kumpelę, która znowu zjechała z dużego miasta. Przy jej mieście Warszawa to wieś :) Co jakiś czas opisuję tu jej wizyty, ale to ten typ znajomości, gdzie nie wymieniasz maili, nie dzwonisz, nie lajkujesz na FB, spotykasz człowieka dwa razy do roku, a i tak masz wrażenie, że gadaliście wczoraj. Ona ma niewiele czasu na życie w sieci, bo praktykuje "Diabeł ubiera się u Prady" i pracuje po kilkanaście godzin na dobę, prawie dzień w dzień. Jest cień szansy na zmianę. Leżałyśmy sobie na tych leżakach, sączyłyśmy grzecznie drugie piwo żebym mogła godnie dziecko przyjąć w domu wieczorem.

W międzyczasie dowiedziałam się, że moje dziecko nie wyjechało wcale z ojcem na trzy dni. To znaczy, on uparcie twierdzi, że wyjechało. Zabrał je w czwartek rano - "na piątek, sobotę i niedzielę". Na trzy dni przecież. To jest człowiek, który nie tylko czas potrafi zaginać.

W toku sms-ów ustaliłam wreszcie, kiedy moje dziecko wraca, odwołałam niedzielnego grilla u ojca i brata. A następnie poszłyśmy z koleżanką na kolejne piwo, bo przecież sobotni wieczór miałam już wolny.

W niedzielę, by ukarać się za to popijanie wina w czwartek i piwa w sobotę poszłam na spacer miejski po Bródnie. Z pozoru dzielnica wydaje się młoda. Co tu pokazywać i oglądać? A jednak można fascynująco opowiadać o pomyśle z lat 60tych na zbudowanie wspaniałego skupiska osiedli. Gdzie od razu razem z blokami zaplanowano: żłobek, przedszkole, szkołę, dom kultury i przychodnię. A w środku park. Realizacja początkowo odbiegła od marzeń, ale dziś to całkiem przyjemne miejsce. Zobaczyliśmy miejsce gdzie zaczynał karierę Lech Grobelny, oraz miejsce gdzie swoją karierę z życiem jednocześnie skończył.

Spacer planował trwał dwie godziny. Ja przeszłam się jeszcze z przewodnikiem i częścią grupy obejrzeć kilka punktów ekstra - co zajęło godzinę. Plus powrót do domu. Łaziłam jakieś cztery godziny. Odpokutowałam :)

Dziecko wróciło w niedzielę po 21:00 zadowolone :)

A dziś w biurze panowała bolesna aklimatyzacja do pracy :)

niedziela, 16 sierpnia 2015
Po praskich knajpach

Zmieniły się moje plany na weekend i okazało się, że sobotę mam wolną. Trafiłam też na info, że Praska Ferajna będzie prowadzić spacer szlakiem praskich knajp. Tylko tak głupio iść tam samej. Przez chwilę szukałam jakiejś osoby do towarzystwa, ale w końcu odpuściłam. Pomyślałam, że jeśli idziesz z parawanem w postaci koleżanek, to nikogo nie poznasz. Idąc sama nie będę miała wyjścia. Oczywiście, nie żebym miała ciśnienie, że na pewno coś mi się na tym spacerze trafi :D

Dygresja. Spacer był biletowany. Trzeba było przynieść na miejsce zbiórki potwierdzenie przelewu. Od czego ma się nowoczesny telefon. I tu szybko zrozumiałam, dlaczego np. sokramka na dźwięk firmy, która wyprodukowała mój aparat, sama wyprodukowała nieładne komentarze. Dobrze, że zajęłam się tym przed wyjściem z domu. Nie mogłam otworzyć załącznika w mailu, bo musiałam najpierw zainstalować ze sklepu program. Ok. Nie mogłam zainstalować dopóki nie założę konta w pewnym M. Poklęłam pod nosem, ale ok. Zajęło to kilka minut, logowań na pocztę. Aż i tak okazało się, że jeszcze muszę zrobić jakiś "program rodzicielski" na tym koncie. Co??? Ja muszę już wyjść z domu. Zapewne to dlatego, że podałam lipną datę urodzenia i jestem niemowlęciem. Ostatecznie, niczym blondynka, zrobiłam zdjęcie potwierdzenia na ekranie monitora komputera :D

Tak na prawdę, spacer był dla mnie bardziej elementem towarzyskim, nie poznawczym. Ta trasa (będzie jeszcze spacer numer 2 po Nowej Pradze) prowadziła po Szmulowiznie, a te knajpy to ja znam. Było kilka historycznych anegdotek (np. o Wincentym Andruszkiewiczu i jego "U Marynarza" na Brzeskiej) . Niestety, Praga, to miejsce gdzie nie zachował się ani jeden historyczny lokal. Wszystko co działa, ma najwyżej dekadę. W ramach spaceru były także przystanki w knajpach i konsumpcja w ramach biletu. Najpierw posiedzieliśmy w "Skamiejce", gdzie zjadłam trochę solianki i wypiłam cydr słowiański o smaku aronii (mają jeszcze agrestowe, malinowe, truskawkowe). Pyszny, orzeźwiający i nieźle mocny - 7,5%. A mój towarzysz ze stolika opowiedział mi i swojej podróży koleją transyberyjską i dał do spróbowania lemoniady estragonowej (potwornie słodka, zielona i intensywnie ziołowa). Pogadałam sobie też z jednym z przewodników, który zaczyna mnie rozpoznawać na tych spacerach.

Potem reszta spaceru i kilka historyjek. Końcowym przystankiem była "Retro Praga", gdzie można się było poczęstować setką wódki lub mały piwem oraz kanapeczkami ze śledzikiem. Miał tam być też koncert kapeli praskiej. Jednak tego wieczoru był mecz Legii i wydarzenie to było raczej nienegocjowalne ze stałymi bywalcami. Panowie byli bardziej rozłożyści niż wysocy, podgoleni, mocno wytatułowani, a jeden miał pięć zębów - wszystkich razem. Koncert był, ale przed meczem, w przerwie i po meczu :) Trochę napiłam się piwa, pogadałam z jedną z pań i grubo po 22:00 zmyłam się do domu. Mecz się skończył i bywalcy zaczęli zauważać kobiety w sąsiedztwie. 

Na przystanku natknęłam się na kilka młodych dziewczyn robiących sobie selfi z kija. Pierwszy raz zobaczyłam to urządzenie i zrozumiałam, że to nie jaja, ludzie na serio tego używają. Dziewczęta miały wydekoltowane, sukienki tak krótkie, że doskonale umożliwiały wentylację warg sromowych. Wybierały się na wieczór panieński. Chyba jestem już stara. Po nie przyjechała limuzyna, po mnie autobus 170. Wieczór był piękny, posiedziałam sobie jeszcze przed blokiem na murku.

Zdjęć nie będzie, bo aparat został z dzieckiem w górach.

wtorek, 23 czerwca 2015
Przesilenie letnie, cz. 2

Będzie kontynuacja ostatniego weekendu. W niedzielę doładowałam już akumulatory i odczułam potrzebę czynu :) Rowery i bieganie "no fucking way", ale spacery jak najbardziej :)

Najpierw przeszłam się na piknik sąsiedzki, tuż obok. To już chyba trzecia edycja. Pokręciłam się trochę, przyniosłam paluszki, by też mieć swój udział.

O 15:00 zaczynał się spacer miejski z Praską Ferajną do Koziej Górki. Miałam nawet sokramkę wyciągnąć i wstyd mi strasznie, że przypomniałam sobie dopiero jadąc na miejsce zbiórki. A zbiórka była na stacji PKP Olszynka Grochowska. Niczym blondynka, pomyślałam przez chwilę, że to będzie jakiś wypad za miasto, w zieleń, uroczyska. Gdzie tam Kozia Górka do Warszawy? A proszę bardzo. Uroczysko to miało być jak najbardziej - miejsce jest najbardziej znane z osiedla Dudziarska. Większość zapewne nie ma pojęcia, o co chodzi. Chyba, że ktoś namiętnie czyta szpalty kryminalne. Dwie dekady temu zbudowano na odludziu trzy bloki, do których wykwaterowano mieszkańców domów komunalnych, którzy zalegali z czym się dało. Budynki nie mają gazu, ani centralnego ogrzewania. Przynajmniej prąd jest. Bardziej więc już od miasta kopa nie można dostać. Zła plotka niesie, że nie mieszkają tam Amisze, ani Mormoni, a raczej ludzie, którzy mało mają do stracenia.

Większość spacerów ma krótką trasę, dużo punktów do obgadania. Ten miał mało punktów, za to spacerowania po kokardę na czubku głowy. Kozia Górka została brutalnie potraktowana przez rozwój przemysłowy. Z jednej strony odcina ją od świata jedna linia kolejowa, z drugiej strony kilometry torów stacji postojowej, obsługującej pociągi PKP. A w środku lasy, łąki, chaszcze. Ostatnio PKP zablokowało jedyny przejazd samochodowy łączący to miejsce z Olszynką Grochowską (5 minut jazdy) i teraz dostać się tam można tylko od strony sąsiedniej dzielnicy (pół godziny jazdy bez korków, a te zazwyczaj są).

Obejrzeliśmy sobie zakład karny dla kobiet, który tam jest. Na przeciw zakładu, na płocie powieszono baner reklamowy zaczynający się od zdania: "Dzwoń z aresztu. Tanio razem". Zrobiłam zdjęcie, bo nikt nie uwierzy :) Był jeszcze budynek teatru cyrkowego Akt, który działa w okolicy i spacer nad plażę, którą społecznie jego członkowie zorganizowali. Na plaży przywitała nas ludność tubylcza, która charakteryzowała się żartobliwym nastrojem ocierającym się o niebezpieczny sarkazm.

I wreszcie na koniec dotarliśmy do osiedla Dudziarska. Jak wspomniałam już wyżej, z dwóch stron zamknięte jest torami kolejowymi, z trzeciej jest łąka, chaszcze i ogródki działkowe zasiedlone przez ludzi, którzy nie lubią się już ujawniać światu. Do cywilizacji jest kwadrans drogi, za to pustkowiem. Dodatkowo za jednym nasypem kolejowym wybudowano spalarnię śmieci, która lubi dymić.

W takich momentach mam mieszane uczucia. Spacer, by zobaczyć czyjąś biedę i ciężką sytuację. Albo przeświadczenie, że ktoś znalazł się w gorszej sytuacji? Przychodzi stado ludzi i przewodnik coś opowiada. Na szczęście, było też o projektach aktywizujących młodych ludzi na osiedlu, czytaniu książek przez wolontariuszy.

Zapraszam zaraz na mojego fotobloga.

http://praskilajfstajl.blox.pl/html

Będzie można zobaczyć bok budynku pomalowany w "czarny kwadrat na białym tle" Malewicza. Podobno nie spotkało się to z entuzjastycznym przyjęciem. To chyba tylko Filipa Springera by ucieszyło ;) Drugi bok zapewne także by mu się spodobał, ale tylko dlatego, że to miał być Mondriani. Gdyby nie wymyślił tego Piet, to byłaby może pasteloza ;)

To było intensywne dwie i pół godziny wędrówki.

niedziela, 10 maja 2015
Czy adresy są złe lub dobre?

Byłam wczoraj na fajnym spotkaniu, organizowanym przez Warszawa Czyta. W tym roku książką bohaterem jest "Chamowo" Mirona Białoszewskiego - opis jego pierwszego roku w nowym, jedenastopiętrowym bloku na Kępie Gocławskiej. Przeniósł się tam z Placu Dąbrowskiego, czyli z ze Śródmieścia miasta. Blokowisko określane było "chamowem" i to też przez okolicznych mieszkańców. W tamtych czasach były tam jeszcze chaszcze, drzewa i łąki. Książki nie czytałam, choć wybiorę się do biblioteki, ale domyślam się, że motywem przewodnim było to uczucie masowości wokół, anonimowej masy ludzi w budynku.

Rozmowa dotyczyła zaś tego, czy dziś możemy mówić o dobrych i złych adresach w Warszawie. Paneliści wykazali się taktem, dyplomacją i żadne nie stwierdziło, że coś takiego może istnieć. Choć jasne, że istnieje. Spytajcie się pierwszego lepszego agenta nieruchomości ;) Nikt też nie chciał powiedzieć, czy jest dziś w mieście jakieś "chamowo". Nie w sensie gorszej kategorii ludzi, ale takiego nowo zasiedlanego miejsca, które kipi od anonimowości. Ja bym powiedziała, że to Zielona Białołęka. Wiadomo jednak, że tkanka miasta jest żywa, zmienia się, coś narasta, coś się starzeje. Już tu pisałam kiedyś, że trzy dekady temu "chamowem" był Ursynów, dziś adres gorący. Za trzy dekady Zielona Białołęka też może być pożądanym miejscem zamieszkania, nie tylko ze względu na najniższe ceny mieszkań.

Za to padło kilka innych ciekawych stwierdzeń z zakresu socjologii miasta. A socjologię miasta lubię :) Zwrócono uwagę na rozdźwięk pomiędzy niskimi, małymi mieszkankami budowanymi w PRLu, a przestrzenią pomiędzy blokami. W przeciwieństwie do starego budownictwa, gdzie kamienice stały ciasno przy sobie, za to mieszkania były stumetrowe. Myślę, że to inne podejście do sfery prywatne / publiczne. Mieszczaństwo przykładało dużą wagę do domu i tego by wzorem pani Dulskiej "prać w nim wszystko". Z domy wychodziło się w sprawach wielkiej wagi. Komuna, wręcz odwrotnie, chciała wypchnąć obywateli z domów. Tam mieli spać, chwilę odpocząć, a prawdziwe życie miało toczyć się w przestrzeni publicznej. Albo to efekt wspomnień robotniczych. Bo o ile mieszczaństwo żyło rzeczywiście na wielu pokojach, to niższe klasy miały i ciasne mieszkania, i ciasny świat poza nim, w którym nie da się odnaleźć.

Przyznam, że ja lubię tę przestrzeń, którą widzę stojąc na balkonie. Lubię wyjść z dzieckiem na spacer, plac zabaw, górkę i wchodzić w przelotne kontakty z innymi użytkownikami tej przestrzeni.

O zgrozo, ja wychowana przez ponad dwadzieścia lat w domach z ogrodem - lubię mieszkać w bloku :) Jestem za leniwa na to krzątanie się, remontowanie, grabienie, sadzenie, koszenie. I mam traumę termiczną z okresów jesienno-zimowych. W domach jest mi zawsze za chłodno. I wbrew pozorom, w zabudowie jednorodzinnej nie jest cicho, sielsko, ani spokojnie. 

Budownictwo ostatnich lat wprowadziło nowy trend - małe mieszkania, mała przestrzeń wokół bloków. Ale ludzie kupują i twierdzą, że wielka płyta jest straszna...

Inny, krótki ciekawy wątek, to filmy i seriale z okresu PRLu, gdzie jeśli ktoś był czarnym charakterem, lub złym człowiekiem, to na pewno mieszkał w kamienicy, albo przedwojennym domku :) W blokach mieszkali ludzie dobrzy :)

Ciekawostka socjologiczna. Jeszcze w latach 50tych, czy 60tych mieszkanie w bloku było nobilitacją, awansem społecznym, ludzie marzyli by tam mieszkać. Dziś marzą o małych, białych domkach na przedmieściach. 

Coś jeszcze o anonimowości. Chciałam zawsze mieszkać w bloku, ale jednak te dziesięciopiętrowce mnie przerażały. Może właśnie przez tę masę ludzką. Jest jeszcze kwestia mojej słuchowej nadwrażliwości i wiem, że jak w jajecznicę z 10 pysznych jaj może zepsuć jedno zgniłe, tak w klatce wystarczy jeden fan niemieckiego techno słuchanego na ful, by mieć ochotę się powiesić. A im więcej pięter, tym ryzyko wzrasta. Traf chciał, że jednak mieszkam w dziesięciopiętrowcu i mam dookoła siebie fajnych ludzi. Najgłośniejszym mieszkańcem w klatce jest, obawiam się, moja córka. Od dnia zasiedlenia, od trzech dekad, skład jest w miarę ten sam. Średnia wieku to pokolenie moich rodziców. Wszyscy się znają, pozdrawiają w windzie, wymieniają uwagi, plotki.

Rozpisałam się, ale po dyskusji był jeszcze spacer, prowadzony przez Sylwię Chutnik. Trochę pokropił majowy deszcz. Przespacerowaliśmy się pod blok, w którym mieszkał Białoszewski, pod jego klatkę. Wyszła z niej jakaś starsza pani, popatrzyła na ten tłumek zdziwiona. Powiedzieliśmy się jej, że chcemy zobaczyć, gdzie mieszkał pisarz.

- Białoszewski? Przecież on nie żyje. - pokręciła zirytowana głową :)

W planach było jeszcze czytanie tekstów, ale ja odbiłam w bok. Musiałam pożyczyć kostium mamy misia, bo w poniedziałek szykuje się już próba kostiumowa. A potem pojechałam na dyskusję nad literaturą niemiecką.

niedziela, 27 kwietnia 2014
Kulturalny weekend

Nie zapowiadało się, ale weekend miałam zapełniony.

Dostałam jakiegoś kopa energii. Zapewne na jakiś czas. Zastanawiałam się na spacerem miejskim w sobotę, na temat drugiego życia zabytków praskich. Każdy zdążył zapamiętać jak lało. Wyskoczyłam na krótkie zakupy i doszłam do wniosku, że jest całkiem ciepło. Pod parasolką będzie ok. Prawdopodobieństwo, że ktoś przyjdzie na taki spacer było zerowe, ale miałam straszną ochotę na ruch. Siedziałam na kanapie, rozważałam argumenty za tym by nie wychodzić, aż w końcu doszłam do wniosku, że jak szukam powodów by nie siedzieć, to muszę wyjść. Koło miejsca zbiórki przeszłam o 12:55 (głupio mi było tak stanąć), ale jak się można było spodziewać nikogo nie było. Wróciłam do domu, zaliczając deszczowy spacerek. A co tam. Dziś dowiedziałam się, że jednak był przewodnik i czterech ochotników - spacer się odbył. Nie wiem, gdzie oni się poukrywali. Chyba z wybiciem 13:00 wyszli za zaułków wszyscy naraz. Jak deszczowe zombi. Szkoda.

To nie był koniec soboty. Wyciągnęłam sokramkę (przez "k", nie przez "c" :P ) i poszłyśmy na debatę na temat przyszłości warszawskich bazarów. W czerwcu będzie jeszcze bardzo długie spotkanie poświęcone Bazarowi Różyckiego, więc wtedy o nim napiszę więcej. Bo będąc na tym spotkaniu - gdzie wystąpień była chwila, za to dużo dyskusji i wypowiedzi z sali - uświadomiłam sobie, że jestem hipokrytką. Bo czy ja kupuję na bazarach? Na Różycu byłam w tamtym tysiącleciu. Na szczęście nie do końca jest tak źle. W sezonie wiosenno-letnim chodzę na mały, lokalny bazarek. Dwa razy zapuściłam się na targ jednodniowy w Koneserze, ale ten idzie w kierunku eko, czy "sera koziego za pół pensji". Coś dla "nowych prażan" ściągniętych tu wizją drugiego Montmarte - zjadłem śniadanie w "Mucha nie siada" i moim holenderskim rowerem podjechałem na targ by udać się w końcu do swojego soft-loftu ;) W sumie też jestem "nową prażanką", ale z portfelem "starej".

Bazarom kiepskiego PR zrobiły przemiany końca tamtego stulecia. "Bazarowa tandeta", galerie handlowe. Młodzi zachwycili się pięknymi wnętrzami, produkcją szmatek z Bangladeszu, za to z metkami topowych firm. Bazarkom pozostały wierne starsze roczniki. Dziś można popracować by snobizm na bazary wrócił. Nie mam nic przeciwko. Szukam tam głównie dobrych warzyw, owoców, mięsa i jaj.

Nie chcę by bazary były wypieranie przez galerię handlowe. Ale ile w tym pragnienia zatrzymania odchodzącego świata?

Potem przeszłyśmy się w inną część Pragi - na piwo i występ Grupy Warszawiaków, czyli opowieść o gwarze warszawskiej, scenki, piosenki. Było wesoło.

W niedzielę, nawet bym odpoczywała, gdyby nie wyszło cholerne słońce. Nie, nie można siedzieć w domu, gdy robi się ładna pogoda. Poszłam na niedzielny spacer miejski w przewodnikiem - tym razem po uliczkach także praskich, ale z opowieściami o warszawskiej gwarze. Podobny klimat jak poprzedniego wieczora, ale w plenerze i ruchu. Zatrzymywaliśmy się przy różnych obiektach, a przemiła przewodniczka opowiadała, albo czytała różne urywki. W trakcie ich słuchania przyszło mi nawet do głowy, że dzisiejszy miejski rap jest odpowiednikiem tamtych piosenek. Oni śpiewali o napadach, zdradach, morderstwach, dziś rymują o ciężkiej doli życia na blokowisku. W obu przypadkach nurt powstał w najbiedniejszych robotniczych rejonach. A kłótnie przekupek na bazarach mogą być ówczesnymi rapowymi ustawkami :) Wygrałam także książkę-przewodnik w szybkim konkursie :) Wiedziałam dlaczego na woźniców, od powozów wołano Panie Zielonka ("Jadziem Panie Zielonka") :) A to dzięki sobotniemu koncertowi :)

Do domu wróciłam zmęczona, ale takim fajnym, pozytywnym zmęczeniem. Do końca dnia leniłam się oglądając finałowy sezon "Jak poznałem waszą matkę". Rozczarował mnie. Miał o jeden odcinek za dużo :)

 
1 , 2
Tagi