To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: spacer miejski

niedziela, 11 września 2016
Weekendowo

Sobotni wieczór to wyjście na koncert. Koncert był po sąsiedzku, w Ogrodach Ząbkowskiej. Grał i śpiewał Limboski. Nie znałam go wcześnie, ale namówił mnie kolega, z którym byłam. Mam ochotę wrócić do słuchania muzyki, a by słuchać trzeba coś znaleźć. Limboski ma głos Maleńczuka, ale muzycznie i tekstowo jest bardziej w rejonach "Raz dwa trzy". Fajnie spędzony wieczór.

W niedzielę wybrałam się na spacer miejski po warszawskim Aninie. Dawno nie byłam w tych rejonach prawobrzeżnej Warszawy. Okolica cudowna - domy jednorodzinne zatopione w lasach. Cała ta dzielnica jest tak klimatyczna - sokramka potwierdzi, jako tubylczyni :) Jestem człowiekiem blokowiska, betonu i miejskich atrakcji, ale taki spacer potrafi człowieka złamać :) Odwiedziliśmy dom, w którym bywał i mieszkał ksiądz Jan Twardowski. Pierwotnie mieliśmy zobaczyć tylko pamiątkowy kamień przed posesją, ale wyszła do nas gospodyni, opowiedziała o księdzu, zaprowadziła do ogrodu, gdzie jest wystawa zdjęć mu poświęconych. Z innych ciekawych miejsc - widzieliśmy dawny dom Tuwima, wcześniej przedszkole, a w latach 90tych miejsce tragicznej zbrodni na małżeństwie Jaroszewiczów. Hipotetyczne miejsce, gdzie mieszkał Gałczyński. Oglądaliśmy też świdermajery, które ocalały - nie spłonęły, nie rozpadły się lub nie zostały rozebrane. Piękne, charakterystyczne dla tej okolicy (linia otwocka) budynki mieszkalne. Czas nie obszedł się z nimi łaskawie. Są takie, które przy wkładzie finansowym i determinacji nowych właścicieli są tak atrakcyjne jak niemal wiek temu, gdy je budowano. Równie fascynujące architektonicznie są nowo wybudowane wille, stylizowane na modernizm.

Oprócz tego, trochę posprzątałam, trochę po odpoczywałam. I tak minął weekend bez dziecka :)

niedziela, 16 sierpnia 2015
Po praskich knajpach

Zmieniły się moje plany na weekend i okazało się, że sobotę mam wolną. Trafiłam też na info, że Praska Ferajna będzie prowadzić spacer szlakiem praskich knajp. Tylko tak głupio iść tam samej. Przez chwilę szukałam jakiejś osoby do towarzystwa, ale w końcu odpuściłam. Pomyślałam, że jeśli idziesz z parawanem w postaci koleżanek, to nikogo nie poznasz. Idąc sama nie będę miała wyjścia. Oczywiście, nie żebym miała ciśnienie, że na pewno coś mi się na tym spacerze trafi :D

Dygresja. Spacer był biletowany. Trzeba było przynieść na miejsce zbiórki potwierdzenie przelewu. Od czego ma się nowoczesny telefon. I tu szybko zrozumiałam, dlaczego np. sokramka na dźwięk firmy, która wyprodukowała mój aparat, sama wyprodukowała nieładne komentarze. Dobrze, że zajęłam się tym przed wyjściem z domu. Nie mogłam otworzyć załącznika w mailu, bo musiałam najpierw zainstalować ze sklepu program. Ok. Nie mogłam zainstalować dopóki nie założę konta w pewnym M. Poklęłam pod nosem, ale ok. Zajęło to kilka minut, logowań na pocztę. Aż i tak okazało się, że jeszcze muszę zrobić jakiś "program rodzicielski" na tym koncie. Co??? Ja muszę już wyjść z domu. Zapewne to dlatego, że podałam lipną datę urodzenia i jestem niemowlęciem. Ostatecznie, niczym blondynka, zrobiłam zdjęcie potwierdzenia na ekranie monitora komputera :D

Tak na prawdę, spacer był dla mnie bardziej elementem towarzyskim, nie poznawczym. Ta trasa (będzie jeszcze spacer numer 2 po Nowej Pradze) prowadziła po Szmulowiznie, a te knajpy to ja znam. Było kilka historycznych anegdotek (np. o Wincentym Andruszkiewiczu i jego "U Marynarza" na Brzeskiej) . Niestety, Praga, to miejsce gdzie nie zachował się ani jeden historyczny lokal. Wszystko co działa, ma najwyżej dekadę. W ramach spaceru były także przystanki w knajpach i konsumpcja w ramach biletu. Najpierw posiedzieliśmy w "Skamiejce", gdzie zjadłam trochę solianki i wypiłam cydr słowiański o smaku aronii (mają jeszcze agrestowe, malinowe, truskawkowe). Pyszny, orzeźwiający i nieźle mocny - 7,5%. A mój towarzysz ze stolika opowiedział mi i swojej podróży koleją transyberyjską i dał do spróbowania lemoniady estragonowej (potwornie słodka, zielona i intensywnie ziołowa). Pogadałam sobie też z jednym z przewodników, który zaczyna mnie rozpoznawać na tych spacerach.

Potem reszta spaceru i kilka historyjek. Końcowym przystankiem była "Retro Praga", gdzie można się było poczęstować setką wódki lub mały piwem oraz kanapeczkami ze śledzikiem. Miał tam być też koncert kapeli praskiej. Jednak tego wieczoru był mecz Legii i wydarzenie to było raczej nienegocjowalne ze stałymi bywalcami. Panowie byli bardziej rozłożyści niż wysocy, podgoleni, mocno wytatułowani, a jeden miał pięć zębów - wszystkich razem. Koncert był, ale przed meczem, w przerwie i po meczu :) Trochę napiłam się piwa, pogadałam z jedną z pań i grubo po 22:00 zmyłam się do domu. Mecz się skończył i bywalcy zaczęli zauważać kobiety w sąsiedztwie. 

Na przystanku natknęłam się na kilka młodych dziewczyn robiących sobie selfi z kija. Pierwszy raz zobaczyłam to urządzenie i zrozumiałam, że to nie jaja, ludzie na serio tego używają. Dziewczęta miały wydekoltowane, sukienki tak krótkie, że doskonale umożliwiały wentylację warg sromowych. Wybierały się na wieczór panieński. Chyba jestem już stara. Po nie przyjechała limuzyna, po mnie autobus 170. Wieczór był piękny, posiedziałam sobie jeszcze przed blokiem na murku.

Zdjęć nie będzie, bo aparat został z dzieckiem w górach.

Tagi