To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Edek

poniedziałek, 11 czerwca 2018
Edek - wspomnienie

Miałam już kiedyś napisać te anegdotki związane ze świnkami morskimi, ale teraz są to już wspomnienia o jednej z nich.

Bo wbrew wielu opiniom są to zwierzęta społeczne, nawiązujące jakąś relację i dające sygnały zwrotne. Trzeba tylko często z nimi przebywać. Fakt, że gdy są dwie, to człowieka traktują trochę jak podajnik na jedzenie.

Edek znany był ze swojej niespełnionej namiętności do Tusi. Zwierzaki mieszkały w dwóch klatkach, zetkniętych bokami. Nigdy nie udało mi się samczyka wykastrować, ani też nie miałam siły na podjęcie się zajmowanie większej ilości świnek morskich. Jednak, czasami, Wiertka wykonywała dywersję - bo wierzy w miłość i uważa, że potomstwa nigdy za mało. Czasami więc Wiertka wkładała Tusię do klatki Edka. Pewnego razu zabrałam ją, włożyłam w jej miejsce. A Edek patrzył na mnie i uważam, że nie spojrzał obojętnie - w jego oczach był wyrzut, coś jak "tak się nie robi, tak się nie pogrywa z człowiekiem". A któregoś razu, gdy Wiertka zabrała Tusię do przytulania i głaskania (przy okazji czyszczenia klatek zwierzaki były głaskane), zerknęłam do pokoju i moim oczom ukazał się widok Edka wpatrującego się puste miejsce w klatce obok. Wyglądało tak, jakby wiedział, że jego towarzyszka zniknęła. A gdy przez ostatnie dwa dni chorował, także mam wrażenie, że Tusia piszczała na mój widok jakoś inaczej.

Teraz my jesteśmy jej stadem.

niedziela, 10 czerwca 2018
Pożegnanie Edka

Wczoraj mijała dziesiąta rocznica śmierci mojej mamy. Pojechałam w tym upale na cmentarz, zapaliłam znicze, postawiłam koszyczek z różyczkami - - taki sztuczny - który na pewno by się mamie spodobał. Ona lubiła takie aranżacje cmentarne :) Upał był mocny, cała wyprawa to czterdzieści minut piechotą w jedną stronę od autobusu na cmentarz. Z dojazdami zajęło mi to trzy godziny w palącym słońcu. Do domu wróciłam w wersji bliskiej zwłokom. Wiertka została w domu - nie lubi upału, ani cmentarzy. Szanuję.

Wracając, wstąpiłam jeszcze do kliniki weterynaryjnej po mieszankę dla Edka, świnki morskiej. Chciałam go dopajać i dokarmiać ze strzykawki. W ciągu ostatnich dni mniej jadał, ale myślałam, że może to upał. Ważne, że jadł i pił. Niestety od piątku nie zjadł, ani nie wypił nic. Poruszał się też bardzo wolno. Podejrzewałam, że się starzeje. Choć pięć lat, to jeszcze nie górna granica wieku dla świnek morskich. Jednak, gdy wróciłam do domu i poszłam do klatki, okazało się, że Edek już się nie rusza. Miał zamknięte oczy i nie reagował na głaskanie. Biedaczek, umarł. Umarł z pyszczkiem na listkach sałaty :( Ja się rozpłakałam, Wiertka się rozpłakała. Jeszcze próbowała dać mu wody ze strzykawki. Zawinęłam go w pieluszkę tetrową, włożyłam do pudełka po butach i przeniosłam do łazienki - najbardziej chłodnego pomieszczenia. Obawiałam się, że jeszcze gdzieś tam się tli w nim życie, ale jak weszłam i dotknęłam go po kilku godzinach, wątpliwości nie miałam. Czułam się jakaś przygnębiona i smutna.

A jeszcze tego wieczoru miałam zaproszenie na imprezę imieninową do koleżanki. Dlatego chwilę odetchnęłam, a potem szykowałam się do wyjścia. Wiertkę zawiozłam do jej taty. Ona też była przez całą podróż marudna, robiła mi jakieś wyrzuty na tematy wyciągnięte nie wiadomo skąd, płakała. Rozumiałam, że tak przeżywa smutek.

Dzisiaj, gdy konsekwencje - mimo wszystko - dobrej imprezy, już ze mnie jakoś zeszły, dziecko było już w domu, musiałam się zmierzyć z kwestią pożegnania Edka. Ciężko mi było przyjąć, że oddam go do kliniki jako odpad higieniczny :( A trzeba go było pochować jak najszybciej, bo na zewnątrz szalało 31 plus, a w mieszkaniu mocno chłodniej nie było. Już wcześniej zastanawiałam się, gdzie mogłabym zakopać zwierzątko, jeśli odejdzie. Jednak świnka morska, niby mała, ale na tyle duża, że wykopanie dla niej grobu będzie się rzucać w oczy, a dzisiaj wszędzie będzie pełno ludzi. Do tego łopata. Najbliższa była w domu mojego taty, pod Warszawą. Jak pomyślałam, że mam w tych 31 st Celcjusza, z pudełkiem w ramionach, jechać autobusem pod Warszawę, a potem z łopatą szukać pod miastem odpowiedniego miejsca w lesie, to to biedne zwierze na serio stanie się dla mnie zagrożeniem biologicznym. W takich momentach przydaje się samochód. Już dojrzewałam emocjonalnie do pojechania do kliniki, która była tylko trzy przystanki dalej. Na szczęście, tata Wiertki zgodził się mi pomóc. Wracając z pracy, zajechał po mnie. Zabrałam też Wiertkę, która wcześniej stanowczo odmawiała wycieczek w tym upale dalszych niż do drzwi klatki schodowej. Nie dziwię się. Pojechaliśmy po saperkę, potem znaleźliśmy ładną łąkę za miastem. Dobrze, że to nie ja zabrałam się za kopanie, bo ziemia była sucha, twarda od upału i nie dałabym rady fizycznie. Palące słońce skróciło znacznie proces pożegnania. Szczególnie, że doczesne szczątki Edka rozpoczęły już powoli proces powrotu do obiegu przyrody - że napiszę dyplomatycznie. Pudełko potem porwałam i wrzuciłam do kosza.

A jutro będzie krótkie wspomnienie.

15:49, bezcielesna
Link Komentarze (2) »
wtorek, 06 września 2016
Edek

By nie zakładać co chwila wątków, piszę zbiorczo, co się działo z Edkiem przez ostatni tydzień. A działo się.

W tamten poniedziałek pojechałam z nim na kontrolę. Okazało się, że mimo dokarmiania, tego że zaczął coś podjadać, schudł. Tym razem pani weterynarz postanowiła spróbować podciąć mu zęby. Niezwykle rzadko udaje się to bez uśpienia zwierzaka, a on był zbyt słaby na narkozę. Wyglądało to tak, że ja go trzymałam, druga pani doktor rozwierała mu metalowym czymś buzię i drugim przyciskała język, chroniąc przed ucięciem. A druga pani doktor przycinała mu zęby i piłowała je. Chodziło o te umiejscowione najdalej, przy przełyku. Edek okazał się rzadkim przypadkiem, kiedy udało się to na "żywej śwince". Potem jeszcze dostał znaną serię zastrzyków - kroplówka, antybiotyk, znieczulenie.

Efekt był taki, że przez najbliższe dwa dni Edek nie dawał znaku życia. Dał się zanieść do klatki, zamarł i tak pozostał. Bałam się, że już zdechł. Wsuwałam rękę do klatki i dotykałam palcem, by sprawdzić, czy żyje. Do tego przez najbliższe trzy dni seria zastrzyków. Dlatego w tamtą środę popłakałam się nad nim, bo miałam wrażenie, że on tego nie przeżyje. 

W czwartek ożywił się, zaczął zachowywać bardziej normalnie, na wizycie kontrolnej okazało się, że od kroplówki przybrał na wadze. Chciałam by zrobiono mu badanie krwi, ale weterynarz uznała, że na razie to zbyt stresujące dla niego. Miała kiedyś przypadek świnki morskiej, która w czasie pobrania krwi zdechła ze strachu. Miał od czwartku do poniedziałku nabrać sił.

Nabieranie sił polegało na tym, że zaczął jeść - suche bułki, ziarna, siano, kolby z ziarnami. Suche rzeczy - super, bo ściera zęby i to znaczy, że te przycięte go nie bolą. Nie chce tknąć warzyw i owoców. Jest energiczny, chodzi po pokoju, próbuje się dostać do Tusi. Zważony okazał się... jeszcze chudszy niż w czasie pierwszej wizyty dwa tygodnie temu. Nadal traci na wadze. Teraz już wiem, że potrzeba fachowca by pobrać śwince krew. Znowu potrzebne były trzy osoby. Ja go trzymałam. Pani doktor ogoliła mu łapkę, przewiązała gumką, wprowadziła i igiełkę mikroskopijną kropelkę, po mikroskopijnej kropelce zbierała do probówki, którą trzymała druga weterynarz. Edek był zatrważająco cierpliwy. Tylko pod koniec trochę się wyrywał.

Po tych wszystkich wizytach i badaniach strasznie szkoda mi mojego zwierzaka. Został wymęczony. Nie ogarniam jak można pracować przy eksperymentach dla zwierząt, bo z tym mi się to kojarzyło. Przecież czuć, że ono to przeżywa. Nie wie, nie rozumie sensu tego wszystkiego.

Dziś były wyniki. Są wzorcowe. Morfologia, nerki, wątroba zdrowe. Nie ma się do czego przyczepić. Może to kwestia psychiki - zablokował się i dokarmianie mieszanką pomoże. Może z jakiegoś powodu połączył uraz z warzywami. Mogę jeszcze zrobić mu usg brzucha, ale to w innej klinice. Raczej nie. To może być też nowotwór, albo białaczka, ale na to jest za młody.

Na razie będę dokarmiać strzykawką. Może wreszcie ruszy.

19:42, bezcielesna
Link Komentarze (3) »
wtorek, 23 sierpnia 2016
O tym jak Edek schudział

Określenie, że Edek schudział zapożyczyłam od Wiertki - taki był jej komentarz, gdy opowiadałam jej w niedzielę.

Minęło ze trzy, cztery dni zanim się połapałam, że Edek nie je warzyw, które mu wrzucam do klatki. Zwróciłam uwagę, że leżą. Świnki morskie mają swoje mniej lub bardziej ulubione smakołyki. Czasem im się zmienia. Jednak poidełko też było nie ruszone. Świnek nic nie jadł, ani nie pił. Gdy sprzątałam klatkę, okazało się, że jest czysta. Nie sikał i nie robił kup. Ale żył i trzymał się na nogach. Pocieszałam się tym, że to delikatne zwierzęta i choroba powala je bardzo szybko, czasem w dzień, dwa. Skoro żyje, to znaczy, że nie jest poważnie. Kupiłam w sklepie zoologicznych jakieś witaminy w kropelkach, dopajałam go ze strzykawki.

Ruszyłam z poszukiwaniami weterynarza zajmującego się gryzoniami i przyjmującego popołudniami. I żeby jeszcze było na Pradze, bo inaczej będę jeździć taksówką. Nie było to proste, bo taka specjalizacja jest rzadka. Wreszcie trzy czynniki zebrałam razem. W międzyczasie, Edek skubał sałatę, więc coś trafiało do jego żołądka. Poguglałam w necie i przeczytałam, że czasem świnki nie ścierają sobie wystarczająco zębów i te utrudniają jedzenie. Mojej poprzedniej śwince, przez całe siedmioletnie życie to się nie przydarzyło, więc zapomniałam o tym. Gdy zabierałam go do lekarza, dopiero jak wzięłam go na ręce, czułam, że stracił sporo na wadze. Optycznie tak to się nie rzucało w oczy, bo sierść ma nastroszoną. 

Zrozumiałam dlaczego do gryzoni potrzebna jest specjalizacja. Dwie panie doktor, młodziutkie, miłe, miały super podejście do Edka. Widać było, że wiedzą, gdzie dotknąć, gdzie pomacać, co obejrzeć. I, co najważniejsze, widać było, że lubią takie małe zwierzątka. On ze swojej strony był super grzeczny, dał się obejrzeć, nie protestował. W sumie, zawsze miał stoickie podejście do życia.

Zęby jeszcze ok. Jeden, z tyłu był trochę wyrośnięty, ostry i prawdopodobnie ranił w czasie przeżuwania policzek Edka. Dlatego Edek unikał jedzenia twardych rzeczy. Był na dobrej drodze do wyhodowania sobie reszty zębów. Świnek dostał w kark jedną dużą strzykawkę w witaminami na wzmocnienie. W boczek małą strzykawkę antybiotyku i jeszcze drugą taką ze środkiem znieczulającym. Środek miał być po to, by ranienie w policzek nie bolało i motywowało Edka to żucia. Najpierw miał sobie sam naturalnie spróbować spiłować ząb.

To był czwartek. I tak dzień w dzień - piątek, sobota, niedziela - jeździłam autobusem trzy, cztery przystanki z Edkiem w pudełku do przychodni, gdzie dostawał trzy zastrzyki. Wymęczyło to biedaka. A w domu dokarmiałam go, ze strzykawki do pyszczka, specjalną mieszanką.

W piątek nic, w sobotę jakby nic, ale widać, że zabrał się za jedzenie siana. W niedzielę pojawiły się pierwsze kupy. Odrobinę rzadkie, ale jednak. Co najważniejsze, Edek obgryzł ze skórki połowę twardej bułki. Na niedzielnej wizycie okazało się, że nie jest wcale takim stoikiem. Wykręcał się, gdy miał leżeć na pleckach oraz ugryzł panią doktor w palec. W domu wyrwał mi się z rąk i zeskoczył na ziemię. Wracało mu zdrowie. 

W poniedziałek wizyta kontrolna. Edek je prawie wszystko. Znowu pije wodę. Robi twarde kupy i sika. Przytył 80 gram, co jak na niego jest sporo. Dostał ostatni zestaw zastrzyków i teraz trzeba mieć nadzieję, że ruszy do przodu. W następny poniedziałek wizyta kontrolna, by sprawdzić, czy ząb się ściera.

To tak w temacie, jakbym na urlopie nie-macierzyńskim leżała na kanapie.

wtorek, 07 lipca 2015
Edek i Tusia

Obserwacja dwóch świnek morskich to ciekawe, acz czasami męczące zajęcie. Okazało się, że Tusia bardzo różni się od Edka. Ona ciągle piszczy, on jest prawie (o czym za chwilę) niemy. On wypuszczony z klatki, chowa się pod krzesłem, robi dziesięć bobków, jakieś siku i jak tylko zobaczy klatkę z sianem biegnie do niej. Ona wypuszczona na wolność idzie na rekonesans po pokoju, a włożona z powrotem oburza się i przez bardzo długą chwilę gryzie metalowe pręty, by się wydostać.

Na razie są w sąsiednich klatkach i widać jak trącają się czasami pyszczkami, gryzą pręty. I tu znowu widać, że więcej energii wkłada w to Tusia. Edek częściej po prostu sobie siedzi. Wczoraj wieczorem chyba ze trzy godziny szarpała klatką by się do niego przedostać. Aż już chciałam ją wynieść do przedpokoju. Świnki są w mojej sypialnio-salono-gabinecie.

Wczoraj, próbowałyśmy testowo umieścić je w jednej klatce. Niby krótką adaptację, na obcym terenie już miały. Wyglądało to dziwnie. Tuśka drobniutka biegała po klatce, a Edek wielki sunął za nią niczym Dulski na Kopiec Kościuszki. Jego pół okrążenia, to jej trzy. W dodatku, znowu zaczął wydawać dźwięki. Przypominało to atak astmatyka. Wyglądało to tak, jakby Kuba Rozpruwacz zasadzał się na londyńską prostytutkę. Piętnastoletnią. Bałam się, że jak wreszcie obdarzy ją swymi wdziękami, to Tuśce pęknie nie tylko serce, ale też żołądek i śledziona. Zabrałam ją zaniepokojona do jej klatki.

Dziś przeszłam się do weterynarza, by o tym porozmawiać. Zasadniczo jestem otwarta na jeden miot małych świnek, ale docelowo Edek ma iść pod skalpelek. Pani doktor wytłumaczyła mi, że adaptacja na neutralnym terenie musi trwać dłużej, kilka razy i nie może to być w klatce Edka. Długo żył sam. Musi czuć się bezpiecznie i wiedzieć, że może uciec do siebie, kiedy zechce. Typowy samiec. Pobzykać to ok, ale żeby biegała i piszczała po klatce, to niekoniecznie ;) W innym wypadku oblubieniec może być agresywny.

Co do skalpelka. Wydawało mi się, że świnki morskie są zbyt drobne na zabieg sterylizacji, ryzyko nie wybudzenia po narkozie, przy tak drobnym ciele jest zbyt wysokie. W piątek pogadałam sobie z kolegą z pracy. On z chłopakiem mają dwie świnki morskie. Najpierw kupili samca. Potem przynieśli mu kolegę i kiedy ci zainteresowali się żywo sobą, panowie wpadli w radość, że zdarzyła się szansa na milion na gejowskie świnki. Szybko okazało się, że po prostu mylnie ocenili płeć pierwszej :) Dlatego samczyk został wysterylizowany. Tak się dowiedziałam, że weterynaria poszła do przodu. Obeszłam już okoliczne gabinety i okazało się, że robią to tylko wyspecjalizowane kliniki - jednak typ znieczulenia jest bardzo specyficzny (nie zastrzyk, tylko wziew). Muszę podzwonić dalej. Przy okazji okazji dowiedziałam się, że kolega na świnki wydaje miesięcznie tyle ile ja na swoje dziecko - mają jedzenie w najlepszym ekologicznie gatunku, by się nie struć metalami ciężkimi. A ich klatka to penthaus wśród klatek :) Chyba, rzeczywiście osoby nie heteronormatywne napędzają gospodarkę :) Choć znam heteryka, który równie ceni jakość, nie oszczędzając. Kwestia charakteru.

piątek, 03 lipca 2015
Powiększona rodzinka

Widzę, że chyba nie tylko ja miałam ciężki koniec czerwca. Fizycznie. Tłumaczę sobie, że to taka reakcja na przesilenie letnie, upały. Krótkie noce, ciepłe wieczory są super. Jednak mam w roku dwa takie momenty, gdy wszystko dookoła huczy, niczym świat autystyka. Dla mnie to czerwiec i grudzień. Ze względu na warunki atmosferyczne, ten pierwszy moment przechodzę w miarę pogodnie. Nałożył się jeszcze na to koniec cyklu, początek nowego. Dopadło mnie coś, co mogłabym określić jakąś opuchliznę mózgu :) I to dosłownie. Jak opuchnięte miejsce pęcznieje, boli, tętni, taką miałam ostatnio czaszkę. Nie można nic napisać, nic pomyśleć, pracuje się z zaciśniętą szczęką, by nie popełnić błędu. Apogeum było wczoraj, gdy nawet oddychanie mojego zasypiającego dziecka dudniło mi po głowie. Położyłam się z nią przed 21:00, tak zobaczyć co dalej. A dalej, to okazało się, że jest już 5:38, a ja czuję się diametralnie inaczej.

A z rzeczy pogodnych :) Powiększyła nam się rodzinka :) Koleżanka z pracy, którą teraz zastępuję, spytała się żartem, czy nie chciałabym świnki morskiej. Zimą zdechł ich dwuletni świnek i kupili w sklepie małą świnkę samiczkę. Po miesiącu okazało się, że nowy nabytek powił troje młodych. Przeżyły dwie samiczki. Sytuacja i tak całkiem dobra, bo trzy zwierzaki tej samej płci można jeszcze znieść. Ja za to słyszałam od dawna, że świnki morskie to zwierzęta stadne, potrzebują towarzystwa i nasz Edek pogrąża się w smutku. Od jakiegoś czasu dojrzewałam do myśli o nabyciu mu towarzystwa. Tyle, że podobno to też zwierzęta terytorialne, więc niekoniecznie by zaakceptował innego samca.

W każdym razie już za późno, bo zdecydowałam się zabrać do siebie jedną z nowo narodzonych świnek. Młoda ma cztery miesiące, wiec dzieckiem już nie jest. Dziś koleżanka przyniosła Tusię w pudełku do pracy i biedaczka spędziła wiele godzin w sporym pudle po papierze od ksero. Przyniosłam jej jedzenie i picie. Dziś dopiero też, wracając do domu odebrałyśmy z Wiertką nową klatkę. Ja taszczyłam klatkę, a moje dziecko niosło delikatnie pudło ze zwierzakiem :) Klatka jest ogromna, bo brałam pod uwagę sytuację rozwojową, czyli, że za dwa, trzy miesiące pojawi się może potomstwo.

Składanie klatki zasługuje na oddzielny akapit. Dobrze, że robiłam to dziś, a nie wczoraj niż dwa, trzy dni wcześnie - bo bym ją z wrzaskiem połamała. Ze względu na gabaryty, część z kratkami była do złożenia - tutaj jakieś zatrzaski, gdzie indziej jakieś gwinty to postawienia. Dla jednej osoby masakra. Co zahaczyłam jeden bok, to wypadał drugi. Nie mówiąc o trzecim. Rozjeżdżało się to na trzy strony. Już nawet  planowałam, że jak przyjedzie "Pan Sklep" z zakupami, to go ubłagam o pomoc. Wzięłam się jednak za to jeszcze raz i jakoś to złożyłam, choć chybocze się niebezpiecznie. Dotarło jednak do mnie, że teraz za każdym czyszczeniem będę musiała to demontować i montować ponownie...

Mam trochę obaw, bo gabarytami, to Edek jest na razie trzy razy większy niż Tusia. Umieściłam ich w dwóch klatkach - jego w nowej, bo w poprzedniej ledwo już tyłkiem obracał, ją w starej. Klatki stoją obok siebie i oblubieńcy nawet są sobą zainteresowani, trącają się czasem pyszczkami przez kratki. Być może patrzę na sytuację jak człowiek, nie samica - Tuśce nie przeszkadza, że koleś jest większy. Chwilę poczekam, aż wprowadzę ją do niego. Niech dziewczyna przywyknie do nowego miejsca. I ciekawostka - Edek zaczął wydawać dźwięki. Na początku się trochę przestraszyłam, bo wyglądało to jakby się dławić, albo próbował coś wykrztusić z gardła.

Wpis już jest długi, ale kontynuacja zapewne jeszcze będzie :)

Tagi: Edek Tusia
20:58, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
środa, 21 stycznia 2015
Sałatka życiowa

Takie tam okruchy.

Wczorajszy wieczór całkiem na luzie. Ochota na czekoladę spadła, zjadłam ze smakiem i przyjemnością pomarańczę. Choć nadal przyznaję, że to nie to :D

Kilka dni temu, prawie padł mi komputer. Pierwsze co pomyślałam, to to, że nie zarchiwizowałam mojego tekstu. Tekstu jest sporo, to kilkanaście tygodni żmudnego przepisywania i pierwszego poprawiania. Gdybym to straciła, to bym padła. Jakby wszechświat się napinał, by mi powiedzieć: odpuść kobieto. Nawet strata ogromnej ilości zdjęć jakie ostatnio robię tak by nie bolała. Na szczęście, Były, przy okazji odwiedzin dziecka, coś przy nim zrobił i rzęch działa. Działa wolno, z namysłem, dostojnie, niczym jego protoplaści dwie dekady temu. Jak mam w przeglądarce otworzony Facebook i Gazeta.pl, to biedactwo się zawiesza. Gdyby nie moja oszczędność ocierająca się o granice skąpstwa i wieczna obawa, że zaraz nie będę miała za co żyć, kupiłbym nowy sprzęt. Tekst oczywiście zarchiwizowałam.

Zaniedbałam trochę biednego Edka. Daję mu jeść, czyszczę klatkę, głaszczę, rozmawiam. Jednak biedakowi zrobił się kołtun w tylnej części ciała. Moja młodzieńcza świnka morska była krótkowłosa, nie miałam odruchu sprawdzania sierści zwierzaka i przegapiłam moment, gdy włosy się splątały. Trzeba też było skrócić pazurki. Nie wiedziałam, jak zabrać się za to sama. Edek lubi gryźć w chwilach niepewności.

I oto niedawno, znowu przy okazji wizyty u dziecka, Były oraz Młoda (starsza córka, posiedziała chwilę z Wiertką, bo ojciec był na jej wywiadówce w liceum) zabrali się za moje zwierzę. Po powrocie zastałam je już oporządzone. Za to Były był zapłakany, przysmarkany, z wysokim ciśnieniem (według niego). Ma alergię na świnki morskie. Zapowiedział, że więcej się do Edka nie zbliża, nawet z jedzeniem. Ciekawe, że większość jego byłych kobiet ma w domu świnki morskie ;)

piątek, 16 sierpnia 2013
Nowy członek rodziny

W naszej rodzinie pojawił się nowy członek. Tym razem na prawdę :)

Zastanawiałam się, zastanawiałam i jak to zwykle bywa życie samo rozwiązało dylemat. Na profilu FB starszej siostry Małej pojawiło się zdjęcie z pytaniem. Napisałam, że się zastanowię, ale co tu się zastanawiać. Nowy pojawił się na świecie 26 czerwca i czas był najwyższy by znalazł nowy dom. Przez pierwszy dzień Wiertka mówiła, że to Młoda urodziła jej Edka :) Bo Nowy tak dostał na imię. Miał być George vel Georgie, bo tak się teraz nazywa Royal Baby, ale Wiertka nie była w stanie tego wymówić. Za to Edka sama wymyśliła - tzn. Ede, bo ma fazę na dziwne, bajkowe nazwy. Też po królewsku.

Czas wyjaśnić, że Edek to świnka morska efekt romansu dwóch sztuk, które posiada rodzeństwo przyrodnie mojej córki. Jest u nas półtora tygodnia. Przez pierwsze dwa dni nie wychylał głowy z domku. Teraz wędruje po klatce, ale nadal zmyka jak nas widzi. Na mój widok jest już odrobinę śmielszy. Wiertka żali się, że jej nie lubi. Tłumaczę, że powinna mówić do niego, siadać obok klatki, bo jest nieśmiały. Zobaczymy. Stereotypowo sądzi się, że świnka morska to takie coś co żre marchewki, wydala bobki i niewiele z niej korzyści. Miałam jedną przez siedem lat, więc wiem, że to może być społeczne, przywiązane stworzenie, które uwielbia głaskanie i pogaduchy. Czekam, aż Edek wejdzie w tą fazę. Wiertka ma mniej cierpliwości. Powinnam była zapewne sprawić jej bardziej kontaktowe i destrukcyjne zwierze.

Ale sama już widzę, że jestem leniwym dorosłym. Świnka morska niewiele pracy wymaga. Mijam ją, czasami coś zagadam i tyle. Żadnych spacerów, ogarniania zniszczeń. Czyszczenie klatki co 2-3 dni to żaden problem. Robimy to we dwie z Wiertką - ja zbieram do śmieci brudy, wycieram klatkę, ona wysypuje trociny, dosypuje jedzenia, moja działka to sianko i wsadzenie Edka. Mam nadzieję, że ten rytuał i obowiązki wejdą mojemu dziecku w krew.

Muszę jeszcze znaleźć Edkowi lepsze miejsce. Jego klatka stoi na razie w przedpokoju, na poziomie naszych stóp. Jednak w czasie ostatnich upałów, to było najmniej nasłonecznione i naprażone miejsce w mieszkaniu. Nie chciałam, po powrocie z pracy znaleźć zwłok.

Tagi