To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: lans intelektualny

poniedziałek, 14 maja 2018
Antykonferencja

Niedawno, jeden z moich kolegów z pracy, pojechał na wydarzenie zwane ciekawie - antykonferencją. Jako, że było to w ramach obowiązków służbowych, dla chętnych opowiedział, co to za idea.

Bo czym jest konferencja, większość wie. Jest organizator, płatny udział albo dla uczestników, albo dla prelegentów, czy firm sponsorujących. Sama w tej branży siedziałam. Jest wcześniej przygotowana agenda, czyli lista prelekcji, na koniec pytania od publiczności. Z rzadka panele dyskusyjne, a jeśli już dyskutują, to prelegenci, mądre głowy.

A tu, w antykonferencji, cały ten porządek jest wywracany. Opłaty ponoszą uczestnicy, nie ma wielkich firm sponsorujących. Jedyny chyba tylko wyjątek zrobiono dla tej użyczającej sale - mieli krótkie przedstawienie się. Jest jeden temat przewodni, związany z daną branżą. Nie ma prelekcji, ani występujących, nie ma agendy wykładów. Wszyscy spotykają się na początku razem, wyjaśniana jest idea antykonferencji, zasady. Potem rzucane są, przez uczestników, propozycje tematów, robiona jest ich lista, godzinowy rozkład, rozdziela się je na sale, czy stoliki. Potem, już oddzielnie, przy każdym temacie formuje się grupka wspólnie dyskutująca. W każdej chwili, jeśli temat nie jest interesujący, można wstać i iść do innej. Dyskusja ma trwać godzinę, ale jeśli kuleje i umiera moderator ma prawo ją zamknąć wcześniej, lub wydłużyć, jeśli stała się ciekawa i obecni nadal chcą rozmawiać. Właśnie, moderatorzy są ważni, bo musi być ich kilku i muszą być dobrze zorientowani w temacie. Antykonferencja trwa cały dzień, jest przerwa na lunch, kawa, przekąski.

Dla mnie to bardzo ciekawy, dopiero kiełkujący chyba nurt. Kiedy to ludzie nie chcą już biernie siedzieć na krzesłach i słuchać, jak inni uczą ich życia, czy zawodu. Szczególnie, że część konferencji, to często skok na kasę. Ludzie wolą usiąść i sami wymienić się doświadczeniami, uwagami, wypracować jakieś wspólne stanowisko. Słabe punkty, to niestety kasa. Konferencje i seminaria mają się dobrze, bo ściąga się na nie wielkie firmy, które reklamują się w trakcie. Jeśli główną osią mają być uczestnicy, to a nich spoczywa prawie jedyny ciężar finansowy wydarzenia. Do tego moderatorzy - najczęściej zajmują się organizacją, prowadzeniem antykonferencji za symboliczne pieniądze, albo i gorzej. W tym przypadku byli to pracownicy kilku ważnych na rynku firm, którzy robili to po części dla idei, a ich pracodawcy godzili się na to ze względów wizerunkowych. To wszystko sprawia, że antykonferencje wydarzają się rzadko - ta akurat raz na dwa lata.

Być może jest to kierunek, w jakim będą iść spotkania branżowe. Fajnie. Ciekawa jestem, czy w waszej pracy widzielibyście siebie na takim wydarzeniu, czy jednak lepsza jest tradycyjna konferencja?

niedziela, 29 kwietnia 2018
Literacko o Chinach

Całkiem przypadkiem, kręcąc się pomiędzy półkami w bibliotece, natknęłam się na powieści Anchee Min. Leżała w dziale powieść amerykańska, ale byłam świeżo po lekturze powieści Amy Tan - tych których jeszcze nie czytałam - i dalej miałam ochotę zostać w Chinach.

I było to nawet dobry pomysł. Anchee Min urodziła się w Chinach, przeżyła jako dziecko najgorsze momenty rewolucji kulturalnej Mao, była aktorką w chińskich reżimowych filmach, aż w końcu wyemigrowała do Stanów. Mogę wierzyć, że to w jaki sposób przedstawia Chiny jest w miarę rzetelne i prawdziwe. 

Zaczęłam od "Madame Mao", która moim zdaniem literacko jest słaba, ale jeśli kogoś interesuje życiorys - ani idealny, ani kryształowy - żony Mao, to zachęcam. Potem był "Dziki imbir", może trochę autobiograficzny. To powieść, którą do połowy czyta się ze smutkiem i bólem. Dokładnie i drobiazgowo przedstawione szczegóły i detale życia ludzi zatopionych w rewolucji kulturalnej. Dwie bohaterki, to młode nastolatki, potem wchodzące w życie kobiety, z których jedna jest dzieckiem wrogów ludu, czyli Francuza i Chinki. A przez to jest szykanowana, gnębiona, odtrącana przez rówieśników. By odpracować grzechy swoich rodziców z całych sił stara się być jak najlepszą maoistką, nawet jeśli kosztem jest wyparcie się rodziców i opluwanie ich pamięci. Boleśnie się to czytało. Pomimo tego, polecam. Dla mnie to interesujący obraz socjologiczny pokazujący jak żyli ludzie w tamtych czasach.

Na końcu była dwutomowa biografia - "Cesarzowa Orchidea", "Ostatnia Cesarzowa" - Orchidei, Pani Jehonala, cesarzowej Cixi, ostatniej cesarzowej Chin. Tu czytając miałam mieszane uczucia, bo biografia jest mocno subiektywna i przetworzona przez Min. Widać, że wybiela ona, usprawiedliwia swoją bohaterkę. Z krótkiej notki z wikipedii, gdzie słusznie używa się często wyrazu "prawdopodobnie" wynika, że cesarzowa była dość okrutną i bezwzględną władczynią, oskarżaną o doprowadzenie do śmierci syna, synowej i siostrzeńca (kolejnego cesarza).

Powieść ma jednak jedną dobrą warstwę. Anchee Min, ponownie, drobiazgowo, plastycznie, z najdrobniejszymi detalami opisuje komnaty, grody pałaców Zakazanego Miasta, szaty cesarskie, rytuały na dworze, zależności społeczne, oraz po prostu zwyczaje jakimi kierowali się ówcześni Chińczycy. Dla kogoś, kto chce wejść na chwilę w ten świat, to jest piękne, bo masz kolorowy film w wyobraźni.

Orchidea wygrywa w ogólnokrajowym konkursie na małżonkę i konkubiny cesarza. Pokonuje kilkaset rywalek. Cesarzową zostaje ktoś inny, Pani Niuchuru, ale ona zostaje jedną z pięciu konkubin. Wchodzi w zamknięty świat, który jest pełen przepychu oraz prestiżu, ale jest złotą klatką zakleszczoną dookoła członków cesarskiej rodziny. Świat gdzie w każdej chwili możesz, z byle powodu zostać skazaną na śmierć - to znaczy pozwolą ci się samej powiesić na szalu - a wszyscy dookoła czyhają, by ten powód ci podrzucić. Świat, gdzie jedynym sprawnym mężczyzną jest cesarz, a wszyscy inni dookoła - usługujący, pracujący w pałacach Zakazanego Miasta - to eunuchowie. Trochę sprzedajni, trochę knujący. Porażającym wątkiem jest właśnie ten o okaleczonych chłopcach. Kariera eunucha to była możliwość zdobycia majątku, wpływów, życia w luksusie. Dlatego całe rzesze biednych rodzin, okaleczało swoich synów i wysyłało do Zakazanego Miasta z nadzieję, że dziecko dostanie się na dwór.

Cesarzowa Cixi miała trudne zadanie. Jej Chiny są powoli rozgrabione przez Anglię, Francję, Rosję, Niemcy. Dołącza do nich Japonia. Wielkie cesarstwo, środek świata, centrum myśli intelektualnej i innowacyjnej staje się kolonialnym placem zabaw. Czytam powoli jak inne państwa uważają za naturalne wejść na terytorium obcego, by pouczyć je, że według nich niedobrze się w nim rządzi. Podejrzewam, że niektórzy moi znajomi pokażą mi, że dzisiaj dzieje się tak samo. Według Min, to jak dzisiaj myśli się o Cixi, to efekt kłamliwych i nieprawdziwych artykułów, jakie ukazywały się w prasie europejskiej w ostatnich trzech dekadach XIX wieku. Taki czarny PR, który się wykorzystuje, by umniejszyć przeciwnika. Może jest w tym też trochę racji.

Po lekturze tych powieści, ma też trochę przemyśleń nad różnicami pomiędzy Zachodem i Wschodem, ale to w innym wpisie.

wtorek, 24 kwietnia 2018
O małżeństwie jako sposobie na życie

Wczoraj, po wywiadowce, trochę żartobliwym tonem poprosiłam moje dziecko by zastanowiło się nad sobą, szkołą i jak ma wyglądać jej przyszłość w takim razie.

- Ja będę miała męża. - usłyszałam.

- Postanowiłaś wyjść za mąż i być w domu?

- Tak, wyjadę do Japonii i będę miała męża.

Moje kontrargumenty, że zamiast mnie, to może mąż będzie jej dyktował co ma robić, zignorowała. Jest chyba przekonana, że każdy chłopiec będzie się jej słuchał i robił, co ona mu każe. I nie wykluczone, że tak właśnie będzie.

Już wcześniej zastanawiałam się, jaki przykład jej daję. Doszłam do wniosku, że fatalny. Wstaję świtem (wszystko przed 9-10:00, to dla mojej córki świt), pracuję do nocy (bo przecież kończenie o 16:00, to nie jest normalne), nie mam ciągle pieniędzy, mamy dom wypełniony starymi meblami i sprzętami, nie wyjeżdżamy na wakacje w piękne miejsca,  jestem zmęczona, poddenerwowana.  Bycie dzielną i niezależną, to żaden fajny model. Moja córka chce żyć wygodnie i spokojnie. A wygodnie i spokojnie żyją dla niej te mamy, które mają mężów i wianuszek rodziny do pomocy.

Nie widziała nigdy - na szczęście - rodziny nieszczęśliwej i tragicznej. Tam gdzie jest przemoc, kłótnie, awantury. Dla niej rodzina to miły obrazek, jaki widzi w domach koleżanek. Dla niej ideał kobiety, to żona i matka.

sobota, 10 marca 2018
O podzielonym narodzie

Temat czekał na opisanie już prawie miesiąc. Będzie o krótkiej przygodzie literackiej, która mnie urzekła. Czasami bierzesz coś w bibliotece z półki, bo intryguje cię okładka. Tytuł coś tam mówi, ale nie do końca. Jednak czarna, imitująca skórę oprawa szepcze, że w środku jest coś dobrego. Tak było z "Północ i Południe" Johna Jakes'a. I w tej chwili większość urodzona przed 1980 rokiem jest w stanie już wygrzebać choć jeden okruch wspomnień z tym związany - w latach 80 tych w telewizji leciał amerykański serial oparty na tej powieści. Ach, która nie kibicowała miłości Orry'ego i Madalaine, oraz nie denerwowała się okropną Ashton ;) Bardzo się wtedy emocjonowałam historią rodzin Mainów i Hazardów, i wojny secesyjnej w tle.

Na szczęście, nie pamiętałam do końca, że to o tym i zaczęłam czytać ze świeżym spojrzeniem. Szczególnie, że początek jest kompletnie inny - jesteśmy w końcówce XVII wieku, kiedy to nastoletni chłopiec, syn angielskiego buntownika religijnego, musi ukrywać się na statku i uciekać z Anglii Stuartów do kolonii za Oceanem. Poznajemy też emigranta z Francji, który w ojczyźnie stał się ofiarą prześladowań hugenotów, po torturach ucieka do innej części świata. To taki rozdział, prolog, bo zaraz w kolejnym, czas przeskakuje półtora wieku do przodu, do roku 1840 i poznajemy ich potomków.

Już teraz widzimy, że naród amerykański został zbudowany, ukształtowany przez uciekinierów (głównie religijnych), którzy szukali tu bezpiecznego schronienia przed śmiercią. Bo, jak się na szczęście okazało, ta powieść to nie tylko jakaś tam historyjka o miłościach, nienawiściach, to nie saga rodzinna. To co zostało zekranizowane, to może z 30% treści, bo reszta to potężny opis historyczny, gospodarczy, społeczny. Kogoś mogłoby to znudzić, mnie bardzo zainteresowało. Okazało się też, że dwa tomy "Północ i Południe" to początek, a dalej są dwa tomy "Miłości i Wojny", oraz dwa tomy "Piekła i nieba". Miałam sporo do przeczytania :) Dobrze, że też sporo wolnego czasu :)

Dygresja. Dotarłam w bibliotece do kolejnych tomów i szczęka mi opadła. Zostały wydane na początku lat 90tych i estetyka okładek była w tonie tamtych czasów. Jak ktoś jest ciekawy, może wyguglać tytuły :) Czyli, okładki są obrzydliwe, ckliwe i cukierkowe. Gdy czytałam te tomy w miejscu publicznym, ukrywałam, co czytam :)

"Północ i Południe", to czas od lat 40tych XIX wieku do wybuchu wojny secesyjnej. Świetnie pokazane powoli narastające antagonizmy pomiędzy stanami, coraz większe utwardzanie się a swoich stanowiskach, okopywanie we własnych argumentach. I to, że kwestia niewolnictwa nie była taka najważniejsza, a może nawet była tylko pretekstem. Ze zdziwieniem czytałam, że na północy wcale nie patrzono z zachwytem na ciemnoskórą część narodu, a nawet planowano by wszystkich niewolników wysłać w cholerę na jakąś wyspę. Niech tam sobie zrobią własny kraj. Ciekawe było też dowiedzieć się, że istniał rewolucyjny odłam abolicjonistów, którzy wyzwolenie niewolników chcieli wprowadzić zbrojnym powstaniem.

"Miłość i wojna", to opis samej wojny. Nie byłam nigdy fanką opisów bitew, ale tu dawałam radę przez to przebrnąć. Szczególnie, że Jakes dobrze poprowadził opis coraz bardziej narastającej fali okrucieństwa. Wojna zaczęła się jako starcie dżentelmeńskich armii. Mamy opis bitwy, gdzie jako widownia ściągnęli mieszkańcy z koszami piknikowymi. Dość szybko musieli się ratować ucieczką. Pod koniec drugiego tomu, wojna to już spiętrzenie okrucieństwa, zbrodni i powolnego zezwierzęcenia żołnierzy. Tak jak i my pamiętamy, jaki optymizm panował tuż przed wrześniem 1939 (kogo my to nie pobijemy), a jaka anomia stosunków społecznych wynikła w 1945 roku. Super były też opisy prób skonstruowania pierwszej łodzi podwodnej, testowania jej, tego jak ludzie czuli się w jej wnętrzu. Z przypisów autora na końcu książki wynika, że tę łódź (wyłowioną z dna) można dziś oglądać w jednym z muzeów na południu Stanów Zjednoczonych (bo to Południe próbowało dzięki niej wygrać wojnę).

"Piekło i niebo" nie zostały nigdy zekranizowane. Czytając je byłam już trochę zmęczona tematem, ale także były wciągające. To czasy po wojnie secesyjnej. Wątki są dwa. Pierwszy to kolonizacja Dzikiego Zachodu, zabieranie Indianom ziemi, walki z nimi. Gdzie okrucieństwo i pastwienie się nad drugim człowiekiem jest po obu stronach. Już widziałam, co czuli młodzi chłopcy czytając powieści o Indianach :) Drugim wątkiem jest odradzanie się Południa, które po wojnie jest spalone, zniszczone, zrujnowane i w dodatku upokarzane przez żołnierzy Północy. Są nagle wyzwoleni niewolnicy - niepiśmienni, nie wykształceni, którzy czasem sami nie wiedzą, co z tą wolnością zrobić, czasem padają ofiarą ludzi, którzy wykorzystują ich naiwność. Jeden zostaje zmuszony przez byłego właściciela do podpisania dożywotniego kontraktu o pracę. Inni mają talony na darmową ziemię, ale oto na rynku pojawiają się talony (oczywiście już płatne) na dodatkowe kawałki ziemi i ci biedni ludzie płacą za nie. A w tle powstaje Ku Klux Klan.

Cała powieść kończy się podsumowującym rozdziałem o latach 70tych XIX wieku, kiedy można już powiedzieć, że kraj się skleił, zaczyna iść do przodu jako jeden organizm, rośnie ekonomicznie w siłę. To czasy z powieści Henry Jamesa i Edith Wharton.

Wpis robi się długi, ale jak pisałam wcześniej - nie sama historie rodzinne są tu najważniejsze, ale ogrom pracy badawczej, jaką Jakes włożył, by opisać stan duchowy, w jakim kraj znalazł się w przededniu wojny, jak okrutnie się wyniszczył walką, a potem jak budował siebie od nowa. Na prawie trzech tysiącach stron. Muszę jeszcze, za jakiś czas wrócić do "Przeminęło z wiatrem" (czytałam to ostatni raz prawie ćwierć wieku temu), bo Jakes chciał temat przedstawić mniej cukierkowo i idyllicznie, jak to zrobiła Margaret Mitchel.

Spędziłam środek zimy w Richmond, Atlancie, Waszyngtonie i to była przyjemna zima :)

poniedziałek, 12 lutego 2018
Urodziny Pragi - 370

Warszawska Praga obchodziła właśnie swoje 370 urodziny jako miasto :) 10-go lutego 1648 roku, król Władysław IV Waza, na prośbę biskupów kamienieckich ustanowił tu miasto na prawie magdenburskim :)

Od kilku lat, w okolicach tej daty, dzielnica świętuje przez kilka dni. A w tym roku nawet ponad tydzień. Na większość wydarzeń się nie wybrałam, bo wieczory spędzam z dzieckiem w domu. Plan był bardzo fajny i rozległy, każdy mógł znaleźć coś dla siebie fajnego. Akurat spacery miejskie po dzielnicy już zaliczyłam, na potańcówki i koncerty głupio mi było wybierać się samej. Trochę żałowałam, że nie wybrałam się w sobotę na rekord jedzenia pyz :) Zjadło je jednocześnie ponad 370 osób :)

Za to wykłady uwielbiam i to jest mój typ energii :) Udało mi się dotrzeć na dwa. Oba miały miejsce bardzo blisko mojego domu, w pewnej klimatycznej kwiaciarni prowadzonej także przez pasjonatów historii dzielnicy. Jedno spotkanie poświęcone było ciekawostkom i przy okazji prowadzący opowiedział o dwóch, nieistniejących już kolejkach - jabłonowsko-karczewskiej i mareckiej. Obie linie należały do kolejek wąskotorowych, w dodatku (do czasów PRL) należących do prywatnych towarzystw. obie zostały zlikwidowane na rzecz poszerzania arterii, ulic. Istotnym argumentem za ich zniknięciem było także zagrożenie wypadkami (ludzie jeździli nimi "na winogronka" wisząc ze schodków) oraz kwestia ekologiczna (ogromne zadymienie). Zobaczyłam kawałek materiału filmowego z jazdy kolejką marecką i z nostalgią popatrzyłam na trasę, którą tyle razy pokonywałam autobusem, okolice gdzie mieszkałam z rodzicami. 

Na drugim wykładzie, w fajny sposób, przystępnie, przedstawił historię dzielnicy. Zaczął od ciekawej hipotezy, że to Praga jest starsza od Warszawy :) To tu najpierw osiedlali się przybysze. Z prawej strony rzeki ciągnęły się pola, lasy z dogodnym dostępem do wody i żeglugi, wyładowania towarów z łodzi. Gdy na lewym brzegu nad wodą widniała wysoka skarpa. Dobra ochronnie, co historia potem pokaże. I pierwsze osadnictwo na tych terenach, to gród na miejscu dzisiejszego Bródna. By zbudować chaty trzeba było usunąć drzewa. Ciężko było je wyrąbywać. Szybciej można to było zrobić wypalając las. Prażąc go. Stąd nazwa - Praga.

Gdyby Zygmunt II August doczekał się męskiego potomka, może Praga wyglądała by dziś inaczej. Jednak nastąpiły czasy wolnej elekcji i to na tutejszych terenach. Szlachta, duchowieństwo zaczęli wykupywać tutaj ziemie, by stawiać domy, w których można by się na czas wyborów zatrzymać. I to na prośbę duchowieństwa, król ustanowił w praskiej osadzie miasto. W XVIII wieku zaczęli ściągać także Żydzi, bo - ciekawostka - nie mieli wstępu do Warszawy bez opłacenia biletu za pobyt. A Praga przyjęła ich bez pytania. Dodam tylko, że osiedlali się nie w granicach miasta, bo to było długie wąskie, ciągnące się wzdłuż rzeki, ale tuż za rogatkami (dzisiejsza ul. Marecka). Potem te tereny - dziś Szmulki - także dołączyły do Pragi.

Z Warszawą Praga była połączona trzy razy mostami. Najpierw w XVII wieku, most drewniany (na wysokości ul. Ratuszowej), rozpinany przy brzegu (na łodziach), by przepuszczać statki. Most był niski - 2-3 metry nad wodą, więc po kilkunastu latach wczesnowiosenne kry lodowe zniszczyły go na dobre. W XVIII wieku zbudowano most na łodziach. Do dziś stoi budynek komory wodnej, gdzie pobierano opłaty za przejazd - jest tam praski Urząd Stanu Cywilnego. Przejście osoby kosztowało 2 grosze, zwierzęcia - 4 grosze, przejazd karety - 2 złote, wozu z towarem sporo drożej, a rozpięcie mostu by przepłynął statek jeszcze sporo drożej. Z opłat zwolnieni byli żebracy i żołnierze :) Na zimę most rozpinano i holowano do brzegu. Zimy były wtedy, jak zimy i po Wiśle można był bez problemu przejechać ;) I w końcu trzeci most, zbudowany w połowie XIX wieku - Most Aleksandryjski oficjalnie, ale zawsze nazywany Mostem Kierbedzia (od budowniczego), dziś na jego oryginalnych przęsłach stoi most Śląsko-Dąbrowski.

Oraz super ciekawostka - to na Pradze powstała pierwsza w Warszawie zajezdnia tramwajowa. Najpierw były to tramwaje konne, potem elektryczne. Jeszcze dziś, na budynku, na ul. Inżynierskiej, można zobaczyć oryginalne sztukaterie, obok kawałek torów, a w bramie (jeśli mieszkańcy pozwolą) ławeczkę dla motorniczych oraz tablicę na ogłoszenia. Potem zajezdnię przeniesiono na ul. Kawęczyńską.

Praga nigdy nie była spokojnym miejscem. Coś ma w sobie, co generuje napięcia. Najpierw najechały ją wojska szwedzkie, w czasie Potopu Szwedzkiego. Podczas Insurekcji Kościuszkowskiej, Suworow dokonał rzezi Pragi, mordując większość mieszkańców. Miało to za zadanie złamanie oporu Warszawy - skutecznie. W roku 1868 (o ile nie pomyliłam roku, plus minus 3 lata), miasto strawił pożar. O ironio, Powstanie Warszawskie, które zrównało stolicę z ziemią, dla Pragi okazało się litościwe. Jedyną raną w obrazie dzielnicy było wysadzenie w powietrze Katedry św. Floriana. Wieść niesie, że katedra ocaliła sąsiedni Szpital Praski. Niemcy wysadzić chcieli oba budynki, jednak świątynia okazała się na tyle mocna, że dynamitu zużyto jak na dwie budowle. Za to potem, polityka lokalowa, wobec mieszkańców, sprawiła, że dzielnica stała się jedną z tych mrocznych, niebezpiecznych, zaniedbanych.

XXI staje się dla Pragi czasem, kiedy wreszcie nikt nie najeżdża, PR się poprawia. Tylko, czasami, niestety, w starych kamienicach wybuchają pożary... Niby jest spokojnie, ale dzielnica ma ochotę na kolejną awanturę.

Na wykładzie padło jeszcze sporo fajnych informacji, ale wpis byłby strasznie zagracony. Wybrałam to, co było dla mnie najciekawsze :)

środa, 22 listopada 2017
Z pnączy, kaktusów, lilii i cierpienia

Gdy wiele miesięcy temu, pojawiły się informacje o polskiej wystawie obrazów Fridy Kahlo i Diego Rivera od razu wiedziałam, że muszę pojechać do Poznania. Trzeba było się tylko uzbroić w cierpliwość i czekać. Potem życie pokazało, że trzeba się uzbroić i w inne rzeczy, a najdalej - na wydarzenie kulturalne - to mogę sobie do Wawra w Warszawie pojechać (o czym kiedyś będzie).

Niedawno okazało się, że wybiera się grupa moich koleżanek ze stowarzyszenia literackiego. Padł pomysł, by jechać samochodem w piątkę, a koszty rozłożą się na kilka osób, będzie taniej niż pociągiem. Podliczyłam i wyszło mi, że mogę zaryzykować. Jest szansa, że zmieszczę się w mniejszej kwocie. A potem, dziewczyny zadzwoniły i zaprosiły mnie na ten wyjazd, pokryją za mnie wszystkie koszty. Taki wcześniejszy prezent urodzinowy. Już im podziękowałam, ale dziękuję także teraz :)

Wyjazd opisuję dopiero teraz, bo trochę czasu upłynęło.

Ruszyłyśmy wczesny rankiem, ale nie tak o świcie. Choć w listopadzie świt bywa o zwodniczo późnej godzinie. Cztery godziny jazdy w jedną stronę, bo jechałyśmy dla przyjemności, nie bicia rekordu.

I wreszcie zamek w Poznaniu. Wystawa rozłożona była w czterech salach. Gdyby opierała się tylko na obrazach Fridy i Diego, byłoby ciężko, bo nie było ich aż takiej zawrotnej ilości. Pomysł na rozszerzenie tematu był ciekawy - w drugiej sali ekspozycję poświęcono zdjęciom Bernice Kolko, w kolejnej Fanny Rabel, a w ostatnia poświęcona była wspomnieniu wystawy sztuki meksykańskiej w Warszawie, w 1955 roku.

Najpierw Frida i Diego.  Gusta bywają różne. Diego Rivierze nie można odmówić talentu, doskonałego warsztatu malarskiego, zapału i ognia. Jednak dla mnie to były tylko obrazy. Po prostu obrazy.

Za to obrazy Fridy Kahlo... Można było stać przy każdym po kilka minut i analizować element po elemencie. Wypływające z emocji, uczuć, psychiki są bardziej opowieściami z krainy snów, ciemności. Jak wiersze, albo smutne piosenki.  I nawet, gdy to opisuję, to mam wrażenie, że opisuję płasko. To trzeba obejrzeć - jeśli nie osobiście, to reprodukcje w internecie.

Można było także obejrzeć urywki filmów (artystycznych, a może tylko codziennych), na których byli Frida, Diego, Trocki. Byłam zaskoczona, bo o ile na zdjęciach (także były na wystawie) Frida przedstawia się posągowo, lekko demonicznie, to na filmach, jako osoba w ruchu, interakcji była urocza, dziewczęca, lekko frywolna i przestaję się dziwić, że mogła uwieść nawet kobietę.

Oraz taka dygresja żartobliwa - Frida Kahlo jest jedyną kobietą, której świat wybaczył gęste, czarne zarośnięte brwi i wąsik nad ustami :)

Dalsza część wystawy. Zdjęcia Bernice Kolko, to Meksyk połowy lat 50tych XX wieku, ostatnie chwile życia Fridy. Ten Meksyk etniczny, wiejski, biedny. Pomimo tego, że zdjęcia są czarno-białe, to gra światła, cieni sprawia, że to nadal interesująca, soczysta kraina. Kolko pokazuje, że można krainę, której największym atutem są fajerwerki słońca i kolorów, pokazać w czerni i bieli tak, że nadal jest fascynująca.

Fanny Rabel była Żydówką urodzoną w Lublinie, której rodzina przed II wojną światową wyemigrowała do Meksyku. Była jednym z uczniów Fridy. Mojej koleżance jej obrazy i szkice podobały się bardziej niż te Fridy. Dla mnie były próbą połączenia europejskiego postrzegania świata okiem i rozumem z magią Meksyku. Jednak bardziej kocham Fridę.

Oraz ostatnia sala i chyba najzabawniejszy akcent. W 1955 roku meksykańscy artyści i ich prace zostali zaproszeni do Warszawy, na wystawę w Zachęcie. Zapewne, gdyby nie meksykańskie zapędy komunistyczne, to polski robotnik nigdy by się z ich sztuką nie zapoznał :) Dziś mogliśmy zobaczyć część tych prac oraz ogromne zdjęcie obrazu Fridy Kahlo, który został wysłany na tę wystawę - "Zraniony stół". Z tym obrazem wiąże się sensacyjna historia. Obraz na wystawę dotarł, ale do Meksyku nigdy nie wrócił. Wieść niesie, że ekspozycja pojechała dalej do Moskwy, a tam płótno zaginęło. Nikt nic nie widział, nikt nic nie słyszał. Prawdopodobnie wisi w salonie jakiegoś byłego, radzieckiego oficjela, albo już u któregoś z nowych rosyjskich bogaczy. A może ktoś ukrył go w ciemnej piwnicy i każdy z nas nadal ma szansę nadal go odnaleźć :) Ciekawe jest dla mnie, jaki był klucz wybrania właśnie tego obrazu, bo w tamtych czasach Frida nie była przecież otaczana w Europie takim kultem.

Dlaczego ta wystawa - z 1955 roku - wydała mi się zabawnym akcentem? W gablocie można było się zapoznać wycinkami prasowymi, recenzjami z wystawy. Zanurzyłam się w ten socrealistyczny język i żałuję, że nie robiłam zdjęć. W jednym z tekstów autor wspomina spacerującego po sali robotnika w zabrudzonym smarem fartuchu. Inny, w innej recenzji, daje przepis na prawdziwą sztukę - zaangażowaną w ojczyznę, miłość do niej, gotowość w przelanie dla niej krwi. Żałuję, że trawestuję, bo oryginał był piękny. Ta poetyka przypomniała mi... dzisiejsze materiały prasowe. Już jakiś czas temu, zauważyłam, że pewne media mówiąc językiem łudząco podobnym do tego z okresu stalinowskiego. Taka ojczyźniania nowomowa. Druga strona, ta opozycyjna, dłużna nie jest. Może się okazać, że za kilka dekad, nasze wnuki będą z rozbawieniem czytać nasze wpisy na facebooku o "czarnych marszach", protestach. Uznają ten język za sztywny, napuszony w swojej waleczności. 

Może to język emocji, uczuć potrafi przetrwać lata. Nie zarykuję stwierdzenia, że się nigdy nie starzeje, bo zaraz ktoś mi doradzi lekturę "Cierpień młodego Wertera" ;)

Obiad zjadłyśmy przed wejściem na wystawę. Po wystawie była kawa i deser :) I wreszcie trzeba było zbierać się do powrotu.

Kolejne cztery godziny w samochodzie, ale tym razem w ciemnościach. Warunki wymagały podtrzymania naszej kierowcy w stanie gotowości i ożywienia, więc przez całą drogę prowadziłyśmy gorące rozmowy i dyskusje. Jednak, jak to się pisze - nie na bloga, ale "out of record" ;)

W domu byłam po 22:00 i padłam.

Jeszcze raz, bardzo dziękuję :)

poniedziałek, 20 listopada 2017
Pewne zdania mają swój czas

Żeby nie było tak ciągle smutno, będzie teraz trochę refleksyjnie. Rzucę trzema bardzo fajnymi cytatami. Tak się jakoś składa, że wszystkie są z "Córki Nastawiacza Kości" Amy Tan. Kiedyś, czytając książkę, często wypisywałam różne cytaty. Mam tego w pliku kilkadziesiąt kartek. Teraz, z perspektywy czasu, przeglądając większość, zastanawiam się, co takiego interesującego w części widziałam. Pewne zdania mają swój czas, potem przemijają.

Teraz przemawiały do mnie poniższe urywki. Każdy z nich mógłby być początkiem jakiejś rozprawki filozoficznej.

 

Gdy rozciera się tusz kamieniem, zmienia się jego charakter, z nieugiętego w uległy, z pojedynczej twardej formy powstaje wiele ulotnych form. Ale kiedy naniesiecie tusz na papier, znów staje się bezwzględny. Nie możecie go już zmienić.

 

Jest bardzo bogata, ale skąpa. Zostawia sobie na potem wszystko, co wydaje jej się za dobre, by od razu zjeść - owoce, czekoladki, orzechy nerkowca. Kładzie te smakołyki na lodówce, a kiedy zgniją i nie da się ich już jeść, wkłada je sobie do ust i mówi: Czemu wszyscy twierdzą, że to takie dobre? Co w tym dobrego?


Biegłość to umiejętność rysowania tej samej rzeczy taką samą kreską, z taką samą siłą w takim samym rytmie i z taką samą wiernością. Taki rodzaj piękna jest zwykły. [...]
Drugi poziom. Coś więcej niż zwykła wprawa. Piękno tego malunku jest wyjątkowe. Mimo, że jest prostszy, z mniej widoczną wstęgą i o bardziej zaznaczonych liściach. Oddaje siłę i osamotnienie [...]
Trzeci poziom to Boski. Tu liście są cieniem poruszanym przez niewidzialny wiatr, a źdźbło istnieje przede wszystkim dzięki sugestii. [...]
Czwarty poziom [...] Możemy go wyczuć tylko wówczas, gdy nie staramy się tego robić. Pojawia się bez przyczyny, bez pragnienia, bez znajomości skutków. Jest czysty. [...]
Kai Jing długo milczał.
- Czwarty poziom nazywa się Bez Wysiłku. - powiedział wreszcie. Schował książeczkę do kieszeni i popatrzył na mnie w zamyśleniu. - Ostatnio czuję piękno Bez Wysiłku we wszystkim - rzekł. - A ty?
- Tak samo. - powiedziałam i zaczęłam płakać.

Oboje wiedzieliśmy bowiem, że mówimy o tym, że można się zakochać bez wysiłku, niezależnie od własnej woli, jak gdybyśmy byli dwoma bambusowymi źdźbłami, które przez kaprys wiatru nachyliły się ku sobie.

niedziela, 12 listopada 2017
Weekendowo - azjatycko

W ten weekend, razem z Wiertką zawitałyśmy na Festiwal Kultury Japońskiej. Widziałam jak zainteresowała ją książka o Japonii i tamtejszej kuchni. Dlatego zapisałam nas na dwa warsztaty kulinarne. W ramach festiwalu były także koncerty i wykłady, ale moja córka uznaje to za nudę i jest zdziwiona, że mnie może coś takiego interesować. Zacytuję ją:

- Jak mogłaś urodzić takie przeciwne dziecko.

Wracając do warsztatów. W piątek wieczorem pojechałyśmy uczyć się robienia temari suchi. Robi się je prosto i szybko. Nawet ja jestem w stanie ogarnąć sprawę. Wiertka tym bardziej. Na folię spożywczą nakłada się dodatek, na to kulkę z ryżu i całość zawija się, formuje dłońmi w zwartą kulkę i odwinięte kładzie na talerzu. Talerz podlewa się odrobiną sosu sojowego, a na każdą kulkę daje odrobinę wasabi. Moje kulki nie były tak idealne i piękne jak innych, ale też dawały radę. Wiertka, z dodatków uznawała tylko ogórka i kawałki omletu. Odmawiała jedzenia tuńczyka, łososia, grzybków mun, czy paluszków krabowych. Jadła sam ryż :) Za to robiła kulki z dodatkami dla mnie. Trzeba przyznać, że się objadłam. 

W sobotę rano, miałyśmy spotkanie związane z robieniem japońskich słodyczy - wagashi. Ten rodzaj akurat składał się z masy zrobionej z pasty z białej fasoli, mąki ryżanej i ogromnej ilości cukru oraz nadzienia z pasty z fasoli adzuki, także z ogromną ilością cukru. Wydawało mi się, że lubię słodycze, ale wzięłam do ust kilkumilimetrową kulkę i jej słodycz powaliła mnie na długo. Te słodycze jada się do ceremonii herbaty, więc może z jej goryczą dobrze współgrają. Robiliśmy dwa wagashi - jedno w kształcie liścia klonu, drugie w kształcie japońskiej chryzantemy. Masę trzeba było uformować dłońmi (przed oboma warsztatami, uczestnicy umyli porządnie ręce), zamknąć w niej kulkę z nadzienia, potem ulepić w odpowiedni kształt, wyrysować nerwy liścia, czy płatki. Wszystko to miało swoją określoną kolejność, odpowiedni ruch dłońmi. Jak to w świecie japońskim - nie liczy się efekt końcowy, ale cała ceremonia, która do niego prowadzi.

Każda z nas zrobiła po dwa wagashi. Ja nie dałabym rady zjeść takiej morderczej ilości cukru, ale dla Wiertki nie było to przeszkodą. Początkowo, chciała zostawić trochę na poniedziałek i pochwalić się dzieciom w klasie, ale w końcu zjadła wszystko. Nie wiem, czy jej któryś składnik nie zaszkodził, bo już drugi dzień często odwiedza toaletę. Brzuch ją nie boli, tylko lekkie rozwolnienie. Mam nadzieję, że jej przejdzie.

poniedziałek, 06 listopada 2017
Splątane matki i córki

Nie pisałam, bo czytałam. Pochłonęłam dwie powieści pod rząd. Siedziałam i czytałam, dziecko chciało się bawić, więc pocieszałam je, że jeszcze tylko do końca strony, rozdziału, z wanny wyjść nie mogłam, bo szkoda mi było urwać w środku akcji. A jak kończył się rozdział, to tak tylko na chwilę, na sekundę, rzucałam okiem na pierwsze zdania kolejnego i leciało dalej. Mam tak czasami.

 

A wciągnęły mnie tak powieści Amy Tan :) Żadna to nowość literacka, ale polecam. Kiedyś na zajęcia czytałam jej „Klub Radości i Szczęścia” i także bardzo mi się podobał. Teraz płynęłam na „Sto tajemnych zmysłów” i „Córce Nastawiacza Kości”. Zapewne powieści Amy Tan nie różniłyby się aż tak bardzo do wielu obyczajowych, pisanych przez amerykańskich pisarzy. Oczywiście, bardziej cenione są te męskie – np. Johna Irvinga. To te same historie, tyle, że u niego pokazuje się poprzez bohatera świat męski, a u Tan świat kobiet. A chyba nadal chętniej czytelnicy, bez względu na płeć sięgają po opowieści o męskim świecie, gdy o świecie kobiet chcą czytać głównie kobiety i to też tylko niektóre. Bo kobiecie to babskie. Pewnie będzie o miłości, uczuciach i łzawo.

I zapewne świat kobiet u Amy Tan tak by mnie nie wciągnął, nie wessał, nie wzruszył. Gdyby nie fakt, że autorka jest pochodzenia chińskiego i Chiny, ich kultura są w jej powieściach bardzo ważne. We wszystkich jej książkach głównym tłem jest zderzenie dwóch pokoleń – matek pochodzących z Chin, wychowanych w tamtejszej biedzie i kulturze oraz córek urodzonych już w Stanach Zjednoczonych, zanurzonych głęboko w zdobyczach świata zachodniego. Matki mają swoje tajemnice, traumy, ukryte głęboko straszne wspomnienia. Córki mają swój zwyczajny, poukładany świat. Przeszłość matek wpływa na ich trudne relacje z dziećmi.

Podoba mi się także moment zawiązywania akcji. Główne bohaterki to kobiety czterdziestoletnie, ich matki są po siedemdziesiątce. To specyficzny moment w życiu. Wahadło energii zaczyna się przechylać.  Córka jest w pełni dojrzałości, matka zaczyna słabnąć i milimetr po milimetrze robi się słaba niczym dziecko. Teraz to ona zaczyna być zależna. Chce także opowiedzieć wszystko, co tkwi cierniem w jej pamięci, bo może to jest ostatnia szansa.

Wracam jednak do kultury Chin. W powieściach Amy Tan najpiękniejsze są retrospekcje opisujące dzieciństwo, młodość matek. Opisywany plastycznie, kolorowo świat, przyroda, kultura Chin z pierwszych dekad XX wieku. Świat i kultura czasem okrutne. Od tego nie mogłam się oderwać. Jak stare, egzotyczne baśnie. Szczególnie, że Tan opisuje też świat duchów, demonów, pozazmysłowy. Ciekawie wykorzystuje tradycyjne chińskie wierzenia. Trochę jakby się człowiek znalazł na planie „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” (byłam swego czasu w kinie i wyszłam oczarowana i spłakana ;) ), a  okrucieństwo, bezwzględność duchów sprawia, że atmosfera robi się trochę niczym z filmów Davida Lyncha. Może to realne, może to rozgrywa się tylko w głowach, wyobraźni prostych chińczyków. Ważne, że mocno wpływa na akcję powieści.

Losy babek plączą losy matek. Te przekazują dalej, zamienione w kamień, swoje cierpienie córkom. Dopiero powieściowe córki próbują rozwikłać rodzinne supły, przerwać łańcuch fatum. Czytając tak sama się zastanawiałam się, ilu dziwnych, tajemniczych, niekiedy tragicznych historii rodzinnych nie poznamy. Zostały zamknięte w trumnach z naszymi zmarłymi krewnymi. Jednak efekty tych historii ciągle w nas grają, wędrują dalej rodziną. I z drugiej strony – ile naszych smutnych doświadczeń zostanie zamkniętych tylko w naszych wspomnieniach, a nasze dzieci nigdy ich nie poznają. Nigdy nie zrozumieją do końca dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

 

piątek, 08 września 2017
Praga nie zbudowana - cz. 1

Udało mi się wczoraj wyrwać na fajny wykład w Muzeum Warszawskiej Pragi na temat Pragi, która była planowana, ale nie powstała. To spotkanie poświęcone było XIX wiekowi. Temat fantastyczny, ale niestety tego dnia miałam niedobory snu (o czym w którymś z wpisów będzie), ciśnienie ostro pikowało w dół, więc mocno walczyłam by nie zasnąć na krześle. Miałam jakieś dwa kwadranse takiego kryzysu.

 

Opowieść zaczynała się zaraz po rzezi Pragi (ostatnia bitwa insurekcji kościuszkowskiej), która jest chyba mało wzmiankowana w mediach, a pomniki i upamiętnienia są mało eksponowane, ale była prawdziwą rzezią – w kilka godzin wymordowano 20 tysięcy ludzi. Czyli została garstka mieszkańców. Oraz puste pola. Marzenie dla urbanistów.

I urbaniści mieli swoje marzenia. Wykład składał się głównie z omawiania planów urbanistycznych, wizji jak mogłaby Praga wyglądać. Wizji potem i tak nie tworzonych.  Będzie to czytelne raczej tylko dla warszawskich czytelników, ale XIX wieczna Praga, to był obszar od Wisły do ulicy Targowej, najdalej do ulicy Brzeskiej (strona północna) i Rondo Starzyńskiego (strona zachodnia). Na jednym z planów, widzimy trzy, czy cztery wjazdy do miasta, które idą ulicami promieniście biegnącymi ku mostowi, zbiegającymi się optycznie na Zamku Królewskim. Mogłoby to ciekawie wyglądać. Ciekawostką jest, że już w drugiej połowie tego wieku planowana była obwodnica miasta J I to w mnie więcej podobnym kształcie, jak budowana jest teraz J  

Dowiedziałam się też, że na zachód od Pragi stworzona była esplanada (niezabudowany, szeroki pas ziemi), oddzielająca miasto od twierdzy wojskowej, która sprawiła, że budynki powstały tam sporo później, dopiero w XX wieku.

Na jakimś innym wykładzie o historii Pragi, widziałam, że ziemia na tym obszarze podzielona była na podłużne pasy, każdy posiadający innego właściciela. Wydawało mi się to wtedy dziwne – co można zrobić z taką ziemią, jak ją zabudować? Na przykładzie fragmentu mapy Nowej Pragi – kwartał pomiędzy ulicami Wileńska, 11-go listopada, Inżynierska, Szwedzka, - zobaczyłam, jak było to robione. Mieściły się tam pod koniec wieku cztery pasy ziemi. Pierwszy z nich zabudowano kamienicami, stojącymi frontem do dworca Terespolskiego – czyli teraz ulica Wileńska. Przez środek kolejnego pasa poprowadzono ulicę, a boczną ziemie podzieloną na działki, na których stanęły kamienice. I tak dalej. Efektem są ulice – Mała, Stalowa, Strzelecka.

Na koniec obejrzeliśmy jedno zdjęcie ulicy Targowej z początku XX wieku. Przy okazji, dowiedziałam się, że jest to jedna z najszerszych ulic Warszawy i już wtedy taka była. Oprócz tego, że pędzono nią stado składające się z kilkudziesięciu krów, co innego jeszcze wzbudza zainteresowanie. Wzdłuż Targowej ciągnęło się sześć szpalerów drzew… Po jednym oddzielającym chodnik od ulicy i cztery szpalery idące jej środkiem (dziś tam są tory tramwajowe). Planowano jeszcze stworzenie ścieżki spacerowej na samym środku pomiędzy tymi wewnętrznymi drzewami. Żeby nie było tak idyllicznie, bo to przecież czasy carskie były, nie wolno było pomiędzy te drzewa środkowe wchodzić. Odgrodzono je od ulicy drutem, w późniejszych czasach metalowym płotkiem. Dopiero w latach 30tych XX wieku otworzono dla ludności.

Po wykładzie rozgorzała jeszcze gorąca dyskusja, ale niestety musiałam już wracać do domu.

Za tydzień będzie część dotycząca niezrealizowanych dla Pragi planów w XX wieku. Już się zastanawiam, jak się wyrwać.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 16
Tagi