To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Vivian Maier

czwartek, 18 sierpnia 2016
Niezlepialność, czyli Vivian Maier

Zrobiłam sobie wczoraj fajny wieczór i wybrałam się do kina na "Środy z Gutek Film". Wybrałam "Szukając Vivian Maier" i "Sils Maria". I to ten pierwszy zrobił na mnie ogromne, emocjonalne wrażenie.

Niektórzy zapewne czytali w mediach, opisywaną przy okazji premiery, historię panny Maier i jej zdjęć. Można sobie wyguglać, bo nie chcę tutaj robić streszczenia. Zaczyna się od wylicytowanego kontenera z pozostawionymi tam na przechowanie rzeczami, które okazują się ogromną ilością zdjęć i rolek filmów. Na zdjęciach są ludzie na ulicach Chicago. Zdjęcia są stare. Zdjęcia są dobrze kadrowane i ciekawe artystycznie. John Maloof, który to kupił zaczyna szukać ich autorki i wchodzi w totalnie dziwny świat.

Autorka tych zdjęć przez całe dorosłe życie była nianią. Nie miała własnej rodziny, ze swoją zerwała kontakty, nie miała dzieci, nie miała przyjaciół, nie miała znajomych, nie miała własnego życia. Jej życiem były rodziny z którymi mieszkała i aparat fotograficzny, którym cały czas nosiła zawieszony na szyi. I cały czas robiła nim zdjęcia.

Maloof dotarł do dzieci, dziś dorosłych, w mocno średnim wieku, ludzi którzy zetknęli się z Maier i z rozmów z nimi utkał historię kobiety, która tak naprawdę nie miała historii. Tylko setki tysięcy zdjęć. Kobiety, której nikt nie widział, ale która widziała wszystkich. Sam tytuł filmu bardziej mi się podoba w oryginale - "Finding Vivian Maier". Bo to nie tylko rzecz o szukaniu, bardziej o znalezieniu i to nawet nie w sensie dosłownym, ale tym drugim używanym w angielskim - film o poznawaniu kogoś, nabieraniu o nim opinii.

Ja patrzyłam na historię totalnie zamkniętej w sobie osoby, która wpadła w obsesyjne zbieranie rzeczy i obsesyjne robienie zdjęć. Jest taka opowieść w filmie o stosach gazet zalegających w pokoju niani, stosach które zajęły cały pokój, przez które drążyło się korytarze by dojść do łóżka. Jak można wywnioskować z poprzedniego wpisu, ja to doskonale czuję. Ten ból rozstawania się z każdym świstkiem. Czuję też to robienie zdjęć na granicy lub już będącym nerwicą natręctw. Ja tak miałam z pisaniem. Dzień nieopisany, to dzień który znika na zawsze w niepamięci. Nie mogłam znieść myśli, że jakiś dzień zaginie na zawsze, bezpowrotnie, stanie się białą plamą. Że nie będę w stanie ustalić co robiłam dwa lata, siedem miesięcy, trzy dni wcześniej, na przykład. Vivian miała tak ze zdjęciami. Nie mogła znieść myśli, że ten obraz który właśnie widzi, za moment zniknie. A nie uwieczniony zniknie na zawsze, bezpowrotnie.

Każdy z nas ma swoje dziwactwa, mikro nerwice. Są jednak ludzie, którzy wpadają w swoje totalnie, z poślizgiem, mają kończący się dopiero śmiercią przelot.

Widziałam też obcego na naszej planecie. I to też doskonale rozumiem. Była jak wystrzępiony skrawek zdjęcia wydarty z jednej gazety i wklejony w drugą. Jak postać z kliszy jednego filmu nałożona krzywo na kliszę innego. Jak Czerwony Kapturek wstawiony w bajkę o Kopciuszku. Zapewne była gdzieś planeta, na której mogłaby się poczuć swobodnie.

Pozostała bezbarwna, szara, wtopiona w tło, bezcielesna, a pozostawiła po sobie ogrom uchwyconych migawką chwil. Dzięki niej ci ludzie na zdjęciach nadal żyją, nadal trwają, nadal mają swoją młodość.

Niestety miało to swoją cenę, bo z wiekiem jej "niezlepialność" pogłębiała się. Dla otoczenia była dziwaczką, czasem niebezpieczną. Miała to szczęście, że jedni z jej wychowanków wynajęli dla niej mieszkanie, w którym została aż do śmierci.

Gdyby nie ciekawość pewnego młodego mężczyzny, który zamiast wywalić filmy do kosza, wywoła je Vivian Maier rozpłynęłaby się we mgle.

Na tym nie koniec historii. Wychodziłam z seansu przez boczne, ciemne drzwi i nagle kobieta idąca przede mną odwróciła się i zaczęła mi zarzucać, że dotknęłam jej ręki i czy za krocze też się zabiorę. Tak mruczała pod nosem. Aż mnie zatkało. A Vivian Maier chichotała za grobu.

Tagi