To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: lans intelektualny książka

poniedziałek, 28 sierpnia 2017
Od kleszczy przez eter i morfinę

Lektura biografii pozwala poznać także całkiem inne ciekawe zjawiska zmieniające się w czasie. Tak było, gdy czytałam o życiu Rose Kennedy. A konkretnie, gdy opisywane są jej porody. Nie wiem, czy odbywały się tak wszystkie dziewięć, ale na pewno rodziła tak pierwszą czwórkę dzieci. Okazało się, że w Stanach Zjednoczonych na przełomie XIX i XX wieku modne były porody w znieczuleniu eterem. Nie dziwi wykorzystanie go w ograniczeniu bólu, którego bało się zapewne wiele kobiet. Tyle, że eter rodzącą kompletnie usypiał, tak że nie „współpracowała” z lekarzem. Dlatego poród przebiegał pod jego ścisłą kontrolą, a w czasie drugiej fazy – parcia, gdy kobieta nie parła, bo niby jak – dziecko wyszarpywane było kleszczami. Rose absolutnie ufała swojemu lekarzowi i nie wątpiła w to, że taki poród może być bezpieczny. Nie ma na to żadnych dowodów, ale autor jej biografii wysuwa hipotezę, że to mogło być przyczyną opóźnienia umysłowego Rosemary (drugiego dziecka Kennedych) oraz problemów ze zdrowiem i kręgosłupem Johna (trzeciego dziecka, późniejszego prezydenta).

 

To jednak nie koniec porodowego szaleństwa. Tuż przed I wojną światową, w Europie, zaczęto znieczulać porody… morfiną. I kobiety oszalały na tym punkcie. Podobno potrafiły przebijać się przez rejony objęte działaniami wojennymi, by dotrzeć do lekarza, który specjalizował się w takim typie porodu. W takim przypadku, kobieta była znieczulona, ale świadoma i mogła aktywnie uczestniczyć w porodzie. Problemem było tylko to, że czasem rodziło się „niebieskie dziecko” – martwe z przedawkowania… Jednak Rose Kennedy była staroświecka i pozostała przy eterze.

Jako dygresję do tego, mogę napisać, że państwo Kennedy – jak być może większość małżeństw wtedy – sypiali w tym samym pokoju, ale w oddzielnych łóżkach. Ciekawi mnie, kto do kogo przychodził? ;) Po narodzinach dziewiątego dziecka, gdy oboje dobili czterdziestki, zaczęli spać w oddzielnych sypialniach. Chyba już się nie odwiedzali.

Poznając porody kleszczowe Rose, przypomniałam sobie jak dawno temu, jeszcze w szkole średniej czytałam książkę popularnonaukową – z biblioteki rodziców – o zdobyczach medycyny. Był tam rozdział o porodach i o wymyśleniu kleszczy. Dla nie orientujących się w temacie – kleszcze pomagają w drugiej fazie porodu, gdy dziecko utknie w drogach rodnych, a kobieta traci siłę. Bardzo często kończyło to się śmiercią dziecka, a niekiedy także umęczonej matki. Z wyglądu przypominają trochę szczypce na grilla, czy do chwytania kawałka ciasta. Tylko, że tu obejmowały główkę dziecka. Nie pamiętam wielu szczegółów, ale historia była niczym z powieści awanturniczej. Ten sposób przyjmowania dziecka na świat opracował Peter Chamberlen młodszy pod koniec XVI wieku. Wiedział, że znajomość techniki ratującej życie matki i dziecka to żyła złota, sprawiająca, że jest rozchwytywanym położnikiem. Dlatego sposób był starannie ukrywany. Gdy był wzywany do porodu, kleszcze wnoszone były w pudle, a z pokoju rodzącej wyjść musieli wszyscy. Jeśli ktoś mu asystował, lekarz miał na szyi zawiązaną chustę, narzuconą na ciało rodzącej. Sztuka korzystania z kleszczy przekazywana była w ukryciu z ojca na syna i rodzinie udało się zachować ją w tajemnicy przez dwa stulecia! Takie czasy. Dziś by metodę opatentowano i sprzedawano prawo do korzystania.

A w trzy stulecia po wynalezieniu kleszczy, udoskonalono metodę tworząc próżnociąg. Ten zaś pomógł przyjść na świat mojej córce.

 

czwartek, 24 sierpnia 2017
Matka prezydentów - Rose

Będzie trochę wpisów dotyczących tego, co ostatnio czytałam. Jedną z ostatnich lektur jest biografia Rose Kennedy autorstwa Charlesa Highama. Lubię biografie, a sama rodzina Kennedych to materiał na potężną historię. Zawsze byłam ciekawa ich wcześniejszej historii rodzinnej, nie tylko tego fragmentu o prezydenturze Johna i jego tragicznej śmierci, które to są tłuczone przez kulturę popularną. Dlaczego matka prezydentów? Choć ten urząd pełnił tylko jeden z jej synów, to - niemal od niemowlęctwa - do tej kariery przygotowywała najpierw najstarszego syna, Joe Juniora, potem wspierała starania o prezydenturę Roberta i Edwarda.

 

Rose przeżyła 104 lata i tyle obejmuje książka. Napisana jest dla mnie trudnym językiem – zbyt dużo faktów, mało opisów, przemyśleń, jak taki podręcznik do historii. Są ludzie, którzy wolą tak podane informacje. Ja przez to brnęłam. Szczególnie, że wcześniej czytałam biografię Magdy Goebbels i to pochłaniało się, miało się jakiś stosunek emocjonalny do bohaterki. Gdy Kennedy wydają się takimi trochę robotami zaprogramowanymi na osiągnięcie sukcesu politycznego i bogactwa, mieli być nieskazitelni. Może też i taka była ta rodzina.

Dla mnie najbardziej wstrząsający był wątek drugiego z dziewięciorga dzieci Rose i Joego Seniora – Rosemary. Już kiedyś usłyszałam tę historię i byłam oburzona. Córka urodziła się opóźniona umysłowo, co raczej nie było eksponowane w rodzinie (a nawet ukrywane), w której postanowiono, że synowie zostaną prezydentami i starannie planowano ich karierę polityczną. Taka skaza mogłaby zrujnować ten plan. Prawdziwe kłopoty z Rosemary zaczęły się, gdy zaczęła dojrzewać. Z akapitu z biografii wynikało, że była zbyt swobodna w zachowaniu, wulgarna i zaczęła interesować się seksem, wychodzić z domu. Groziło jej wykorzystanie seksualne, a rodzinie skandal. Za radą lekarzy, postanowiono poddać ją zabiegowi medycznemu, który miał ją wyciszyć – lobotomii. Podobno Joe Senior podjął decyzję bez konsultacji z żoną, bez jej zgody, podobno w dokumentacji medycznej musi być zgoda obojga rodziców. Choć wydaje mi się, że z pieniędzmi i koneksjami politycznymi Kennedy’ego, można było tę zgodę ominąć. W każdym razie, Rosemary zniosła lobotomię tragicznie – do końca życia pozostała apatyczna, bez emocji, zamknięta w sobie. Umieszczono ją w ośrodku i nie wspominano jako o członku rodziny publicznie. Oczywiście, dla dobra kariery politycznej tych „normalnych” dzieci.

Dla mnie bardziej wstrząsające było to, że matka – Rose – nie odwiedziła jej przez dziesięć lat. Nie ogarniam tego i ciśnienie mi skacze, jak o tym myślę. Po tym czasie pojechała do niej, ale córka nie nawiązała z nią kontaktu, odwróciła się od niej, więc Rose ponownie nie pojawiła się tam przez wiele lat. Jak można to zrobić własnemu dziecku? Nawet jeśli ma się ośmioro innych – pięknych, miłych, utalentowanych.

Od razu pomyślałam, że za taki stosunek do córki, wstyd z nią związany, musiała spotkać ich jakaś kara. I to karą była tragiczna śmierć czworga dzieci – córki i trzech synów. W dodatku podejrzewam, choć Higham, nie podejmuje tego wątku, że Rose doszła w końcu do tego samego wniosku. Okazuje się, że po tragicznej śmierci czwartego dziecka – Roberta, Rose nagle mocno zaangażowała się w akcje charytatywne skierowane do dzieci opóźnionych umysłowo, odnowiła kontakt z Rosemary. Rose była bardzo gorliwą katoliczką. Taką gorliwą przedsoborowo, „bardziej od papieża”. Wierzę, że utratę czworga dzieci uznała za karę od Boga. Być może za to co zrobiła jednemu z żyjących dzieci.

O tym, jak intensywna była wiara Rose, pokazuje jej stosunek do wyborów życiowych kolejnej z córek – Kathleen. Ta zakochała się w angielskim arystokracie, który był protestantem. Wbrew woli rodziny, zmieniła wyznanie i poślubiła go. Rose zerwała kontakty z córką, bo dla niej zmiana wyznania równała się narażeniu na ogień piekielny i odebranie szansy przejścia przez czyściec. Mąż Kathleen zginął na froncie II wojny światowej (w kilka miesięcy po ślubie). Po wojnie związała się z innym angielskim arystokratą – żonatym, z dziećmi. Ten zdecydował się rozwieść dla niej. Gdy lecieli prywatnym samolotem na spotkanie z Joe Kennedym – Rose nadal odmawiała kontaktu z córką – maszyna rozbiła się w górach. Wszyscy zginęli. Rose oświadczyła, że była to kara dla córki za zmianę wyznania. Przed pogrzebem wysłała do jej przyjaciół liścik z modlitwą w intencji lżejszego przejścia przez piekło, w którym Kathleen się znalazła. Na szczęście, większość przyjaciół oburzona odesłała list. Dopiero w jakiś czas potem, gdy doprecyzowano wykładnię kościoła mówiącą, że chrześcijanie są jednością i zmiana wyznania na protestanckie nie skutkuje wylądowaniem w piekle, Rose odzyskała spokój.

Generalnie, Rose Kennedy sprawiała wrażenie tak usztywnionej zasadami moralnymi, że stały się one drucianą siatką, na której rozpięte było jej ciało. W odróżnieniu od jej męża – Joe Kennedy, który dość dobrze bawił się poza domem, jak to ówcześnie mężowie mieli w zwyczaju. Dla pocieszenia, napisano, że nie był wyrafinowanym kochankiem, jakby dla zdradzanej żony miało to być jakimkolwiek pocieszeniem J

W biografii był jeszcze ciekawy wątek związany z porodami, ale o tym kiedy indziej.

 

 

Tagi