To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wieczór literacki

środa, 09 maja 2012
Pod różowym kasztanem, czyli kiedyś jabole były smaczniejsze

Raportuję o wczorajszym wieczorze promocyjnym, który prowadziłam. Koleżanka ze stowarzyszenia - przykład, że można w późnym wieku zacząć pisać, przetwarzać swoją wyobraźnię i wydać książkę. Żałuję tylko, że książka wyszła dopiero teraz. Będzie się wydawać w klimacie "Rancza", gdy teksty powstały jeszcze przed jakąkolwiek emisją serialu. To koleżanka mogłaby pisać scenariusz.

Ponad tydzień temu była już burza mózgów, gdzie ustalałyśmy szczegóły wieczoru. Pomyślałam, że do klimatu wiejskich opowiadań mogłoby pasować ciemny chleb, smalec i kiszone ogórki. Chyba już ograne, bo z dziesięć lat temu, takie menu "robiło" imprezę, ale nie mogłam się temu oprzeć. Ja myślałam jeszcze o jakiś haftowanych obrusach, ale tu dziewczyny wpadły na lepszy pomysł - wyłożyły stoły gazetami.

Bohaterami większości tekstów są panowie dzień spędzający pod tytułowym kasztanem i spożywający napoje alkoholowe. Wpadło mi do głowy przewrotnie, że po co serwować gustowne wina, gdy aż się prosi podać takie bardzo tanie. Istniało jednak ryzyko, że nikt ich nie spróbuje.

Dzień przed wieczorem spotkałam się z autorką, ustaliłyśmy szczegóły, urywki do czytania, pytania. Rano, po odstawieniu dziecka do żłobka, ruszyłam w rajd po okolicznych sklepach. Celem było zakupienie pięciu sztuk jaboli. W pierwszym, nie mieli. Pani bardzo chciała pomóc.

- Ale mam szampana rosyjskiego za 4,50 zł.

Pomyślała, że muszę się koniecznie porządnie nawalić o 8:30 rano i mam tylko 5 zł w portfelu. W drugim sklepie znowu zadałam konspiracyjne pytanie, bo nigdzie takich win nie było widać. Okazało się, że owszem są - na zapleczach I tak - w sklepie nr dwa kupiłam dwie "Wisienki", w nr 3 dwa "Bizony", a w nr 4 jedną "Maryś". Z "Maryś" było ciekawie:

- Białe czy czerwone? - usłyszałam.

Ledwo powstrzymałam parsknięcie. Wzięłam czerwone.

Miało być różnorodnie. Zasada była taka, że w sklepie przychodziła partia jednej marki i dopiero chyba gdy zeszła docierała inna. Za to w sklepie nr 3 stały skrzynki z pustymi butelkami - jabole mają butelki zwrotne! I w skrzynkach była dodatkowa różnorodność. Dokupiłam puste butelki po: "Węgrzynku", "Nadwiślańskim" oraz "Pokusie" (z pięknym rysunkiem nagiej kobiety w rozmiarze 38, z biodrami, biustem, takiej jak każda z nas). Zastanawiałyśmy się na telefonicznej linii, czy brać pięć win na spodziewane prawie 100 osób, czy więcej. Stanęło na moich 5 sztukach, bo obawiałam się, że i tak zostaną nie tknięte.

Dygresja. Teraz znam już topografię mojej okolicy, ale kiedy tu zamieszkałam, to miałam wrażenie, że sklepów monopolowych jest więcej niż spożywczych. Pierwszego, czy drugiego dnia wyszłam do pracy, lodówka pusta, chcę kupić drożdżówkę, żołądek ciężarną ssie, a gdzie nie wchodzę - tam tylko alkohol...

Wracając do wieczoru. Prawie aż do jego rozpoczęcia na sali fachowiec stroił fortepian, musiałyśmy więc wszystko rozkładać w absolutnej ciszy, na palcach. Może  i dobrze, nie zdążyłam się porządnie zestresować. Znowu większość sukcesu za wieczór ponosi autorka, bo fajnie i długo opowiadała, sypała anegdotami, "faktami autentycznymi". Bałam się, że może za mało pytań przygotowałam, za mało komentuję, ale to w końcu ona miała być bohaterką.

Na koniec był bankiecik. Wina stały na gazetach pod kartką z napisem: "Mózgotrzepy. Każden jeden pije na własne ryzyko". Wypite zostały wszystkie :) Spróbowałam łyka, ale jakoś nie mogłam się w tym odnaleźć. Jak kompot zmieszany z "czymś". Jak to jest, że te 20 lat temu one smakowały jakoś fajnie?

Czuje się jak dresiarz po przypakowaniu na siłowni - tyle, że w wersji intelektualnej. Taka przyjemnie wypracowana :)

Szybko musiałam wracać do domu. Z Wiertką miał być jej tata, ale dwa dni wcześniej zadzwonił z informacją, że wraca do Miasta później. Wszyscy mieli już pozajmowane terminy. Na szczęście firma, w której pracuje mój tata ma przestój i został z wnuczką (tak pracuje do 19.00).

Tylko krótko o pracy - jednak przyjęłam tę robotę i zaczynam od poniedziałku. Zadzwonił mój poprzedni szef, klucząc pytaniami czy pracuję, jak tam szukanie, bo może by coś miał, ale może coś tam, może od września. Mamy być w kontakcie. Nie chciałam wydać mu się desperacka. To on ma myśleć, że ja się zgadzam, a nie on przyjmuje z powrotem. Szczególnie, że do września koncepcja zmieni mu się kilkunastokrotnie. Lubią ci mężczyźni do mnie wracać.

wtorek, 24 kwietnia 2012
Kawa z kardamonem

Wczoraj była promocja debiutu literackiego jednej z dziewczyn ze Stowarzyszenia. Książka wyszła jesienią zeszłego roku, w kraju wieczory autorskie już były, ale to chciałyśmy jej zorganizować bardziej uroczyście. Podjęłam się tego zadania i jako "iwentowiec" sprawdzam się średnio. Mam sporo szczęścia. Rozpisałam co trzeba zrobić, kiedy są terminy ostateczne, ale i tak część dat się poprzesuwała, ja lubię odkładać sprawy "na jutro". Na kilka dni przed przypomniałam sobie, że ostatnio w klubie nie było mikrofonu, a taki by się przydał przy większym audytorium. Następnie wyleciało mi z głowy. Przypomniałam sobie następnego dnia i następnie ponownie wyleciało mi z głowy. Wreszcie zabrałam się za obdzwanianie wypożyczalni, gdzie od razu zadano mi kilka pytań technicznych, na które nie miałam pojęcia co odpowiedzieć. Skontaktowałam się managerem klubu by się dopytać i okazało się, że tam już są na stałe mikrofony i nagłośnienie. W ostatniej chwili ustalałam cenę i ilość wina dla gości, a wieczór był raczej skromny, to pożądana przez nas ilość nie sprawiała kłopotów aprowizacyjnych. Do hurtowni jechać nie musieli.

Ulotkę zrobiła nieoceniona koleżanka, w wolnej chwili, bo była zawalona pracą. Zaakceptowałam materiał w tej szacie, w jakiej był. Przypomniał mi się kolega od "iwentów" z poprzedniej pracy, który długo konferował z grafikiem na temat kolorów, linii, odcieni, ustawienia elementów, w materiałach promocyjnych by wszystko było i.d.e.a.l.n.e. W podobny sposób urządza teraz swoje nowe mieszkanie i można by pomyśleć, że ma zamiar zorganizować tam otwarcie Euro 2012, nie po prostu mieszkać.

Jeszcze scenariusz. Nie chciałam by to było: pytanie-odpowiedź-pytanie-odpowiedź. Podoba mi się forma, w jakiej Pisarka prowadzi nasze spotkania - dyskusje, do których potrafi wciągnąć obecnych na zajęcia. Poprosiłyśmy ją o przybycie na wieczór autorski i pomoc w zorganizowaniu mini-dyskusji. Niestety, rozchorowała się. Pytania, hasła do rozmowy układałam na kolanie, przy okazji jakiejś przerwy. Potem chwilę zastanawiałam się jakby tu jeszcze przybrać w słowa. Bohaterka wieczoru miała wybrać fragmenty do czytania. Zaproponowała trzy, ja jeszcze dorzuciłam z jeden. W dzień wieczoru wczesnym popołudniem zgrałam pytania z fragmentami. Dobrze, że nie pracuję. Tuż przed samym rozpoczęciem uroczystości ustalałyśmy ostatnie rzeczy. Fragmenty pokazywałam jej, gdy sala już czekała z napięciem na rozpoczęcie. Dwie artystki, wiatrem podszyte, zdające się na łut szczęścia.

Nie docierało do mnie na co się znowu porwałam. Do godziny 16.00 dnia wieczoru autorskiego, gdy to wreszcie dopadła mnie trema. Ścisnęło mnie w klatce piersiowej, pozbawiło dopływu krwi do kluczowych organów, a moja twarz wyrażała bezradność łani gonionej przez psy. Mówiłam sobie nigdy więcej, ostatni raz to robię, nie przetrzymam tego jeszcze raz.

Dygresja. Jot, autorka, miała swoje apogeum stresu dwa dni wcześniej, kiedy to czekała na paczkę kurierską od wydawnictwa, w której były egzemplarze książki do sprzedawania chętnym przybyłym na wieczór. Po wymianie telefonów, dobijaniu się do firmy kurierskiej i samego kuriera okazało się, że paczka już jest pozostawiona w recepcji jej firmy. O, taka malutka, proszę pani. Okazało się, że jest piątek wieczór, promocja jest w poniedziałek, a wydawnictwo zamiast 20 sztuk książki przysłało... 1, słownie: jedną. Już się zastanawiałyśmy nad zakupem za własne środki książki w księgarni, odbiorem ich ze stacji PKP, jeśli zostaną wysłane pociągiem. Na szczęście przesyłka dotarła w weekend.

Wracam do promocji. Jot założyła niemal identyczną sukienkę, jak jedna z tych które przymierzałam dwa dni wcześniej, najlepiej na mnie wyglądała i prawie bym ją już kupiła. Prawie a wyglądałybyśmy jak ksero :) Bałam się, że trzymając się scenariusza, który stworzyłam, bez wsparcia Pisarki i braku współpracy z salą rozmowy starczy nam na pół godziny. Na szczęście, Jot jest osobą, która potrafi długo i fajnie mówić o swojej książce, pisaniu, inspiracjach. Nawet odezwały się 2-3 osoby z sali i coś dorzuciły. Udało nam się tak rozprawiać godzinę. Super.

Dygresja druga. Byłam kiedyś na wieczorze poświęconym młodym pisarzom polskim których było sztuk cztery. Nazwiska przemilczę. Prowadzenie tego wydarzenia to musiała być coś jak próba dobrnięcia do bieguna północnego w śnieżycy, mrozie i goniącymi cię niedźwiedziami polarnymi. Padało pytanie i odpowiedź w stylu "tak", "nie", "oczywiście", "zapewne". I tyle. Musieliśmy na słowo uwierzyć, że ci ludzie są w stanie operować językiem ojczystym w stopniu dającym nominację do np. Paszportu "Polityki", czy Nike. Jak widać nie zawsze swoboda w pisaniu, to też swoboda w mówieniu. I kto to pisze.

Po przerwie, tradycyjnie, zrobiliśmy małe ćwiczenie literackie połączone z czytanie fragmentu za drugiej części książki. Było niesamowicie, bo prawie każdy na sali spróbował coś stworzyć, czytał swój kawałek historii. Fajnie jest patrzeć jak ludzie się otwierają.

Wreszcie koniec. Najtrudniejsze za mną. Podchodzi koleżanka, której książka też właśnie opuszcza drukarnię. Za dwa tygodnie ma wieczór promocyjny i chciałaby bym go też poprowadziła. Czemu nie? Zgodziłam się.

Dlaczego kawa z kardamonem? Można w poszperać w googlach i będzie wiadomo dlaczego taki tytuł wpisu ;)

Tagi