To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: Muzeum m st Warszawy

czwartek, 24 lipca 2014
Kulturalnie

W teorii Były był przygotowany na to, że w tym tygodniu także zajmuje się dzieckiem i nawet zarezerwował sobie dni wolne od pracy. Nie mogłam tak do końca mu odpuścić i zrezygnować z jeszcze odrobiny czasu dla siebie. Na środę i czwartek miał jeszcze wziąć Wiertkę do siebie. Obawiałam się, że Mała - po zaledwie dwóch dniach ze mną - nie będzie jeszcze gotowa na zmianę. Jakoś ją przygotowałam. Jej tata miał po nią przyjechać w pewnym zakresie czasowym i w końcu puściłam jej bajkę. Prawem Murphego akurat się zaraz zjawił. Mogłam albo wyłączyć dziecku bajkę, albo czekać razem z nim jeszcze kwadrans. Wybrałam to drugie i rozpętałam burzę. Dziecko ryczało i odmówiło jechania do taty. Tato strzelił focha. Ja zwróciłam mu uwagę, że to jego standardowa reakcja w sytuacjach kryzysowych. W przeciwieństwie do czasów związku przyjmuje to z rozbawieniem, nie eskalacją konfliktu. Zrozumiałam te sytuacje, gdy maluch reaguje histerią, gdy ma jechać do drugiego, rozwiedzionego rodzica. Bo co robić? Zmusić i zrobić przedstawienie na całą okolicę, gdy dziecko wrzeszczy i krzyczy "nie"? Moja córka lubi manipulować. To ja musiałam zmanipulować ją. Wiedziałam, że chce pojechać do taty, tylko jest rozżalona, że przerwano jej bajkę. Zaproponowałam, że dam jej na drogę trochę czekoladek, które miałam. W minutę później, moje dziecko wychodziło z domu z pudełeczkiem czekoladek, bez łez, uśmiechnięte i zadowolone z życia. Zostałam sprzedana za słodycze.

Wczoraj poszłam na środowe sense za 5 zł w pobliskim kinie. Przed salą spotkałam znajomą ze studiów. Widujemy się niezwykle rzadko, bo ona bywa w innym kraju, ale odrzekła, że dzięki moim wpisom na FB czuje się jakbyśmy widywały się częściej. Nieźle. Leciało "Po ślubie". Dość gorący film, bo ledwie po premierze. Czeskie kino, a ja to uwielbiam. Przywykliśmy, że skoro czeskie, to gorzka komedia. A właśnie, że nie tym razem. Zapewne, gdyby nie Smarzowski sprzed lat, to tytuł polski filmu byłby "Wesele". Nie jest to jednak wesele po polsku, ale bardziej po czesku - przyjęcia dla najbliższych 20-30 osób, obiad, trochę tańca, trochę zabawy w ciągu dnia, dużo wina, nie wódki. Potwierdziła to koleżanka, ekspertka od Czech. Tylko z tym winem, to nie wiem, czy nie był to ważny element scenariusza.

24 godziny - od ceremonii w kościele, do poweselnego przedpołudnia. Cały dzień, gdy panna młoda dowiaduje się pewnej rzeczy o świeżo upieczonym mężu. Czy można nadal kochać kogoś wiedząc, że zrobił rzecz obrzydliwą? Nie złą, nie straszną, nie okropną. Obrzydliwą. Czy człowiek w wieku lat nastu, to ta sama osoba w wieku lat 35-ciu? Czy kobieta, której jedno małżeństwo runęło tuż po ślubnej ceremonii, zdecyduje się na równie odważne zerwanie drugiego małżeństwa? Oprócz tego drobne, dobre jak perełki sceny o przekazywaniu okrucieństwa z dorosłych na dzieci, które ich odwzorowują. O tym, że okrucieństwem jest także założenie z góry, że kłamiesz, bo jesteś dzieckiem. A twoim oponentem jest dorosły. Świetne sceny pokazujące tą homo-testo-męską solidarność podszytą homofobią.

Po wyjściu z kina, w drodze na przystanki, dyskutowałyśmy o zakończeniu. Dla znajomej było mało wyraziste, nie było katharsis. Dla mnie ciekawe, bo nieoczywiste, każdy oczekiwał czegoś innego. I czy odkupienie, takie nawet bardzo bliskie, intymne w kontakcie, nie jest przewrotnością losu? Dla mnie film ma o kilka , zbyt oczywistych, łopatologicznych scen za dużo. Litości, domyślamy się prawdy, nie trzeba jej pokazywać w retrospekcjach. I - jak znajoma ładnie określiła, raczej tym już znudzona - czeskie zakończenie filmu. Taniec obrączek. Za to kocham to kino.

Polecam. Celowo nie streszczam scenariusza, ani zakończenia.

Dziś byłam na wykładzie o mapie Warszawy z 1939 roku. Było mnóstwo porównań z mapami z lat poprzednich. Najciekawsze były dla mnie hasła "nadaktualizacja" i "niedoaktualizacja". Bo owa mapa pokazywała pewne plany przestrzenne z poprzednich lat już jako zrealizowane i nie pokazała pewnych rzeczy, które w istocie już istniały. To tak, gdyby ktoś kiedyś uznał plan miasta jako wykładnię prawdy :)

piątek, 18 lipca 2014
Kulturalnie

Kiedy dziecko było ze mną, to marudziłam, że jestem udomowiona i nigdzie nie mogę wyjść. To teraz postanowiłam to nadrobić. Jest czas letni, oferta kulturalna mocno ograniczona, ale coś wybrałam.

We wtorek Muzeum m. st. Warszawy zorganizowało promocję swojej nowej serii wydawniczej - starych map Warszawy. Rozpoczęli od wydania mapy z 1768 roku autorstwa Le Rouge'a. Najpierw był krótki spacer z Katarzyną Wagner po przedmieściach ówczesnego miasta. Przedmieściach, czyli ulicami Nowomiejską, Długą i Miodową :) Ładne mi przedmieścia:) Z punktu widzenia Warszawy z końca XVIII wieku wszyscy jesteśmy "słoikami" :) A ówczesna Starówka nie była miejscem przypominającym dzisiejszy turystyczny szyk, ale składowiskiem ciasnych, zapchanych ludźmi kamienic. Dość ponurym miejscem.

W drugiej części swój wykład, już w muzeum miał Paweł Weszpiński. Na prawdę temat może być nudny, bo co jest porywającego w omawianiu mapy, litości. Ale jeśli przedstawia go pasjonat, to zaczyna cię to wciągać. Weszpiński porównywał cztery mapy Warszawy - tą Le Rouga z mapą, na którą była wzorowana, czyli Tirregaille’a z 1762 roku i dwoma innymi - Rizzi Zannoniego z 1772 (roku nie jestem pewna) także wzorowanej na tej sprzed dekady i Tardieu z 1792 roku wzorowanej na Zannonim. Czyli takie porównanie mapy matki z dwiema jej córkami i jedną wnuczką. Brzmi usypiająco, ale słuchałam z zaciekawieniem. Notatek nie robiłam, szkoda, ale padły fajne kwestie. Bo Warszawa przez trzydzieści lat nie zmieniła się aż tak bardzo, ale mapy tak. Do tego okazało się, że każda z nich taką Pragę przedstawiła bardzo pobieżnie i żeby poznać prawdę o prawym brzegu trzeba by sięgnąć do kompletnie innej.

Wczoraj wieczór i wczesną noc spędziłam w Kinie Praha. Najpierw o 19.00 był pokaz i dyskusja na temat austriackiego filmu z 1924 roku "Miasto bez Żydów". Film powstał w oparciu o starszą o dwa lata książkę Hugo Bettauera. Co znamienne sam pisarz w rok po premierze filmu został zabity na ulicy przez nacjonalistę. Morderca został umieszczony w szpitalu psychiatrycznym i wkrótce wyszedł na wolność. Sam film został zakazany w latach trzydziestych i na sześć dekad zapadł się pod ziemię. Odnaleziono go pod koniec XX wieku. Ponad godzinny niemy film o fikcyjnym państewku, targanych kryzysem ekonomicznym i bezrobociem, które w ramach reform wydala wszystkich Żydów poza swoje granice. I co się dalej dzieje. Nie wiem dlaczego NSDAP zakazała pokazywania tego filmu, bo uważam, że mógłby być argumentem dla... antysemitów :) Bo co się dzieje z biedną Utopią? Jeszcze bardziej podupada gospodarczo, bo Żydzi mieli pieniądze i chcieli je wydawać na zbytki (padają fabryczki), a zagraniczne banki będące w żydowskich rękach nie chcą już udzielać pożyczek :)

Zaginęła oryginalny zapis nutowy dla tapera, więc podkład dźwiękowy napisali i zagrało trio złożone z Oliwiera Andruszczenko (klarnet, klarnet basowy, drumla, duduk), Łukasza Owczynnikowa (kontrabas, electronics) i Mateusza Wachowiaka (akordeon, trąbka, live electronics. Sama lista instrumentów pokazuje, że było to ciekawe, choć mocno dalekie od oryginału.

Po pokazie była dyskusja, ale ja śpieszyłam się na inny film, w sali obok. Latem, kino codziennie ma seanse za 7 zł - nie nowości, ale rzeczy jeszcze dość nowe. Wczoraj była "Dziewczyna z szafy" Bodo Koxa. Przeczytałam opis filmu i wiedziałam, że bardzo chcę go obejrzeć. Najpiękniej spędzone półtorej godziny w tym tygodniu. Gorąco polecam. Choć może nie tym, którzy lubią wychodzić z kina wzruszeni i naładowani optymistycznie. Bo historia nie ma oczywistego happy endu. Nie jest to tragikomedia, a raczej tragedia z elementami komedii. Czyli jak w życiu. Rewelacyjny Mencwałdowski w roli autystycznego mężczyzny, Magdalena Różańska jako dziewczyna z fobią społeczną, w głębokiej depresji. Przy jej introwertyzmie, mój jest scenicznym dokonaniem w stylu Dody. I tych dwoje, którzy odnajdują pomiędzy sobą język. Fajnie, poetycko pokazana ich odmienność patrzenia na świat.

Nawet sceneria dla wydarzeń jest świetna. Historia dzieje się na szarym, ciasnym blokowisku, w jednym z wielu kilkunastopiętrowych bloków z wielkiej płyty (z tabliczek - warszawski Marymont). Mieszkania w środku, to w większości kawalerki wielkości kilkunastu, do 20 metrów kwadratowych. Ciasne szafy. Nasza bohaterka ucieka przed światem żyjąc w szafie, ale tak na prawdę to wszyscy w tym filmie żyją w swoich ciasnych szafach mieszkań, dusznych szafach osiedli. Z tą różnicą, że jeszcze walczą o normalność swojego życia - jak brat autystycznego Tomka (opiekując się bratem zawala życie zawodowe i osobiste), gdy Magda już się poddała. Oddała życie walkowerem.

Pisałam kiedyś, że brakuje mi klimatycznego czeskiego kina w polskim wydaniu. Albo skandynawskiego. Jest.

Pomyślałam także, że introwertycy, nadwrażliwcy, ludzie bez skóry ochronnej są takim wdzięcznym tematem dla pióra i kina. Gdy w realnym życiu jest odwrotnie.

Tagi