To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wieczór autorski

poniedziałek, 31 października 2011
O naszych warsztatach z drugiej strony

Dostałam sygnały, że za bardzo marudzę w opisywaniu piątkowych warsztatów, a nie taka była moja intencja.

Daję więc link do wpisu na blogu mojej koleżanki ze stowarzyszenia, która prowadziła te warsztaty:

http://pisarskiecwiczenia.blog.onet.pl/Nasze-pierwsze-warsztaty,2,ID438549240,n

Na prawdę było ciekawie i inspirująco :)

sobota, 29 października 2011
Nasze pierwsze warsztaty pisarskie

Nasze, nasze :) Tyle z nimi miałam wspólnego, że jestem w stowarzyszeniu, które je organizuje i prowadzi :)

Cieszę się jednak, że wreszcie ruszyłyśmy do przodu i znowu coś robimy.

Dziewczyny fajnie przygotowały ćwiczenia, materiały do ćwiczeń, poprowadziły. Na prawdę masę fajnej pracy wykonały. Ja się do niczego ostatnio nie nadawałam, bo miałam sałatkę jarzynową zamiast mózgu.

Obawiałam się, że nikt się nie pojawi i będziemy siedziały we własnym gronie. A tu przybyło kilka osób, tak z 5-6, czyli całkiem fajna kameralna grupa. Oby tylko wrócili na kolejne spotkanie! Bo to by znaczyło, że im się podobało i warsztaty spełniają choć część ich oczekiwań.

A teraz kilka moich uwag i mam nadzieję, że dziewczyny nie utną mi głowy, za to, że piszę to na blogu, a nie najpierw na naszą listę mailingową (choć i tak nie da się tego pewnie uniknąć):

  • Brakowało części rozluźniającej przybyłych - nie wystarczy czasem samo powiedzenie imienia, można powiedzieć krótko coś o sobie, czym się człowiek zajmuje, czy pisze od dawna, czy po prostu teraz dopiero próbuje. Takie coś co wstępnie zintegruje grupę. A i dla prowadzącego, to czasem ważna informacja ;)
  • Jakie są oczekiwania przybyłych, albo ich brak - nie po to by je spełnić, bo raczej się nie da, ale choćby po to by wiedzieć jaki to typ osoby.
  • Czas pisania ćwiczenia - moim zdaniem trochę zbyt długi, większość grupy już kończyła, odłożyła ołówki, czekała, na tych, którzy pisali by nawet gdyby im dać czas do rana :)

Może za dużo nasiedziałam się na różnych warsztatach, gdzie tego typu rzeczy są praktykowane. Miałyśmy niecałe dwie godziny na to spotkanie, bo w Klubie zaczynało się inne wydarzenie i siłą rzeczy - albo integracja, albo więcej pisania.

Ja przybyłam na ćwiczenia z Wiertką, bo nie dało się inaczej. To nie był jednak początek tego wieczoru. Najpierw pojechałyśmy do żłobka na wspólne warsztaty plastyczne dla rodziców i dzieci. Robiliśmy "Ocean Przyjaźni". Mogłam olać, bo ten dzień spędzałyśmy w domu, ale uznałam, że fajnie jest razem we dwie przyłączyć się do jakiejś pracy. Zobaczyłam jak mści się na mnie moje unikanie prac manualnych, plastycznych. W domu też tego nie robimy, bo mała kompletnie nie chce się na tym skupić. Moja wyobraźnia zgrzytała i skrzypiała na zakrętach. Pomalowałyśmy flamastrami naszą ośmiornicę, gdzie Wiertka postawiła na dominujący kolor fioletowy. Widziałam, co robią inni rodzice i byłam pełna podziwu, oraz lekkiego wstydu, że ja tak nie potrafię. Ruszyłam trochę wyobraźnią i podoklejałam różne rzeczy, ponaklejałam plasteliną. Mimo to po pół godzinie kusiło mnie by dyskretnie spojrzeć na zegarek, a 10 minut później Wiertka zarzuciła karierę plastyczną i poszła się bawić samochodzikami.

Wreszcie dojechałyśmy na warsztaty pisarskie i moja córka pozytywnie mnie zaskoczyła. Zarzuciła wścieklicę i zajęła się rysowaniem ołówkiem na kartce, stole (widziałam, że dobrze się zmywa, więc może nas tam nie znienawidzą). Udało mi się napisać kilka zdań fajnego tekstu w ramach ćwiczenia. Po godzinie dziecko zrobiło się bardziej ruchliwe i sama widziałam, że jak dla niej, to tego wieczoru zbyt dużo. By nie przeszkadzać dalej innym, pojechałyśmy do domu.

Reszta dalej pracowała :)

Ten wieczorny płacz Wiertka, to jednak chyba nie przez Opiekunkę. Trwa już któryś z kolei wieczór. Mała zasypia o 20.00,  a tak od 20.30 do północy czasem, są wybudzenia ze strasznym płaczem. Nie daje się wtedy dotknąć, kopie nogami, odpycha mnie,  mówi "nie nie nie", by po 5-10 minutach jednak się przytulić i zasnąć. Może to jakieś koszmary senne, albo bolą ją rosnące szybko kości nóg (bo dotyka swoich nóg)? Czy jeśli te kości pobolewają tak dużo starsze dzieci, to dwulatki też to dotyka?

poniedziałek, 10 października 2011
Mój Międzynarodowy Festiwal Opowiadania

Pojechałam tam trochę świecić światłem odbitym, bo moje opowiadanie nie zakwalifikowało mnie na warsztaty (słusznie zresztą), ale była na nich moja koleżanka ze Stowarzyszenia. To razem z nią bywałam na wydarzeniach festiwalowych.

Najpierw prawie nie pojechałam, bo dziecko znowu chore, telenowela z poszukiwaniami opieki na każdy dzień choroby trwa, musiałam poczekać aż tata małej dojedzie po pracy. Wsiadłam w pociąg wypluta, wyciśnięta, by uświadomić sobie, że siedem godzin jazdy może jeszcze bardziej wycisnąć. Straciłam serce do przygody, zanim ta się zaczęła.

Mimo to zamiast prosto ze stacji pojechać taksówką do hostelu, skontaktowałam się telefonicznie z ekipą i dojechałam do knajpy w, której świętowali. Weszłam do środka i od razu pokochałam to Miasto Mostków i Mostów - kilku mężczyzn spojrzało na mnie. Być może pojawienie się o północy Kopciuszka, po wyjściu Księżniczki, mogło zbić ich z tropu, ale nie dali po sobie tego poznać. Za to ja czułam się miło, bo z Moim Mieście nikt się na wchodzących do kawiarni nie gapi - z obawy, że wchodzi celebryta i spoglądający wyjdzie na nie zachowującego zimną krew turystę.

A potem znalazłam się w bajce, z której nie chciałabym wychodzić. Obecność Rudnickiego, Goerke, Tokarczuk, Świetlickiego, Krajewskiego, Andruchowicza działała na mnie równie pobudzająco, co - na niektóre gimnazjalistki - pojawienie się Kuby Wojewódzkiego w pubie. Goerke, pewnie przez nazwisko, kojarzyła mi się dotąd z kimś w stylu Frau z "Włatców Much", a okazała się ciepłą, miłą kobietą, z dziewczęcym wdziękiem. Świetlicki siedział jak basza otoczony wianuszkiem zapatrzonych w niego młodych adeptów słowa. Rudnicki szlifuje sznyt prawdziwego "artysty na kobiety", czyli bywa gburowaty i złośliwy, a przypominając sobie jego dedykacje w książkach widzę, że przywraca znaczenie słowu dyplomata z pewnego internetowego żartu ("ktoś, kto mówi ci spierdalaj, a ty cieszysz się na nową podróż"). A ujmujący Andruchowicz przypomina, że Helena miała coś nie tak z głową przekładając Skrzetuskiego nad Bohuna.

Oprócz tego morze piwa, może piwa, może innych trunków. Kto by się tam połapał o 3.00 w nocy ;) W dodatku wszyscy mili, przystojni mężczyźni okazują się tacy młodzi. Nie piszę o Rudnickim.

Na Festiwal dotarłam tak na prawdę na ostatni dzień (bo praca, chore dziecko, życie życie jest nowelą). Połowę soboty przełaziłam po Mieście Mostków i Mostów z moimi znajomymi tam mieszkającymi - Młodym Studentem i drugim Młodym Studentem, który potem dotarł. Fajnie spędzony czas, choć niewiele zobaczyłam zatopiona w rozmowie. Lubię z nim przebywać, bo rozmowa z nim jest jak oddychanie - swobodna, niewymuszona, temat goni temat. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że ciężko doprowadzić mnie do stanu, kiedy mówię tak lekko jak oddycham. Aż zapominam, że różnica wieku pomiędzy nami jest dwucyfrowa (ale z jedynką z przodu).

Zapamiętałam mostek z niezliczoną ilością kłódeczek przyczepionych do barierki, przęseł. Kłódki mają imiona par i daty - zaklinanie miłości. Ciekawe co by się stało z mostem, gdyby po zerwaniu pary zakochanych kłódka się dematerializowała ;)

Potem uczta dla ducha. Na dwa wieczory (byłam niestety tylko na jednym) sala w multipleksie kinowym zamieniła się w miejsce czytania opowiadań. Pisarze z całej Europy głośno czytali swoje utwory, a na telebimie można było zobaczyć tłumaczenie na polski. Czytali: Jurij Andruchowycz, Simon Van Booy, Helle Helle, Justyna Bargielska, Silke Scheuermann, Annelies Verbeke i Bernard MacLaverty. Ponad trzy godziny słuchania i ani sekundy znużenia, nudy, spoglądania na zegarek. Równie fascynujące co film, czy spektakl. Podpatrywanie jak piszą inni, co robią ze słowami, zdaniami, jak podchodzą do pomysłów.

W niedzielę powrót pociągiem w południe. Powrót do domu, do dziecka, do pracy. Teraz mogę się tylko obejrzeć i rzucić okiem w taflę lustra, które się zamknęło.

poniedziałek, 03 października 2011
Wieczór autorski trochę mojego autorstwa

Zaległe wpisy popełniam, bo wieczór autorski był w piątek :)

Wieczór poświęcony był "Oku wielkiej bogini" Barbary Srebro-Fila.

Koleżanka ze stowarzyszenia jakiś czas temu wydała książkę. W czerwcu byłyśmy grupą w klubie prowadzonym przez znajomego jednej z nas. Jest chętny udostępniać lokal na nasze wydarzenia, bo zależy mu na wypromowaniu miejsca.

Dlaczego wpadłam na to by zorganizować i prowadzić ten wieczór (tak jak prowadziłam poprzednie wieczory autorskie stowarzyszenia)? Z własnych, niskich pobudek ;) Zawsze chciałam być na jakiejś scenie, ale blokowała mnie nieśmiałość. Jeszcze w przedszkolu pani pytała się, które dziecko chce wystąpić i w myślach krzyczałam "ja, ja, ja", bo chciałam grać główną rolę, błyszczeć. Miałam jeszcze nadzieję, że przedszkolanka sama mnie wskaże, ale takiego szczęścia nie miałam. I tak przez całe życie zanim zrozumiałam, że to "ja, ja, ja" trzeba jednak powiedzieć na głos. Odważyć się.

Moja organizacja wieczoru, to było spisanie listy rzeczy do zrobienia i poproszenie dziewczyn by oddelegowały się do ich wykonania. Czyli jak każdy "sprawny menago" - nie sztuka zrobić samemu, sztuka znaleźć do tego innych.

Dziewczyny ze stowarzyszenia podczytują mojego bloga i mam nadzieję, że wyczują żartobliwy ton w tym wpisie - ja wymyśliłam, zrobiłyśmy wspólnie wszystkie.

Napisałam scenariusz wieczoru, ułożyłam pierwsze pytania, a jedna z nas pomogła mi je poprawić tak, by brzmiały sensowniej.

Najdziwniejsze, że nie czułam żadnej tremy, czy stresu. Fakt, że w noc poprzedzającą ten dzień, gdy dziecko obudziło mnie o 1.00, to już nie mogłam zasnąć do 4.00. Przyjęłam to jak lilia na tafli jeziora ;) Trudno, będę niewyspana, trudno będzie mi ciężko.

Przyjechałam na miejsce, zamówiłam kawę (bo w tramwaju podsypiałam) i zaczął boleć mnie żołądek. Skręcił się w kłębek drutu i zwijał bardziej przez najbliższe 2-3 godziny. A na chwilę przed rozpoczęciem wieczoru miałam w głowie pustkę. Choć dzień wcześniej wracając z dzieckiem ze żłobka, w myślach przeprowadziłam całe wydarzenie, tak teraz nawet "Dzień dobry Państwu" już nie miałam w głowie. Chyba jednak trochę spięta byłam.

Dobrze, że wzięłam rezerwową sukienkę, bo dziewczyny doradziły mi bym ją założyła. Tamta została uznana jednak za koszulę nocną. Może kiedyś ją założę, ale chyba w sytuacji erotycznej mniej serio i nie na pierwszą randkę ;)

Stresowała też frekwencja. Wszystko miało zacząć się o 18.00, a o 17.50 w klubie byłyśmy tylko my... Na szczęście ludzie zaczęli się schodzić... Uff. Nawet policzyłam obecnych i oprócz nas było jakieś kilkanaście osób. Może nie robi to wstrząsającego wrażenia, ale potem okazało się, że właśnie taka grupka osób, w kameralnej salce daje fajny przepływ energii.

Wieczór prowadził się pięknie sam, dzięki zaproszonym osobom - Joasi Eichelberger, Agnieszce Ziobrowskie-Mosak i Tannie Jakubowicz-Mount, które na wstępie fajnie opowiadały o kręgach kobiecych. Potem wieczór biegł interesująco, bo sama autorka potrafiła długo i ciekawie opowiadać o książce, dziewczyny sprawnie czytały fragmenty.

W trakcie zrobiłyśmy zmianę w scenariuszu. Pierwotnie po rozmowie o książce miało być nasze ćwiczenie literackie, a na koniec dopiero wino. Dostałam jednak z sali cichą prośbę o przerwę, bo pęcherz wzywa. W sumie, racja, sama po godzinie takie wieczoru (jako słuchaczka) mam wyraźny spadek uwagi.

Tak, więc najpierw była przerwa, rozmowy przy winie, a potem nasza zabawa literacka. Bałam się tej przerwy, bo z organizowania w pracy seminariów, wiem, że po takich minutach ciężko zaprosić na salę ponownie ludzi, wielu już może nie wrócić. Ale nie można być niewolnikiem własnych planów.

W przerwie napięcie ze mnie zeszło, bo moja rola tego wieczoru już się zakończyła. Ufff, ulga. Oczywiście wyszły jakieś osoby, została malutka grupka, a najtrudniej "zagonić" do salki było dziewczyny ze stowarzyszenia, ale "nic to" jak mawiał Mały Rycerz. Wszyscy byli już podlani winem, na stolikach stały ciągle napełniane kieliszki i ćwiczenie wyszło genialnie. Ludzie z chęcią pisali, z chęcią czytali i mam nadzieję wyszli z przekonaniem, że potrafią tworzyć. Napiszę moje ulubione zdanie - był fajny przepływ energii :)

Na koniec wino dalej lało się strumieniami. Podejrzewałam, że po nieprzespanej nocy powinnam się pilnować, bo alkohol zadziała mocniej, ale udało mi się dotrzeć do momentu "jeden kieliszek przed urwaniem filmu" i zrobić stop.

Do domu dotarłam chwilę po północy.

Tagi