To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: wieczór autorski

niedziela, 14 stycznia 2018
Od poezji do poetki, czyli Weekend NieMatki cz. 1

Mam za sobą pierwszy w tym roku swój Weekend NieMatki, spędzony w dodatku bardzo przyjemnie. 

W sobotni wieczór wybrałam się na łączony wieczór autorski pewnej poetki i mojej koleżanki (także poetki, pisarki), która promowała swoją płytę. Czas spędzony na słuchaniu poezji, muzyki z gatunku poezji śpiewanej. Jednak nie tylko. Przyszło trochę osób zajmujących się poezją i jak to bywa na takich spotkaniach, na zakończenie odbywał się "otwarty mikrofon". A ja, po ponad rocznej przerwie, ponownie zaczęłam pisać wiersze. Znowu zaczęły się snuć po mojej głowie. W piątek, nie ukrywam, że z myślą o tym wieczorze, napisałam dwa, a trzeci jest w dopracowaniu. Tak naprawdę to utwory były już kiedyś zaczęte, ale teraz je przekomponowałam, przerobiłam i wykończyłam. Mam trochę takich wierszy w urywkach. Dobry czas na dokończenie ich.

Zebrałam się na odwagę i zgłosiłam się. Serce strasznie się tłukło, żyłka pulsowała, ale o takim stresie mówi się w kategoriach "pozytywnej adrenaliny". Chyba pierwszy raz wyszłam z wierszami przed audytorium, gdzie tylko dwie osoby były mi znane. Przeczytałam wiersze, choć w połowie uznałam, że są okropne, ale za późno już było na ucieczkę. Trudno. Będę to powtarzać :)

Niedzielne wczesne popołudnie spędziłam na spacerze miejskim, ale to temat obszerny, będzie więc o tym oddzielny wpis. 

Ze spaceru, przemarznięta i zlodowaciała, dotarłam do Muzeum Literatury, gdzie byłam umówiona z kolegą. Przyznam szczerze, że pamiętałam, że mamy się spotkać w muzeum na Starym Mieście i czekałam na niego w Muzeum Warszawy... Dobrze, że nie kupiłam biletu :)

W Muzeum Literatury można aktualnie zobaczyć kartki, pocztówki autorstwa Wisławy Szymborskiej. Na małych kartonikach naklejała elementy wycięte z gazet, magazynów tworząc zabawne połączenia. Niektóre kojarzyły mi się z Monthy Pythonem. Podziwiam ją za wyobraźnię i tendencję do abstrakcyjnego, czasami lekko złośliwego humoru. W dodatku, miała niesamowite wyczucie lekkości. Czasami na kartce w wystarczyło nakleić dwie połączone rzeczy, które zajmowały jedną czwartą, jedną trzecią powierzchni, ale ich sens sprawiał, że tam nie trzeba było już doklejać niczego dodatkowego. Gdzieniegdzie widać było wycięty obrazek z gazety i doklejony jakiś tytuł, kawałek wyrwanego z kontekstu cytatu i dawało to ciekawe, absurdalne połączenie. 

Skoro już byliśmy w budynku, to obejrzeliśmy jeszcze wystawę stałą poświęconą Adamowi Mickiewiczowi.

Fajny czas :)

poniedziałek, 29 maja 2017
Wieczór autorski

Po tym jak wreszcie udało mi się wydać swoje wiersze, udało mi się wykaraskać z marazmu i poruszyć temat wieczoru autorskiego. A, że to nie bywa tak, że dziś podanie jutro odpowiedź, galeria ma swój harmonogram wystaw, dlatego zeszło się trochę czasu. 

Wieczór udało się zorganizować wczoraj, w ostatnią niedzielę maja. Dołączyłam do wernisażu obrazów pewnego malarza z Krakowa. Inaczej musiałabym poczekać na termin jeszcze do późnej jesieni. Zaprosiłam trochę osób i byłam mile zaskoczona tym, że odpisywali z podziękowaniem za zaproszenie. Choć jednocześnie informując, że przybyć nie mogą :) Takie czasy nastały, że cieszy człowieka, że ktoś potwierdzi brak przybycia, zamiast się po prostu nie pojawić :)

Sytuacja mnie stresowała, bo miałam wystąpić przed znajomymi. Wydaje mi się, że poprzedni "wieczór poetki" była łatwiejszy, bo nikogo nie znałam. Jest prościej opowiadać i być przed obcymi osobami - bo co mnie obchodzi, co o mnie pomyślą. Znajomi, koleżanki, przyjaciele - to co innego. Szczególnie, jeśli nigdy nie czytali nic mojego i nie znają mnie od tej strony.

A w dzień wieczoru autorskiego dopadł mnie inny stres - przecież może nikt nie przyjść. Jakieś kilka osób i nikt, kogo zaprosiłam. Podobno jest to popularna schiza literatów :)

Ludzie się pojawili. Z mojej strony kilka osób. Wieczór rozpoczął się od rozmowy z malarzem na temat jego twórczości. Ciekawa postać - były zakonnik, cichy, introwertyczny, skromny, pracujący jako woluntariusz z bezdomnymi (takimi już na skraju przetrwania - o tym opowiedział, siedzący na widowni jego znajomy). Sypiający w trumnie... To akurat nie wynikało z fascynacji śmiercią, czy wampirami, ale przywiązaniem do Brata Alberta. Najważniejsze, że malował piękne obrazy. Dopracowane technicznie, choć nie używa pędzla.

Potem była ja. Trochę pytań na temat mojego pisania, czytałam swoje wiersze. Na widowni siedziała moja córka :) Gdy doszło do pytań publiczności, okazało się, że jednak fajnie gdy są znajomi, bo obce osoby mają różne pomysły. Przeżyłam pytanie o gender, transseksualizm i płeć. Mam nadzieję, że wykazałam się wystarczającą przytomnością umysłu :)

A potem było wino, gra na gitarze i śpiew. Wyszłyśmy z Wiertką prawie przed 22:00. Wyjątek, bo rano pobudka o 5:30. Dziś chyba wcześnie zaśniemy :)

Dodam tylko, że kilka dni temu, byłyśmy z Wiertką w tej samej Galerii na imieninach AsiJot, gdzie już w zamkniętym kręgu także fetowano śpiewem. Był to też dzień imienin Wiertki, więc udział w przyjęciu potraktowała jako dodatkową atrakcję.

wtorek, 03 czerwca 2014
Raporcik

Nie mam weny do wymyślania chwytliwych tytułów, tagów, które podbiją moje statystyki wejść na bloga i dzięki temu przepchną mnie do kasty "blogowiczów", dzięki to czemu będę dostawać różne ładne rzeczy i konkursy urządzać, a jeden już urządziłam i zwyciężczyni dotąd nagrody nie dostała, co wstydem mnie napawa.

Powyższe zdanie dedykuję Gertrudzie Stein ;)

Miałam wczoraj zaraportować ostatni weekend, ale bawiłam się z dzieckiem :D

W sobotę wybrałyśmy się na piknik organizowany przez spółdzielnię z okazji Dnia Dziecka. Była dmuchana zjeżdżalnia, kucyki, tańce i konkursy. Na wszystko wstęp wolny. Wiertka nie mogła się już doczekać wieczoru, kiedy to miałyśmy jechać na urodziny cioci K. To mama Młodej i Młodego, starszego rodzeństwa mojej córki. Od 15:30 pytała się, czy już jedziemy :)

Na przyjęciu byłam raczej obserwatorem, niż uczestnikiem. Jestem introwertyczką, ale czasem mi się to pogłębia. Znałam trzy osoby i nie miałam energii by toczyć z nimi żywą rozmowę. Za to zjadłam przepyszny czulent :) Dziecko się wybawiło.

W niedzielę, najpierw byłam umówiona ze znajomymi na Pikniku Rycerskim w parku, w sąsiedniej dzielnicy (ich rejony). Piknik to może był, ale kupców, albo zbójców. Zanim dotarłam z dzieckiem do jakiegokolwiek miejsca związanego z pokazami rycerskimi, wojskowymi, musiałam się przedrzeć przez kilkadziesiąt kramów, dmuchanych zjeżdżalni, karuzeli, trampolin. Towarzystwo małego dziecka nie ułatwiało tego. Z podwyższonym ciśnieniem odnalazłam znajomych i szybko się stamtąd ewakuowaliśmy na plac zabaw. Kolega skomentował kwaśno, że burmistrz dzielnicy będzie się szczycił tym wydarzeniem, czyli tym jak zarobił na umożliwieniu ustawienia kramów oraz wesołego miasteczka. Dodam, że poprzedni piknik dwa tygodnie temu, w tym samym parku, wyglądał podobnie i będę tego miejsca raczej unikać.

W niedzielny wieczór pojechałyśmy na wieczór autorski mojej koleżanki. Napisała książkę, tym razem dla dzieci. Tak 8-10 latków :) Było trochę rozmów o książce, ale nie za dużo, bo dzieciaki wolą coś innego. Były nawet pytania z sali od nich :) Potem zrobiono zabawy plastyczne. Najpierw każde dziecko robiło maskę-czaszkę - od pseudonimu głównej bohaterki. Zobaczyłam, że może pewne rzeczy to nie kwestia wychowania, tylko dziedziczenia. Wszystkie dzieci używały różnych technik, aplikacji kolorowych. A Wiertka walnęła czaszce kilka pryszczy z plasteliny fioletowej, trochę ponaklejała niebieskich świecących kartek. I tyle. Na moje sugestie, że może jeszcze to, a może to, kręciła nosem. Jest ładne, jakie jest. Obie używamy skąpych plastycznych środków wyrazu :)

Drugim plastycznym zadaniem było narysowanie psa. Jedna z członkiń galerii, w której odbywała się promocja naszkicowała Wiertce ładnego pieska. Za to moja córka zamalowała go kilkoma, ogromnymi, jaskrawymi, różnokolorowymi plamami. Plamy przykryły rysunek w 100%. Uchowała się tylko muszka pod szyją i różowa korona. Bo okazało się, że piesek to Księżniczka Czi Czi La. Nazwę wzięła od reklamowanego w tv pieska Chi Chi Love :)

Dobrze, że tych dzieł nie widzi przedszkolna pani psycholog :)

wtorek, 18 lutego 2014
O wieku winogronowym i nie tylko

To może być bardzo długi wpis, bo postanowiłam w jednym zebrać moje wyjścia kulturalne z ostatniego tygodnia :) Żeby nie było, że tylko uprawiam biedę :)

W czwartek dostałam zaproszenie na wieczór literacki mojej koleżanki. Pojechałam tam po kilku dniach szukania pracy, wizycie u laryngologa z dzieckiem, potyczkach finansowych i byłam wymięta niczym kreszowy dres. Wieczór był świetnie zaaranżowany - w stylu stand-up comedy :) Koleżanka jest w "wieku winogronowym", rzadkim dla tego gatunku :)

Dygresja. Chciałam znaleźć jakieś miłe określenie na wiek, który bywa dla części kobiet trudny i przypomniałam sobie pewien cytat na temat rozwoju kobiecej seksualności, ale może dobrze pasować i do innych aspektów. Mniej więcej szedł tak: "Jeśli smakują ci tylko poziomki, nic nie wiesz o winogronach".

Koleżanka, świetnie odnajduje się w formule występu przed publicznością, snucia zabawnych anegdotek, historyjek. Czytała także urywki swoich opowiadań. Powinna tak jeździć po kraju z występami :) Potem inna nasza koleżanka dała koncert piosenek. Niestety, musiałam wrócić do dziecka i ominął mnie występ taneczny jednej z synowych bohaterki wieczoru.

Sobotni wieczór spędziłam w teatrze, dzięki konkursowi na FP Feminoteki. Wygrałam dwa bilety na spektakl "Ślad" na motywach powieści Marty Dzido "Ślad po mamie". Książkę czytałam lata temu i ciekawie było zobaczyć, jak można to przerobić na godzinny monodram. Choć ujęcie tematyki już mnie nie rusza - leczenie smutku imprezowaniem oraz narkotykami. I wydaje mi się nawet trochę zabawne, że organizacja walcząca o zmiany w ustawie aborcyjnej i nie poruszająca ostatnio innych aspektów problemu (śledzę dyskusje), patronuje sztuce o syndromie post aborcyjnym, który rzekomo nie istnieje :) Oraz dziękuję justek za towarzystwo :)

Niedzielny wieczór, to wieczór autorski mojej innej koleżanki. Spotkanie wokół, wydanego w zeszłym roku, tomiku poetyckiego. Zabrałam ze sobą Wiertkę, bo ile można wyręczać się jej lub moim ojcem. Ryzykowałam, bo na antybiotykach nie mogę jej zabierać w większe skupiska ludzkie. Ja przysłuchiwałam się rozmowie o poezji, twórczości, a moja córka obstawiła bufet ze słonymi przekąskami oraz sokami. Powinnam się za nią wstydzić, ale dzięki temu tylko się wierciła i czasem cicho skomentowała rozmowę na sali. Niestety, na część artystyczną, czyli czytanie wierszy, koncert bohaterki wieczoru już nie zostałyśmy, bo Mała była zmęczona. I tak długo wytrzymała. Ponad godzinę!

A wczorajszy, poniedziałkowy wieczór, to spotkanie autorskie z Alicją Banasik i jej książką "Moja przygoda z poznawaniem warszawskiej Pragi". Kobieta, w wieku mocno "winogronowym" (rocznik przedwojenny) sama zebrała materiały na temat historii Pragi, zrobiła zdjęcia, znalazła wydawcę i niestety, sama zapłaciła za wydanie monografii. Żaden ze sponsorów działający na terenie Pragi lub mocno z nią związany nie był zainteresowany. Albo po prostu nie była wystarczająco namolna. Szkoda, że nie mogłam kupić książki.

Autorka najpierw przez prawie półtorej godziny opowiadała o historii Pragi :) Od wieku XI do XXI z jego konsultacjami społecznymi, rewitalizacją dzielnicy oraz ruchami protestu. Potężny materiał w głowie, mówiony ot tak, swobodnie. A jej ulubionym aspektem jest militarna waga Pragi w historii wojen i powstań - nawet nie zdawałam sobie sprawy, że dzielnica była dla Warszawy tak ważnym buforem, palonym, burzonym. Potem było - dla mnie - najciekawszy punkt spotkania. Rozmowy o tym, co było dla niej w tworzeniu monografii najprostsze lub najtrudniejsze. Niestety, okazało się, że najtrudniejsze będzie spłacenie wydawcy :(

I teraz to raczej kilka dni kulturalnego odpoczynku. Szkoda ;)

sobota, 08 lutego 2014
Strata - wernisaż w Fundacji Mama

Nie będzie o tym, że straciłam okazję do pójścia na wernisaż :D

Pomysł jego zorganizowania padł dawno temu. Nawet chyba 2-3 lata temu. Pracowały nad tym dwie dziewczyny z pewnego zamkniętego forum, na którym jestem już chyba równo sześć lat. To miejsce, w które trafiają kobiety po doświadczeniu poronienia. Dość szybko okazało się, że forumowiczki zachodzą w ponowne ciąże i powstało - równie ukryte - podforum dla ciężarnych, a potem mam :) Nawet ja tam w końcu trafiłam.

I na tym opierał się pomysł - na zdjęciach pokazać, że po poronieniu jest nadzieja, kobiety rodzą dzieci i są szczęśliwe. Jedno zdjęcie portretowe, drugie z dzieckiem/dziećmi i pod spodem opis - jakie słowa są pomocne, jakie bolą, generalnie krótkie przemyślenia.

Kobiety są rozproszone po Polsce, Europie, świecie i nie jest łatwo zebrać odpowiednią grupę ochotniczek do zdjęć. Trwało to miesiącami. W końcu Agnieszce, fotografce zostało, do zakończenia projektu 2-3 osoby. Ja do tamtej pory milczałam, bo uznałam, że moja strata, taka jedna, to nic w porównaniu z tragediami innych kobiet i po co mam się pchać do zdjęć. W końcu się zgłosiłam by zapchać braki :) Dokładnie rok temu Aga była u nas w domu i zrobiła sesję zdjęciową mnie i Wiertce. Z wielu zdjęć wybrałyśmy jedno portretowe i rodzicielskie. Pozostała jeszcze kwestia, co mam napisać od siebie. Poronienie wydało mi się tak odległe, zamknięte, że nic z serca nie mogłam z siebie dać. Dałam cztery wiersze, które wtedy napisałam. Miałam nadzieję, że to nie będzie pretensjonalne ani dziwaczne.

I wczoraj wieczorem był wernisaż oraz spotkanie wokół wystawy :)

Okazja do spotkania innych kobiet. Warszawska frakcja i tak widuje się raz na jakiś czas na winie :) Były osoby spoza, były dziewczyny z Fundacji Mama. Oglądałyśmy zdjęcia i cicho wymieniałyśmy się, który to nick :) Usłyszałam, że moje wiersze są piękne i mocne  i można by je dać nawet na główną forum. Miłe. Dowiedziała się jeszcze innej ciekawej rzeczy - jedna z autorek wystawy, kompletnie inaczej mnie sobie wyobrażała. Forumowo bywam czasami złośliwa, cyniczna. To w założeniu, gdy zakładałam nick jedenaście lat temu, miała być ta moja strona osobowości, którą od dawna nie pokazuję. I okazało się, że miałam być długowłosą, chłodną brunetką :) A jestem ciepłą, przemiłą blondynką. To przez moją słowiańską puciatość :) Dodam, że ten nick to nie bezcielesna :) Trafiają tu osoby, które znają mnie także pod innym i te zawsze proszę by go nie udostępniały tu. To dwa różne byty.

Była też dyskusja. Zdominował ją jeden aspekt sprawy. Na spotkaniu było dwóch mężczyzn. Jednym z nich był mąż fotografki, drugi ktoś kompletnie spoza. I to właśnie tamten zapytał, dlaczego na zdjęciach nie ma ojców. Równość, to równość. Niektórzy panowie nie chcieli. Ale temat poszedł dalej właśnie w kierunku tym, że to także strata ojca, jak przeżywają to mężczyźni.

Po wernisażu było wyjście na wino. Nie śledziłam ostatnio dyskusji na forum i ukrytej społeczności na FB, nie widziałam więc o tych planach. Nie przygotowałam odpowiedniego budżetu :) Koleżanki wybierają zawsze knajpy, gdzie np. pięć płatków łososia na sałacie kosztuje 25 zł. Poprzestałam na dwóch lampkach wina, bo akurat zmieściłam się finansowo. Kobiety chyba chciały bym coś zamówiła na ich koszt, ale ja na serio byłam najedzona. Podzieliłam się nowiną, o której będzie wpis jutro akurat.

Podziękuję jeszcze justek, która przyszła na wernisaż, podarowała mi kwiatek jakbym była główną bohaterką wieczoru i dzielnie zniosła to, że miałam także inne znajome do pogadania :)

Pierwotnie Wiertka miała być u swojego taty od sobotniego poranka do niedzielnego wieczora. Ale K szła  w piątkowy wieczór na koncert i chciała by dzieci poszły do ojca już w piątek. Za to zaproponowała, że on w sobotnią noc popracuje, a ona weźmie wszystkie, w tym Wiertkę do siebie i dzieciaki ponownie pójdą do taty w niedzielę (dzieli ich ulica i dwa bloki). Dzięki temu na wernisaż poszłam sama, bez małej i mogłam wyjść na wino. Jednak dziś pomyślałam, że ja także wyniosłam korzyść z piątkowego wieczoru, nie mogę tak pozbywać się dziecka. Argument braku wypoczynku odpada, bo będę go miała chwilowo w nadmiarze. Dlatego Wiertka wróci do mnie już dziś wieczorem.

środa, 19 czerwca 2013
Wieczory autorskie

Będą zaległe wpisy.

O wieczorach autorskich w liczbie mnogiej, bo jeden prowadziłam pod koniec kwietnia, drugi w ostatnią sobotę. Na obu główną rolę grała twórczość jednej z moich koleżanek. W kwietniu świętowaliśmy wydanie jej drugiej powieści. Miałam kilka dni na przeczytanie książki, ustalałam szczegóły mailami z kawiarenki internetowej, ale poszło całkiem fajnie. Wieczór zwieńczył recital piosenek jednej z córek koleżanki. Śpiewała przepięknie przeboje z musicali, a w tym tygodniu przeszła do drugiego etapu egzaminu w Akademii Teatralnej. Zazdroszczę im tej więzi. Też bym chciała być z Wiertką tak blisko.

Sobotnie popołudnie było trudniejsze. Dowiedziałam się o wieczorze trzy dni wcześniej, gdy sama koleżanka usłyszała, że ma do wypełnienia czas, a jak i co się odbędzie zależy od niej. Fundacja udostępniała swój pałacyk, gości i powitanie :) Koleżanka spytała się mnie, czy pomogę. Czemu nie? Trochę musiałam zmodyfikować plany na sobotni wieczór, ale przyjaciółka, z którą byłam umówiona na wino, nie miała nic przeciwko spóźnieniu.

Dla odmiany, na kilka godzin przed wydarzeniem, czytałam tomik wierszy mojej koleżanki - właśnie wydawany. Czytałam, by wiedzieć o co pytać. Nie dość, że napisała dwie powieści, maluje obrazy, śpiewa, to jeszcze wydaje wiersze :) I to nie koniec planów wydawniczych. Jestem przy niej jak Salieri przy Mozarcie. Czuję zazdrość, ale nie taką prowadzącą do przecinania przewodów hamulcowych w samochodzie, czy dosypywania granulek Kreta do kawy :) Ktoś ma talent większy niż ja i determinację do pracy większą niż ja.

Zrobiłam scenariusz, bo miało być i o prozie, i o poezji, i o muzyce. Z poezją miałam drobny problem, bo wiersze są przepiękne - nie potrafię dyskutować o wierszach, je trzeba czytać.

Popołudnie było trudniejsze, bo na wcześniejszych wieczorach autorskich, które prowadziłam większość przybyłych, to byli znajomi, znajomi bohatera wieczoru, osoby sympatyzujące. A tu miały przyjść kompletnie obce osoby z okolicy... Trema była jak zwykle, ale taka motywująca - na sekundę przed rozpoczęciem masz białą plamę w mózgu, po chwili myślisz, że najwyżej będziesz improwizować, a potem idzie normalnie :)

Było mi miło, bo AJot przedstawiła mnie najpierw audytorium, przypomniała, że także kiedyś powieść popełniłam. W kuluarach mówiła mi, że lubi jak prowadzę z nią te wieczory, bo jestem zwięzła. Niekiedy prowadzący mówi więcej niż zaproszony artysta :) A ona mówi ciekawie, ze swadą, na temat. Głupie byłoby tego nie wykorzystać. Nie wiem jak bym prowadziła wieczór autorski introwertyka, z którego słowa wyciąga się pęsetą. Następnego dnia jeszcze zadzwoniła by podziękować. Na prawdę miłe.

Ostatnią częścią wieczoru, którą mogłabym już spokojnym widzem, był koncert piosenek poetyckich w wykonaniu właśnie AJot i jej partnera życiowego (jego obrazy wisiały tam w galerii).

Było pięknie.

poniedziałek, 31 października 2011
O naszych warsztatach z drugiej strony

Dostałam sygnały, że za bardzo marudzę w opisywaniu piątkowych warsztatów, a nie taka była moja intencja.

Daję więc link do wpisu na blogu mojej koleżanki ze stowarzyszenia, która prowadziła te warsztaty:

http://pisarskiecwiczenia.blog.onet.pl/Nasze-pierwsze-warsztaty,2,ID438549240,n

Na prawdę było ciekawie i inspirująco :)

sobota, 29 października 2011
Nasze pierwsze warsztaty pisarskie

Nasze, nasze :) Tyle z nimi miałam wspólnego, że jestem w stowarzyszeniu, które je organizuje i prowadzi :)

Cieszę się jednak, że wreszcie ruszyłyśmy do przodu i znowu coś robimy.

Dziewczyny fajnie przygotowały ćwiczenia, materiały do ćwiczeń, poprowadziły. Na prawdę masę fajnej pracy wykonały. Ja się do niczego ostatnio nie nadawałam, bo miałam sałatkę jarzynową zamiast mózgu.

Obawiałam się, że nikt się nie pojawi i będziemy siedziały we własnym gronie. A tu przybyło kilka osób, tak z 5-6, czyli całkiem fajna kameralna grupa. Oby tylko wrócili na kolejne spotkanie! Bo to by znaczyło, że im się podobało i warsztaty spełniają choć część ich oczekiwań.

A teraz kilka moich uwag i mam nadzieję, że dziewczyny nie utną mi głowy, za to, że piszę to na blogu, a nie najpierw na naszą listę mailingową (choć i tak nie da się tego pewnie uniknąć):

  • Brakowało części rozluźniającej przybyłych - nie wystarczy czasem samo powiedzenie imienia, można powiedzieć krótko coś o sobie, czym się człowiek zajmuje, czy pisze od dawna, czy po prostu teraz dopiero próbuje. Takie coś co wstępnie zintegruje grupę. A i dla prowadzącego, to czasem ważna informacja ;)
  • Jakie są oczekiwania przybyłych, albo ich brak - nie po to by je spełnić, bo raczej się nie da, ale choćby po to by wiedzieć jaki to typ osoby.
  • Czas pisania ćwiczenia - moim zdaniem trochę zbyt długi, większość grupy już kończyła, odłożyła ołówki, czekała, na tych, którzy pisali by nawet gdyby im dać czas do rana :)

Może za dużo nasiedziałam się na różnych warsztatach, gdzie tego typu rzeczy są praktykowane. Miałyśmy niecałe dwie godziny na to spotkanie, bo w Klubie zaczynało się inne wydarzenie i siłą rzeczy - albo integracja, albo więcej pisania.

Ja przybyłam na ćwiczenia z Wiertką, bo nie dało się inaczej. To nie był jednak początek tego wieczoru. Najpierw pojechałyśmy do żłobka na wspólne warsztaty plastyczne dla rodziców i dzieci. Robiliśmy "Ocean Przyjaźni". Mogłam olać, bo ten dzień spędzałyśmy w domu, ale uznałam, że fajnie jest razem we dwie przyłączyć się do jakiejś pracy. Zobaczyłam jak mści się na mnie moje unikanie prac manualnych, plastycznych. W domu też tego nie robimy, bo mała kompletnie nie chce się na tym skupić. Moja wyobraźnia zgrzytała i skrzypiała na zakrętach. Pomalowałyśmy flamastrami naszą ośmiornicę, gdzie Wiertka postawiła na dominujący kolor fioletowy. Widziałam, co robią inni rodzice i byłam pełna podziwu, oraz lekkiego wstydu, że ja tak nie potrafię. Ruszyłam trochę wyobraźnią i podoklejałam różne rzeczy, ponaklejałam plasteliną. Mimo to po pół godzinie kusiło mnie by dyskretnie spojrzeć na zegarek, a 10 minut później Wiertka zarzuciła karierę plastyczną i poszła się bawić samochodzikami.

Wreszcie dojechałyśmy na warsztaty pisarskie i moja córka pozytywnie mnie zaskoczyła. Zarzuciła wścieklicę i zajęła się rysowaniem ołówkiem na kartce, stole (widziałam, że dobrze się zmywa, więc może nas tam nie znienawidzą). Udało mi się napisać kilka zdań fajnego tekstu w ramach ćwiczenia. Po godzinie dziecko zrobiło się bardziej ruchliwe i sama widziałam, że jak dla niej, to tego wieczoru zbyt dużo. By nie przeszkadzać dalej innym, pojechałyśmy do domu.

Reszta dalej pracowała :)

Ten wieczorny płacz Wiertka, to jednak chyba nie przez Opiekunkę. Trwa już któryś z kolei wieczór. Mała zasypia o 20.00,  a tak od 20.30 do północy czasem, są wybudzenia ze strasznym płaczem. Nie daje się wtedy dotknąć, kopie nogami, odpycha mnie,  mówi "nie nie nie", by po 5-10 minutach jednak się przytulić i zasnąć. Może to jakieś koszmary senne, albo bolą ją rosnące szybko kości nóg (bo dotyka swoich nóg)? Czy jeśli te kości pobolewają tak dużo starsze dzieci, to dwulatki też to dotyka?

poniedziałek, 10 października 2011
Mój Międzynarodowy Festiwal Opowiadania

Pojechałam tam trochę świecić światłem odbitym, bo moje opowiadanie nie zakwalifikowało mnie na warsztaty (słusznie zresztą), ale była na nich moja koleżanka ze Stowarzyszenia. To razem z nią bywałam na wydarzeniach festiwalowych.

Najpierw prawie nie pojechałam, bo dziecko znowu chore, telenowela z poszukiwaniami opieki na każdy dzień choroby trwa, musiałam poczekać aż tata małej dojedzie po pracy. Wsiadłam w pociąg wypluta, wyciśnięta, by uświadomić sobie, że siedem godzin jazdy może jeszcze bardziej wycisnąć. Straciłam serce do przygody, zanim ta się zaczęła.

Mimo to zamiast prosto ze stacji pojechać taksówką do hostelu, skontaktowałam się telefonicznie z ekipą i dojechałam do knajpy w, której świętowali. Weszłam do środka i od razu pokochałam to Miasto Mostków i Mostów - kilku mężczyzn spojrzało na mnie. Być może pojawienie się o północy Kopciuszka, po wyjściu Księżniczki, mogło zbić ich z tropu, ale nie dali po sobie tego poznać. Za to ja czułam się miło, bo z Moim Mieście nikt się na wchodzących do kawiarni nie gapi - z obawy, że wchodzi celebryta i spoglądający wyjdzie na nie zachowującego zimną krew turystę.

A potem znalazłam się w bajce, z której nie chciałabym wychodzić. Obecność Rudnickiego, Goerke, Tokarczuk, Świetlickiego, Krajewskiego, Andruchowicza działała na mnie równie pobudzająco, co - na niektóre gimnazjalistki - pojawienie się Kuby Wojewódzkiego w pubie. Goerke, pewnie przez nazwisko, kojarzyła mi się dotąd z kimś w stylu Frau z "Włatców Much", a okazała się ciepłą, miłą kobietą, z dziewczęcym wdziękiem. Świetlicki siedział jak basza otoczony wianuszkiem zapatrzonych w niego młodych adeptów słowa. Rudnicki szlifuje sznyt prawdziwego "artysty na kobiety", czyli bywa gburowaty i złośliwy, a przypominając sobie jego dedykacje w książkach widzę, że przywraca znaczenie słowu dyplomata z pewnego internetowego żartu ("ktoś, kto mówi ci spierdalaj, a ty cieszysz się na nową podróż"). A ujmujący Andruchowicz przypomina, że Helena miała coś nie tak z głową przekładając Skrzetuskiego nad Bohuna.

Oprócz tego morze piwa, może piwa, może innych trunków. Kto by się tam połapał o 3.00 w nocy ;) W dodatku wszyscy mili, przystojni mężczyźni okazują się tacy młodzi. Nie piszę o Rudnickim.

Na Festiwal dotarłam tak na prawdę na ostatni dzień (bo praca, chore dziecko, życie życie jest nowelą). Połowę soboty przełaziłam po Mieście Mostków i Mostów z moimi znajomymi tam mieszkającymi - Młodym Studentem i drugim Młodym Studentem, który potem dotarł. Fajnie spędzony czas, choć niewiele zobaczyłam zatopiona w rozmowie. Lubię z nim przebywać, bo rozmowa z nim jest jak oddychanie - swobodna, niewymuszona, temat goni temat. Ci, którzy mnie znają wiedzą, że ciężko doprowadzić mnie do stanu, kiedy mówię tak lekko jak oddycham. Aż zapominam, że różnica wieku pomiędzy nami jest dwucyfrowa (ale z jedynką z przodu).

Zapamiętałam mostek z niezliczoną ilością kłódeczek przyczepionych do barierki, przęseł. Kłódki mają imiona par i daty - zaklinanie miłości. Ciekawe co by się stało z mostem, gdyby po zerwaniu pary zakochanych kłódka się dematerializowała ;)

Potem uczta dla ducha. Na dwa wieczory (byłam niestety tylko na jednym) sala w multipleksie kinowym zamieniła się w miejsce czytania opowiadań. Pisarze z całej Europy głośno czytali swoje utwory, a na telebimie można było zobaczyć tłumaczenie na polski. Czytali: Jurij Andruchowycz, Simon Van Booy, Helle Helle, Justyna Bargielska, Silke Scheuermann, Annelies Verbeke i Bernard MacLaverty. Ponad trzy godziny słuchania i ani sekundy znużenia, nudy, spoglądania na zegarek. Równie fascynujące co film, czy spektakl. Podpatrywanie jak piszą inni, co robią ze słowami, zdaniami, jak podchodzą do pomysłów.

W niedzielę powrót pociągiem w południe. Powrót do domu, do dziecka, do pracy. Teraz mogę się tylko obejrzeć i rzucić okiem w taflę lustra, które się zamknęło.

poniedziałek, 03 października 2011
Wieczór autorski trochę mojego autorstwa

Zaległe wpisy popełniam, bo wieczór autorski był w piątek :)

Wieczór poświęcony był "Oku wielkiej bogini" Barbary Srebro-Fila.

Koleżanka ze stowarzyszenia jakiś czas temu wydała książkę. W czerwcu byłyśmy grupą w klubie prowadzonym przez znajomego jednej z nas. Jest chętny udostępniać lokal na nasze wydarzenia, bo zależy mu na wypromowaniu miejsca.

Dlaczego wpadłam na to by zorganizować i prowadzić ten wieczór (tak jak prowadziłam poprzednie wieczory autorskie stowarzyszenia)? Z własnych, niskich pobudek ;) Zawsze chciałam być na jakiejś scenie, ale blokowała mnie nieśmiałość. Jeszcze w przedszkolu pani pytała się, które dziecko chce wystąpić i w myślach krzyczałam "ja, ja, ja", bo chciałam grać główną rolę, błyszczeć. Miałam jeszcze nadzieję, że przedszkolanka sama mnie wskaże, ale takiego szczęścia nie miałam. I tak przez całe życie zanim zrozumiałam, że to "ja, ja, ja" trzeba jednak powiedzieć na głos. Odważyć się.

Moja organizacja wieczoru, to było spisanie listy rzeczy do zrobienia i poproszenie dziewczyn by oddelegowały się do ich wykonania. Czyli jak każdy "sprawny menago" - nie sztuka zrobić samemu, sztuka znaleźć do tego innych.

Dziewczyny ze stowarzyszenia podczytują mojego bloga i mam nadzieję, że wyczują żartobliwy ton w tym wpisie - ja wymyśliłam, zrobiłyśmy wspólnie wszystkie.

Napisałam scenariusz wieczoru, ułożyłam pierwsze pytania, a jedna z nas pomogła mi je poprawić tak, by brzmiały sensowniej.

Najdziwniejsze, że nie czułam żadnej tremy, czy stresu. Fakt, że w noc poprzedzającą ten dzień, gdy dziecko obudziło mnie o 1.00, to już nie mogłam zasnąć do 4.00. Przyjęłam to jak lilia na tafli jeziora ;) Trudno, będę niewyspana, trudno będzie mi ciężko.

Przyjechałam na miejsce, zamówiłam kawę (bo w tramwaju podsypiałam) i zaczął boleć mnie żołądek. Skręcił się w kłębek drutu i zwijał bardziej przez najbliższe 2-3 godziny. A na chwilę przed rozpoczęciem wieczoru miałam w głowie pustkę. Choć dzień wcześniej wracając z dzieckiem ze żłobka, w myślach przeprowadziłam całe wydarzenie, tak teraz nawet "Dzień dobry Państwu" już nie miałam w głowie. Chyba jednak trochę spięta byłam.

Dobrze, że wzięłam rezerwową sukienkę, bo dziewczyny doradziły mi bym ją założyła. Tamta została uznana jednak za koszulę nocną. Może kiedyś ją założę, ale chyba w sytuacji erotycznej mniej serio i nie na pierwszą randkę ;)

Stresowała też frekwencja. Wszystko miało zacząć się o 18.00, a o 17.50 w klubie byłyśmy tylko my... Na szczęście ludzie zaczęli się schodzić... Uff. Nawet policzyłam obecnych i oprócz nas było jakieś kilkanaście osób. Może nie robi to wstrząsającego wrażenia, ale potem okazało się, że właśnie taka grupka osób, w kameralnej salce daje fajny przepływ energii.

Wieczór prowadził się pięknie sam, dzięki zaproszonym osobom - Joasi Eichelberger, Agnieszce Ziobrowskie-Mosak i Tannie Jakubowicz-Mount, które na wstępie fajnie opowiadały o kręgach kobiecych. Potem wieczór biegł interesująco, bo sama autorka potrafiła długo i ciekawie opowiadać o książce, dziewczyny sprawnie czytały fragmenty.

W trakcie zrobiłyśmy zmianę w scenariuszu. Pierwotnie po rozmowie o książce miało być nasze ćwiczenie literackie, a na koniec dopiero wino. Dostałam jednak z sali cichą prośbę o przerwę, bo pęcherz wzywa. W sumie, racja, sama po godzinie takie wieczoru (jako słuchaczka) mam wyraźny spadek uwagi.

Tak, więc najpierw była przerwa, rozmowy przy winie, a potem nasza zabawa literacka. Bałam się tej przerwy, bo z organizowania w pracy seminariów, wiem, że po takich minutach ciężko zaprosić na salę ponownie ludzi, wielu już może nie wrócić. Ale nie można być niewolnikiem własnych planów.

W przerwie napięcie ze mnie zeszło, bo moja rola tego wieczoru już się zakończyła. Ufff, ulga. Oczywiście wyszły jakieś osoby, została malutka grupka, a najtrudniej "zagonić" do salki było dziewczyny ze stowarzyszenia, ale "nic to" jak mawiał Mały Rycerz. Wszyscy byli już podlani winem, na stolikach stały ciągle napełniane kieliszki i ćwiczenie wyszło genialnie. Ludzie z chęcią pisali, z chęcią czytali i mam nadzieję wyszli z przekonaniem, że potrafią tworzyć. Napiszę moje ulubione zdanie - był fajny przepływ energii :)

Na koniec wino dalej lało się strumieniami. Podejrzewałam, że po nieprzespanej nocy powinnam się pilnować, bo alkohol zadziała mocniej, ale udało mi się dotrzeć do momentu "jeden kieliszek przed urwaniem filmu" i zrobić stop.

Do domu dotarłam chwilę po północy.

Tagi