To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: sylwester

poniedziałek, 01 stycznia 2018
2017/2018

Nie planowałam szczególnych szaleństw w tegorocznego Sylwestra.

Tak się jednak zgadałyśmy i zaprosiłam na wspólną zabawę koleżankę Wiertki z sanatorium. Koleżanka przyjechała oczywiście z mamą :) Czytelnicy bloga pamiętają ją z tego, że owa mama spotykała się z ojcem Wiertki. Nie mam pojęcia, czy nadal są ze sobą, ale podejrzewam, że chyba nie. Tematem na jakiś inny wpis jest to, że moja córka o tym nie wie i cały czas napomyka, że ciocia mogłaby przecież nocować u taty. Uznałam, że lepsza będzie strategia milczenia i sprawa się jakoś ułoży.

Dziewczyny przyjechały w Sylwestra, wczesny popołudniem, na obiad. Dzieciaki trochę się pobawiły, my wypiłyśmy kawę, herbatę. Gdy się ściemniło, wybrałyśmy się na Stare Miasto pooglądać świąteczne dekoracje (goście przyjechali z innego miasta). Spacerowałyśmy po Mariensztacie, Starym Mieście, Nowym Mieście, Krakowskim Przedmieściem. Nie tylko my. Dookoła były tłumy.

Weszłyśmy też do niektórych kościołów, by sobie szopki świąteczne pooglądać. Będąc w Archikatedrze Warszawskiej zauważyłyśmy, że jest jeszcze możliwość zwiedzania tamtejszych krypt. Gdy byłyśmy tam rok temu, było już po godzinach zwiedzania. Skorzystałyśmy z okazji. Trochę jednak we mnie zostało z dawnej fascynacji śmierci, cmentarzami, bo w piwnicach archikatedry czułam się dobrze. Książka dla dzieci "Szwedzi w Warszawie" mi się przypomniała - tam też akcja działa się w tunelach pod Starym Miastem. Na moment cofnęłam się w czasie obcując z trumnami i szczątkami zmarłych przed stuleciami. Oprócz trumien anonimowych, leżą tam także ciała książąt mazowieckich - z XV wieku! Spoczywają także Henryk Sienkiewicz, Gabriel Narutowicz. Na tablicach interaktywnych można poczytać o zwyczajach i obrzędach pogrzebowych w dawnej Polsce.

Wszystko ok, ja byłam zainteresowana, koleżanka była zainteresowana, jej siedmioletnia córka była obojętna. Wiertka była bardzo przestraszona. Na nią atmosfera podziemi, trumien, zmarłych, półmroku działała przerażająco. W końcu była wtulona we mnie i powtarzała tylko z popłakiwaniem, żebyśmy jak najszybciej stamtąd wyszły. Jest teraz na etapie strachu przed ciemnością, demonami, duchami oraz bajką "Koralina". Zwiedzaniem musiałyśmy przyśpieszyć.

Wróciłyśmy do domu przed 20:00. Wyłożyłam przekąski, włączyłyśmy jakiś koncert Sylwestrowy w telewizji. Trochę się pogadało, trochę potańczyło. O północy wyszłyśmy na krótki spacer po okolicy - popatrzeć na sztuczne ognie, zaczerpnąć świeżego powietrza. Same miałyśmy zimne ognie - takie jakie wbija się dzieciom do tortu. Z okazji Nowego Roku kupiłam największy rozmiar :) W domu same otworzyłyśmy szampany - jeden dla dziewczynek, drugi dla kobiet :)

A potem chwila na zabawę i już kąpiel, ścielenie łóżek. I po 3:00 padłyśmy.

W Nowy Rok spałyśmy wszystkie do 11:00 z hakiem :) A poranek, a tak na prawdę południk, ciągnął się leniwie, spędzony na grach. Potem odprowadziłyśmy gości na pociąg.

Zapomniałam pożegnać 2017 rok. Zawsze tak robię, że tuż przed północą żegnam rok, który odchodzi. Nawet te kiepski. To nie jego wina. 2016 był trudny, byłam pewna, że w 2017 musi się coś zmienić, pokierować moje życie na nowe tory. Zastanów się, czego chcesz. 2017 miał ładny jasny kolor. Lubię liczby nieparzyste, choć to wbrew symetrii i doskonałości. 

I teraz nadszedł 2018, który nie dość, że jest parzysty, to ma dla mnie ciemny kolor, taki w granat wpadający. Nie mam pojęcia, skąd mi się wzięła ta synestezja, ale ta liczba pojawia mi się w takim kolorze. Granat - kolor szkolnego mundurka, zasad, reguł, schematu, przewidywalności. Oby to wszystko działało dla mnie i ze mną.

Czego także Wam życzę - by 2018 działał z Wami i dla Was :)

sobota, 31 grudnia 2016
O 2016

Ostatni dzień 2016 roku jest taki, jak i cały ten rok był. No prawie :) I oby nie do końca :)

Wiem, że spora część osób (no nie ci znajomi popierający Dobrą Zmianę - czy wypada użyć wielkiej litery?) uważa 2016 za dopust boży, karę od losu i plagę egipską. Ja roczniki odbieram przez pryzmat swojego własnego życia. Jakoś tak się składa i to nie jest myślenie życzeniowe, że lata parzyste są dla mnie trudniejsze, lata nieparzyste są piękne. Było trochę wyjątków i na szczęście w drugą stronę - czyli nieparzyste wspominam miło. Co najdziwniejsze, aura zaczyna się zmieniać już jesienią roku poprzedzającego, już wtedy czuję, że będzie trudno. 

2016 nie wyłamał się ze schematu. Byłam cztery razy przeziębiona, miałam trzy fale kilkutygodniowego okresu stresu, na który reagowałam niewspółmiernie do jego wagi. Przez większość część roku byłam zmęczona, leżałam i cudem udało mi się nie być "matką nieobecną".

2016 nie był taki jak 1994, 2002, 2008, czy 2014, które uważam za najtrudniejsze w moim życiu, ale stoi w szeregu z nimi. I zawsze wiem, że nie można obwiniać roku. Miał pecha, że skorelował się z wydarzeniami w moim życiu.

Efekt tego jest taki, że mam w sobie tak silne przekonanie, że 2017 będzie super, że jak będzie inaczej, po prostu zignoruję niewygodne fakty :)

W tym roku ja miałam wybrać się na Sylwestra, a Wiertka miała zostać z ojcem. Jednak dostałam zaproszenie na fajne przyjęcie 6 stycznia, na którym chcę być (nawet na dwie imprezy, ale musiałam wybierać) i uznałam, że nie wynegocjuję dwóch weekendów pod rząd. A w pracy Byłego noc noworoczna to jeden z niewielu dni w roku, gdy bardzo dobrze zarabia.

W tym roku, jak czasami mi się zdarza, uwierzyłam przesądowi (mojemu wewnętrznemu też), że w Nowy Rok trzeba wejść z zamkniętymi wszystkimi sprawami. Kiedyś nawet siedziałam i cisnęłam czytanie książki, by zdążyć ją skończyć przed imprezą sylwestrową. Wiem, że ze wszystkim się nie uda. Zrobiłam od wczoraj kilka prań. Ręczniki świeże, pościel zmieniona, klatki świnek wyczyszczone, większość rzeczy poukładana, pozmywana, ułożona, śmieci wyrzucone. Nawet na obiad były dziś kotlety, zamiast sosu pomidorowego, bo na 2017 zostałoby otwarte opakowanie sosu ;)

Oprócz tego, mam potrzebę wymiany domowych akcesoriów. Kupiłam nową pościel (dwie sztuki), nowe ręczniki. Jest jeszcze trochę tego. Wszystko to było kupowane tuż po, albo niedługo przed wprowadzeniem się tutaj, czyli ponad siedem lat temu. Chciałabym poprzestawiać meble, bo ten układ jest ponad trzech lat. Zaczynam przypominać węża zrzucającego skórę.

Od rana czułam się nie za dobrze. Swędziały mnie oczy, kichałam. Alergia? Na co??? Wzięłam proszek na alergię, wyszłam z dzieckiem na spacer. Nadal miałam oczy królika, tym razem pojawił się ciśnieniowy ból głowy, pobolewanie gardła. Jeśli rozchoruję się na przełomie roku, to ręce mi opadną. Przecież postanowiłam, że w 2017 roku będę przez 365 dni zdrowa. Wzięłam kolejną tabletkę - tym razem na przeziębienie. I działa. 17:00 a ja się wreszcie zaczynam czuć normalnie.

Miałyśmy się z Wiertką wybrać na koncert noworoczny w okolicy, ale jakoś żadnej się nie chce :)

czwartek, 31 grudnia 2015
Sylwestrowo

Plany na dzisiejszego Sylwestra z córką :)

Księżniczki w 1000 kawałkach i 1000 księżniczek w nas dwóch :)

piątek, 02 stycznia 2015
Noworocznie

Nie doceniłam determinacji Byłego. Znalazł sposób na to by popracować w noc noworoczną, czyli dla jego branży najbardziej dochodową w roku. Zaproponował Młodej, starszej córce (16,5 lat), że będzie mogła urządzić u niego Sylwestra, ale w zamian będzie tam Wiertka. I tak moja córka nowy rok witała z siostrą i kilkoma jej koleżankami. Dzień wcześniej Młoda na FB uspokajała mnie, że będą tańce, filmy i żadnych ekscesów.

Wiertka już w Sylwestra rano (dla nas to 11:00) obudziła się i chciała od razu jechać na przyjęcie, bo przegapi. Potem w miarę toczącego się dnia i zapadającego zmroku ciągle o tym przypominała i smuciła się, że się spóźni :)

Ja zaś bawiłam się w galerii malarsko-poetyckiej u znajomych :) Były peruki, maski, inne akcesoria, robienie sobie zdjęć, a po północy granie na gitarze i śpiewanie piosenek.

Jeszcze w międzyczasie przypomniałam Byłemu, że fotelik samochodowy została u mnie i powinien po niego wstąpić wracając do domu i tak, tak to on ma odwieźć dziecko w Nowy Rok. W takim razie zerwał mnie z łóżka o 6:35, w noc ciemną, dzwoniąc do drzwi.

W Sylwestra trochę ogarnęłam rzeczy. Jedna znajoma pisała na FB, że pucuje mieszkanie, by w Nowy Rok wejść z czystym i jest zmęczona :) Mam w sobie też trochę tej magii, że stary rok trzeba zakończyć ze wszystkim, a w kolejny wejść z czystą kartą. Jednak nie daję się już ponieść szaleństwu. Robię ile się da. Na przykład, w tym roku skończyłam czytać, to co czytałam, porobiłam wielkie pranie, by opróżnić kosz w łazience.

W w pierwszy dzień roku robiłam same przyjemne rzeczy - czytałam, piałam, bawiłam się z dzieckiem, a gdy zapadł zmrok pojechałyśmy na Stare Miasto oglądać świąteczne iluminacje.

środa, 31 grudnia 2014
Pożegnanie 2014

To, że 2014 jest trudnym rokiem czułam już od pierwszych dni. Styczeń się nie skończył, a ja już nie mogłam się doczekać końca roku. Ciągle było w poprzek, bokiem, pod wiatr. A przecież inni mieli cięższą sytuację.

Jednak, na samo pożegnanie nie potrafię powiedzieć "spadaj i super, że więcej się nie zobaczymy". A miewałam tradycję żegnania danego roku tuż przed północą. W końcu nie da się zamieść po dywan wspólnych 365-366 dni :)

2014 nie jest niczemu winny, że dostał taki los do przekazania. Nie strzela się do posłańca.

Dlatego postanowiłam wypisać 10 miłych rzeczy, które mnie spotkały w 2014 roku. No musi się tyle znaleźć :)

1. Pisałam powieść. Jeszcze nie skończyłam, ale od lutego do listopada był to czas systematycznego, choć nie dużego tworzenia treści.

2. Stworzyłam kilka wierszy. I podobało mi się to.

3. Szybko znalazłam nową pracę.

4. Szybko znalazłam kolejną nową pracę :D

5. Poznałam nowych ludzi (nowe prace)

6. Dziecko pięknie rośnie i się rozwija.

7. Nie wpadłam w nędzę, pieniądze były.

8. Robię fotobloga - próbuję nowych rzeczy.

9. Urodziła się moja bratanica.

10. Żyję i jestem zdrowa.

11. Ktoś przeprosił mnie za to co mi zrobił.

 

Wyszło nawet 11 punktów :)

 

Mam nadzieję, że nie wyolbrzymiłam moich nadziei związanych z rokiem 2015 i na prawdę będzie lepszy i wyjdę na prostą, chociaż na kilka lat. Czego i Wam życzę :)

13:43, bezcielesna
Link Komentarze (7) »
czwartek, 02 stycznia 2014
Sylwestrowo imprezowo

Jeśli ktoś by przypuszczał, że Sylwester z dzieckiem, to kanapa i gry planszowe, to nie zna mnie i mojej córki ;)

A zabawa trwała niemal dwa dni. W poniedziałek, 30-go dostałam zaproszenie na spontaniczną imprezę świąteczno-noworoczną od pewnej forumowej koleżanki. Ja w pracy, Wiertka w domu z moim tatą, ale wieczorem zjechałyśmy do centrum. Obawiałam się trochę, że towarzystwo będzie sobie znane, zgrane, a ja wyląduje na boczku. Okazało się, że koleżanka zebrała znajomych z różnych stron i każdy zapoznawał się z każdym. W dodatku niemal wszyscy przyszli z dziećmi. Proporcja dorosły-dziecko była jak 1:1. Wiertka początkowo skleiła się ze mną, ale już po pół godzinie szalała z dzieciarnią. Jakieś 50 m kw wysokiej kamienicy wypełnione było gadającymi, zajadającymi bigos i sączącymi wino dorosłymi oraz szalejącą dzieciarnią w wieku 2-15 lat. Wiertka znalazła rówieśnicę, z którą złapała błyskawiczną przyjaźń i tyle dziecko widziałam :) Mile spędzony czas, fajni ludzie. Towarzystwo składające się głównie z samotnych matek, samotnego ojca (chyba), związków partnerskich oraz jednej mężatki widującej męża co dwa miesiące na trzy tygodnie. Czyli niemal tęczowo ;)

Fajnie tak siedzieć, ale jest jeszcze kwestia dowiezienia przedszkolaka do domu i położenia spać o ludzkiej porze. Wiertka dała się wyprowadzić koło 22:30 bez awantury tylko dlatego, że jej towarzyszka zabaw także wychodziła z mamą i jechała w te same strony. Jeszcze przed rozstaniem, wychodząc z tramwaju moja córka zaprosiła koleżankę na swoje urodziny :) Chyba myśli, że są co chwila :)

Tak jak podejrzewałam, pozbawiona atmosfery imprezy oraz towarzystwa dzieci, Wiertka po sekundzie uznała, że jest bardzo zmęczona. Objawiło się to żądaniem kupienia jej czegoś do picia, po 23:00, w centrum Pragi. Teraz. Natychmiast. Wpadła w histerię. Jakoś udało mi się ją doprowadzić na kolejny przystanek i przytulić. A potem jakoś znalazłyśmy najbliższy sklep "Alkohole 24 h", gdzie kupiłam jej soczek :)

Ostatni dzień roku spędziłam biegając po domu. Nie każdego roku, ale raz na jakiś czas dopada mnie myślenie magiczne - przed końcem roku trzeba zakończyć, ile się da. Nie zaczynać Nowego Roku z ciągnącymi się ogonami spraw. Nie zawyżałam poprzeczki - powieści i wpisów papierowych w dzienniku bym nie dała rady dokończyć. Za to ogarnęłam trochę mieszkanie, wyrzuciłam śmieci, pozmywałam i zrobiłam jakąś szaloną ilość prań. Połowa kosza w łazience wypełniona była rzeczami, których z niczym nie dało się razem uprać. Obrus biały jeszcze z moich urodzin, firaneczka z kuchni (jedyna firanka do prania), jakieś ubrania delikatne. Bęben pralki opróżniałam jeszcze na minutę przed wyjściem z domu :)

Na powitanie 2014 roku byłyśmy z Wiertką zaproszone do mojej przyjaciółki. Bardzo kameralna impreza - ona jej, mąż, ich znajomy. Progesteron we mnie szaleje, po estrogenie ani śladu i miałam ochotę tylko siedzieć, gadać, popijać drinka, żadnego roztaczania babskich pawich piór. W innym nastroju była natomiast Wiertka, która całą imprezę przetańczyła. Jak rozpoczęła przed 19.00 tak zatrzymała się przed północą. Panowie ją obtańczyli i wykorzystała ich do cna. Gdy próbowali wrócić do stołu, goniła ich z powrotem z okrzykiem "tańczyć! tańczyć!".

To była taka pierwsza sylwestrowa, świadoma noc mojej córki. Chyba nie widziała wcześniej sztucznych ogni i petard. Wszyscy wyszli z szampanem na ulice, oglądać sąsiedzkie pokazy i składać sobie nawzajem życzenia, ale ona przestraszyła się huków. Wzięłam ją na ręce i zgodziła się wyjść. Sztuczne ognie przyrównała do gwiazd, potem do bębnów, które grają, a na koniec stwierdziła, że to jak burza. Za dwie dekady będzie wyciągać to wspomnienie, gdzieś z zakamarków ze wstydliwą nostalgią, bo modne już będą ekologiczne, przyjazne zwierzętom ciche sylwestry :)

Po powrocie położyłam już małą spać. Trochę jeszcze posiedziałam, wchodząc w różne dyskusje. Złożyłam także obietnicę na prośbę pana domu, że nie opiszę nic dokładniej - z wyjątkiem zabawy mojego dziecka. Dodałam, że w wersji papierowej piszę, co chcę, ale to się opublikuje w 25 lat po mojej śmierci. Uznał, że do tego czasu nabierze dystansu. Na blogu nie poruszam spraw moich znajomych. Choć może - jak Anais Nin pisała dziennik dla oczu męża i dziennik ukryty przed nim - tak ja założę jeszcze bardziej ukrytego bloga :D

Nie wiem, czy jaki pierwszy dzień roku, taki cały rok. W takim razie resztę 2014 spędzę pod kocem z gazetą, a moje dziecko oglądając bajki ;)

wtorek, 01 stycznia 2013
Noworocznie

Wszystkim czytelnikom mojego bloga - całej kilkuosobowej gromadce ;) - chciałam życzyć udanego, pełnego spełnionych planów roku 2013 :)

W tym roku postanowiłam, że jednak nie spędzę trzeciego już Sylwestra z córką i wysłałam ją do ojca. Czas był najwyższy, bo po dziewięciu wspólnie spędzonych dniach, słodkie misterium macierzyństwa doprowadziło mnie do lekkiego obłędu. Apogeum przyszło w sobotę, gdy posprzątałam mieszkanie, a potem położyłam się na kanapie, włączyłam na kablówce maraton Housa i poprosiłam dziecko by zajęło się na jakieś 3-4 godziny sama sobą. Musiałam wyglądać desperacko, bo jednak włączył jej się instynkt przetrwania i posłuchała.

Miałam z grupą znajomych iść do jakiegoś klubu. Dziwnym trafem wyszukiwałam takie w mojej okolicy, a trudno nie było, bo to fajne zagłębie klubowe. Kiedy przyszło do podejmowania ostatecznych decyzji, okazało się, że wszyscy jesteśmy umęczeni, niektórzy słodkim misterium macierzyństwa. Zaryzykowałam i zaproponowałam domówkę u mnie.

I zaliczyłam to, co prawdziwe kobiety przed świętami. Wysłałam dziecko rano do ojca, poszłam na duże zakupy, wysprzątałam porządnie mieszkanie, które teraz wygląda tak jakby samicą alfa była tam dorosła osoba, nie trzylatka. Zrobiłam dwie sałatki, jakieś przystawki, przygotowałam stół. I miałam z tego cholerną satysfakcję :) Jednak potrafię wydawać małe przyjęcia bez konieczności wymiotowania w toalecie.

Wpadło kilka osób, było miło, kameralnie, pogaduszki i wino, a o północy spacer by oglądać sztuczne ognie. Wiem, że to nieetyczne wobec wystraszonych psów, ale ja lubię te chwile. Na Sylwestrze wyszłam jeszcze na plus, bo był składkowy - zostało tyle żarcia, że część musiałam pomrozić. A zmywanie to jedyna domowa czynność, którą uwielbiam robić i którą mogłabym zarabiać na życie :) Agatha Christie myjąc naczynia układała swoje historie kryminalne. To taki zen dla mózgu :)

Wiertkę odebrałam w Nowy Rok po południu. Wreszcie udało mi się za nią stęsknić i naładować baterie cierpliwości. Dziwne, sprzątając, przygotowując imprezę bardziej wypoczęłam niż bawiąc się przez kilka dni z moim dzieckiem. Niełatwy jest zawód Matka. Już wiem, po co istnieje instynkt macierzyński - nie po by pragnąć dziecka, lecz po to by je nie zagryźć.

sobota, 31 grudnia 2011
Sylwester oddany walkowerem

W tym roku dyżur z Wiertką miał spędzić ojciec, a ja miałam się bawić. Nie dokonałam jednak stosownych kroków, by gdzieś się zagnieździć. Miałam nadzieję, że coś wymyślimy wspólnie z kumpelą z NY. Jak już wiadomo, ona musi się rankiem stawić na lotnisku, a w prefiksie wieku ma 3 z przodu, więc ceni sobie trochę snu. Do tego rozchorowała się i istnieje obawa, że PL wyśle ją do USA jako broń biologiczną i szczezną ostatnie nadzieję na zniesienie wiz ;)

Mogłabym wykonać kilka rozpaczliwych, choć z pozoru niewinnych rozmów, które by mnie na jakąś zabawę Sylwestrową wcisnęły. Do kina na maraton filmowy, albo na Plac na zabawę miejską można by iść. Ostatecznie mogłam ten wieczór spędzić sama w domu i też byłoby miło. Zastanowiłam się jednak, czy na prawdę jest sens wciskać dziecko ojcu, który być może miałby w zamian ciekawsze plany. To mu napisałam, że jak by chciał. Odpisał w tonie jakby szczęśliwym, co zepsuło mi trochę humor, bo jego szczęście nie jest już moim priorytetem.

Dopiero dziś, pod wieczór, uświadomiłam sobie, że ten "przymus zabawy" w sylwestrową noc, to przekonywanie samego siebie, że jest ktoś tam, kto chce z nami ten niepowtarzalny wieczór spędzić. A jak nie ma nikogo? Ile można zrobić, by tak się nie poczuć?

Ja lubię towarzystwo ludzi. Lubię wychodzić z domu. W nocy Sylwestrowej lubię ten moment strzelania petard, sztucznych ogni, rzucania się sobie na szyję i głupich życzeń. Ludzka wspólnota. Taka konwencja. Paradoksalnie, romantyczne powitanie Nowego Roku z Byłym kończyło się koło 22.00, bo on zasypiał. Powinnam się cieszyć, że nie wysyłał floty kosmicznej rozbijającej planety wroga na pył. A może szkoda, bo jakby wysłał o 22:00, to o północy byłby jeszcze na nogach by sprawdzić raporty. Jednak chyba nie, po okazało się, że przehandlował mnie za wiadro krowiego łajna i kilka łopat.

Dzień nie był stracony. Spotkanie z przyjaciółką, dawno nie widzianą. Dziecko spało do 10:30, a ja z nią. Minus tego taki, że wypoczęta była maksymalnie. Nie robiłam Wiertce żadnego specjalnego wieczoru Sylwestrowego. Dla niej uroczystym wymiarem było to, że mogła sobie hasać i bawić się aż do 22:30. Tak daleko moja matczyna cierpliwość nigdy nie sięgnęła.

Ja sobie "Pretty Woman" obejrzałam i miękko mi się zrobiło, sentymentalnie. Przypomniały mi się słowa Ann Snitow o pornografii dla kobiet. Ona mówiła o literaturze, ale filmy można spokojnie pod to podciągnąć. "Pretty Woman" też. Obraz pokazujący jak wg kobiet  mogliby się zachowywać mężczyźni, tak jak pornografia pokazuje jak wg mężczyzn mogłaby się zachowywać kobieta. Obie wersje równie realne. Obie płcie równie zawiedzione.

Nie ciekawi mnie co przyniesie rok 2012. Nie robię podsumowań 2011, choć raczej na plus, bo pracę znalazłam, finansowo jestem na dobrym poziomie (jak na mnie), bywa ktoś przy kim mogę się śmiać.

Zaraz będzie pokaz sztucznych ogni za oknem.

23:52, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
sobota, 01 stycznia 2011
Nowy Urok

Najgorszy Sylwester mojego życia.

Ale poprzednich było kilkanaście, więc trauma nie jest tak ogromna.

Sama z małą, która nie chciała zasnąć i w końcu dostała histerii. W końcu Acid Drinkers z ich wersją "Nothing Else Mattter" ją uspali. Puszczeni 5 raz bodajże. Nie pierwszy raz. Ładna piosenka, ale chyba mam jej dość. Nie zliczę ile jeszcze raz ją usłyszę.

Ostatnie minuty 2010 spędzone w gorącej kąpieli z kieliszkiem zimnego szampana i książką w ręku. Na prawdę, chyba nie jest tak źle.

2011.

00:24, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
Tagi