To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: podróże

poniedziałek, 29 sierpnia 2011
Plynie się po to aby płynąć, idzie się po to aby iść

Szybki pomysł, szybka decyzja.

Koleżanka, z którą ostatnio byłam nad morzem zaproponowała mi byśmy wyjechały na weekend na Mazury na łódkę. To miał być urlop od urlopu z dziećmi. Do wspólnego znajomego. Tata Wiertka zgodził się z nią zostać, szef zgodził się bym w piątek wyszła trochę wcześniej z pracy.

Ostatni weekend wakacji - słońce, wiatr, ciepło. Jako nie potrafiąca pływać i bojąca się wody miałam na łódce tylko jedno zadanie - spokojnie siedzieć i nie piszczeć. Wywiązywałam się z tego bez zarzutu, sącząc drinka albo piwo. Raz na jakiś czas dostawałam ster do ręki i mogłam kierować łódką, co było nawet ekscytujące. Padały przeróżne komendy i dziwnie jest rozumieć tylko czasowniki i to też nie zawsze byłam pewna, czy dobrze je łapię. Plusem była pogoda i - chyba - normalny wiatr: nie było ryzyka wypadku, wywrócenia łódki. Nocowaliśmy przy brzegu, kolega robił nam śniadania i kolacje, serwował napoje. Opaliłam się jak rzadko, bo moja karnacja ciężko łapie słońce. Na prawdę, uznałam, że żeglowanie to nawet fajna rzecz. Jasne, jak się nic nie robi i nie ma ryzyko utopienia. Zastanawiam się, kiedy tylko znudziłoby mi się halsowanie z jednego krańca na drugi, z jednego jeziora na drugi. Chyba wiem, co to halsowanie, więc użyłam słowa ;)

Dotąd byłam człowiekiem gór i wędrowania. Jeziora, morza rozbijały mnie swoją monotonią i pozorną bezczynnością. Może z biegiem lat z Chłopaka stałam się Krystyną i Andrzejem, pozostając w poetyce "Noża w wodzie". Młodość a dojrzałość.

Za to tata małej podniósł mi ciśnienie, ale może o tym kolejny wpis.

Tagi: podróże
08:25, bezcielesna
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 lipca 2011
Film drogi

Film drogi, czyli jak spędzić niemal trzy dni w samochodzie i nie oszaleć.

Wyjechałyśmy we cztery piątkowym wczesnym popołudniem (rano ważna wizyta lekarska jednej z nas). Kłopoty zaczęły się już w 2-3 minucie podróży. Koleżanka wykręcała na podjeździe sąsiedniego biurowca i wbiła się w ich barierkę. Już bałam się, że teraz to jedziemy, ale każda do swojego domu. Z pomocą ochrony biurowca i jednego z sąsiadów wybiło się samochód ponownie na drogę. Pojechałyśmy dalej z... dziurą w błotniku. Zaczął padać deszcz.

Na trochę utknęłyśmy w korkach na wylotówce z miasta. Desz zaczął lać.

Potem postój na stacji benzynowej, gdzie nie można było chwilowo zatankować gazu, a wlew benzyny okazał się być trochę... zatkany. Siedziałyśmy czekając aż chętna do pomocy obsługa, sztuk jeden, znajdzie odpowiednie narzędzia, czas i przytomność umysłu (o to ostatnie obawiałyśmy się najbardziej). Tymczasem, zakończono dostawę gazu na stację i mogłyśmy dostarczyć gaz naszemu samochodowi. Deszcz padał.

Potem już tylko obiad w przydrożnej knajpce, gdzie wydałam na niego tyle ile tygodniowo w ogóle na jedzenie. W kaloriach wyszło też tyle samo, biorąc pod uwagę, że był to sznycel serowy. Deszcz padał nadal.

Czy już pisałam, że padał deszcz, było buro, inne samochody wyłaniały się ze strug deszczu jak statki i aura na drodze przypominała filmy Kieślowskiego. Czułam pod skórą, że może się coś wydarzyć niedobrego, ale jak każda fatalistka, dystymiczka, z sentymentem do fobii nauczyłam się odgradzać od takich obrazów szybą. Wierzę, że jak będę o czymś usilnie myśleć, to się wydarzy. To złe. Bo to dobre, to jakoś nie.

Zajechałyśmy do ośrodka, gdzie miałyśmy wynajęty domek, zostawiłyśmy rzeczy i jedną z nas, którą deszcz pokonał. Nie dziwię się. Przypominam, że desz lał jak z cebra. Wybierałyśmy się na koncert, na który jechałam tylko dlatego, że inne kupiły bilety, do towarzystwa. Gdybym teraz, po wydaniu tej kasy, jednak została w domku, to mój demon oszczędności zrobiłby mi więcej niż ten deszcz. Bo deszcz padał.

Jechałyśmy na koncert i wtedy zobaczyłyśmy ten wypadek. Widzicie czasem te sceny w filmach - strugi deszczu, monotonnie jadące po szybie wycieraczki, wasz wolno mijający ich samochód. Jak w zwolnionym tempie. Jeden leży na dachu roztrzaskany, TIR tylko ma koła zwichnnięte, trzeci samochód nieco dalej też rozbity porządnie. Mój lęk zniknął. Czasami trzeba się znaleźć w tej sekundzie, w tym punkcie jezdni by być trzecim samochodem wplątanym w stłuczkę dwóch innych. Nasz miał spore opóźnienie.

Krążyłyśmy po warmińskim mieście szukając zamku i słuchając rad przechodniów, gdzie po którymś z kolei "a potem w lewo/prawo" człowiek gubił rachubę. Deszcz padał. Podjechałyśmy w jedno miejsce dopytać się kolejnego przechodnia. Już miałam rzucić, by zaprosić też go na koncert, bo miły dla oka miał wygląd, gdy nadjechała policja. Zaaferowane szukaniem właściwej drogi wjechałyśmy na chwilę tam gdzie jest zakaz wjazdu. Pouczyli nas i wreszcie mogłyśmy zaparkować.

Być może te wszystkie rzeczy, które nam się przydarzały, sprawiały, że ta podróż jakby nie miała końca, miały sprawić byśmy się spóźniły na ten koncert. Ale zdążyłyśmy. Zdążyłyśmy wypić nawet po grzanym piwie (te zaskoczone oczy kelnerki, grzane w lipcu, czy pisałam, że deszcz padał i było z 12 stopni). Czekała na nas od dłuższego czasu koleżanka, która dojechała niezależnie. To całe spóźnienie w nią uderzyło, bo spędziła wczesny wieczór bez nas i może wtedy spotkało ją coś, dla czego warto było żebyśmy przetrwały taką podróż.

Koncert był nawet piękny. Deszcz padał. Poezji śpiewanej. Deszcz padał. Wiersze Stachury, Brodskiego, Hardy'ego, innych. Desz padał. Miałam na sobie podkoszulkę, jeden sweter, drugi sweter, kurtkę prawie przeciwdeszczową z kapturem i wyglądałam tak, że gdyby spotkała mnie wtedy moja druga połówka chleba, to pierzchłaby w popłochu. Każdy kto pamięta casus majtek Bridget Jones, wie, że to całkiem prawdopodobne. Prawdopodobne, że on ubrany był tak samo, a ja go minęłam myśląc, że to sterta płaszczy. Deszcz padał. Miałam też parasol. Deszcz padał. Przemokłam od pasa w dół, przemokły mi buty. Deszcz padał. Artysta bisował,  a ja byłam na skraju. Deszcz padał. Artysta przypomniał sobie, że umknęły mu dwa numery z programu i wykonał je. Deszcz padał. Artysta przypomniał sobie, że ma instynkt przetrwania i pożegnał się. Wracałam do samochodu jęcząc, że to wszystko do cholery musiało mieć sens. Tylko jaki?

Drogę powrotną przespałam, dzięki czemu strach, że w środku lasu, kilka kilometrów od ośrodka wjedziemy w głęboką kałużę wody, zgaśnie silnik i tak zostaniemy, przeszedł na moje koleżanki. Dały radę.

W sobotę deszcze chyba nie padał. Nawet jak padał, to w takiej ilości, że nie zwracałam na to uwagi. Przejechałyśmy z Warmii na Mazury, nieśpiesznie, słowiańską odmianą maniany. I dobrze, bo widoki były przepiękne. Gdzieś po drodze znowu natknęłyśmy się na wypadek samochodowy. Stałyśmy w gigantycznym korku, pośrodku niczego, czyli ładnych łąk. Po krótkiej dyskusji wygrała opcja objeżdżania bocznymi drogami i udało się bez GPSa. Nad jeziorem spotkałyśmy się z resztą znajomych. Był grill, bo deszcz bisował, ale jakoś tak z honorem. Była gitara, wino i śpiew.

Niedziela to pogodowa rozpusta, bo nawet można było sweter zdjąć. I nie padało. Spacery po okolicy.

Potem powrót przez pół kraju. Jestem w szoku bo jechałyśmy prawie jednym kopnięciem, bez postojów, bez przygód. Do domu dotarłam przed północą, bo chciałyśmy wyrwać tej niedzieli jak najwięcej dla jezior.

Skracałam w końcu, bo by się nie zmieściło w cierpliwości podczytujących.

Jako zajawka: kolejny wpis będzie o tym, że nadal zalewam administrację bloku i każą mi wymieniać wannę.

Tagi