To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: książka

poniedziałek, 06 listopada 2017
Splątane matki i córki

Nie pisałam, bo czytałam. Pochłonęłam dwie powieści pod rząd. Siedziałam i czytałam, dziecko chciało się bawić, więc pocieszałam je, że jeszcze tylko do końca strony, rozdziału, z wanny wyjść nie mogłam, bo szkoda mi było urwać w środku akcji. A jak kończył się rozdział, to tak tylko na chwilę, na sekundę, rzucałam okiem na pierwsze zdania kolejnego i leciało dalej. Mam tak czasami.

 

A wciągnęły mnie tak powieści Amy Tan :) Żadna to nowość literacka, ale polecam. Kiedyś na zajęcia czytałam jej „Klub Radości i Szczęścia” i także bardzo mi się podobał. Teraz płynęłam na „Sto tajemnych zmysłów” i „Córce Nastawiacza Kości”. Zapewne powieści Amy Tan nie różniłyby się aż tak bardzo do wielu obyczajowych, pisanych przez amerykańskich pisarzy. Oczywiście, bardziej cenione są te męskie – np. Johna Irvinga. To te same historie, tyle, że u niego pokazuje się poprzez bohatera świat męski, a u Tan świat kobiet. A chyba nadal chętniej czytelnicy, bez względu na płeć sięgają po opowieści o męskim świecie, gdy o świecie kobiet chcą czytać głównie kobiety i to też tylko niektóre. Bo kobiecie to babskie. Pewnie będzie o miłości, uczuciach i łzawo.

I zapewne świat kobiet u Amy Tan tak by mnie nie wciągnął, nie wessał, nie wzruszył. Gdyby nie fakt, że autorka jest pochodzenia chińskiego i Chiny, ich kultura są w jej powieściach bardzo ważne. We wszystkich jej książkach głównym tłem jest zderzenie dwóch pokoleń – matek pochodzących z Chin, wychowanych w tamtejszej biedzie i kulturze oraz córek urodzonych już w Stanach Zjednoczonych, zanurzonych głęboko w zdobyczach świata zachodniego. Matki mają swoje tajemnice, traumy, ukryte głęboko straszne wspomnienia. Córki mają swój zwyczajny, poukładany świat. Przeszłość matek wpływa na ich trudne relacje z dziećmi.

Podoba mi się także moment zawiązywania akcji. Główne bohaterki to kobiety czterdziestoletnie, ich matki są po siedemdziesiątce. To specyficzny moment w życiu. Wahadło energii zaczyna się przechylać.  Córka jest w pełni dojrzałości, matka zaczyna słabnąć i milimetr po milimetrze robi się słaba niczym dziecko. Teraz to ona zaczyna być zależna. Chce także opowiedzieć wszystko, co tkwi cierniem w jej pamięci, bo może to jest ostatnia szansa.

Wracam jednak do kultury Chin. W powieściach Amy Tan najpiękniejsze są retrospekcje opisujące dzieciństwo, młodość matek. Opisywany plastycznie, kolorowo świat, przyroda, kultura Chin z pierwszych dekad XX wieku. Świat i kultura czasem okrutne. Od tego nie mogłam się oderwać. Jak stare, egzotyczne baśnie. Szczególnie, że Tan opisuje też świat duchów, demonów, pozazmysłowy. Ciekawie wykorzystuje tradycyjne chińskie wierzenia. Trochę jakby się człowiek znalazł na planie „Przyczajonego tygrysa, ukrytego smoka” (byłam swego czasu w kinie i wyszłam oczarowana i spłakana ;) ), a  okrucieństwo, bezwzględność duchów sprawia, że atmosfera robi się trochę niczym z filmów Davida Lyncha. Może to realne, może to rozgrywa się tylko w głowach, wyobraźni prostych chińczyków. Ważne, że mocno wpływa na akcję powieści.

Losy babek plączą losy matek. Te przekazują dalej, zamienione w kamień, swoje cierpienie córkom. Dopiero powieściowe córki próbują rozwikłać rodzinne supły, przerwać łańcuch fatum. Czytając tak sama się zastanawiałam się, ilu dziwnych, tajemniczych, niekiedy tragicznych historii rodzinnych nie poznamy. Zostały zamknięte w trumnach z naszymi zmarłymi krewnymi. Jednak efekty tych historii ciągle w nas grają, wędrują dalej rodziną. I z drugiej strony – ile naszych smutnych doświadczeń zostanie zamkniętych tylko w naszych wspomnieniach, a nasze dzieci nigdy ich nie poznają. Nigdy nie zrozumieją do końca dlaczego jesteśmy tacy, jacy jesteśmy.

 

piątek, 22 września 2017
Na każdego czeka książka, która go uwiedzie

Czasami widzę światełko w tunelu, jakim jest moje dziecko J

Wypożyczyłam nową partię książek do czytania. Wśród nich jest jedna opisująca Japonię – historia, kultura, obyczaje. Dużo graficznych ilustracji, duża czcionka. Myślałam, że takie jest zamierzenia – estetyka, te sprawy. Po powrocie do domu, zorientowałam się, że to książka dla dzieci J Prostsza składnia zdań, zwracanie się do czytelnika w pierwszej osobie liczby mnogiej. Nie przejęłam się tym, bo fajnie opisane, ciekawe, piękne ilustracje. Pochwaliłam się tą książką dziecku. I wzięła ją przejrzeć w drodze do toalety. Tak, ma dziecko z gatunku tych, które lubi sobie dłużej tam posiedzieć i coś poprzeglądać. I okazało się, że ją to zainteresowało. Przeglądała, bo obrazki. A obrazki mają odnośniki do opisów. Nie czytała od pierwszego rozdziału, tylko kartkowała i jak zobaczyła ciekawy temat, to czytała – na przykład rozdział o kuchni japońskiej, przepisy, albo część o ubiorze tradycyjnym. W każdym razie, super, że sama z siebie coś czytała i była tym zainteresowana. Jak widać, nie ma dziecka nie lubiącego czytać, tylko nie każde trafiło na tematykę, która je wciągnie.  Tak idealistycznie pisząc.

Z moim bratem było podobnie. Jako dziecko nic nie czytał. Rodzice płacili mu od przeczytanej strony, bo martwili się o jego rozwój intelektualny J Aż, jako wczesny nastolatek, trafił na książki popularnonaukowe – fizyka, chemia, technika. I okazało się, że lubi czytać.

Tak pomyślałam, że może nie każdemu do szczęścia potrzebna jest proza, fabuła, historie. A na to kładzie się wielki nacisk na lekcjach języka polskiego i generalnie w samej idei propagowania czytelnictwa. Z własnego doświadczenia wiem, że to co czytasz mocno wpływa na twój język wypowiedzi, pisania. Uwielbiam reportaże i gdy pisałam tę swoją powieść, to gdzieś tam zdania były tym stylem nasiąknięte. A jak zabierałam się za prozę, to też inaczej już formułowałam zdania. Może więc to zmuszanie do czytania powieści jest po to, by potem obywatel mógł się ładnie i składnie wypowiadać. Jednak jak wypowiada się jak technik, to też przecież świat się nie zawala :)

Nadal mam nadzieję, że na każdego nie czytającego czeka jego książka, która go porwie :)

 

 

wtorek, 29 sierpnia 2017
Gdy w głowie gra muzyka

Dziś wrażenia po lekturze książki popularnonaukowej Olivera Sacksa "Mężczyzna, który pomylił swoją żonę z kapeluszem". Opisane są w niej różne dysfunkcje, które wydarzają się, gdy - na skutek choroby lub wypadku - w mózgu człowieka zostaną uszkodzone jakieś obszary. Tytułowy mężczyzna nie potrafił rozpoznawać m. in. twarzy, po prostu ich nie było, były jednym elementów otoczenia. Okazało się to być początek Alzheimera.

Mnie wzruszyła historia pewnej 88-letniej starszej pani. Obudziła się pewnej nocy słysząc głośną muzykę - stare irlandzkie pieśni. Sprawdziła, czy w pokoju, a potem na korytarzu nie gra żadne radio. Okazało się, że muzyka jest tylko w jej głowie. Rano zbadał ją internista i nic nie wykrył, potem rozmawiała z psychiatrą, który uznał ją za zdrową. Ten odesłał ją do neurologa, autora książki. Dodam tylko, że muzyka była tak głośna, że czasem staruszka nie słyszała lekarza i nie mogła zasnąć. Zrobiono jej elektroencefalogram. Dawała znak palcem, gdy słyszała muzykę. Okazało się, że w tym momencie bardzo aktywna była ta część mózgu odpowiedzialna za słuchanie muzyki. A aktywna była, bo uformował się tam i pękł skrzep. Starsza pani miała mały udar. Gdy skrzep się rozpuścił, muzyka ucichła, a potem odeszła.

Ta historia ma jeszcze inny swój wymiar. Starsza pani straciła ojca przed narodzinami, a matkę, gdy miała 5 lat. Obojga nie pamiętała. Wychowała ją surowa ciotka. To matka nuciła jej te irlandzkie pieśni. Staruszka, gdy je słyszała czuła poczucie bezpieczeństwa, bliskości, nieopanowanej nostalgii. Dla mnie czuła znowu więź malutkiego, osieroconego dziecka, które odnalazło matkę. Gdy pieśni ucichły nie czuła się wcale szczęśliwsza. Jakieś drzwi ponownie się dla nie zamknęły na zawsze.

Podobna historia z piosenkami zdarzyła się innej kobiecie. Ta dla odmiany miała "muzyczną epilepsję" - ataki padaczki drażniły ten określony obszar mózgu. Tu pomogły leki na padaczkę i pacjentka przyjęła to z ulgą. Piosenki ją niesamowicie drażniły.

Bo z obserwacji osób, które dotknęło coś takiego wynika, że nie zawsze ta muzyka jest jakaś znacząca emocjonalnie dla danej osoby. Czasem były to najnowsze przeboje. Ciekawe jak ja by się czuła, gdyby w mojej głowie rozbrzmiewał Zenon Martyniuk :D

W tym rozdziale padł bardzo fajny cytat:

"Potem nastąpiło pogorszenie, które przyniosło pewną ulgę"

Strasznie mi się spodobało to zdanie :) A dotyczyło tego, że druga pacjentka zamiast trzech tych samych, irytujących piosenek, słyszała ich kilkanaście, czasem chór albo orkiestrę :)

Nie chcę streszczać całej książki, bo warto ją sobie samemu przeczytać. Szczególnie, że potem wróciłam do podobnej pozycji, z mojej własnej półki - "Najciekawsze przypadki w psychologii" Geoffa Rollsa.

Historia staruszki i jej powrotu do świata dzieciństwa wzruszyła mnie.

W innym wpisie wspomnę jeszcze o dwóch, trzech innych historiach, które zrobiły na mnie wrażenie.

środa, 21 czerwca 2017
Zwierzęta

Nie mam weny do błyskotliwych tytułów wpisów. Trudno.

Będzie o mojej refleksji w czasie lektury "Kuny za kaloryferem" Adama Wajraka. Zbiór historyjek-reportaży bardzo lubię i czytam już któryś raz. Jednak dopiero teraz zauważyłam pewną rzecz. Dla tych, którzy nie w temacie - są to artykuły pisane przez Wajraka do Gazety Wyborczej, w których opowiadał o swojej opiece nad różnymi, poszkodowanymi przez los zwierzakami. A to bocianie pisklaki, malutkie kuny, potomstwo wydr, czy kruk, sowa, a nawet nietoperz. Opisane z dowcipem, pasją do zwierząt i przyrody. Plus Puszcza Białowieska - wtedy jeszcze po prosu puszcza.

Okazuje się, że nawet w takim temacie zachodzą przez lata pewne zmiany. Książka wyszła w 2003 roku, materiały pisane były na przełomie XX i XXI wieku, czyli prawie dwie dekady temu. W jednym z pierwszych rozdziałów, Wajrak opowiada jak zajmują się kalekimi bocianami. Pewnym kłopotem było dokarmianie, ale tutaj trafił się łut szczęścia - z pobliskiej farmy kurzej dostawali... worki jednodniowych kurczaków. Wajrak pociesza, że martwych. Myślę, co by się dziś działo, gdyby jakiś dziennikarz tak spokojnie, bez wzruszenia, refleksji napisał, że z jakiejś fermy wychodzą martwe kurczaki. I to w ilościach workowych. Wiemy, że takie miejsca są, jest to krytykowane, ta kurczęcia rzeź jest jednym z argumentów wegan, by nie jadać jajek. Dziś żaden obrońca zwierząt nie przyznałby się do kontaktów z miejscami, gdzie tak maszynowo podchodzi się do hodowli. Wajrak także. 

W innym rozdziale, pisze jak dotarły do niego malutkie wydry (czy kuny). Jego przyjaciel jechał samochodem przez puszczę i w coś uderzył. Ujechał kawałek i zdecydował się zawrócić, by sprawdzić, czy zwierze jeszcze żyje. W pierwszym odruchu oburzyłam się - przecież kierowca powinien zawrócić, nie po to by sprawdzić, czy żyje. Powinien po prostu zawrócić i sprawdzić sytuację - czy na miejscu są zwłoki, ranne stworzenie, czy zwierzak po prostu już uciekł. Teraz jak o tym myślę, to chyba Wajrak po prostu użył niefortunnego określenia, na to co zrobił przyjaciel. I właśnie - dziś by już tak nie napisał. Kończą wątek - zwierzę było już martwe, ale po oględzinach okazało się, że była to samica karmiąca młode, spróbowano więc - z sukcesem - je odnaleźć.

Takie dwie uwagi jak na sporą książkę, kilka fajnych historii, to i tak niewiele. Jednak pokazuje, że bycie obrońcą przyrody pod koniec XX wieku, to było nic w porównaniu z zaangażowanie dziś :)

niedziela, 09 kwietnia 2017
Utracona cześć Katarzyny Blum

Jak wspomniałam wcześniej, zabiegany czwartek nie skończył się szybko, bo na 18:00 poszłam do Kina Praha na jeden z filmów wyświetlanym w ramach Wiosny Filmów. Nie wybrałabym go, gdybym nie wiedziała, że po projekcji będzie jeszcze dyskusja z panelistami.

O powieści "Utracona cześć Katarzyny Blum" Heinricha Böll'a już kiedyś pisałam, trochę streszczałam. Zrobię to jeszcze raz, bo choć od jej wydania minęły cztery dekady, choć krytykowała ówczesną, niemiecką prasę tabloidową, to najgorsze jest to, że cała ta machina jest nadal aktualna i nadal sprawnie działa. Gdy czytałam ją po raz pierwszy, kilkanaście lat temu, jeszcze była dla mnie ciekawostką. Potem ze zgrozą zobaczyłam, że ta historia się aktualizuje.

Katarzyna jest zamkniętą w sobie kobietą w okolicach trzydziestki, nazywaną przez koleżanki "mniszką". Trafia jej się coś, co łatwo można by przerobić w łzawą, wzruszającą historyjkę miłosną. Na zabawie karnawałowej u ciotki (w miejscu absolutnie zaufanym) poznaje nieznajomego mężczyznę, który przypadkiem (jak się okaże, nie do końca) został tam ściągnięty z jakiejś restauracji. Ot, gość idąc na przyjęcie, zabiera nowo poznaną osobę ze sobą. Dwoje ludzi rozmawia ze sobą, czuje nić porozumienia i Katarzyna decyduje się spędzić z tym mężczyzną noc w swoim mieszkaniu. 

Rankiem, gdy budzi się sama, do jej mieszkania włamuje się brygada antyterrorystyczna, z policją, prokuratorem. A pod blokiem czekają przedstawiciele prasy i telewizji z kamerami aparatami fotograficznymi. Okazuje się, że tajemniczy mężczyzna jest anarchistą. Przypomnę, że powieść powstała w 1974 roku, więc świeżo po atakach Frakcji Czerwonej Armii. To tak, jakby dziewczyna poznała dziś śniadego, uroczego chłopaka, który rano okazuje się islamskim terrorystą świeżo po ataku bombowym.

Cała powieść o jest o tym, jak traktowana jest osoba - przypadkowo wplątana w sytuację, a uznana za zaangażowanego członka wydarzeń - przez policję, media. Prokurator i śledczy traktują ją jak puszczalską, tabloid dociera do członków jej rodziny, znajomych i puszcza na pierwszej stronie artykuły z kompletnie wymyślonymi słowami tych osób. Katarzyna odbiera obelżywe telefony, dostaje mnóstwo obscenicznych listów. Jest narażona na chamskie komentarze w miejscach publicznych. Wie, że media kłamią, ale też wie, że ludzie wierzą mediom. To jest prawda. Böll krok po kroku, kartka po kartce - a reżyserzy Volker Schlöndorff i Margarethe von Trotta scena po scenie - pokazują, jak kobieta traci twarz, godność, prawo do swojego ciała. Aż do momentu, gdy bezsilna robi coś tragicznego.

Ogląda się to i czuje, że taka sytuacja mogłaby się wydarzyć dzisiaj. Wystarczy poczytać komentarze w mediach społecznościowych. Obraźliwe wyzwiska o "rozkładaniu nóg", "puszczaniu się z ciapatym" oraz oczywiście tradycyjne życzenie "rytualnego gwałtu zbiorowego przez muzułmanów". Dygresja - ktoś mi poda jakiś element sacrum, który mówi, że jakikolwiek gwałt zbiorowy ma cechy rytuału? Wiem, autorzy tego powiedzenia nie są zbyt lotni. Z jednej strony, zjawisko oblewania jakiejś osoby kubłem pomyj ma dziś jeszcze większy zasięg. Z drugiej strony - jest jakiś okruch szansy na obronę.

Jednak nie zawsze. Na koniec pokażę przykład, na jaki się niedawno natknęłam. Jakaś dziewczyna napisała na FB na stronie sieci kawiarń wpis o tym, że barista zrobił jej nie taki szlaczek z mleka na kawie i zniszczył jej całą koncepcję. Podobno, to kolega zrobił jej głupi żart, pisząc z jej konta. I jej wpis, jako screen (więc usunięcie go nic nie pomoże), zaczął krążyć po FB, a wiele instytucji (ha, ha, ha, to takie zabawne), nie zadało sobie trudu by zamalować dane osobowe. Wpis był posyłany dalej przez setki ludzi i setki ludzi. Z komentarzami - obraźliwymi, wulgarnymi. Jej zdjęcie, imię, nazwisko wycierano po internecie przez kilka dni. Tego szaleństwa nie można było zatrzymać. I to może spotkać każdego z nas - nawet jeśli napisał coś rozsądnego, inteligentnego. To coś może zostać zniszczone przez internetowych kretynów.

Jeśli wydaje ci się, że strzeżesz swoich danych osobowych, zdjęć jak oka w głowie i jesteś niewinny niczym lilijka, to tylko ci się wydaje. W momencie, w którym media postanowią ustanowić cię bohaterem serii newsów, nie masz szans. A mogą to zrobić z błahego powodu. I nikt nie będzie dociekał, czy jest prawdziwy. Przecież skoro napisał to jego ulubiony portal, to jest to prawdą.

O dyskusji napiszę w innym wpisie, bo tu już powoli brakuje miejsca :)

 

PS: Książkę mam, mogę pożyczyć ;)

wtorek, 07 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 2

Kończę już ten cykl rozkminiania i dzielenia włosów Beksińskich na czworo, tudzież zastanawiania się, ilu Beksińskich zmieści się na główce szpilki?

Pisałam w którymś z poprzednich wpisów, że Tomasz Beksiński potrzebował porządnego leczenia. I to z biografii Grzebałkowskiej dowiedziałam się, że jednak przechodził leczenie i to nie raz. Psycholodzy, psychiatrzy, lekarstwa. To nie tak, że jego depresje, dystymie, problemy były ignorowane. Tyle, że nic z tego nie pomogło. O takich ludziach mówi się, że są "chorzy na śmierć".

Pewne rzeczy u Grzebałkowskiej są rzucone jednym zdaniem, pięknym zdaniem, takim poetyckim, reportażowym, że aż chce się w tekst wgryzać. Jednak rzucone tylko jednym zdaniem i tak zostawione. A ono, pozostawione bez choć akapitu komentarza, jest niesprawiedliwe. Jak to, że Zdzisław nigdy nie przytulił syna. Napisała i tyle. Bo ktoś, coś, kiedyś. I mamy rozwiązanie zagadki - zimny ojciec, skrzywił psychikę swojego dziecka chłodnym traktowaniem i dziwnymi obrazami. A u Weissa za to mamy zaprzeczenie tego - rodzina Beksińskich może była specyficzna, ale była zwyczajna, taka jak wszystkie dookoła: kochali się, kłócili, godzili. Starszy Beksiński był wystarczająco dobrym ojcem jak na czasy, w których się urodził, w których założył rodzinę. Zarabiał na dom, starał się syna wychować, będąc czasami surowy. Tacy byli wtedy wszyscy mężczyźni. Fakt, że nigdy nie chciał mieć dziecka i zdecydował się na nie, by wszyscy przestali mu truć nad głową. Fakt, że niemowlęta go trochę brzydziły. Jednak jak na rodzica zmuszonego do rodzicielstwa, wywiązywał się z tego zadania lepiej od tych, którzy dzieci mieć chcieli.

Zofia Beksińska to matka być może kochająca za bardzo. Może rozpuściła syna, za bardzo się na nim skupiła. Przykład kobiety, która nie stworzyła własnego życia i żyła życiem bliskich. Nie dała swojemu synowi dorosnąć. Tomasz zachowywał się jak piętnastolatek przez całe życie? Bo rodzice nigdy nie pozwolili mu być starszym. Zatrzymali go na pewnym etapie, jak komara w bursztynie. Nigdy nie powinni mu byli kupować mieszkania w sąsiedztwie. Najlepiej na drugim końcu miasta lub w kompletnie innym mieście. Łatwo powiedzieć komuś, kto nie pamięta polityki mieszkaniowej schyłkowego PRL-u. Wtedy mieszkanie kupowało się tam, gdzie się udało, a nie gdzie się chciało.

Z drugiej strony, po pierwszej samobójczej próbie dziecka, strasznie ciężko jest puścić je w świat. Szczególnie, że próby samobójcze młodego Beksińskiego były histeryczne. Taki typ - samobójca histeryczny. Mówi bez przerwy co zrobi, czasami nawet obietnice spełnia. Trzyma bliskich w niskim, ale ciągłym stresie. Po jakimś czasie, stres staje się tak dojmujący, że bliscy już sami pragną, by się wreszcie zrealizowało. I tak się dokładnie stało. Po śmierci Tomka Beksińskiego, jego ojciec odetchnął z ulgą. Skończył się dwudziestoletni stres.

Na koniec, odniosłam pewne wrażenie, które zapewne można łatwo obalić, że obaj Beksińscy mieli jakieś zaburzenia w spektrum autyzmu. Dziś nie ma już twardego rozróżnienia - autystyk, Zespół Aspergera, osoba zdrowa. Dziś umieszcza się ludzi na kontinuum od jednego krańca do drugiego. Można mieć ZA, ale w takim stopniu, że doskonale się funkcjonuje w społeczeństwie, odnosi sukcesy w pracy, zakłada rodzinę. Tylko jest się "ekscentrycznym", "dziwnym". Perfekcjonizm w wybranej dziedzinie, sztywne nawyki, nerwice natręctw, trudności w wyczuciem granic u innych ludzi (choćby Zdzisław Beksiński wysyłający listy rzeczy, jakie znajomi mają mu kupić, jak zapakować), silna potrzeba samotności, połączona jednocześnie z silną potrzebą bycia kochanym i akceptowanym (skoro jednak nie wyczuwa się granic, to jest się odrzucanym). Jest tylko jeden drobny kłopot z tą teorią - humor abstrakcyjny. Bodajże ludzie z ZA go nie rozumieją, a Tomasz Beksiński podarował Polakom mistrzów humoru abstrakcyjnego - Monthy Pythona.

Powinnam jeszcze dobić się obejrzeniem "Ostatniej rodziny". Zeszła z ekranów i zapewne poczekam te 2-3 lata, aż puści go jakaś stacja telewizyjna.

czwartek, 02 marca 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - drugie, cz. 1

Udało mi się dostać z biblioteki "Beksińskich. Portret podwójny" Grzebałkowskiej i zasiadłam uradowana do czytania. Rzeczywiście, dobrze napisane, zebrany ogromny materiał, potężna praca reporterska. Tyle, że to głównie biografia Zdzisława Beksińskiego. Syna, Tomasza, tam stosunkowo niewiele - w proporcjach może z 5:1. I widać, że pisząc o ojcu autorka jest obiektywna (choć był to człowiek wielu wad), pracuje na materiałach, a gdy przechodzi do rozdziału o synu - mamy taki reportaż na granicy "Super Ekspresu", ze zdaniami nacechowanymi pejoratywnie, na zasadzie "znajomy powiedział". Odnoszę wrażenie, że autorka podziwiała Beksińskiego ojca, ceniła jego twórczość, była nią zainteresowana, a postać syna potraktowała po łebkach, na zasadzie, że skoro był syn, coś tam osiągnął, to wypada wspomnieć. O samych relacjach pomiędzy panami, panującymi w tej rodzinie, jest niewiele. Dla mnie to nie jest portret podwójny.

Nie dziwię się, że bliscy przyjaciele Tomka Beksińskiego mogli być wkurzeni. Dopiero czytając biografię Weissa, widać, że to co Grzebałkowskiej zajęło dwie strony rozdziału, on potrafił opisać w kilkunastu. Ona dotarła do kilku osób, on do kilkudziesięciu. Związki Beksińskiego u niej opisane są mocno pobieżnie, u niego jest sporo dodatkowych informacji, które pokazują jakieś drugie, trzecie dno sytuacji. Każdy z nas ma jakieś dwie, trzy osoby, które są w stanie opowiedzieć o nim w trochę podłym klimacie i całą rzeszę tych, którzy będą mówić ciepło. Grzebałkowska znalazła "te dwie" i może ze dwie osoby z tej drugiej grupy. Niewykluczone, że z Grzebałkowską po prostu nikt ze znajomych Tomka Beksińskiego nie chciał rozmawiać. I w jednym miejscu sama się do tego przyznaje - każda z partnerek odmówiła. Weiss, przebywając w towarzystwie Beksy, znając jego znajomych, ploteczki, rozmówki, mając czasem dostęp do listów - mógł te związki opisać i bez konsultacji z paniami. Choć to też nie musiało być prawdziwe spojrzenie.

Jednak dla osób ceniących Zdzisława Beksińskiego ta książka będzie ciekawa do przeczytania i tym ją polecam. Sam malarz przedstawiony jest tam w bardzo pobłażliwym klimacie. 

W innym wpisie, moje wrażenia z relacji ojciec-syn, matka-syn. I tym, że jednak jakiś nowych rzeczy się o Tomaszu Beksińskim dowiedziałam.

poniedziałek, 13 lutego 2017
Śmierć, Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 3

Mój ostatni wpis, ostatnia refleksja dotycząca książki.

Nie ulega wątpliwości, że Tomasz Beksiński był dystymiczny, że miewał załamania nerwowe, cierpiał na depresję. Pomoc psychologiczną, terapię powinien był otrzymać już po swojej pierwszej próbie samobójczej, na pewno po drugiej. Gdy pomyślano o tym na poważnie, tuż przed jego śmiercią, było już o dwadzieścia lat za późno. Przypominam sobie jednak, że po próbie w latach osiemdziesiątych był hospitalizowany. Teoretycznie powinien się wtedy zająć nim jakiś specjalista. Kto ich tam wie. Po tym względem, Beksiński urodził się stanowczo za wcześnie. W latach 70tych, 80tych terapia nie była jeszcze tak znana, nie mówiło się tyle o depresji, ludzie nie przyznawali się do tego otwarcie. Gdyby dziś był człowiekiem wchodzącym w życie, być może poszukałby pomocy fachowej.

Był człowiekiem, który budował swoje marzenie. Ono waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował od nowa. Waliło się w gruzy. Nabierał nadziei, budował. Waliło się w gruzy. Po każdej katastrofie bolało. I w końcu, w okolicach 41 urodzin uświadomił sobie, że tak będzie zawsze. Zawsze będzie budował i się zawali. I będzie boleć. I to nie raz. Będzie tak raz po raz, aż do śmierci. Dookoła wszystko zbudowali. Stoi mocne i stabilne. Być może on już nigdy nie zbuduje. Co jest jeszcze bardziej bolesne. Wyjściem jest zaniechanie budowania. Tylko, że wtedy boli jeszcze bardziej. Doskonale to znam. Sama dobiegam tych urodzin.

Do tego ta samotność. Rodzice starzeją się, dochodzą. Z resztą rodziny kontakt jest luźny. Przyjaciele mają własne gniazda. A dookoła niego cisza i pustka. Łatwo mi wzruszać ramionami na miłość, jak moje dziecko doprowadza mnie do stanu permanentnego ogłuszenia. Mnie samotność wydaje się kusząca.

niedziela, 12 lutego 2017
Weekend

Krótki przerywnik od smęcenia.

W sobotę wysłałam dziecko do jej ojca i wprowadziłam w życie plan - koc, książka, pilot od tv, telefon z wejściem do netu. Wreszcie nic nie musiałam, a dom spowity był ciszą (nawet jeśli coś oglądam w telewizji, to cicho, gdy moje dziecko podbija dźwięk kilka razy). Potrzebowałam oddechu, nie życia kulturalnego. Na kablówce miałam maraton - drugi sezon rodziny "Soprano" i jak zaczęłam od 18:00, to skończyłam o 2:00. Serial jeszcze leciał do świtu, ale ja odpadłam :)

W niedzielę miałam wyjść - w ramach Urodzin Pragi na spacer miejski i wykład. Tak poza domem od 13:00 do 18:00. Traf chciał, że po przebudzeniu zabrałam się za czytanie książki (czytam już trzeci dzień) i nie mogłam się od niej oderwać. 

W ramach dygresji nadmienię, że podskoczyło moje libido czytelnicze. I to, nie zaznanego od dawna, wysokiego poziomu. Książki połykam.

Tak sobie leżałam, czytałam "Lśnienie" Kinga i patrzyłam na zegarek - dobra, jeszcze półtorej godziny mogę czytać, jeszcze godzinę czyli super, jeszcze pół godziny, ojej, kurcze tylko kwadransik, no nie, odkładaj, bo musisz się ubierać. A potem pomyślałam, że przecież nie muszę wychodzić z domu. Kto mnie zmusza do aktywności kulturalnej? Mam wymówkę porównywalnie ambitną - czytam powieść. I resztę niedzieli przeleżałam, czytając dalej.

Zaraz wraca dziecko.

czwartek, 09 lutego 2017
Spojrzenie na Tomasza Beksińskiego - pierwsze, cz. 1

Z rodziny Beksińskich kochałam Zdzisława Beksińskiego - jego malarstwo, grozę, niepokojącą melancholię przenikającą z obrazów. Byłam za młoda by stać się fanką audycji Tomasza Beksińskiego - pozostałam w drużynie Marka Niedźwieckiego.

Jednak zastanawiałam się, czy nie iść na "Ostatnią rodzinę" do kina i recenzje mnie zniechęciły. Szkoda mi pieniędzy na bilet, by wyjść z seansu wkurwiona. Właśnie czytając te recenzje trafiłam na linki do różnych wywiadów, historii. A potem, czekając na swoją kolej w bibliotece, już z książkami do wypożyczenia w ręce, zobaczyłam na półce "Tomek Beksiński. Portret prawdziwy" Wiesława Weissa. Pod wpływem impulsu, odniosłam jedną z poprzednio wybranych książek i wypożyczyłam tę. Z wywiadów wiedziałam, że autor był oburzony "Portretem podwójnym" Grzebałkowskiej, a po filmie wprost wściekły tym jak pokazany był jego przyjaciel.

Wróciłam do domu i wsiąkłam. Niby 670 stron, bez przypisów i zdjęć, a czyta się jednym tchem. Nie mogłam wyjść z wanny, bo jeszcze tylko jedna strona. Nie mogłam iść sprzątać, bo jeszcze tylko do końca rozdziału. Tomiszcze grube, więc do czytania na stojąco w komunikacji miejskiej wymagany jest perfekcyjny błędnik oraz doświadczeniem w ćwiczeniu jogi.

Sama biografia? Zdaję sobie sprawę, że to odpowiedź na dwa poprzednie tytuły medialne. I wyszła z tego laurka. Bo może i miał wady, ale kto nie ma. Może i krzyczał, ale kto nie krzyczy. Może był niepraktyczny życiowo, ale to się zdarza. Z drugiej strony, to piękne, gdy twój przyjaciel, po twojej śmierci potrafi zebrać od tylu osób, tyle pochlebnych historii i wypowiedzi. Są tam relacje znajomych i przyjaciół ze szkoły podstawowej, średniej, studiów, pracy. Nie ma tylko bezpośrednich wypowiedzi od byłych partnerek Beksińskiego. Może dlatego, że większość z nich przedstawiona jest mało pochlebnie. A ostatnia jest niemal wprost oskarżona o doprowadzenie bohatera do śmierci. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie będzie oburzona tą lekturą. No cóż, okazało się, że zmarła niedawno. Ładnie się złożyło. Nie ma szansy się obronić. A o tym, co ja sądzę o jego miłościach i związkach jeszcze będzie.

Gdy skończyłam tę biografię, nabrałam ochoty na poznanie "Beksińskich. Portretu podwójnego", by teraz zobaczyć Tomka Beksińskiego z drugiej strony. Sprawdziłam i okazało się, że jest dostępna, nawet w dwóch bibliotekach. Jednak, gdy przyszłam wczoraj, ktoś mi obie pozycje zwinął sprzed nosa. Spóźniłam się o kilka godzin. Mogłam zarezerwować, ale jak zwykle nie chciało mi się przypominać loginu i hasła do konta. Teraz zarezerwowała mi pani z biblioteki. Będę może z miesiąc czekać. A chciałam opisać na blogu moje refleksje najpierw po lekturze jednej, potem drugiej z biografii.

A to nie koniec moich wrażeń  z lektury "Tomka Beksińskiego. Portretu Prawdziwego". Będzie ciąg dalszy. Mam nadzieję, że jutro.

 
1 , 2
Tagi