To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: napad

sobota, 21 marca 2015
Bardzo dluga historia o napaści

Stworzyłam bardzo długi, długi, długi wpis. Tuż przed jego końcem zawiesiła się przeglądarka i sam komputer. Wtedy nie pomaga opcja zapisania tekstu, bo nie da go się już do niczego wkleić. Bo nic już nie reaguje. Zazwyczaj dzieje się to po ponad godzinie, dwóch jego pracy. Teraz padł po kwadransie. Ma za małą pamięć, ma za mało wszystkiego. Cholerny rzęch. Nie wiem, co z nim zrobić. To składak. Niewykluczone, że zaraz padnie w nim wszystko. Muszę wszystko opowiadać od początku. Teraz piszę w programie tekstowym i zapisuję w Wordzie co kilka zdań. Jak trzeba będzie restartować, to ocalę.

Wczesnym popołudniem byłam na placu zabaw z Wiertką, sąsiadką i jej córką. Mała wreszcie przekonała się do roweru, zaczyna na nim jeździć. Dziewczyny się bawiły, my chodziłyśmy za nim. Wreszcie, my matki, usiadłyśmy na ławeczce. Ławeczka była skrajna. Plac zabaw jest na sporym terenie zielonym, zamkniętym z czterech stron blokami. Takie miejsce, w jakim dziś by się wstawiło z dziesięć nowych bloków. Plus kostka. Jak pisałam nasza ławeczka była bardziej z boku, dlatego tylko my zwróciłyśmy na to uwagę.

Spomiędzy dwóch bloków wyszło dwóch szarpiących się mężczyzn. Dzieliło nas od nich kilkadziesiąt metrów. Wyglądało to w pierwszej chwili na sprzeczkę pijaków. Taką, po której idą kupić druga flaszkę. Przykre, ale takie na Pradze są pierwsze skojarzenia. Patrzyłam i zastanawiałam się – sprzeczka, napad? Pojawił się obok drugi mężczyzna, coś mówił. Jeden zaczął okładać pięścią mężczyznę. Usłyszała pisk kobiety.

Tamci dwaj poszli. Mężczyzna leżał. Zaczęłam odliczanie. Nie podnosi się od kilku sekund. Nie podnosi się od kilkunastu sekund. Sąsiadka powiedziała mi potem, że ją sparaliżowało. Wstałam i poszłam do niego. Niedaleko leżał plecak. Schyliłam się po niego.

- Proszę zostawić! To nie pani!

Z okna mieszkania na parterze słyszałam kobietę. To ona krzyczała. Zapewniłam, że chcę pomóc. Człowiek wstał, ale chciał, by wezwać pogotowie. Zwrócił pijaczkom uwagę, a oni go pobili. Stracił telefon komórkowy. Wezwałam karetkę. Mężczyzna zaczął gdzieś iść. Starałam się go zatrzymać, żeby nie mieć potem kłopotów za bezpodstawne wezwanie. Nadal chciał lekarza. Mówił, że chciał dobrze, Polska go pobiła, nie jest Polakiem. Ta kobieta też wyszła z mieszkania, chyba była jego znajomą. On poszedł do bloku. Dopytałam, czy nie odwoływać karetki. Tak, chce lekarza, do mieszkania. Dobra, wiedziałam, który to lokal.

Sąsiadka pilnowała dziewczynek na placu zabaw, tuż obok. Ja stałam, by popilotować pogotowie. Wiedzieli, że mają pojawić się pomiędzy dwoma blokami.

Mężczyzna znowu wyszedł z bloku. Ponownie starałam się go zatrzymać. Mówił jak pijany, albo osoba w ciężkim szoku. Nie dał rady stać w miejscu, musiał poruszać. Mam wezwać policję, on chciał dobrze, a go pobili, Polska go pobiła, on idzie po kolegę, który przyjeżdża właśnie pociągiem, przyjeżdża ze Stanów (dworzec jest niedaleko). Sąsiadka starała się go zatrzymać w miejscu. Wyszła też ta jego znajoma. On poszedł dalej, one za nimi. Ja pilnowałam dzieci i czekałam na karetkę.

Przyjechała policja. Zadzwoniłam do sąsiadki, by powiedziała, gdzie doszli. A ona krzyczy mi w słuchawkę, ze ten człowiek upadł i stracił przytomność. Widać ich było z oddali, wysłałam tam radiowóz.

Gdzie ta cholerna karetka?! Jest! Widać ją było zza bloku, ale wykręca z powrotem. Puściłam się biegiem, by ją zatrzymać. Biegłam i wołałam do ludzi, by ją zatrzymali. Pomogli mi. Jechała powoli uliczką osiedlową. Dopadłam ją już jak wjeżdżała w główną ulicę. Dopadłam tylnych drzwi i zaczęłam w nie walić. Powiedzieli, że dostali drugie wezwanie… Potem pomyślałyśmy z sąsiadką, że zapewne policja podała nowy adres. Karetka chciała tam jechać dookoła ulicami. Samochodem to kawał drogi. Ja popilotowałam ją wewnątrz osiedla. Może rzeczywiście zachowałam się jak histeryczka.

Widziałyśmy z daleka jak uciskają klatkę piersiową człowiekowi.

- To czarna folia, czy srebrna? - dopytywała mnie zszokowana sąsiadka, gdy widać było jak wiozą nosze do karetki.

- Złota. Żyje.

Tamta kobieta została z policją, więc zapewne ona złoży zeznania i nie będą mnie ciągać. 112 ma mój numer telefonu i dane osobowe.

Bardzo dobrze, że po tej napaści ten mężczyzna nie wstał od razu. Uznałabym, że to była pijacka sprzeczka i koleś poszedł dalej. A on po kwadransie straciłby na dobre przytomność kilka ulic dalej. Nikt by nie pomógł mężczyźnie po pięćdziesiątce w zakurzonej kurtce.

Co ciekawe, każda z nas zapamiętała co innego z postaci napastnika – ja ubiór, ona fryzurę.

Jestem jeszcze chyba na adrenalinie. Miałam wieczorem iść z Wiertką na pewną dyskusje literacką, ale nie dam rady. Potrzebuję spokoju.

16:59, bezcielesna
Link Komentarze (1) »
Tagi