To historia o tym, że można zostać bez faceta, pracy, perspektyw, pieniędzy, za to z dzieckiem. To historia o tym, że potem można nie zrobić kariery, nie realizować pasji, ani nie spotkać mężczyzny swojego życia. To historia o tym, że powyższe nie dadzą ani frustracji, ani zadowolenia życiowego. To historia o tym, że można żyć wbrew schematom, które narzuca samotnej kobiecie kultura popularna. Czyli zwyczajnie.

Wpisy z tagiem: gender studies

niedziela, 15 stycznia 2017
Gdy praca musi czynić wolnym

Na wczorajszych zajęciach dyskusja skupiła się na przemocy w związku - fizycznej, psychicznej, ekonomicznej. A głównie na pracy kobiet. Jestem w tej części feministek, które uważają, że kobieta nie musi znajdować satysfakcji w pracy i jeśli chce pozostać w domu, to jej wola i instrumenty prawne powinny ją wspierać (część pensji męża przelewana na konto żony, część świadczeń emerytalnych także). Byłam w znaczącej mniejszości,  to właśnie przez zjawisko przemocy.

Nie można wnioskować, że każdy absolutnie każdy mężczyzna, gdy tylko stanie się jedynym żywicielem rodziny, zacznie się nad partnerką znęcać. Akurat moje dyskutantki pracują w organizacjach zajmujących się pomocą kobietom, które są ofiarami przemocy. I czasem historia pokazuje, że przed narodzeniem dziecka panowie byli orędownikami związków partnerskich. Sytuacja zmieniała się w momencie narodzin dziecka, dzieci.

I tu okazało się, że 500+ popierają także feministki. Wiele kobiet, po otrzymaniu tych świadczeń, zdecydowało się opuścić przemocowe związki. Wreszcie miały własne środki na życie.

Wychodzi na to, że - czy praca jest fajna, czy jest utrapieniem do końca życia - to i tak trzeba wstawać rano, iść do niej, czy chciałoby się, czy nie. Bo to daje niezależność, wolność finansową. Zaczęłam się nad tym zastanawiać i pomyślałam, że nawet ja mam w sobie ograniczenia związane z płcią. Bo zakłada się, że mężczyzna musi pracować, musi zarabiać na dom. To kobiecie daje się alternatywę (w teoretycznych rozważaniach) - opieka nad domem i dziećmi, albo praca zawodowa. A może mężczyźni także woleliby poświęcić się ognisku domowemu, dzieciom, a kwestie finansowe zostawić kobiecie? Czy oni nie budzą się czasem ze ściśniętym gardłem i idą do pracy z myślą, że zaraz coś w nich pęknie?

Arystokracja, rentierzy, ludzie dający się nabrać na pracę opartą na pasywnym dochodzie - to dowód, że wszyscy kombinujemy jakby tu nie pracować, a mieć za co żyć. Jednak tylko kobietom, biologia daje wymówkę, by pracą się nie zająć.

Oczywiście, zajmowanie się domem i dziećmi to też praca. Sprzątaczki, kucharki, nianie - dowodem.

A o pieniądzach w związku jeszcze napiszę.

sobota, 03 grudnia 2016
Korporalnie

Feminizm, skomplikowana sprawa :) Bo - zamiast umawiać się na randki z fascynującymi ludźmi - dyskutowałam dziś, na zajęciach, o feminizmie korporalnym. Czy już jesteście zaintrygowani? Jaki feminizm? Analny? Korporacyjny? Kopro? Korporalny?

Nawet ja poznałam go dopiero teraz. Prowadzącemu udało się rozruszać towarzystwo, bo dyskutowaliśmy próbując poczuć temat. A jest to odnoga feminizmu skupiająca się na ciele, na tym co w ciele zapisane, co z niego wypływa będąc uznawane za wyraz głębi naszych naturalnych pragnień. Gdyby ktoś chciał zignorować resztę wpisu i przejść od razu do literatury fachowej, to odsyłam do Elisabeth Grosz, Susan Bordo :)

Tak trudno nam było rozgryźć o co w tym chodzi, bo zazwyczaj feminizm skupia się na komunikatach, które społeczeństwo przekazuje jawnie lub mniej jawnie, ale poprzez nasz umysł. Jak to zapisane w ciele? Kiedy wszystko, co w nas jest dotarło tam poprzez głowę - dzięki mediom, rodzinie, otoczeniu.

A są to właśnie komunikaty nie powiedziane wprost, które sprawiają, że ciało wypracowuje pewne odruchy, które po jakimś czasie uważane są za przejaw prawdziwego ja. Ja podrzuciłam przykład treningu czystości - nie wygłasza się przed dzieckiem długim pogadanek o tym, że trzeba załatwiać potrzeby fizjologiczne w toalecie. Wysadza się je na nocnik, trzyma go w widocznym miejscu, zachęca. Teraz w życiu dorosłym, sikanie w toalecie to przejaw tak naturalny, że by narobić w pościel potrzebowalibyśmy pistoletu przy głowie. Inny przykład - już w konwencji płci - to komunikat dla dziewczynki, żeby nie siedziała z rozstawionymi nogami. Nikt jej nie tłumaczy dlaczego. Jako dorosła kobieta uważa, że tak ją przecież natura stworzyła. Nie musi się rozkładać jak biedny mężczyzna, który sprawia wrażenie jakby sobie niemowlę umieścił pomiędzy udami. I tak dalej. Jest wiele naszych odruchów, które zostały w jakiś sposób wdrukowane w nasze ciało przez społeczeństwo. A które uważamy za naturalne, nie nabyte.

A co ma do tego feminizm? Bo inne komunikaty wdrukowuje się w kobiety, inne w mężczyzn. A co za tym idzie, co innego jest "nienaturalne" dla kobiet, co innego dla mężczyzn.

Prowadzący rzucił wynikami badań - do tematu wdrukowania w ciało - mówiących o tym, że 40% Polek nigdy nie miało orgazmu: dlatego, że nie czuło potrzeby, nie uznało to za istotne, nie szukało. Mnie ciężko jest w to uwierzyć. Niemal co druga w tym kraju? Chyba, że wliczymy pokolenie 70+, które wychowało się w innych czasach. Można nie mieć orgazmu z mężczyzną (czasami on nawet przeszkadza), można nie mieć orgazmu z kobietą (może rozpraszać), ale żeby nie mieć w ogóle? Nie mieć choć raz w życiu? Przez pomyłkę? Może część po prostu nie wiedziała, że to co przeżyła, to orgazm, bo się naczytała i naoglądała.

Będą jeszcze ze dwa wpisy z refleksjami w temacie - kobiecego nadmiaru i płynności płci.

A za dwa tygodnie mamy oglądać kobiece porno :)

sobota, 19 listopada 2016
Sobotnio

Byłam dziś za zajęciach z seksualności. Wcześniej musiałam się przedrzeć przez Powiśle i jeden marsz protestacyjny. Lewy brzeg Wisły był prawie odcięty, nie nie jeździło mostem. Mogłam pomyśleć o jeździe pociągiem. Torów jeszcze nie zablokują. Dojdzie do tego, że człowiek wychodząc z domy będzie sprawdzał, jaki protest akurat idzie :)

Z zajęć wynoszę trochę fajnych rzeczy, ale dziś chciałam opisać ciekawostkę, o której nie miałam pojęcia. Prowadzący wśród znajomych ma osobę transpłciową. Ja także, kilka lat temu poznałam ją na zajęciach, gdy była jeszcze na etapie przejściowym. I to na jej przykładzie dowiedziałam, się kilku ciekawych rzeczy. Przeciwnicy korekt płci, uważają, że to akt nierównowagi psychicznej, kaprys. Jednak cała procedura składa się z wielu testów, rozmów, przepytywań przez komisję, które wszystkie mają tylko jeden cel - złapać osobę, na tym, że się myli, odrzucić jej wniosek. Oczywiście, próżnia szybko się zapełnia - są w sieci modelowe odpowiedzi na takie pytania. Komisje zakładają także, że osoba chcąca zmienić płeć (szczególnie ta młoda), dotąd nie miała życia seksualnego. Nie jest ani hetero, ani homo. Przecież brzydzi się swojego ciała. To seksu zapewne też się brzydzi. A już kompletnie nie należy poruszać tematu preferencji seksualnych po zmianie płci. Zakłada się od razu, że płeć się zmienia by być heteroseksualną osobą. Informacja o tym, że będzie się zainteresowanym/ą przedstawicielami tej samej płci (po korekcie) od razu dyskwalifikuje i skutkuje odrzuceniem wniosku.

W akceptacji ludzi z niezgodą na własną płeć, nadal tkwi poczucie, że prawdziwy świat jest heteronormatywny i do tego głównie powinni dążyć. Nie zapytam mojej znajomej - a teraz spotykasz się z kobietami, czy mężczyznami? A wcześniej? Bo generalnie definicja hetero- i  homoseksualizmu oraz statystyki "rozprzestrzeniania się" (w pewnej książce autentycznie padło takie twierdzenie) nie są jednoznaczne. To temat na całkiem inny wpis.

Ciekawa jestem, czy inne osoby, które mają za sobą zmianę też miały podobne doświadczenia? Piszę "zmiana" i "korekta" wymiennie, a przecież w tej sytuacji nie są tożsame. Ci ludzie nie zmieniają tak na prawdę płci, bo tę właściwą cały czas w sobie mieli. Uprościłam, by nie powtarzać w kółko tego samego słowa.

sobota, 28 listopada 2015
Ojcostwo

Dziś zajęcia na genderach.

Przy okazji dowiedziałam się, że ich przyszłość nie jest do końca pewna. W końcu dostaje się tu instrukcję jak zostać lesbijką i transem ;) Z rozmów okazało się, że to zatacza szersze fale. Jakieś projekty na wydziale filozofii także stoją pod znakiem zapytania. Komuś usunięto zajęcia z grafiku w semestrze letnim na etnografii. I podejrzewam, nie są to jeszcze zalecenia odgórne. To wyskakiwanie przed szereg. Wyłazi banda lizusów, którzy chcą się przypodobać. Albo boją się na zapas.

Przetrwano socrealizm. Przetrwamy i to.

Dzisiejsze spotkanie było na temat ruchów ojcowskich. Byłam pozytywnie zaskoczona, po przeczytanych tekstach, że tych ruchów oddolnych jest więcej niż tylko głośny Dzielny Tata, walczący o kontakty z dziećmi. Jest trochę skupiających mężczyzn, którzy chcą porozmawiać o swoim ojcostwie. Nawet katoliccy. To też jest fajne - bycie zaangażowanym religijnie mężczyzną, to także dbanie o swoje relacje z dziećmi.

Padły tylko pytania, dlaczego gdy trzeba zamanifestować, zaprotestować, zawalczyć o coś związanego z dziećmi, to pojawiają się tylko kobiety. Dziwnym trafem, mężczyznom nie przeszkadza brak podjazdów dla wózków w sklepach, instytucjach publicznych, na kładkach, schodach. Mężczyznom nie przeszkadza brak przewijaków w toaletach, restauracjach. Mężczyzno nie przeszkadza, że nie mogą wziąć dłuższego, płatnego urlopu, by pobyć z dzieckiem. Czyżby ich zaangażowanie w opiekę na dzieckiem aż tak wielkie nie było, że ich po prostu te niedogodności nie dotykają? Na ulicę wychodzą w sytuacji granicznej, gdy odbiera im się kompletnie kontakt z potomstwem.

Inny, długi temat, to zmiany związane z ojcostwem, jakie nastąpiły w ostatnich dwóch dekadach, ale to może temat na jakiś inny wpis.

wtorek, 13 stycznia 2015
O depresji poporodowej teoretycznie

Skoro wczoraj było na temat genderów, dyskusji, referatów, to przypomnę także moje grudniowe wystąpienie na zajęciach.

Zagapiłam się i fajne tematy mi umknęły. Zostały tylko teksty teoretyczne. Zastanawiałam się trochę, czy brać się do referowania angielskiego tekstu. Moja znajomość języka, rzadko praktykowana w pracy, rdzewieje. Trzeba jednak utrudniać sobie życie :)

Za opracowywanie tekstu wzięłam się odpowiednio wcześniej i jak to ja - w komunikacji miejskiej. Może by sobie zrobić punkcik na skali lansu ;) Zabrałam się za niego wracając z pracy do domu i w pierwszej chwili entuzjazm mi runął. Nie mogłam nic zrozumieć. Masakra. Wróciłam do kartek następnego dnia rano. Zmiana o 180 stopni. Zmęczony ośmioma godzinami pracy mózg, w dodatku w okolicach przesilenia zimowego, działa jak koło zębate zasypane piaskiem. Porankami za to pyrka całkiem sprawnie. I to jeszcze przed pierwszą kawą :)

Dlatego referat przygotowywałam porankami, w tramwaju. Dziwnie to brzmi, ale w tworzeniu jazda, obecność innych ludzi nie przeszkadza mi. Robiłam notatki na kartce, więc było trudno podglądać. To a propos pewnego wpisu kiedyś na FP "Mordoru na Domaniewskiej", gdy ktoś zwracał uwagę na kończących w autobusie na laptopach swoje projekty. Gdzie widać było który klient, jaki budżet, jakie media :)

Cieszę się, że przełamałam swoje lenistwo.

A do opracowania miałam "Women's lives and depression: marriage and motherhood" z "Understanding depression. Feminist social constructionist approaches" Janet Stoppard. Czyli nic trudnego.

Główną tezą było to, że depresja związana z macierzyństwem ma podłoże społeczne, nie biologiczne (hormony poporodowe). Autorka opierała się (nie tylko) na badaniach z końca lat 90tych na kanadyjskich uczennicach kończących college. Młode dziewczyny mają przed sobą określoną wizję życia - małżeństwo, dzieci, praca łączona z zajmowanie się domem, ale być może pozostanie w domu oraz świadomość zdania się finansowo i emocjonalnie na męża (jego wsparcie finansowe i pomoc przy dzieciach). Ani jedna nie podała jako ewentualnych planówżycie samotne, bez dzieci, poświęcone pracy. I to zderzenie się z rzeczywistością - tym jak absorbująca jest opieka nad dziećmi, łączenie tego z obowiązkami domowymi, radzenie sobie ze zmęczeniem, powodują depresję.

To taki ogromny skrót. W sumie dla mnie nic odkrywczego. Raczej oczywiste. Choć komponent hormonalny, według mnie jest bardzo ważny, czego sama doświadczyłam na swoim ciele.

Ciekawe było zestawienie tej teorii z wiodącym tematem tamtych zajęć - trylogią Larsa von Triera "Antychryst", "Melancholia", "Nimfomanka". Czyli depresja jako przejaw natury, naszych ukrytych instynktów.

Po takim zasypaniu lansem intelektualnym, kolejne wpisy będą już o czymś innym. Na przykład, jakie to ma ciekawe dziecko :P 

poniedziałek, 12 stycznia 2015
Depresja, załamania i inne przyjemności

Spojrzała w statystykę wejść na bloga i u licha, jakiś wirus mi nabija wejścia? Mam nadzieję, że nie trafiłam na "fanpejdż" pt. "Beka z"

Teraz o rzeczach fajniejszych. Ostatnia sobota, to zajęcia na genderach. Wiodącym tematem są kobiety i ich załamania nerwowe w literaturze, na tych zajęciach było tego sporo :)

Najpierw krótka dyskusja nad tekstem teoretycznym - "The anger of hope and the anger of despair: how anger relates to women's depression" Stoppard i Gammel. Tę teorię poznałam już jakiś czas temu i wtedy, nie ukrywam, była dla mnie odkryciem. Depresja jako wynik tłumionego gniewu, jeden z jego objawów. Autorki pracy przeprowadziły wywiady z sześćdziesięcioma kobietami będącymi w stałych związkach, cierpiącymi na depresję. Zawsze gdzieś w tle były spięcia, tłumione pretensje, niemożność okazania prawdziwych emocji. Przykładem są sytuacje domowe, gdzie nie można czuć się do końca komfortowo, są źródłem stresów, ale ze względów ekonomicznych, rodzinnych nie można ich zmienić. Można tylko robić dobrą minę i zaciskać zęby. Albo dyskusje, w których z góry wiadomo, że jest się na przegranej pozycji, bo gra jest zero-jedynkowa. Dodatkowo, kultura wychowywała kobiety, jako osoby, które się nie złoszczą i nie krzyczą. Efektem tłumionego gniewu, frustracji są uzależnienia, pedantyczne sprzątanie, choroby psychosomatyczne, depresja. Dla mnie jakoś brzmi to znajomo.

Końcowy wniosek można wysnuć dość obrazoburczy dla tradycyjnej rodziny - to związek jest generatorem kobiecych nerwic i depresji. Ponownie brzmi znajomo, bo gdyby nie stresy związane z borykaniem się na rynku pracy, to moje życie emocjonalne byłoby sielanką. Co niestety odbija się na moich biodrach, bo nic tak dobrze nie odchudza jak nerwica :) Jako, że związek nadal ma zapewne wiele zalet przeważających nad ewentualnymi frustracjami, to jego idea nadal będzie się cieszyła powodzeniem :)

Potem już tylko przyjemność dyskusji nad literaturą. Choć "Miłość z kamienia" Grażyny Jagielskiej jest bardziej dokumentem. Od problemu milczenia w dyskursie publicznym na temat stresu pourazowego żon i dzieci osób, które wracają z miejsc zagrożonych śmiercią w konflikcie zbrojnym (reporterzy, żołnierze) przeszliśmy do kwestii, czy zawód reportera wojennego ma dziś jeszcze sens? Padł argument, że w dobie dronów robiących zdjęcia i mediów społecznościowych wszystko da się udokumentować i bez dziennikarzy na miejscu. Czasu było mało na dyskusję, więc nie dopytałam się, jaki dron zrobiłby zdjęcia gwałconej przez rosyjskich żołnierzy Czeczence Tai (opisanej przez Jagielskiego, a potem Jagielską? Gdzie ten komputer i internet, poprzez którego owa pani opowiedziałaby, zapewne na poczytnym blogu, swoją comiesięczną historię gwałtu? Inna sprawa, że w specyfikę dzisiejszego reportera wojennego wpisany jest pewien element gwiazdorstwa. On nie robi tego by poinformować. On robi to by poinformować pierwszy, zdobyć uznanie, nagrody, naćpać się adrenaliną.

I wreszcie "Drobne szaleństwa dnia codziennego" Kai Malanowskiej. Najpierw osobista refleksja literacka. Dotąd uważałam, że rozpisywanie się na temat własnych depresji, załamań jest pójściem po najmniejszej linii oporu, nie pokazuje możliwości artystycznych, daje ryzyko wpadnięcia w pułapkę jednej powieści, bo na kolejne nie ma się po prostu pomysłu. Nie zabrałam się za temat mimo rad, że moje tragedie są malownicze literacko. Malanowska poszła tą ścieżką. Dobiła drugą powieścią, ale podobno pracuje nad czymś trzecim, więc nie jest monotematyczna. Powieść czytało mi się ciężko, jest zbyt gęsta w rozbieraniu na drobne elementy swojego nieszczęścia. Z okładki wynika, że Kinga Dunin była zachwycona. Niestety, w przeciwieństwie do niej obawiam się, że zawsze z czytaniem o depresji jest jak z czytaniem o dzieciach - tylko własne są urzekające i wciągające. Sylvi Plath się udało, bo jej depresja jest gdzieś z boku akcji, jak czarna nitka wpleciona w tkaninę. Zdradziecka i dlatego tak urzekająca. Inna sprawa, że powieść Malanowskiej jest podobno mocno autobiograficzna i nie chciałabym by ktoś patrzył na mnie przez pryzmat tak intymnych wyznań jak załamanie nerwowe i depresja kompulsywna (w moim przypadku inny rodzaj ;) ). Choćby rozmowa z pewnego wydarzenia artystycznego, na którym Malanowska pojawiła się z mężem, a ktoś rzucił "o, to ten, co ją zdradził pięć lat temu" :) 

Dyskusji wokół powieści było trochę, ale to mam w swoich notatkach, do różnych przemyśleń. Była też ciekawa rozmowa na temat zdrady i tego, czy zawsze musi oznaczać definitywny koniec związku. Jednak o tym może już w jakimś innym wpisie :)

niedziela, 16 listopada 2014
100% listopada w listopadzie

Mamy oto 100% listopada w listopadzie. Zimno, nie ma słońca, opadły niemal wszystkie liście i zmrok zapada zanim zaczął się dzień. Agonia przyrody :) Listopad jest po to, by z radością powitać śnieg :) Chyba co roku to piszę :)

W piątkowy wieczór byłam na wykładzie astrologicznym. Tak, zajmuję się takimi rzeczami :P Bardziej hobbystycznie. Moja przyjaciółka od 24 lat zajmuje się bardziej poważnie (tak jak Tarotem) i miała nawet kiedyś klientów. Płacili jej takie stawki za wizytę, że gdyby miała choć połowę tego tupetu co wróż Maciej, to miałaby teraz dobrze prosperujący biznes.

W sobotę za to byłam na zajęciach z genderów :) Najpierw dyskusja o współcześnie pisanej powieści wiktoriańskiej (Sarah Waters - polecam), potem o surogacji - czy legitymizować, a jeśli tak to, czy potrzebuje obwarowań prawnych, czy tylko dobrze spisanej umowy.

Dziś miałyśmy być z Wiertką na Festiwalu Czekolady. Obiecałam jej już to wcześniej, pamiętała i nie mogłam się wykręcić. A nie miałam ochoty wychodzić z domu. Po drodze, jeszcze zagłosowałam w wyborach samorządowych. Miałam napisać według jakiego kryterium szukałam osób, na które dam głos, ale daruję chyba to sobie. Przeglądałam ulotki i spis kandydatów, komitetów na stronie komisji wyborczej. Aż w końcu najbardziej ujęła mnie kobieta, która zadzwoniła do moich drzwi, przedstawiła się krótko i zostawiła ulotkę. Nie tak łatwo jest pokazać się ludziom i wystawić na ich reakcje.

Pod pajacem, gdzie odbywały się targi wiła się i zakręcała kilkakrotnie kolejka. Na moje oko jakiś kilkaset metrów. Spodziewałam się, że będą tłumy, ale nie aż takie. Dziecko uparło się, że będziemy stać. Ubrałam siebie i ją jak na wcześniejsze dni listopada i marzłam. Po 45 minutach stania zorientowałam się, że jesteśmy w połowie drogi do kas. Wyobraziłam sobie, co się dzieje przy stoiskach targowych, jakie tam czekają kolejki do atrakcji, które przyciągną moje dziecko.  Przekupiłam małą deserem czekoladowym w kawiarni. Poszłyśmy do Złotych Tarasów, bo tam jest największe prawdopodobieństwo trafienia na taki lokal. Moje dziecko reagowało na centrum handlowe niczym Klaudia z Raduszyc Starych na łódzkie tramwaje (odsyłam do "Ballady o lekkim zabarwieniu erotycznym"), czyli nieustannym wow. Odpowiadałam jej obojętnie "tak, tak", by nie wzniecać jeszcze bardziej ciągot ku kulturze konsumpcyjnej.

- Ale ty mamo jesteś już stara. - usłyszałam

- Dlaczego?

- Bo ja pokazuję ci takie rzeczy, a ty tylko taaaak, taaaak.

W Pijalni Czekolady Wedla wszystkie stoliki zajęte. Jednocześnie doszłam ja i trzy panie. Dziecko się irytowało, a ja zastanawiałam się, ile można tu czekać na stolik, bo ludzie przychodzą tu w końcu na relaks, nie fast food. Jednak jakiś się zwolnił, a ja go szybko dopadłam z dzieckiem. Panie wyraziły niemą dezaprobatę na twarzy. Nie dziwię się im, ale po 45 minutach stania na listopadowym wietrze bez rękawiczek, obudziła się we mnie wózkowa. Zaproponowałam, by się do nas dosiadły, ale nie chciały.

Ja napiłam się czekolady deserowej z pomarańczą. Podobno koneserów czekolady oraz uzależnionych od ziaren kakaowca, nie cukru, poznać po tym, że gardzą mleczną ;) A Wiertka spróbowała mlecznej z bita śmietaną i orzeszkami. Nadal żałowała, że nie dotarłyśmy na festiwal, ale na darmo z domu nie wyszła.

November Rain. Tylko w Kaliforni można napisać taką balladę, by była romantyczna :)

sobota, 23 listopada 2013
Klapki w mózgu

Dziś na zajęciach o detektywach i detektywach zastępstwo - prowadziła Marta Konarzewska, którą samą pamiętam jako uczestniczkę genderów opowiadającą anegdotki z życia zawodowego, jeszcze przed szkolną aferą. Trzeba przyznać, zajęcia prowadzi świetnie, musiała być super nauczycielką, kochaną przez uczniów.

Omawiałyśmy "Ciemno, prawie noc" Joanny Bator. Nie pod względem literackim, czy społecznym, ale właśnie genderowym. Takie spotkania otwierają mi klapki w mózgu. I to nie dlatego, że potrzebuję genderowego uświadamiania siebie, czy innych :) Dotąd zamartwiałam się, że za mało czytam beletrystyki i to tej najnowszej, bo trzeba wiedzieć jak piszą inni i to topowi, by odnaleźć własny język. A Bator wyszła z pracy naukowej - dłubania we francuskim feminiźmie, Lacanie, Kristevej, Cixous, Irigaray. I tymi tropami Konarzewska przeszła razem z nami przez tą powieść. Nagle widzisz, że tekst oprócz warstw oczywistych (tu kryminał, społeczna, psychologiczna, gotycka) ma także jeszcze głębsze pokłady. To odróżnia literaturę dobrą od literatury doskonałej. To, że nie tylko umie się snuć opowieść słowami i zdaniami, ale także tym, że jest w tym coś więcej, co wyciąga się ze swojego dorobku. Punkt dla piszących w środkowej części życia.

Dodatkowo jakieś fragmenty Kristevy właśnie - "Potęgi obrzydzenia. Esej o wstręcie". Nie najłatwiejsze. I otwiera się kolejna klapka - mam pomysł jak przerobić jedno z moich opowiadań. Cudowne uczucie.

niedziela, 27 października 2013
O detektywkach

Nadszedł czas na podsumowanie pierwszych zajęć genderowych w tym semestrze. Dopiero niedawno uświadomiłam sobie, że zajmuję się hobbistycznie genderem, a to teraz jedno z narzędzi "cywilizacji śmierci".

Wracając do zajęć. Wyłuskałam "Co można wydedukować z opowieści o detektywkach?". Ciekawe, bo i literackie, i inne spojrzenie na to co się czyta, ogląda (na warsztat brane są kryminały, ale też seriale i filmy kryminalne). Pierwsze zajęcia były taką bazą, fundamentem - historia pisania kryminałów, najważniejsze nazwiska i kamienie milowe. A nawet, jako ciekawostka, omawianie "21 zasad pisania powieści detektywistycznych" S.S. Van Dine - bo by dyskutować o łamaniu reguł, trzeba je najpierw znać :) Dla mnie może kiedyś będzie przydatne, jak zechcę jednak popełnić dobre opowiadanie kryminalne ;)

Od tych zajęć zaczął się gender i to nie jakiś tradycyjny feminizm. Tylko queer, za którym średnio przepadam, bo jest wszystkim tym, co niektórych odstręcza od socjologii - zamiast upraszczać świat, wprowadza coraz więcej pojęć i kategorii. Zabawne jest jednak patrzeć na np. niektóre seriale pod tym kątem. Najpierw drążenie Judith Butler, która dopiero w dyskusji staje się zrozumiała, ale moje jęki nad jej poetyką już tu roztaczałam :) Były kiedyś fajne czasy, gdy kobieta była kobietą, a mężczyzna mężczyzną i nie podlegało to żadnych dyskusjom. Wielu szczęściarzy nadal żyje w takiej przestrzeni i uważam, że im fajnie. Ale weszła płeć, płeć kulturowa, seksualność, różnica seksualna i wszystko się pomieszało. Mamy transwestytów, transseksualistów, i dowolną krzyżówkę preferencji seksualnych. Dwa tygodnie temu czytałyśmy mini komiks o geju, który spotyka się z transeksualistami typu K/M, ale nie zoperowanymi do końca, czyli posiadającymi waginy. Czy nadal jest gejem, czy już hetero? :D Tak wiem, statystyczny Polak dotąd nie mierzył się z takimi głupotami, dopóki p. Grodzka nie trafiła do sejmu.

Nie będę tu streszczać Butler, rozmów i dyskusji. Myślę, że najlepiej to widać na przykładzie niemowląt i maluchów tak do drugiego roku życia. Często trudno ustalić jaką płeć biologiczną ma takie dziecko. Wiertka do drugich urodzin była brana za chłopca, wyglądała jak chłopiec. Każdy z nas zna choć jeden przykład chłopczyka aniołka branego za dziewczynkę. Krótka, cienka szczecina na czaszce nie oznacza automatycznie bycia dzieckiem XY, a rzęsy jak firanki to nie domena dzieci XX. Najczęściej rodzice nakładają na dziecko jego płeć kulturową za pomocą ubrań, by otoczenie wiedziało, że TO DZIEWCZYNKA. Taki argument padł kiedyś na FB z ust pewnej mamy, która przekuła kilkutygodniowej córce uszy - inaczej nikt nie będzie wiedział, że to dziewczynka...

A kryminały i seriale kryminalne? Były, były? Przy okazji omawiania terminu "homospołeczny", który wprowadziła Eve Kosofsky Sedgwick :) Tak się rozpisałam, że może będzie o tym inny obszerny wpis, bo rzecz jest ciekawa.

środa, 26 czerwca 2013
Słowo na S
Semestr na genderach kończył się, trzeba było pomyśleć o zaliczeniu. Na początku zajęć prowadząca powiedziała, że oczekuje trzy-pięcio stronicowego eseju związanego z tematem samotnego macierzyństwa. Potem jednak kładła tyle nacisku na aspekty prawne, kwestie pojęć, zwracała uwagę, że nie chce przeglądów „jak to się żyje samotnym matkom” (na mój pomysł, że napiszę tekst o tym jak się SM szuka pracy). Ok. O moim kolejnym pomyśle będzie za chwilę. Jeśli chodzi o resztę grupy, to na te siedem osób w terminie esej oddało… dwie. Reszta nie miała pomysłu na pracę, a raczej była skołowana wymaganiami hermetycznej językowo prowadzącej :)

Pomysł na mój esej podsunęła chyba sokramka jakiś czas temu. Powiedziała, czy napisała, że nadal czuje się samotną matką. Ciekawe czy jest przypadkiem jednostkowym, czy to szersza kwestia? I tak wpadłam na temat pracy zaliczeniowej – czy wejście w kolejny związek, narodziny wspólnego dziecka zmieniają coś w postrzeganiu siebie jako samotnej matki. Kilka moich koleżanek (w tym sokramka), dokładnie pięć, zgodziło się odpowiedzieć na trzy krótkie pytania. Wiem, że nie jest to próba reprezentatywna i nie można wyciągać z tego wniosków na całą grupę samotnych matek.
Całej pracy streszczać nie będę, choć obszerna nie była i zajęła by tyle miejsca, co wpisy na innych opiniotwórczych, społecznych blogach :) Szczególnie, że miała tyle cytatów, co dobra szarlotka jabłek. Wniosek wychodził z tego jeden – samotna matka to tożsamość, która zostaje praktycznie do końca życia. Nowy partner, małżeństwo nie zmienia tego, bo nadal trzeba samodzielnie podejmować decyzje dotyczące dziecka, ponosić ich konsekwencje. On tego z kobiety nie zdejmie, a czasem nawet nie chce. Nie wiem, na ile w tym, dystansu jaki mężczyźni wyrabiają wobec pasierbów, na ile nieumiejętność wpuszczenia przez kobietę kogoś z zewnątrz w procesy decyzyjne, które dotąd podejmowała sama. Jak głęboko można wpuścić nowego mężczyznę w sprawy związane z nie jego dzieckiem? Nie łudzę się, modlitwy w stylu „ach, kto jeszcze pokocha mnie i moje dziecko” są z gatunku telenoweli. Wystarczy, że będzie lubił, akceptował i przejmował się czasami. Prawie wszystkie kobiety, które się wypowiadały związane są z mężczyznami, którzy sami mają dzieci z poprzedniego związku. Może wtedy jest prościej – ona oblatuje sprawy swoich dzieciaków, on swoich, a razem, gdy narodzi się wspólne.

Wyjątkiem jest rodzina, którą założyła jedna z moich koleżanek (podczytująca czasem bloga, zalinkowana przez mnie), która ma ze swoim mężem ciepłą rodzinę, gdzie on uznaje jej starsze dziecko za własne, a ona pomaga w wychowaniu codziennym jego dziecka. Aż się zastanawiam, czy to nie dlatego, że on pochodzi z kręgu kulturowego, gdzie rodzina to rozrośnięty, wspierający się wzajemnie klan.

Dlatego to „słowo na S”, to nie samotność wcale, niekoniecznie też samodzielność. To samodecyzyjność. I ciężar ponoszenia konsekwencji tych decyzji, problemami z nimi związanymi.

Okazało się, że prowadząca jest zachwycona moim esejem i uważa, że to może być zaczątek nad pracą doktorską dotyczącą tożsamości samotnych matek (ona zajmuje się kwestiami prawnymi). Miło mi, ale pociągnąć tematu nie mogę, bo nie stać mnie na doktoryzowanie się na prywatnej uczelni, a państwowa by mnie już nie przyjęła (szczególnie, że tym bardziej nie byłoby mnie stać). Potrzebowałabym solidnego grantu naukowego ;)
Na koniec jeszcze dwie refleksje, dwie historie związane z samotnym macierzyństwem i państwowymi procedurami. Pierwszą opowiedziała nam na tych ostatnich zajęciach dziewczyna. W moim Mieście powstał do dla samotnych matek. Zapełnił się błyskawicznie. Przydział dostała tam pewna kobieta w trakcie rozwodu. Tyle, że w informacji było mowa o jej starszej córce, 7lat, nic o młodszej 3latce. Zagubiona stawiła się w ośrodku z jednym dzieckiem, do wyjaśnienia. Tu moim zdaniem popełniła błąd. I usłyszała, że - wg urzędnika - charakter jej pracy, trzy zmianowy, nie pozwala na opiekowanie się młodszym dzieckiem. Starszym za to tak, choć nadal jest poniżej granicy wiekowej by zostawać samo w domu. Przypominam, że mają mieszkać w Domu Samotnej Matki. Pustkowie. Dostała wybór - albo zmienia pracę, zmienia godziny pracy, albo dziecko zostaje u ojca. Zmiana pracy oznacza bezrobocie, zmiana godzin pracy oznacza mniejsze zarobki i zniweczenie szansy na samodzielność. Ojciec dzieci złożył wniosek o przejęcie opieki nad dwójką :( Wiem, mamy czasy równouprawnienia w systemie opieki. Instytucja mająca pomóc samotnej matce, pozbawia ją dzieci.
Druga sprawa dotyczy znanej mi przelotnie internetowej samotnej matki. Miała w planach urlop w ciepłym miejscu dla siebie i dwójki dzieci. Niestety, ich ojciec zablokował wydanie paszportu motywując to tym, że matka wywiezie je za granicę. Na rozprawie sędzia pozwolił na wydanie paszportu... Tylko starszemu dziecku. matka usłyszała, że wcale nie musi spędzać wakacji z dwójką dzieci... Tak na prawdę nie ma już argumentów. Bo jakich użyć???
Czyli jak widać nie do końca słowo na S. Ostatnie S ma państwo.
Dobra, od dziś trzymam się jednej czcionki :)

 
1 , 2 , 3
Tagi